Szukaj w serwisie

×
15 września 2016

Bluesmania – Albert Lee

Urodził się i dorastał w Anglii, od lat mieszka jednak w USA. Jest wirtuozem gitary, jednym z najszybciej grających na tym instrumencie współczesnych muzyków. Odnajduje się w różnych gatunkach: od bluesa, poprzez country, po rock. Ale nieobca mu jest również muzyka klasyczna. Nagrywał i występował z wybitnymi artystami ostatniego półwiecza. 1 października będzie jedną z gwiazd 36 Rawa Blues Festival.

Albert Lee

Albert Lee


Albert Lee: Od Bacha do Claptona

Ostatni – jak dotychczas – solowy album „The Highwayman” to Twoje najbardziej kameralne i osobiste dzieło...
    - Płyta powstała w innych okolicznościach niż moje wcześniejsze solowe materiały. Mój przyjaciel David Mann miał pomysł, by uchwycić mnie grającego na pianinie lub akustycznej gitarze, wykonującego bliskie mi utwory. Początkowo nie myślałem nawet o tym, żeby z tych sesji zrobić regularny album. Ale później poddaliśmy nagrania studyjnej obróbce, pozostawiając wszak ten kameralny charakter. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony efektem końcowym.

Albert Lee

Albert Lee


Zasłynąłeś jako wirtuoz gitary, a tutaj świetnie radzisz sobie na fortepianie.
- Dzięki. Fortepian to pierwszy instrument, na którym grałem. Miałem wówczas 8 lub 9 lat. Brałem lekcje przez parę lat, ale byłem leniwym uczniem, nie ćwiczyłem między zajęciami. Ale wciąż sięgam czasem po ten instrument. Jako 12 – 13 latek odkryłem gitarę i znacznie szybciej opanowałem podstawy grania. Sentyment do fortepianu jednak pozostał...

Pochodzisz z muzykalnej rodziny...
 - Mój ojciec grał na fortepianie i akordeonie, to mnie zachęciło do tego by samemu spróbować. Rodzice nie należeli do zamożnych, ale starali się jak mogli, bym miał własny instrument. Co ciekawe: grałem na gitarze od 18 miesięcy, ale wciąż nie miałem swojej. Dopiero na Boże Narodzenie w 1958 roku dostałem niemieckiego Hofnera w prezencie. Wówczas odkryłem, że gitara to dużo łatwiejszy instrument, niż sądziłem. Wcześniej ćwiczyłem bowiem na jakichś tanich, okropnych gitarach. Słuchałem rock'n'rollowych kawałków, które wówczas były popularne i próbowałem kopiować solówki gitarzystów.


Jak wspominasz narodziny rock and rolla?
 - To było ekscytujące, tak inne od tego, co dotychczas słuchaliśmy w Anglii. Premiera każdej płyty była dla nas świętem.

Założyłeś niegdyś zespół ze znakomitym wokalistą Chrisem Farlowem. Nie proponował Ci później dołączenia do supergrupy Colosseum?
 - Nie, każdy poszedł w swoim kierunku. Grałem z nim w latach 1964 – 68. Wspaniały wokalista, wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Parę lat temu wystąpił na moim urodzinowym koncercie.

Zagrałeś na płycie „Gemini Suite” Jona Lorda, wówczas klawiszowca Deep Purple...
 - Tak, to był jednorazowy projekt. Ritchie Blackmore nie chciał brać w tym udziału, Jon zaczął więc  rozglądać się za innym gitarzystą. Cieszę się, że wybrał właśnie mnie, ponieważ „Gemini Suite” to bardzo interesujący materiał. Aczkolwiek było to dla mnie trochę trudne, bo nie potrafię czytać nut.

„Gemini...” miał w sobie wiele z muzyki klasycznej. To wyzwanie dla rock and rollowego gitarzysty...
 - Zawsze lubiłem muzykę klasyczną, zwłaszcza takich kompozytorów jak Handel, czy Bach. Ostatnio odkryłem też dla siebie Brucknera. Fascynacja klasyką została mi jeszcze z lekcji fortepianu. Praca z dyrygentem Malcolmem Arnoldem i londyńskimi symfonikami była dla mnie zaszczytem.

W naszym kraju chyba najbardziej jesteś kojarzony ze współpracy z Erikiem Claptonem...

- Nawet zagrałem z Claptonem niecodzienny koncert w Polsce. Byliśmy na scenie jakieś 20 minut. Publiczność była wspaniała, nie chciała jednak siedzieć na swoich miejscach i mundurowi użyli siły. Nie jestem pewien czy nie rozpylili też gazu łzawiącego... Menedżer Erika, który stał z boku sceny podjął decyzję, że zwijamy się. Naprawdę szkoda, bo widać było, że fani czekali na nasz koncert. Wystąpiliśmy wówczas jeszcze w Warszawie, w bardzo oryginalnej sali. I to był naprawdę dobry występ.



Wiesz, że Rawa Blues Festival organizowana jest w katowickim „Spodku”, w tym samym miejscu, w którym cztery dekady temu musieliście przerwać występ?

 - Naprawdę? To samo miejsce (wybuch śmiechu). Interesujące, nie mogę się już doczekać koncertu (śmiech).

Jaki jest Clapton prywatnie?
 - Praca z nim to był świetny czas. Ale wiesz... On wtedy dużo pił (śmiech). Zresztą spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo występowałem na jego festiwalu Crossroads. Cóż, wciąż jest gościem, który lubi dobrą zabawę, z tym że pojmowaną już w nieco inny sposób (śmiech). Kiedy dołączyłem do niego, miał amerykański zespół i myślę, że podobało mu się to, że w składzie znalazł się chociaż  jeden Anglik. Pracowaliśmy razem jakieś pięć lat, cieszę się, że nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, chociaż nie widujemy się za często.

Czy to Ty byłeś odpowiedzialny za obecność wpływów muzyki country na płytach Claptona, które razem nagraliście?
 - Nie sądzę, że to moja „wina”. Faktycznie, zawsze interesowałem się country, ale Eric w tamtym czasie również. Dorastaliśmy słuchając tych samych płyt. Był „czarny” rock'n'roll i „biały” rock'n'roll, który był rodzajem rockabilly. Potem Eric zafascynował się bluesem, ja również słuchałem takich wykonawców jak Freddy King, czy B.B.King, ale nie sądziłem, że mógłbym grać w ten sposób, bo moją miłością stało się country. Po zakończeniu współpracy z Chrisem Farlowe'm założyłem w Londynie zespół country, ale przetrwał on tylko 18 miesięcy. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie dam rady żyć z muzyki grając country w Anglii... Wówczas słuchałem The Byrds na przykład. To był raczej country rock...

Nagrywałeś i występowałeś również z eks – Rolling Stonesem Billem Wymanem...
- Wspaniale było z nim grać. To on poskładał zespół Rhythm Kings do kupy i bawiliśmy się świetnie. Mogliśmy zdziałać więcej, ale Bill nie lubił latać samolotami, generalnie nie przepadał za podróżowaniem. Pamiętam, że graliśmy kiedyś tournée w Skandynawii. Potworny ziąb, śnieg, jazda autokarem było prawdziwą udręką. I Bill powiedział wtedy – koniec z trasami koncertowymi! On wciąż chce grać, ale wyłącznie pojedyncze koncerty. O ile się nie mylę, w tym roku przypadają jego 80 urodziny, liczę więc na to, że dostanę telefon z propozycją zrobienia czegoś na scenie. Mam nadzieję, że będziemy razem celebrować ten jubileusz.



Sam doczekałeś się efektownego świętowania okrągłych, siedemdziesiątych urodzin.   - To było coś wspaniałego! Świetny koncert. Przykro mi, że nie mogłem zaprosić więcej osób, które odegrały rolę w mojej artystycznej przeszłości, ale i tak było ich całkiem sporo tamtego wieczoru. (śmiech). Super, że spotkaliśmy się na jednej scenie.

Czego możemy spodziewać się po Twoim występie na festiwalu Rawa Blues?  - Będzie trochę z każdej muzycznej działki: country, country rock, rock'n'roll i blues. Lubię dobre utwory. Oczywiście będzie dużo gitarowego grania. Mam nadzieję, że publiczności się to spodoba.

Poprowadzisz również w Katowicach warsztaty gitarowe...
 - To raczej gitarowa klinika, niż tradycyjnie pojmowane warsztaty. Prezentuję różne kawałki, opowiadam o swoim życiu, karierze, pokazuję pewne techniki. Myślę, że zainteresowane osoby wyrobią sobie pogląd na to, czego mogą się spodziewać po tym spotkaniu. Jestem strasznie szczęśliwy, gdy mogę spotykać ludzi z odległych zakątków świata, którzy znają mnie i moją muzykę.

Rozmawiał: Robert Dłucik



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:



 
 

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję