Awantura w Gabinecie Owalnym: Trump i Zełenski kończą spotkanie w chaosie
Waszyngton, 28 lutego 2025 r. – Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyleciał do Waszyngtonu z nadzieją na przełom. Umowa o eksploatacji ukraińskich metali ziem rzadkich przez USA miała wzmocnić Kijów w wojnie z Rosją i otworzyć nowy rozdział współpracy z administracją Donalda Trumpa. Zamiast podpisów na dokumencie świat zobaczył jednak dyplomatyczną katastrofę – w Gabinecie Owalnym doszło do ostrej kłótni, po której Trump wyprosił Zełenskiego, a wiceprezydent J.D. Vance oskarżył go o niewdzięczność.
„Słyszałem to już od Putina” – starcie przywódców
Spotkanie rozpoczęło się w obecności dziennikarzy, z kurtuazyjnym zdjęciem przed Białym Domem. Trump zapowiadał: „Mamy bardzo uczciwy układ. Nie możemy się doczekać, by kopać i pracować nad tymi metalami” (Reuters), sugerując wsparcie dla Ukrainy. Zełenski podkreślał, że umowa to „pierwszy krok ku gwarancjom bezpieczeństwa”, licząc na dalszą pomoc militarną.
Atmosfera szybko się zaostrzyła. Gdy jeden z dziennikarzy zapytał Trumpa o jego rzekomą sympatię do Putina, prezydent USA odpowiedział: „Nie masz żadnych kart w ręku. Igrasz z życiem milionów ludzi, igrasz z trzecią wojną światową” (The Washington Post). Zarzucił Zełenskiemu brak wdzięczności za wsparcie USA, dodając: „Bez naszego sprzętu wojna skończyłaby się w dwa tygodnie”.
Zełenski podkreślił: „Nie przyjechałem grać w karty. Walczymy o przetrwanie”, przypominając, że Rosja złamała porozumienia już w 2014 roku.
Wiceprezydent J.D. Vance dolał oliwy do ognia: „Panie prezydencie, to brak szacunku, że negocjuje pan przed mediami”, odnosząc się do wizyty Zełenskiego w Pensylwanii w 2024 roku, która rozsierdziła Republikanów. Zełenski ripostował: „Byłeś w Ukrainie? Przyjedź i zobacz” – na co Trump przerwał: „Nie obchodzi mnie 2014. Dogadaj się teraz albo żegnamy”. Spotkanie zakończył słowami: „Wystarczy. To będzie świetna telewizja” (BBC).
Umowa przepadła, delegacja wyproszona
Umowa dotyczyła metali ziem rzadkich – takich jak lit i kobalt – których złoża na Ukrainie są jednymi z największych w Europie. Miała zapewnić Kijowowi fundusze na odbudowę, a USA alternatywę dla chińskich dostaw. Po kłótni Trump uznał Zełenskiego za „niegotowego na negocjacje” (CNN) i polecił doradcom – Marco Rubio i Mike’owi Waltzowi – wyprosić ukraińską delegację (Fox News).
Konferencja prasowa została odwołana po napiętym spotkaniu w Gabinecie Owalnym. Na Truth Social Trump napisał: „Prezydent Zełenski nie jest gotowy na pokój, jeśli Ameryka jest zaangażowana, ponieważ czuje, że nasze zaangażowanie daje mu dużą przewagę w negocjacjach. Nie chcę przewagi, chcę POKOJU. Zełenski nie uszanował Stanów Zjednoczonych w ich ukochanym Gabinecie Owalnym. Może wrócić, kiedy będzie gotowy na pokój”.
Świat reaguje – od Moskwy po Europę
Incydent wywołał falę międzynarodowych reakcji. Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że Trump przekazał Zełenskiemu „prawdę” i że ukraiński prezydent doznał „brutalnego upokorzenia w Gabinecie Owalnym”. Emmanuel Macron wyraził solidarność z Ukrainą, podkreślając: „Rosja jest agresorem, a Ukraina walczy o wolność – Europa nie zapomni” (Huffington Post). Donald Tusk zwrócił się do Zełenskiego, pisząc: „Drogi Wołodymyrze, drodzy ukraińscy przyjaciele, nie jesteście sami”.
Dear @ZelenskyyUa, dear Ukrainian friends, you are not alone.
— Donald Tusk (@donaldtusk) February 28, 2025
Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA John Bolton ocenił, że „Trump i Vance otwarcie opowiedzieli się po stronie Rosji w rosyjsko-ukraińskiej wojnie” (TVP Info). Niemiecki deputowany Johann Wadephul pytał: „Jak można tak wbijać nóż w plecy krajowi, który walczy o przetrwanie?” (Reuters).
Niektóre media oceniły decyzję Trumpa o zakończeniu spotkania jako demonstrację siły, podczas gdy inni komentatorzy wskazywali na poważne konsekwencje tego starcia dla przyszłości relacji amerykańsko-ukraińskich.
Co to oznacza dla Ukrainy?
Fiasko osłabia Kijów w negocjacjach z Moskwą. Od 2022 roku USA dostarczyły Ukrainie ponad 60 miliardów dolarów pomocy militarnej. Trump może teraz wstrzymać wsparcie, naciskając na szybkie porozumienie z Putinem. Zełenski, dziękując na X Amerykanom „za sprzęt ratujący życie”, musi szukać pomocy w Europie, gdzie Macron i Scholz planują rozmowy w marcu.
Thank you America, thank you for your support, thank you for this visit. Thank you @POTUS, Congress, and the American people.
— Volodymyr Zelenskyy / Володимир Зеленський (@ZelenskyyUa) February 28, 2025
Ukraine needs just and lasting peace, and we are working exactly for that.
Dyplomacja na rozdrożu
Starcie w Gabinecie Owalnym ujawniło rosnące napięcia w relacjach między USA a Ukrainą. Trump, który wielokrotnie obiecywał „pokój w 24 godziny”, zaprezentował stanowcze podejście, ale czy oznacza to kres amerykańskiego wsparcia dla Kijowa? Europa deklaruje gotowość do odegrania większej roli, jednak bez silnego zaangażowania Waszyngtonu szanse Ukrainy na skuteczną obronę maleją. Świat z niepokojem obserwuje, jak potoczą się dalsze wydarzenia.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Trump dodaje skrzydeł Orbanowi – Węgry coraz bliżej autorytaryzmu

Keno Verseck
Czy Węgry pod rządami Viktora Orbána zmierzają w stronę autorytaryzmu, ograniczając demokrację i zaostrzając represje wobec opozycji? Ostatnie działania jego rządu sugerują dalsze dążenie do autorytaryzmu. Od momentu drugiej inauguracji Donalda Trumpa na urząd prezydenta USA (20 stycznia 2025 r.), polityka Węgier coraz bardziej przypomina autorytarne wzorce, co budzi kontrowersje zarówno w kraju, jak i w Unii Europejskiej., Orbán zdaje się przejawiać tę samą niepohamowaną agresję co jego „towarzysz broni” (tak określił Trumpa sam premier Węgier). Z niezwykłą zaciekłością delegitymizuje wszelką krytykę i formułuje bezprecedensowe groźby wobec opozycji i społeczeństwa obywatelskiego. (tak określił Trumpa sam premier Węgier). Z niezwykłą zaciekłością delegitymizuje wszelką krytykę i formułuje bezprecedensowe groźby.
Orbán radykalizuje swoją retorykę
Punktem kulminacyjnym była jego doroczna mowa programowa w sobotę (22 lutego 2025 r.). Orbán zwykle podsumowuje w niej miniony rok i przedstawia plany na kolejne miesiące. Tradycyjnie przemówienie to zawierało także ostre polemiki, które wzbudzały śmiech zgromadzonych zwolenników. Tym razem jednak premier Węgier posunął się znacznie dalej.
W swojej wypowiedzi określił Ukrainę, sąsiada Węgier, mianem „obszaru zwanego Ukrainą” i stwierdził, że to, co z niej pozostanie, stanie się „strefą buforową” między Rosją a NATO. Publiczność, złożona z wyselekcjonowanych sympatyków jego partii, entuzjastycznie nagrodziła te słowa brawami.
Największy aplauz wzbudziła pośrednia zapowiedź zakazu organizowania parad równości w Budapeszcie oraz obietnica wpisania do konstytucji definicji płci ograniczonej jedynie do „mężczyzny i kobiety”.
„Wielkie wiosenne porządki”
Tegoroczne przemówienie może okazać się równie przełomowe jak to wygłoszone latem 2014 roku w rumuńskim Băile Tușnad, w którym Orbán ogłosił budowę „nieliberalnego państwa”. Premier Węgier uważa, że jego rząd był dotychczas zbyt pobłażliwy wobec krytyków i zapowiedział szeroko zakrojone represje. Nazwał je „wielkimi wiosennymi porządkami na Wielkanoc”. Niezależny portal Telex podsumował jego wystąpienie nagłówkiem: „Rozszalały Orbán”, a tygodnik HVG pisał o „bezprecedensowej radykalizacji” premiera.
Orbán określa swoich krytyków mianem „zdrajców”, „pseudoobywatelskich aktywistów” i „najemników sieci Sorosa”. Jego polityka wywołuje niepokój w Unii Europejskiej, która już wcześniej podejmowała działania przeciwko Węgrom w związku z naruszeniami praworządności., „pseudoobywatelskich aktywistów” i „najemników sieci Sorosa”. Wśród nich szczególnie wyróżnia dziennikarzy i pracowników organizacji pozarządowych, oskarżając ich o korupcję i nadużycia. Węgierski komik András Somogyi skomentował to słowami: „Oskarżaj swoich przeciwników o czyny, które sam popełniłeś”.
Możliwe zakazy wjazdu i pozbawienie obywatelstwa
Nie jest jeszcze jasne, jakie konkretne kroki zamierza podjąć rząd Orbána. W swoim przemówieniu premier zapowiedział jedynie: „Pilnie stworzymy warunki konstytucyjne i prawne, aby nie musieć bezczynnie przyglądać się, jak pseudo-organizacje społeczeństwa obywatelskiego służą obcym interesom i organizują działania polityczne na naszych oczach”.
Nieoficjalny organ prasowy rządu, dziennik „Magyar Nemzet”, doniósł kilka dni temu, że Orbán planuje wydalenie krytyków z kraju, nie podając jednak szczegółów. Węgierska opinia publiczna spekuluje, czy może to oznaczać zakazy wjazdu lub nawet pozbawienie obywatelstwa dla osób nieprzychylnych władzy.
Premier podsycił te spekulacje, ogłaszając przyjęcie węgierskiej wersji ustawy Magnickiego. Paradoksalnie, amerykańska ustawa Magnickiego została uchwalona właśnie po to, by ścigać osoby podobne do tych z kręgu Orbána. W styczniu 2025 r. szef jego kancelarii, Antal Rogán, został objęty amerykańskimi sankcjami na mocy tej ustawy, w tym zakazem wjazdu do USA.
„Specjalny wysłannik” do USA
Orbán wzmacnia również uprawnienia tzw. Agencji Ochrony Suwerenności, założonej w 2024 roku do dokumentowania rzekomych zagrożeń dla niezależności Węgier. W praktyce agencja ta pełni funkcję narzędzia propagandowego przeciwko krytykom rządu. Gdy dziennikarze śledczy ujawniają afery korupcyjne, agencja publikuje raporty określające ich mianem „agentów obcego wpływu”.
Ofensywa Orbána nasiliła się po tym, jak Donald Trump nakazał zamknięcie Amerykańskiej Agencji ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID). USAID od lat wspierała organizacje działające na rzecz praw człowieka, niezależnych mediów oraz demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym na Węgrzech. Jej zamknięcie osłabia wsparcie dla instytucji monitorujących rządy Orbána, co premier Węgier może wykorzystać do dalszego ograniczania krytyki i wolności mediów. USAID od lat finansowała inicjatywy wspierające demokrację, niezależne media i organizacje pozarządowe w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym na Węgrzech. Jej zamknięcie oznacza osłabienie wsparcia dla instytucji monitorujących rząd Orbána, co węgierski premier wykorzystuje do wzmocnienia swojej władzy i ograniczenia krytyki. Od tamtej pory węgierski rząd codziennie oskarża USAID o dążenie do obalenia „chrześcijańskich, patriotycznych i narodowo-konserwatywnych” rządów. Aby przeciwdziałać działalności agencji na Węgrzech, Orbán planuje wysłać do USA „specjalnego wysłannika”, który ma zbadać, kogo USAID wspierał w jego kraju.
Miliony oglądają „Dynastię” – dokument o korupcji
Film dokumentalny „Dynastia”, przygotowany przez zespół dziennikarzy śledczych Direkt36, ujawnia powiązania korupcyjne wokół Orbána i jego otoczenia. Pokazuje, jak rodzina premiera i jego najbliżsi współpracownicy w ciągu kilku lat stali się najbogatszymi ludźmi na Węgrzech. Dokument, który obejrzało już ponad trzy miliony osób, wzbudza coraz większe niezadowolenie społeczne i przyczynia się do rosnącej krytyki reżimu Orbána. może być bezpośrednią przyczyną zapowiadanej czystki. Produkcja ukazuje błyskawiczne wzbogacenie się rodziny premiera i jego bliskiego otoczenia, którzy w kilka lat stali się najbogatszymi ludźmi na Węgrzech. Dokument obejrzało już ponad trzy miliony widzów, co świadczy o narastającym niezadowoleniu z korupcyjnego systemu.
Narastające niezadowolenie i obawy o przyszłość Węgier
Wzrost niezadowolenia społecznego odzwierciedlają również rosnące notowania partii Tisza (Szacunek i Wolność), założonej przez prawnika Petera Magyara. W sondażach formacja ta zrównała się z Fideszem, a nawet go wyprzedza. Po raz pierwszy w historii współczesnych Węgier sędziowie wyszli na ulice Budapesztu, by protestować przeciwko ograniczaniu niezawisłości sądownictwa.
Orbán wielokrotnie podkreślał, że od objęcia urzędu przez Trumpa on i jego partia „nie czują już wiatru w oczy, ale wiatr w plecy”. Dalsze ograniczanie wolności słowa i niezależności sądownictwa na Węgrzech budzi poważne obawy zarówno wśród krajowych opozycjonistów, jak i na arenie międzynarodowej. Unia Europejska już wcześniej podejmowała działania przeciwko Węgrom za naruszenia praworządności, jednak obecne wydarzenia mogą prowadzić do dalszej eskalacji napięć między Budapesztem a Brukselą. on i jego partia „nie czują już wiatru w oczy, ale wiatr w plecy”. W swoim przemówieniu ostrzegł krytyków: „Nie będziemy stać bezczynnie, podczas gdy oni pobierają wynagrodzenie na naszych oczach i chwalą się swoją bezkarnością, czekając na pomoc międzynarodową”.
DF, thefad.pl / Źródło: dw.de
REDAKCJA POLECA
Watykanista: „To końcówka”. Czy Franciszek abdykuje?
Watykan od tygodni żyje spekulacjami na temat przyszłości papieża Franciszka. Sygnały nadchodzącej zmiany są coraz wyraźniejsze. Głowa Kościoła katolickiego od dwóch tygodni przebywa w rzymskiej Poliklinice Gemelli, gdzie przechodzi leczenie. W czwartek ogłoszono, że Franciszek zwołał konsystorz – zgromadzenie kardynałów, co natychmiast wywołało falę spekulacji. W 2013 roku właśnie podczas takiego wydarzenia Benedykt XVI ogłosił swoją abdykację. Czy historia się powtórzy? Watykanista prof. Arkadiusz Stempin w rozmowie z Polsat News nie owija w bawełnę: „To absolutna końcówka pontyfikatu”.
Czy Papież Franciszek jest gotowy na rezygnację?
Watykanista prof. Arkadiusz Stempin w rozmowie z Polsat News nie pozostawia złudzeń. „To absolutna końcówka pontyfikatu” – podkreśla, wskazując na kluczowe sygnały nadchodzącej zmiany. Stan zdrowia Ojca Świętego pozostaje niepewny. Oficjalne biuletyny medyczne, choć utrzymane w optymistycznym tonie, nie przedstawiają jednoznacznie pozytywnych prognoz. Eksperci zwracają uwagę na eufemistyczny język komunikatów Watykanu, który może sugerować powagę sytuacji.
Konsystorz 2025 i decyzja o przyszłości papiestwa
Zwołanie konsystorza w obliczu zdrowotnych problemów papieża rodzi pytania. Ogłoszony 27 lutego Konsystorz 2025 staje się symbolem niepewności i narastających spekulacji. W cieniu choroby Ojca Świętego decyzja o jego zwołaniu wywołuje porównania do wydarzeń sprzed 12 lat. Takie zgromadzenia są niezwykle istotne dla przyszłości Kościoła, a historia pokazuje, że mogą zapowiadać przełomowe decyzje. To właśnie podczas konsystorza Benedykt XVI ogłosił, że rezygnuje z urzędu.
Papież wielokrotnie podkreślał, że gotów jest ustąpić, jeśli jego stan zdrowia uniemożliwi mu sprawowanie posługi. Gdy w 2013 roku obejmował urząd, złożył dokument, który obecnie spoczywa w watykańskich archiwach – gotowy plan na dzień, gdy siły go opuszczą. „Odejdę, jeśli nie będę w stanie służyć” – powtarzał w wywiadach, odwołując się do precedensu Benedykta XVI. Według medialnych doniesień już na początku pontyfikatu złożył dokument formalizujący możliwość swojej abdykacji. Dodatkowo, wizyta kardynała Pietro Parolina w szpitalu, zdaniem części obserwatorów, może wskazywać na zaawansowane przygotowania do ogłoszenia decyzji.
Kto zastąpi papieża Franciszka?
Jeśli papież Franciszek zdecyduje się na abdykację, Kościół stanie przed wyborem nowego przywódcy. Następne konklawe zgromadzi 138 kardynałów. Eksperci zwracają uwagę, że obecne kolegium nie jest tak dobrze zintegrowane jak wcześniejsze. Może to wpłynąć na przebieg elekcji nowego papieża. Choć oficjalna data konsystorza nie została jeszcze ogłoszona, spekulacje na ten temat nabierają tempa.
Co oznacza abdykacja papieża Franciszka dla przyszłości Kościoła?
Pontyfikat papieża Franciszka zbliża się do kluczowego momentu, a jego możliwa abdykacja może znacząco wpłynąć na przyszłość Kościoła katolickiego. Decyzja o ustąpieniu byłaby jednym z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnego Watykanu. Czy papież zdecyduje się na ten krok? Na oficjalne oświadczenie w tej sprawie świat wciąż czeka.
DF, thefad.pl / Źródło: polsatnews.pl
Giertych pisze list do Mentzena: jesteś Pan idiotą!

Roman Giertych
Mentzen rozbija jedność Polski i Europy, wzmacniając narrację Kremla. Jeśli Ukraina upadnie, Polska będzie następna. Cyniczna gra polityczna nie może przysłaniać realnych zagrożeń. Dlatego napisałem wprost: jesteś idiotą.” – Roman Giertych
List do Sławomira Mentzena
Szanowny Panie Pośle!
Obserwuję uważnie Pana działania kampanijne, w których próbuje Pan zbudować pewien wzrost poparcia na antyukraińskich nastrojach, które z takim trudem budował PiS. Dzisiaj był Pan bohaterem wszystkich rosyjskich mediów.
Pana wyjazd na Cmentarz Łyczakowski i spór z merem Lwowa to bardzo skuteczny sposób przekierowania na Pana rzecz tej pracy nad urabianiem opinii publicznej, którą partia złodziei i agentów uskuteczniała przez osiem lat. Dodam, że Cmentarz Łyczakowski jest bardzo bliski mojemu sercu, gdyż przy samym wejściu spoczywa mój pradziadek Włodzimierz Łuczkiewicz, którego synowie walczyli w roku 1918 o polskość Lwowa. Jeden z tych synów, ranny w walce z Ukraińcami, do końca życia nie mógł wyjść z ran zadanych kulą dum-dum. Zginął jednak później z rąk Sowietów.
Otóż z całego tego narodowo-historycznego doświadczenia powiem Panu jedno: jesteś Pan idiotą. Bardzo rzadko posługuję się tak ostrymi słowami, ale to, co Pan robi, musi znaleźć odpór poprzez znalezienie właściwych słów. Dlatego będę z Panem brutalnie szczery.
Jesteś Pan idiotą, gdyż niszcząc kruchą i wątłą nić porozumienia pomiędzy Polakami a Ukraińcami, niszczysz Pan jedyną tamę przed rosyjską dominacją w naszej części świata. Nie jesteś Pan, jak niektórzy pisowcy, opłacanym agentem Kremla. Nie jesteś też złodziejem, który ucieka przed aresztem i który, jak wielu z nich, powie wszystko, aby znaleźć później jakiś azyl na Białorusi czy Węgrzech. Jesteś Pan po prostu zwykłym, prostym, lekko napuszonym, nienachalnie inteligentnym idiotą, który dla Kremla jest pożyteczny – stąd lansują Pana ich boty i media.
Uświadom to sobie Pan, że jesteśmy sami. W razie konfliktu militarnego nie wesprze nas USA, bo rządzi nimi ktoś, kto uważa Europę za wroga, a siebie za boga. Może równie dobrze jutro zaatakować Kanadę, Panamę albo Danię. Publicznie nazywa Putina, największego zbrodniarza naszych czasów, swoim przyjacielem. Wypowiedział nam właśnie dzisiaj wojnę handlową, a z Rosją rozważa przejęcie złóż ziem rzadkich okupowanych na Ukrainie przez Putina. Nie ma więc żadnych gwarancji, że w razie konfliktu Polski z Rosją wojska amerykańskie stanęłyby po naszej stronie. Papier, na którym podpisano sojusz NATO i gwarancje dla Ukrainy, był tego samego koloru.
I otóż, Panie Mentzen, uświadom to sobie w swym pustym czerepie, że jedyną nadzieją na to, iż Pana pokolenie nie pójdzie do okopów, jest to, że utrzymamy jedność Europy wspierającej Ukrainę i zapewnimy naszym sąsiadom pieniądze oraz broń potrzebne, aby przeczekać do końca Trumpa lub Putina (a najlepiej ich obu). Jeśli Ukraina padnie, następni jesteśmy my. Wszczynanie teraz konfliktu z nimi ze względu na trudne spory historyczne lub – jak głosi Pana jeszcze mniej nachalny w swej inteligencji kontrkandydat z PiS – wszczynanie zadymy o kłótnię w kolejce do lekarza jest tak głupie, antypolskie i wreszcie antycywilizacyjne, że musi być świadectwem idiotyzmu ponadprzeciętnego.
Wiem, że karmieni propagandą Kremla istniejącą w mediach społecznościowych niektórzy młodzi ludzie wspierają Pana w tej postawie i że część głosów może Pan dzięki temu zyskać. Ale nie warto. I tak pewnie przeskoczy Pan w pierwszej turze tego półumysłowego boksera. Gdy jednak zniszczymy w Polsce konsensus dotyczący wspierania Ukrainy, to ci sami, którzy dzisiaj biją Panu brawo, będą ginąć w okopach na Podlasiu.
Zawróć Pan z tej drogi, bo działasz przeciwko najgłębszym interesom Rzeczpospolitej, której zresztą Ukraińcy przez wieki byli częścią. Ukraińcy dzisiaj to nasze siostry i nasi bracia. Właśnie zostali zdradzeni przez Amerykanów. Jedyne, co jeszcze (oprócz własnego bohaterstwa) stanowi o ich sile, to wsparcie Polski i przechodzące przez Polskę wsparcie Europy. Dzisiaj, jeszcze bardziej niż trzy lata temu, powinniśmy wszyscy mówić:
Sława Ukrainie, bo niech żyje Polska!
Roman Giertych
Proszę mi wybaczyć, że użyłem może mocnego słowa, ale chciałbym Panem wstrząsnąć. Ta sprawa naprawdę wychodzi poza ramy sporu politycznego.
Fetor pod perukami: Brudne sekrety Wersalu
Wyobraź sobie, że wchodzisz do Pałacu Wersalu. Złote ornamenty migoczą w blasku świec, marmur lśni pod stopami, a w oddali szumi woda w fontannach. Dziś to miejsce zachwyca, ale za czasów Ludwika XIV rzeczywistość cuchnęła – i to dosłownie. W pałacu nie było ani jednej łazienki, więc dworzanie zdani byli na nocniki, których zawartość służba w pośpiechu wylewała za okno lub wynosiła na korytarze. Gdy tłumy wypełniały sale podczas hucznych balów, nawet ogrody – dziś symbol harmonii – zamieniały się w cuchnące zakątki. Jak żyło się w epoce, gdzie brud był codziennością, a perfumy jedyną obroną przed smrodem? I co kryją opowieści o ściekach płynących ulicami, oddechu gorszym niż trucizna, intymnych wstydach dam czy grobach, które skrywały własne koszmary?

Przyjęcie Ludwika II przez Ludwika XIV w Wersalu pędzla Jeana-Léona Gérômego. Fot. wikipedia, domena publiczna
Wersal bez łazienek: Codzienność dworzan
Wersal nabierał kształtów w 1661 roku, gdy Ludwik XIV postanowił uczynić go centrum swojej władzy. Arystokraci w sztywnych gorsetach i misternych perukach snuli się po korytarzach, a służba uwijała się, by opróżnić nocniki spod królewskich łóżek i zza zasłon. Podczas wielkich uczt kuchnie tętniły życiem – pieczone dziki, stosy ciast i dzbany wina dla tysiąca gości powstawały w chaosie, wśród much krążących nad stołami i kłębów dymu z palenisk. Księżna de Montpensier wspominała letni bal, podczas którego woń róż ledwie przyćmiewała przykry zapach – służba odkryła fekalia za żywopłotem, pozostawione przez arystokratów, którzy w tłumie rozbawionych gości nie mieli gdzie dyskretnie załatwić swoich potrzeb.
To nie były odosobnione przypadki. W pałacu, który dziś podziwiamy za przepych, higiena była luksusem. Nawet król, choć czasem zażywał kąpieli w przenośnej miedzianej wannie, nie mógł zmienić realiów – brak kanalizacji zmuszał wszystkich do improwizacji. Ogrody, projektowane przez Le Nôtre’a, stawały się ustępami podczas wielkich przyjęć, a zapach perfum mieszał się z czymś znacznie mniej przyjemnym.
Średniowieczny brud: Życie w cieniu smrodu
Ale Wersal był tylko jednym z miejsc, gdzie higiena pozostawała luksusem. Cofnijmy się jeszcze dalej, do średniowiecza, gdy życie pachniało znacznie intensywniej. W domach o drewnianych stropach, gdzie w szparach gniły resztki jedzenia i gnieździły się myszy, woda była rzadkim skarbem. Podgrzanie jej na kąpiel zajmowało pół dnia, więc zimą ludzie woleli brud od chłodu. Na ulicach Paryża fekalia płynęły rynsztokami – w 1539 roku król Franciszek I, wściekły, gdy jego koń ugrzązł w błocie zmieszanym ze ściekami, nakazał mieszkańcom sprzątać chodniki. Niewielu się tym przejęło, a smród zgniłych odpadów stał się tłem codzienności.
W Londynie w 1370 roku zakazano wylewania nocników na ulice, ale kronikarz John Stow pisał, że przechodnie i tak zatykali nosy, mijając kałuże cuchnącej brei, która spływała spod drzwi i zalewała bruk. W średniowiecznej Flandrii mieszczanie wrzucali odchody do rzek, aż woda zamieniła się w brunatną zupę, a rybacy przeklinali smród, który odstraszał ryby. Brud był wszechobecny – nie tylko w domach, ale i na ulicach, gdzie ścieki płynęły otwartymi kanałami.
Intymne sekrety: Higiena pod sukniami i zbrojami
Higiena osobista była niemal mitem. Wielu wierzyło, że brudna skóra odpędza zarazki, a pot działa jak lekarstwo. Kościół czasem ostrzegał, że mycie to pogańska fanaberia, więc ludzie tkwili w nieczystościach całymi latami. W XVI-wiecznej Francji pewien włoski podróżnik zanotował, że wieśniacy śmierdzieli tak bardzo, iż psy wyły i uciekały na ich widok. Nawet w Wersalu, gdzie Ludwik XIV czasem zażywał kąpieli w przenośnej miedzianej wannie, większość dworzan wolała perfumy – woda budziła strach, bo wierzono, że otwiera pory na choroby, a woń spod sukien rozpraszano wachlarzami. Te koronkowe cudeńka, jak opowiada Robert Muchembled, walczyły z zapachem niemytych ciał i rojami much, które lgnęły do tkanin noszonych tygodniami bez prania.
A co z higieną intymną? W średniowieczu kobiety radziły sobie z miesiączką, sięgając po szmatki, siano, a czasem mech, ale mycie tych miejsc było rzadkością – woda była za zimna, a dostęp do niej ograniczony. Historyk Carole Rawcliffe wspomina, jak w klasztorach zakonnice karano za próby podmywania się, uznając to za grzeszną próżność. W Wersalu damy w ciasnych sukniach nie miały lepiej – pamiętnikarz Saint-Simon pisał, że lniane wkładki zmieniano rzadko, a zapach spod halek był tak intensywny, że pokojówki dyskretnie podsuwały paniom olejki lawendowe. Mężczyźni też nie błyszczeli czystością – w XVI-wiecznej Anglii lekarz John Caius narzekał, że rycerze w zbrojach cuchną potem i moczem, bo pod stalą nie sposób było się umyć, a ich intymny odór odpędzał nawet konie. Włoski gość na dworze Henryka VIII wspominał, że smród spod pantalonów angielskich szlachciców przypominał stajnię po ulewie.
Oddech i ulice: Fetor wszechobecny
Zęby to kolejny rozdział tej brudnej sagi. W średniowieczu nikt nie znał szczoteczek – bogaci szorowali je szmatkami z solą lub mielonym węglem, ale biedniejsi zostawali z ustami pełnymi czarnych dziur. Królowa Anglii Elżbieta I, wielbicielka słodyczy, miała zęby jak zwęglone kikuty – jej dworzanie, jak donosi *History Extra*, szeptali między sobą o oddechu, który pachniał jak zgniłe mięso, choć nikt nie odważył się powiedzieć tego wprost. We Francji w XVII wieku wymyślono płukanki z winem i octem – dentysta Ludwika XIV, jak wspomina *BBC History*, wyrywał królowi zepsute zęby tępymi narzędziami, zostawiając ropiejące rany, które cuchnęły przy każdym słowie. Na dworze w 1660 roku rozdawano anyżowe pastylki, ale to była słaba tarcza przeciw fetorowi unoszącemu się w powietrzu.
Na ulicach brud siał jeszcze większy zamęt. W XVIII-wiecznym Edynburgu mieszkańcy wylewali nocniki z okien, krzycząc „Gardyloo!” – sygnał, by przechodnie uskoczyli przed śmierdzącą ulewą. *The Scotsman* opisuje przypadek z 1749 roku, gdy pewien mieszczanin pozwał sąsiada za oblanie go fekaliami z czwartego piętra – wygrał, ale ulice i tak tonęły w nieczystościach. W Londynie w 1858 roku Tamiza stała się kloaką – „Wielkie Śmierdzenie” przyniosło woń gnijących ryb i ścieków tak silną, że posłowie uciekali z parlamentu, a *The Times* pisał o ludziach mdlejących na mostach. Inżynier Joseph Bazalgette zbudował wtedy kanalizację, która ocaliła miasto od wiecznego odoru.

W XVIII-wiecznym Edynburgu panowały fatalne warunki sanitarne. Ulice były brudne, a ścieki często wylewały się na ulice. Wiele domów nie miało toalet, więc mieszkańcy korzystali z nocników, które następnie opróżniali przez okno, krzycząc „Gardyloo!” (zniekształcone francuskie „gardez l’eau” – „uwaga na wodę!”). Okrzyk ten miał ostrzec przechodniów przed „śmierdzącą ulewą”. Fot. Dariusz Frach, thefad.pl
Mroczne oblicze brudu: Od pomidorów po groby
Brud miał swoje mroczne konsekwencje. W XVI wieku, gdy pomidory dotarły z Ameryki, budziły strach – The Guardian przypomina, że ich sok reagował z ołowiem zawartym w tanich talerzach, co mogło prowadzić do śmiertelnych zatruć. Nie brakowało też osobliwych przekonań o leczniczej mocy zanieczyszczeń – w XVI-wiecznym Neapolu sprzedawano „błoto lecznicze”, czyli cuchnącą maść z fekaliów i ziół, którą smarowano rany, wierząc, że brud leczy.
Jednak najwięcej lęków budziła sama śmierć – nie tylko ta spowodowana chorobami, ale i ta, która mogła okazać się przedwczesna. W XVIII-wiecznej Anglii zdarzało się, że przy ekshumacjach znajdowano ślady paznokci na wieku trumien, a odór rozkładu w domach przypominał, jak blisko codzienności była śmierć. W XIX wieku pojawiły się trumny z dzwonkami, mające uratować przypadkowo pogrzebanych, choć powiedzenie „Saved by the Bell” zawdzięczamy boksowi, a nie mogiłom.
Brud towarzyszył także codziennemu życiu arystokracji. W Wersalu plotkowano o damie, która w 1682 roku upuściła nocnik w Sali Lustrzanej – służba sprzątała, a goście wachlowali się, udając, że nic się nie stało.
Dziś Wersal pachnie historią, nie ściekami. Złote sale i ogrody lśnią w słońcu, a smród zgniłych zębów, niepranych szat i intymnych zakamarków odszedł w przeszłość. To, co kiedyś było codziennością – kałuża fekaliów pod oknem, oddech jak podmuch z grobu, ulice tonące w brudzie – dziś brzmi jak opowieść z obcej epoki. Może więc warto odetchnąć głęboko, gdy następnym razem odkręcimy kran, ciesząc się zapachem czystości zamiast zgniłych resztek. Dawne czasy miały swój urok, ale ich woń? Tej nikt by nie wskrzesił.
DF, thefad.pl
Źróło:
– Vigarello, Georges. *Concepts of Cleanliness: Changing Attitudes in France since the Middle Ages*. Cambridge University Press, 1988.
– Muchembled, Robert. *La Société des odeurs: Histoire des sensibilités olfactives en Occident*. Fayard, 2017.
– Rawcliffe, Carole. *Leprosy in Medieval England*. Boydell Press, 2006.
– Ashenburg, Katherine. *The Dirt on Clean: An Unsanitized History*. North Point Press, 2007.
– Bondeson, Jan. *Buried Alive: The Terrifying History of Our Most Primal Fear*. W.W. Norton & Company, 2001.
– Fraser, Antonia. *Love and Louis XIV: The Women in the Life of the Sun King*. Anchor Books, 2007.
– „The Great Stink.” *The Times*, 1858. Dostęp: thetimes.co.uk (archiwum).
– „How Dirty Was Versailles?” *History Extra*, historyextra.com.
– „The Great Stink of London.” *BBC History*, bbc.co.uk/history.
– „Tomatoes Were Once Feared as Poison.” *The Guardian*, theguardian.com.
– „Edinburgh’s Dirty Past.” *The Scotsman*, scotsman.com.
– „Versailles’ Dirty Secrets.” Toute L’Histoire, YouTube, 2017.
– Saint-Simon, Louis de Rouvroy, duc de. *Mémoires*. Gallica, gallica.bnf.fr.
– Stow, John. *A Survey of London*. British Library, bl.uk.
– Galbert z Brugii. *De Multro, Traditione, et Occisione Gloriosi Karoli Comitis Flandriarum*. JSTOR.
Co oni wszyscy mają z tym Hitlerem?
Co oni mają z tym Hitlerem? Najpierw Elon Musk zasalutował po hitlerowsku, a ostatnio Steve Bannon na konferencji CPAC pod Waszyngtonem. Tak, tak to było na tej samej konferencji, na której Duda został przyjęty przez Trumpa w przedpokoju i na której Morawiecki dzień wcześniej pluł na Polskę.
Elon tłumaczył się, że to wcale nie było hitlerowskie pozdrowienie, tylko ręka sama mu się tak wygięła, choć wszyscy widzieli, że był to z jego strony świadomy i przemyślany gest. No ale jak spadły notowania giełdowe firm Elona po tych faszystowskich ćwiczeniach gimnastycznych, to nic dziwnego, że szukał jakiegoś mętnego usprawiedliwienia.
Tymczasem Bannon wcale się nie tłumaczy, bo nie musi. Obecnie nie zajmuje jakichś ważnych stanowisk w administracji Trumpa, ale to jest jeden z głównych ideologów fanatycznej prawicy. Za pierwszej kadencji Trumpa był jego głównym doradcą. To on stoi za wieloma pomysłami, np. takimi jak budowa muru na granicy z Meksykiem. Podczas zorganizowanej przez siebie akcji zebrał nawet 20 mln dolarów na budowę tego muru, po czym forsę zdefraudował.
Miał z tego tytułu proces i został skazany prawomocnym wyrokiem sądu na trzy lata pierdla, ale w ostatnim dniu pierwszej kadencji Trumpa, blondyn z opalenizną siedemnastoletniej Dżesiki, która zatrzasnęła się w solarium, go ułaskawił.
Bannon to niestety groźny przeciwnik. Fanatyk, ale inteligentny. Absolwent uczelni Harvarda, pracował w bankowości (słynny Goldman Sachs) i w Hollywood, gdzie był producentem filmowym.
To hajlowanie nie było przypadkowe. W książce Michaela Wolffa pt. „Ogień i furia”, opisującej pierwszą kadencję Trumpa, Steve pozwala sobie na chwilę szczerości i wyznaje autorowi, że Trump to skończony idiota, który nie przeczytał żadnej książki i nic nie kuma z tego, co dzieje się na świecie, ale dzięki temu jest doskonały do sterowania – wystarczy tylko nakarmić do bólu jego ego. Za te słowa Bannon ostatecznie stracił posadę głównego doradcy prezydenta, ale jak widać, teraz wrócił, bo jest potrzebny.
To nikt inny jak Steve Bannon przekonał Republikanów, aby wystawili Trumpa w pierwszych wyborach, bo ten facio gwarantuje zwycięstwo. To z kolei Bannon przekonał Trumpa, aby robić karierę w Partii Republikańskiej, a nie u Demokratów, bo Republikanie mają… bardziej podatny na propagandę elektorat. Bardziej podatny, czyli głupszy.
Bannon to nie jest więc „jakiś dupek od Trumpa”, jak komentowali jego faszystowski popis niektórzy polscy publicyści. To groźny pomysłodawca całego cyrku zwanego Donaldem Trumpem.
Steve Bannon, after calling for Trump to be President for life, did a Nazi salute on stage at CPAC.
— Joshua Reed Eakle 🗽 (@JoshEakle) February 21, 2025
Nazism has officially taken over the GOP.
The few remaining conservatives have a choice: either leave the party and obstruct it—or choose to be complicit.pic.twitter.com/94o5Kj69Le
U nas faszystowskie gesty niektórych narodowców tłumaczono, że to stary rzymski salut albo że jeden z drugim tak po prostu zamawiają pięć piw. Tymczasem w USA, kraju totalnej wolności, pozdrowienia nazistowskie nie są niczym wyjątkowym. Tak witają się np. członkowie bojówek Ku Klux Klanu czy milicji narodowych oraz organizacji w stylu White Power.
O ile dawniej tego typu postawy to jednak był margines, czy nawet egzotyczna ciekawostka, o tyle teraz dających pokłon Hitlerowi i jego dziełom wyznawców mamy wokół prezydenta mocarstwa atomowego.
Prezydent Duda na wiecu CPAC skakał z radości, machał przyjaźnie rączkami i rozsyłał promienne uśmiechy, odgrywając rolę użytecznego rekwizytu. Tak, rekwizytu – obok innych proputinowskich i protrumpowych polityków, jak np. premier Fico ze Słowacji, którego partia ma na koncie uwikłania gangsterskie i mordowanie opozycyjnych dziennikarzy, stanowił część przydatnej scenografii. Pewnie nawet nie był do końca świadomy, w jakim przedstawieniu uczestniczy. Bannon na pewno zrobił dobry risercz i podpowiedział Trumpowi, że ten z Polski i tak jest na wylocie, więc wystarczy mu dziesięć minut i nazwanie go „przyjacielem”.
Gdzie te czasy, gdy prezydent George Bush przychodził do Lecha Wałęsy na obiad i wódeczkę?
Bądźcie czujni, bo Trump to tylko showman i sprzedawca używanych samochodów, ale za nim stoi cała armia takich hajlujących Bannonów. Kapral Hitler też miał poparcie wielu intelektualistów, jak np. Martin Heidegger czy Knut Hamsun.
Krzysztof Skiba
„Kupiłem to, zanim Elon oszalał” – Czy Musk zatopi markę?
Tesla przez lata była czymś więcej niż producentem samochodów – była wizją przyszłości, symbolem ekologii i technologicznego przełomu. Dziś ten obraz rozpada się na kawałki. Na parkingach w USA kierowcy przyklejają na szyby Tesli naklejki: „I bought this before Elon went crazy”. W Europie sprzedaż załamała się dramatycznie, a dawni entuzjaści odwracają się od marki z mieszaniną rozczarowania i wstydu. Co poszło nie tak? Odpowiedź kryje się w politycznych ambicjach Elona Muska, który swoją kontrowersyjną rolą w administracji Donalda Trumpa może zatopić firmę, którą sam stworzył.
Kryzys wizerunkowy: Od dumy do zakłopotania
W Monachium, w szary styczniowy poranek 2025 roku, kierowca Modelu S zaparkował przed biurowcem i rzucił spojrzenie na swój samochód. Kiedyś czuł dumę – teraz czuje się nieswojo. „Ludzie myślą, że popieram Trumpa” – poskarżył się znajomemu. Na zderzakach i szybach coraz częściej pojawiają się naklejki z napisem: „I bought this before Elon went crazy”(„Przepraszam, kupiłem Teslę, zanim Elon oszalał”). To nie odosobniony przypadek. W Niemczech sprzedaż Tesli spadła o niemal 60% w porównaniu z poprzednim rokiem. We Francji, Norwegii i Szwecji liczby podobnie malują obraz kryzysu. Powód? Elon Musk i jego nowe stanowisko szefa Departamentu Wydajności Państwa. Marka, która kiedyś oznaczała postęp, dziś dla wielu kojarzy się z politycznym chaosem.
Brytyjski „The Guardian” przytacza historię Jane, nauczycielki z Londynu. Jej Tesla była manifestem troski o planetę – teraz stoi w garażu. „Nie chcę, by sąsiedzi brali mnie za zwolenniczkę Muska” – mówi. Ten wstyd to cichy bunt, który rozlewa się po świecie, zmieniając Teslę z obiektu pożądania w powód do tłumaczeń.
„Tesla Takedown”: Bojkot nabiera tempa
W mediach społecznościowych bunt przybiera głośniejszą formę. „Tesla Takedown” – hasło, które z Twittera przeniosło się na ulice – stało się symbolem gniewu klientów. W Amsterdamie przed salonem Tesli zawisł baner: „Ekologia tak, polityka nie”. W Nowym Jorku sfotografowano Model Y z naklejką: „Kupiłem to, zanim zrozumiałem”. „Financial Times” alarmuje, że bojkot Tesli to nie chwilowa moda – to ruch, który odbija się na sprzedaży. Analitycy z Wall Street szacują, że firma może stracić nawet jedną trzecią wartości rynkowej, jeśli spadek sprzedaży w 2025 roku się utrzyma.
Konkurencja nie śpi: Alternatywy bez bagażu
Na tym tle konkurencja zaciera ręce. W fabrykach Volkswagena, BYD i Riviana powstają modele, które nie zmuszają kierowców do ideologicznych wyborów. W Sztokholmie mężczyzna, który sprzedał swoją Teslę, tłumaczy: „Chciałem samochodu, który nie wymaga ode mnie wyjaśnień”. To zdanie oddaje istotę problemu – Tesla przestała być synonimem wolności. Klienci odchodzą, a rynek pojazdów elektrycznych rośnie w siłę, oferując alternatywy wolne od politycznego balastu Elona Muska.
Przyszłość Tesli: Odbudowa czy upadek?
Ironia losu jest tu aż nadto widoczna. Musk, który wyniósł Teslę na szczyt, teraz ciągnie ją w dół. Hans Weber, analityk z Berlina, zauważa: „Tesla ma technologię, ale bez zaufania klientów to tylko pusta skorupa”. Czy firma zdoła się odciąć od swojego założyciela? Czy przekona świat, że wciąż jest liderem elektromobilności, a nie pionkiem w politycznej grze? Odpowiedź pozostaje niejasna. Tesla stoi na rozdrożu, a jej los zależy od tego, czy zdoła odzyskać to, co straciła – wiarę tych, którzy kiedyś widzieli w niej przyszłość.
DF, thefad.pl
Krzysztof Skiba: Duda u Trumpa. Pięć minut upokorzenia

Krzysztof Skiba
Jeśli ktoś jeszcze wierzył, że Andrzej Duda jest mężem stanu, to po pięciominutowym spotkaniu z Donaldem Trumpem mógł się srogo rozczarować. Prezydent Polski zamiast stanowczo bronić interesów Ukrainy i Europy, zachował się jak petent, pokornie potakujący absurdalnym pomysłom Trumpa. Upokorzony czekaniem w przedpokoju polityki, Duda pokazał światu, że ważniejsze niż obrona demokracji są dla niego poklepywanie po plecach i mglista obietnica przyszłej kariery. Czy polska polityka naprawdę musi wyglądać jak oczekiwanie na napiwek?
Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia, że Andrzej Duda jest mężem stanu, to po pięciominutowym spotkaniu z Trumpem na zapleczu spędu fanów amerykańskiej prawicy wszystko stało się jasne. Andrzej Duda jest tylko i wyłącznie mężem milczącej Agaty. Mam wrażenie, że nawet milcząca Agata wypadłaby lepiej niż nasz niedorobiony „raper”.
Nawet w trakcie pięciu minut można było powiedzieć Trumpowi dwie rzeczy i to łamanym angielskim. Że to Rosja jest agresorem i napadła na Ukrainę, a nie odwrotnie, i że to Rosja jest odwiecznym wrogiem wolnego świata, Europy i USA, a ruskim nie można ufać. Tyle i aż tyle.
Co zrobił tymczasem upokorzony czekaniem w przedpokoju Duda (bo Trump oczywiście się spóźnił)? Potakiwał i utwierdzał Trumpa w jego absolutnie głupich wyborach oddania zagrabionych ziem agresorowi i to na oburzających dla Ukrainy, Polski i całej Europy warunkach. Ten facet, który miał się za przyjaciela Zełenskiego, nie powiedział ani słowa w obronie wartości demokratycznych na Ukrainie, które Trump chce sprzedać na ołtarzu ubicia interesu z Putinem.
Mam wrażenie, że pojechał tam nie jako prezydent Polski, przywódca wielomilionowego kraju z Europy, który ma plan na rozwiązanie konfliktu, ale jako petent, który liczy na jakąś fuchę po tym, jak mu się skończy robota w pałacu pod żyrandolami w Warszawie. I tak też został potraktowany, jak dostawca pizzy czekający na napiwek. Trump nazwał go swoim „przyjacielem”, ale tak jak się to mówi do ogrodnika, który dobrze skosił trawnik swemu pracodawcy.
„Dobrą robotę tam robicie w tej Polsce. Coś wam się jednak udaje” – powiedział Trump, komentując, że 84 procent Polaków z USA na niego głosowało. Duda więc nie jest ani jego partnerem w polityce, ani „przyjacielem”, tylko pracownikiem, bo dobrą robotę zrobił.
Przywódcy Francji i Anglii będą niebawem kolejnymi gośćmi Trumpa, ale w Białym Domu w Waszyngtonie, a nie na zapleczu spędu, na którym dawny doradca Trumpa i skazany prawomocnym wyrokiem aferzysta finansowy Steve Bannon pozdrawia wiecujących hajlując.
Bufon Trump zlekceważył nie tylko Dudę, ale całą Polskę. Pokazał, że jesteśmy dla niego tak ważni, jak darmowe ulotki w markecie wciskane do koszyków.
Było takie przysłowie, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Duda znalazł coś dla siebie z głupim, a my się temu przyglądamy, nazywając to polityką.
Krzysztof Skiba
Testosteron. Dlaczego kobiety sięgają po męski hormon?
Agnieszka, 45-letnia mieszkanka Warszawy, od dłuższego czasu czuła się zmęczona i apatyczna. Nie miała energii, a jej ochota na bliskość z partnerem malała z każdym miesiącem. Nigdy nie przypuszczała, że powodem może być niski poziom testosteronu – hormonu, który zawsze kojarzyła z mężczyznami.
W mediach społecznościowych aż huczy od postów na temat „hormonalnej rewolucji”, a kliniki medyczne notują rekordowe zainteresowanie leczeniem. Dlaczego kobiety sięgają po ten hormon? Czy to rzeczywista potrzeba medyczna, trend napędzany przez kulturę wellness, czy może coś więcej?
Cichy sprzymierzeniec kobiecego ciała
Testosteron to nie tylko męska domena. W kobiecym ciele, produkowany w jajnikach i nadnerczach w skromnych ilościach — zaledwie ułamek tego, co wytwarzają mężczyźni — działa jak cichy dyrygent. Reguluje energię, popęd seksualny, siłę mięśni, zdrowie kości, a nawet jasność umysłu. „Zawsze myślałam, że to coś dla facetów, a tu niespodzianka” — śmieje się Agnieszka, która zaczęła zgłębiać temat, gdy po czterdziestce jej organizm zwolnił.
Nauka potwierdza jego wagę. Badania Endocrine Society z 2021 roku wskazują, że spadek testosteronu może wywoływać u kobiet zmęczenie, a nawet podatność na depresję. Harvard Medical School dodaje, że suplementacja zwiększa gęstość kości o kilka procent w ciągu roku. Dla wielu kobiet to moment, gdy zaczynają się zastanawiać, czy „męski hormon” nie kryje odpowiedzi na ich problemy.
Kiedy coś przestaje grać
Agnieszka nie od razu połączyła swoje objawy z hormonami. Chroniczne zmęczenie, brak libido, słabsze mięśnie, rozkojarzenie — wszystko to tłumaczyła stresem albo starzeniem. „Myślałam, że tak już będzie” — wspomina. Podobną drogę przeszła 52-letnia Katarzyna, która latami szukała przyczyny swojego „wypalenia”. Dopiero endokrynolog wskazał na testosteron, który u niej spadł poniżej normy — od 15 do 70 ng/dl, zależnie od wieku. „W końcu zrozumiałam, dlaczego czuję się jak cień siebie” — mówi. Dla takich kobiet jak ona odkrycie niedoboru staje się impulsem, by działać.
Specjaliści z Mayo Clinic podkreślają, że diagnoza wymaga czegoś więcej niż domysłów. Badanie krwi i rozmowa z lekarzem to klucz do zrozumienia, czy testosteron rzeczywiście jest brakującym ogniwem. To często pierwszy krok, który pcha kobiety w stronę terapii.
Droga do witalności
Agnieszka zaczęła od żelu — cienkiej warstwy 1% AndroGelu nakładanej codziennie na ramię. W Polsce takie rozwiązania nie są jeszcze powszechne; preparaty często trzeba sprowadzać albo stosować „poza etykietą” pod okiem specjalisty. Gdzie indziej, jak w Wielkiej Brytanii czy Australii, kobiety po menopauzie mają szerszy wybór — od plastrów, kiedyś dostępnych w dawce 300 µg dziennie, po rzadsze zastrzyki. „Nie stałam się superwoman, ale znów żyję” — mówi Agnieszka, która po pół roku zauważyła różnicę.
Badania dają powody do optymizmu. W 2020 roku Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism opublikował wyniki, które pokazują, że ponad dwie trzecie kobiet stosujących terapię testosteronem odzyskało ochotę na bliskość, a połowa odczuła poprawę samopoczucia na co dzień. To liczby, które mówią same za siebie – dla wielu pacjentek to szansa na powrót do pełni życia.
Moda na więcej
Ale nie zawsze chodzi o zdrowie. Testosteron stał się czymś więcej niż lekiem — to symbol czasów, w których kobiety chcą przejąć kontrolę nad swoim ciałem. Na X influencerki fitness, jak 38-letnia Anna, wychwalają go jako sposób na lepsze efekty treningów. „Dodaje mi mocy” — mówi trenerka, która dołączyła do hormonalnego trendu. W 2024 roku hasztag #TestosteroneForWomen zyskał tysiące odsłon, a kliniki w Europie notują skok zapytań o 20-30%. – Chcemy żyć lepiej, dłużej — tłumaczy Anna. Dla jednych to przełamanie stereotypów, dla innych sposób na walkę ze starzeniem. Moda gra tu rolę, ale za decyzją często kryje się coś głębszego.
Światło i cień hormonalnej zmiany
Korzyści są kuszące. Brytyjskie Towarzystwo Menopauzalne szacuje, że 60-70% kobiet po menopauzie stosujących terapię hormonalną odzyskuje libido, a niemal połowa odczuwa więcej energii i stabilniejszy nastrój. Kości stają się mocniejsze, a mięśnie wolniej tracą siłę. Jednak każda ingerencja w gospodarkę hormonalną ma także swoje minusy. U niektórych pacjentek może pojawić się trądzik lub nadmierne owłosienie – choć to rzadkość. Może też obniżyć się głos, a ten efekt jest nieodwracalny. Cleveland Clinic ostrzega, że długotrwały nadmiar hormonów może zwiększać ryzyko chorób serca o 10-15%, choć dowody na to nie są jednoznaczne. A co z rakiem piersi czy endometrium? Wątpliwości pozostają, ale naukowcy wciąż szukają ostatecznych odpowiedzi.
„To jak taniec na linie” — mówi dr Maria, endokrynolog z Warszawy. Brak jasnych wytycznych dla kobiet komplikuje sprawę, ale nie zniechęca tych, które widzą w tym nadzieję.
Pierwszy krok w nieznane
Zastanawiasz się nad terapią? Joanna radzi zacząć od podstaw: badania krwi, by sprawdzić poziom testosteronu, i rozmowy z endokrynologiem, który oceni, czy to dla ciebie. „Bez tego to ruletka” — ostrzega dr Maria. Regularne kontrole co kilka miesięcy pomagają trzymać efekty w ryzach. „Badania dały mi pewność, że to nie fanaberia” — dodaje Joanna. To proces, który wymaga cierpliwości, ale dla wielu kobiet otwiera nowy rozdział.
Dlaczego więc sięgają?
Agnieszka chciała na nowo poczuć się sobą po menopauzie. Katarzyna szukała ulgi od wyczerpania, które odbierało jej radość z życia. Anna postawiła na siłę i styl życia, który ją definiuje. Testosteron przestaje być tematem tabu, ale nie jest dla każdego. „To świadoma decyzja, a nie cud” — podkreśla Katarzyna. Harvard Women’s Health Watch przypomina: sięgaj po niego wtedy, gdy badania potwierdzają niedobór, a nie z kaprysu.
Testosteron może otworzyć kobietom drogę do życia, jakiego pragną, ale to one decydują, czy chcą nią podążyć. „Dlaczego ja?” — zastanawia się Agnieszka, spoglądając wstecz na swoją drogę. Odpowiedź tkwi w każdej z nas — w zmęczeniu, które nie ustępuje, w tęsknocie za energią, w pragnieniu, by znów czuć się sobą. Myślisz o „męskim hormonie”? Może warto zacząć od pytania: „Co mogę zyskać?”.
DF, thefad.pl / Źródło: Endocrine Society, Harvard Medical School, Mayo Clinic, Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism, Brytyjskie Towarzystwo Menopauzalne, Cleveland Clinic, Harvard Women’s Health Watch.
Krzysztof Skiba: Pokój Trumpa – Komedia Wojny

Krzysztof Skiba
Nowa zasada medialna głosi, że prawdą nie jest to, co jest prawdą, lecz tylko to, o czym opowiada prezydent Trump. Trump chce dostać pokojową Nagrodę Jobla, dlatego zezwoli na dalsze bombardowania Ukrainy oraz okupację Krymu i Donbasu. Będzie to pokój, a nawet przedpokój – taki jak za Stalina, czyli z kulą w głowie.
Nowa zasada medialna głosi, że prawdą nie jest to, co jest prawdą, lecz tylko to, o czym opowiada prezydent Trump.
A Trump opowiada, że biedny i mały kraj, Rosja, został napadnięty przez aktora komediowego z Ukrainy i jego grupę teatralną. W obronie przed aktorem Rosjanie musieli więc strzelać rakietami w osiedla mieszkaniowe, szpitale i szkoły na terenie Ukrainy.
Napaść Ukraińców na osamotnioną Rosję (której pomagają jedynie Chiny i Korea Północna) miała na celu opanowanie Moskwy i przyłączenie jej do serialu komediowego z udziałem aktora Zełenskiego. W odwecie Rosja musiała się bronić i wymordować mieszkańców wielu ukraińskich miast, takich jak np. Bucza. Ukraińcy biją po łbach rosyjskich żołnierzy bronią dostarczaną z Ameryki przez Polskę.
Ale teraz Trump chce zabrać militarne zabawki w imię pokoju. Będzie to pokój, a nawet przedpokój – taki jak za Stalina, czyli z kulą w głowie. Rosja za Stalina nie robiła nic innego, tylko walczyła o pokój z karabinem maszynowym w dłoni. Ten niebiański pokój odczuło na sobie wiele krajów – od Polski, Wschodnich Niemiec (NRD), Czech, Słowacji i Węgier, przez kraje bałtyckie, po Bułgarię, Rumunię, Jugosławię, a nawet Angolę, Wietnam, Kubę, Czeczenię i Afganistan.
Trump chce dostać pokojową Nagrodę Jobla, dlatego zezwoli na dalsze bombardowania Ukrainy oraz okupację Krymu i Donbasu przy pomocy dzielnych kryminalistów wypuszczanych przez Putina z więzień oraz najemników z Korei.
Droga do pokoju już jest wytyczona, bowiem Rosjanie spłacili w USA wszystkie długi Trumpa, a poza tym Putin to miły facet i zapewnił Donalda, że chciał dobrze, tylko ten aktor z Ukrainy mu nie pozwolił.
Niestety, to nie jest scenariusz głupkowatej komedii z Hollywood, tylko obecna rzeczywistość.
Krzysztof Skiba










