Szukaj w serwisie

×
17 lutego 2021

Rafał Sulikowski: Umysł a mózg. Najnowsze doniesienia z pola dyskusji naukowych

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

“Szalone” teorie mają jednak swoje miejsce w wielkim gmachu nauki jako proto-teorie, a więc prymitywne - co nie znaczy od razu “gorsze” - koncepcje i wnioski, które potem są przekuwane w gotowy materiał nauk ścisłych. Nie należy z góry odrzucać żadnej hipotezy, uprzedzać się do niej, odrzucać coś tylko dlatego, że nie pasuje do naszego światopoglądu, że psuje nam zbudowany konstrukt umysłowy. Nie wolno też stosować kontrargumentacji “ad personam”, czyli atakować osobę, prezentującą nieznane poglądy zamiast odnosić się do samych głoszonych poglądów.

 

Problem relacji materialnego mózgu do niematerialnego “umysłu” znany jest w filozofii umysłu i kogniwistyce jako “body-mind problem” i jest nadal żywo dyskutowany. Tutaj zreferujemy tylko najważniejsze stanowiska badawcze oraz zaproponujemy własne, autorskie hipotezy w tej kwestii.

Pixabay

Dusza

Tradycyjnie w filozofii zachodniej oraz rzecz jasna w teologii średniowiecznej człowiek ma podwójną, niemal konfliktową naturę: jest organizmem żywym, zbudowanym ze ożywionej, ale potencjalnie śmiertelnej materii (komórek, tkanek i narządów), a zarazem ma w sobie “dech”, czyli “duszę”, której podstawowe własności to niematerialność (względnie subtelna materialność) i nieśmiertelność.

Jeszcze w XVII wieku, gdy powstawały nowożytne nauki ścisłe (fizyka, potem chemia, itd.) Kartezjusz wyróżnia dwa rodzaje materii, z jakiej składa się każdy człowiek: umysł (“res cogitans” - rzecz myślącą) oraz materię (“res extensa”), czyli rzecz rozciągłą. Już nie ma mowy o tomistycznej antropologii, zgodnie z którą człowiek “ma” duszę, względnie “jest” duszą, złączoną od poczęcia do śmierci z ciałem, też stworzonym przez dobrego Boga (gnostycy powiedzieliby, że przez złe bóstwo).

Umysł

Teraz mowa jest o rzeczy rozciągłej (organizmie, bo można go rozciągnąć, z czego w średniowieczu ochoczo korzystała inkwizycja) i rzeczy myślącej - umyśle. Pierwotna “dusza” odesłana zostaje do pism mistyków hiszpańskich w rodzaju “twierdzy wewnętrznej”, a na horyzoncie pojawia się nowoczesny “umysł”, który w dalszym ciągu zdarzeń zastąpi poczciwą, ale nieco trącącą myszką “duszę” i jeszcze bardziej anachronicznego “ducha”.

Teraz człowiek jest jeszcze rozdwojony, jak w filozofii Platona, ale już jakby mniej: Kartezjusz wierzy w homunkulusa, czyli małego człowieczka, który zarządza mózgiem i resztą ciała, tkwiąc w głowie, a inni filozofowie twierdzą, że w oku można zobaczyć “pupillę”, czyli żywą laleczkę, niby marionetkę, trochę jak w teatrze lalkowym, stanowiącą “źrenicę”, a więc jakby okno, przez które laleczka - dusza - spoziera albo wyziera na zewnątrz, na świat.

“Bóg” stwarza też duszę

Nadal aktualna jest teza, że w chwili poczęcia “Bóg” stwarza też duszę, czy umysł, a w momencie śmierci dusza przez źrenice opuszcza swoją doczesną siedzibę i ulatuje w przestworza. Powstaje neurologia, proponując całkowicie materialistyczny pogląd na człowieka w duchu monizmu, który wszedł na miejsce wcześniejszego dualizmu platońskiego; zdaje się, że wygrywa Arystoteles nad Platonem oraz Tomasz z Akwinu nad Augustynem z Tagasty. Ale dzieje idei antropologicznych wznoszą się spiralnie i oto okazuje się, że Freud ponownie pozornie powraca do platońskiego dualizmu…

Psychologia

Potem jest już tylko gorzej, ale zarazem lepiej: dusza zmienia się w “psyche”, powstaje psychologia, czyli pierwotnie nauka o psychice, która jest co prawda niematerialna, ale jednocześnie śmiertelna, przestaje mieć cechę nieśmiertelności, jak uczyły jeszcze potrydenckie katechizmy katolickie.

Psychologia na dobre zawładnęła umysłami filozofów w XIX wieku, gdy Freud dowodził, że istnieje też “podświadomość”, że człowiek nie zawsze jest rozumny i świadomy tego, co mówi (pomyłki językowe, znaczące lapsusy, etc.) czy robi (wolna wola powoli przestaje być wolna), a uczniowie idą dalej i jak Jung stwierdzą, że istnieje “umysł nieświadomy”, rezerwuar symboli i archetypów, a prawdę można też odnaleźć nie tylko na jawie, ale również we śnie, w obłędzie, w mowie ludzi pierwotnych oraz w rojeniach dzieci. Powoli staje się jasne, że umysł wypiera duszę, a w jej miejsce wchodzi “psychika”. I pojawia się wreszcie typowo dwudziestowieczny problem: jak psychika/umysł/rozum łączy się z mózgiem? Powstaje problem do zbadania, nazwany potem w skrócie z angielska jako “body-mind problem”.

Sztuczna inteligencja

Można potraktować procesor komputerowy, serce każdego tego typu urządzenia jako najdoskonalszy dotąd wynalazek ludzkości; nic tedy dziwnego, że w kogniwistyce roi się od metafor komputerowych: czy mózg jest biologicznym, żywym komputerem? Czy pierwsze komputery, pozbawione twardych dysków obrazują prymitywne mózgi, w których jeszcze nie było nowej kory (łac. neocortex), a one same nie były siebie samoświadome? I tak dalej: czy moment, w którym pojawił się hardware sprawił, iż komputer przypomina coraz dokładniej ludzki mózg? I czy hardware jest jakby “duszą” mózgu? Nic dziwnego, że sieci neuronowe wywołują tyle emocji: czy AI, czyli sztuczna inteligencja, która ma zdolność uczenia się, to już prawie sztuczny mózg?

I tu wchodzą transhumaniści, którzy wierzą, że będzie można przeszczepiać mózgi (a nawet całe głowy, na przykład z człowieka na korpus szympansa), a nawet skopiować świadomość człowieka i przenieść ją z nośnika biologicznego do superkomputera, który jest jakby “informatycznym bogiem”, sztucznym absolutem inżynierów.

"Chmura"

Pytań jest więcej: co, jeśli sztuczna inteligencja nigdy nie dorówna mózgowi i dojdziemy do ściany, wywołując “koniec informatyki”? Albo odwrotnie: AI przewyższy o wielekroć najdoskonalsze mózgi na Ziemi i przejmie władzę nad nimi? A co, jeśli będzie się nawet dało żyć “wiecznie”, gdy skopiujemy świadomość (czyli dawną “duszę”) na inny nośnik materialny?

Idźmy dalej: obecnie najnowszym hitem są “chmury danych”, które odciążają twarde dyski i każdy z każdego miejsca może mieć dostęp do czego tylko chce: można mieć dosłownie cały dorobek ludzkości w kieszeni jeansów. Metafora “chmury” jest tu kluczowa.

Jeśli umysł jest tylko “programem”?

Czy umysł to tymczasowy “software” - program zapisywany na mobilnych miękkich dyskach - który w pierwotnych komputerach zastępował nieistniejący jeszcze twardy dysk, “hardware”? Jeśli tak, to faktycznie nie można uruchomić umysłu poza jego naturalnym środowiskiem - mózgiem. Czy umysł to twardy dysk, który może funkcjonować poza komputerem, być przenoszony poza komputer? A może umysły działają jak nowoczesne “cloudy”, czyli wielkie chmury danych, nazywane chmurami BIGDATA.

Jeśli umysł jest tylko “programem”, który działa na “komputerze” (mózgu), to zasadniczo po wyłączeniu komputera albo wyjęciu twardego dysku program przestaje działać, jest tylko zapisany na mobilnej części komputera, czyli miękkiej dyskietce, dziś już prawie nieużywanej, albo na twardym dysku. Ów można jednak potencjalnie odtworzyć na dowolnym innym urządzeniu, a nawet podpiąć do urządzeń niewiele przypominających klasyczny komputer.

Jeśli jednak umysł stanowi rodzaj “sieci neuronowych”, działających w chmurze, to potencjalnie po wyłączeniu urządzenia resp. biologicznego układu nerwowego z mózgiem jako jego centralnym narządem, może potencjalnie działać dalej, czyli po ustaniu wszystkich funkcji życiowych mózgu (“hardware”), korzystając z danych zapisanych w chmurze - “cloudzie”. To też może tłumaczyć niektóre przynajmniej zaburzenia umysłowe - odłączenie z jakiegoś powodu od “chmury” spowoduje skrajne rozregulowanie urządzenia, czyli mózgu i jego desynchronizację, przejawiającą się subiektywnie w dokuczliwych objawach umysłowych. To właśnie desynchronizacja pracy półkul mózgowych z kolei ma stanowić  - wedle niektórych przynajmniej badaczy -  na przykład istotę “schizofrenii” czy innych zaburzeń psychotycznych.

Zdrowe umysły działają więc może na zasadzie “chmury”, a te słabsze są od niej z jakichś tajemniczych powodów odłączone i przestają działać optymalnie, są przeciążone danymi, więc “zawieszają się”, a nawet kompletnie rozregulowują.

Optymalna terapia mogłaby zatem polegać na ponownym “podpięciu” chorego umysłu do wielkiej chmury, której istnienie podejrzewali już tacy psychologowie, jak Jung, tylko inaczej ją nazywali. To może też tłumaczyć, dlaczego zdrowym myślenie przychodzi łatwiej niż zaburzonym - umysły działające w chmurze nie są przeciążone, bo prawie wszystkie dane zapisują w owej hipotetycznej “chmurze”. Umysł upośledzonego jest natomiast stale przeciążony bodźcami i pozbawiony tak potrzebnego bramkowania, czyli systemu filtrów poznawczych, sprawiających, że myślenie jest skuteczne i przekłada się na normalne codzienne działanie.

Wokół nas istnieją niewidzialne fale elektromagnetyczne, radiowe, promieniowanie X i mnóstwo innych; dzięki nim możliwe jest zdalne komunikowanie na odległość, radio, telewizja czy sieć komórkowa oraz Internet. Stale przenikają nasze ciała różne formy różnych energii, których oko normalnie  nie rejestruje. W normalnej sytuacji ludzki mózg hamuje owe fale, samemu wytwarzając i kondensując własne częstotliwości, tak, że nie widzimy obecnych stale obrazów wokół nas. To dzięki falom radiowym możemy odbierać na odległość obrazy czy dźwięki. I normalny umysł sobie tego nawet nie uświadamia. Sytuacja zmienia się, gdy z jakiegoś powodu powstaje anomalia i mózg przechodzi na inne częstotliwości. Zaczyna działać jak aparat telewizyjny i odbiera sygnały, jakich nie odbierają osoby w jego otoczeniu. Stąd mówi się, że chorzy widzą “rzeczy, których nie ma”. To nie jest określenie precyzyjne - należy powiedzieć, że osoby z halucynacjami postrzegają “obrazy przedmiotów, których nie percypują osoby w normalnym stanie świadomości”. Obrazy rzeczy, a nie rzeczy “same w sobie”, czyli słynne Kantowskie “Dinge an sich”.

Omamy wzrokowe i halucynacje

Czy więc tak częste w schizofreniach omamy wzrokowe i halucynacje słuchowe (“głosy”) to po prostu odhamowany z jakiegoś powodu anormalny odbiór fal radiowych i telewizyjnych? Kolejna szalona teoria, ale pójdźmy za nią w pewnym stopniu.

Dookoła nas krąży mnóstwo fal, które generują niewidoczne normalnie obrazy. To dzięki temu działają odbiorniki radiowe i telewizja. Czy schizofrenicy przechodzą na takie częstotliwości fal, że “widzą” i “słyszą” to, co jest nadawane w stacjach nadawczych radia i telewizji?

Jeśli tak się sprawy mają, to oczywiste jest, że mózg stanowi również aparat nadawczo-odbiorczy, a nie tylko wyłącznie odbiorczy. Czy fale, które wytwarza albo kondensuje mózg mogą wywoływać halucynacje? Możliwe. Jeśli tak, to treść ich powinna zgadzać się choć w zarysie z równoległym programem którejś z milionów stacji nadawczych na świecie, mniejsza z tym, radiowej czy telewizyjnej. Trzeba by sprawdzić, czy w czasie emisji omamów w ostrej fazie zaburzenia gdzieś nie jest nadawany właśnie na przykład film z tymi samymi lub podobnymi obrazami, jakie “widzi” osoba w stanie psychozy czy z “głosami”, które słyszy.

W nauce roi się od spekulacji

Tak, to jest szalona hipoteza. “Szalone” teorie mają jednak - jak dziś wiemy - swoje miejsce w wielkim gmachu nauki jako proto-teorie, a więc prymitywne - co nie znaczy od razu “gorsze” - koncepcje i wnioski, które potem są przekuwane w gotowy materiał nauk ścisłych.

Jak dotąd nie wymyślono lepszej metody tworzenia mniej lub bardziej korespondentnych teorii naukowych niż metody empiryczne oraz obserwacyjne. Jednak nauka nie oddaje obiektywnej rzeczywistości wprost, lecz w sposób zapośredniczony przez mniejszą lub większą ilość kultur, przez sytuacyjne właściwości miejsca i czasu badania czy przeprowadzanych doświadczeń, a nawet - przez subiektywny stan poznawczy podmiotu lub podmiotów poznających. I oprócz doświadczenia oraz obserwacji w nauce roi się od spekulacji (vide: współczesna postkwantowa fizyka, przypominająca niekiedy metafizykę, a nawet ezoterykę, np. modne swego czasu książki Fritjofa Capry), koncepcji “szalonych”. Przecież “szaleństwem” były hipotezy Einsteina, wtedy odrzucane, a dziś ukazujące się jako pewnego rodzaju prawda naukowa, ukazana z pewnej określonej perspektywy. Podobnie “herezją” określano obłędne teorie teologiczne, które potem stawały się nawet dogmatami religijnymi.

Nie należy tedy z góry odrzucać żadnej hipotezy, uprzedzać się do niej, odrzucać coś tylko dlatego, że nie pasuje do naszego światopoglądu, że psuje nam zbudowany konstrukt umysłowy. Nie wolno też stosować kontrargumentacji “ad personam”, czyli atakować osobę, prezentującą nieznane poglądy zamiast odnosić się do samych głoszonych poglądów. Nie należy dogmatycznie przywiązywać się niewolniczo do dawnych koncepcji, lecz szukać jeszcze lepszych, bardziej pojemnych, wyjaśniających więcej zjawisk i wyczerpujących w stopniu podstawowym dane zagadnienie. Aż w końcu pewnego dnia (a może w nocy?) ktoś stworzy “teorię wszystkiego”, która będzie prosta, elegancka i piękna, gotowa do wiecznej kontemplacji. Pewnie już nie w naszym stuleciu...

Rafał Sulikowski



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:



 
   

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję