Adam Mazguła o pierwszej komunii: jak Kościół przejmuje kontrolę nad dzieckiem

Adam Mazguła
Każde dziecko chce być akceptowane, kochane i ważne. W wieku siedmiu–ośmiu lat dowiaduje się nagle, że do kochania nie są już rodzice i dziadkowie, ale ważniejszy jest Bóg i jego namiestnik – ksiądz. Z dziecięcego punktu widzenia to zawalenie się systemu wartości, a cały ten rytuał staje się początkiem podporządkowania i kontroli, które nie kończą się nawet po śmierci — bo cmentarze też przekazano religii.
W Polsce nikt nie pyta siedmiolatka, czy chce wstąpić do Kościoła — po prostu się go do tego prowadzi. W bieli, z różańcem w ręku, przez tłum wzruszonych krewnych, pod czujnym okiem księdza. Dla wielu dzieci to pierwszy moment, gdy słyszą, że ich serce nie należy już do mamy, taty czy babci, ale do Boga — reprezentowanego przez człowieka w sutannie. I choć wszystko owinięte jest w rytuał, prezent i uśmiech, to właśnie wtedy zaczyna się coś znacznie poważniejszego: proces podporządkowania, w którym religia miesza się z władzą, a dziecięca ufność staje się narzędziem kontroli.
Adam Mazguła nie zostawia tu złudzeń — to nie jest opowieść o duchowości, lecz o systemie, który od chrztu po cmentarz rości sobie prawo do sumienia człowieka. Systemie, który uczy miłości do księdza zanim dziecko zdąży zrozumieć, czym w ogóle jest miłość. I który za swoją świętość nie odpowiada przed nikim — ani Bogiem, ani państwem, ani społeczeństwem. W imię tradycji, ciszy i białego opłatka.
Poniżej publikujemy pełny tekst Adama Mazguły, który od lat krytycznie komentuje relacje państwa z Kościołem. Tym razem Mazguła przygląda się pierwszej komunii świętej jako momentowi symbolicznego podporządkowania dziecka religijnemu systemowi. Jego głos jest mocny, kontrowersyjny, ale też prowokujący do refleksji nad tym, komu i czemu naprawdę powierzamy nasze dzieci.
Do pierwszej komunii – marsz!
Każde dziecko chce być akceptowane, kochane i ważne. Dla naszych pociech najważniejsza jest mama, później tata i zaraz potem w hierarchii ważności do kochania ustawiają się rozpieszczający dzieci babcie i dziadkowie.
Dziecko w wieku ok. 7–8 lat dowiaduje się nagle, że do kochania nie są rodzice i dziadkowie, ale ważniejszy jest Bóg i jego namiestnik – ksiądz. Z dziecięcego punktu widzenia, to zawalenie się systemu wartości. Na dodatek całemu aktowi powierzenia dziecka Bogu towarzyszy długi proceder przygotowań, chodzenie wraz z rodzicami na spotkania z księdzem i tłumaczenie dziecku o jego nowym obowiązku miłości.
Oczekują więc na tę miłość, której nie rozumieją, przyjmują wolę rodziców i spodziewają się uznania ze strony otoczenia i rodziny za okazane posłuszeństwo. Przed nimi piękne białe stroje, ochy i achy nad ich wyglądem i postawą, ale przede wszystkim uczta na ich cześć i pierwsze drogie prezenty od całej rodziny! Wmawia się dzieciom, że to wszystko dla nich — staną się ważniejsi i bardziej dorośli, będą odpowiedzialni za swoje grzechy.
Obiektem tej nowej najważniejszej miłości dziecka nie może być przecież wiszący na krzyżu okaleczony, obolały i umierający Chrystus, ale dobry i miły ksiądz. W oczach dziecka to on reprezentuje Boga, tak pięknie mówi niezrozumiałe rzeczy, że wszyscy przed nim klękają. To jego trzeba kochać i jemu poprzez spowiedź powierzać swoje tajemnice. To on jest gospodarzem domu bożego i to on daje Boga do buzi. Zresztą rodzice klękają przed nim, dając wzorce dziecku. Wie o tym ksiądz i często wykorzystuje tę sytuację, czasem w okrutny sposób. Jeśli nawet krzywda wyrządzona dziecku wyjdzie na jaw, to wierni i tak będą bronić księdza przed wymiarem sprawiedliwości, a biskup, co najwyżej, przeniesie go do innej parafii.
Na bazie pozyskanych duszyczek w okresie największego zaufania dziecka do ludzi, rodzice oddają je pod system indoktrynacji i kontroli poddańczej. Tak powstaje imperium kontroli Kościoła nad życiem małego dziecka, które nie skończy się nawet po jego dorośnięciu i po śmierci, bo cmentarze też przekazano religii.
Rodzice mają konstytucyjne prawo wychowywać dzieci zgodnie ze swoją wolą i przyjętym przez siebie wzorcami. Szkoda jednak, że często nie pozwalają dzieciom żyć i dorastać w szacunku do wszystkiego, co je otacza. Nie pozwalają poznawać świata swoimi oczyma, oceniać go, kochać, do czasu, gdy staną się pełnoletnie i dokonają świadomego wyboru wiary i religii, zgodnie z ich zdobytą wiedzą o życiu i świecie.
Nie liczę na rezygnację duchownych z dotychczasowych praktyk łapania wiernych, gdy tylko pojawi się szansa. Nie odpuszczą żadnej duszyczce, tak jak nie odpuścili milionom innych zamordowanych w bestialski sposób za wiarę. Powtórzę, wiarę, czyli swoisty system poddaństwa i wpływów określonego boga. System, który od poczęcia, chrzest, poprzez pierwszą komunię, indoktrynację religijną w szkole, ślub, aż po pochówek na oddanym duchownym cmentarzu jest jednym wielkim ciągiem kontroli i wyzysku człowieka, bez jego woli. Bo zanim obywatel stanie się świadomy, już dawno wielkie żarna religijne zmielą jego pojęcie świata na materiał ugniatanego poddaństwa, realizowanego na klęczkach i klepiącego bezmyślnie regułki ciemnoty.
Ten bezkrytyczny rodzaj kontroli człowieka poprzez wiarę jest tak silny, że nie pozwala swobodnie myśleć, kieruje naszym zachowaniem i jest gotowy na każdy rodzaj poświęcenia.
Duchowni poprzez powołanie się na Boga wzywają do działania, bo Bóg wzywa, to się Bogu nie podoba, lub rozgrzeszają w stylu: „Bóg tak chciał”. Poddanie bywa tak chore, że pozwala oddać swoje dziecko dla pedofila, albo uzasadnia mordowanie innych w najokrutniejszych wojnach religijnych, oczywiście, w imię Boga.
Tymczasem biskupi w praktyce nie podlegają polskiemu prawu i nie ponoszą odpowiedzialności za swoją przestępczą działalność. Mało tego — obecny rząd i pożal się Boże Duda, publicznie okazują poddaństwo tym biskupom. Tak więc żyjemy w kraju, w którym rządzi mafijna władza pozorów i tylko pozorów.
Mistyczny Bóg Chrystus, który nie żyje od dwóch tysięcy lat, został z woli Dudy nawet królem Polski, a jego matka królową. Tak abdykował Duda i stał się strażnikiem wiary i władzy biskupów. Prawo do ich świętości posiadają największe kanalie społeczne, zakłamani swoją bezczelnością. Ci biskupi jednak nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny, bo zawsze można powiedzieć, że Bóg tak chce. Oni biorą sobie tylko system kontroli nad społeczeństwem, bogactwo, władzę, bezkarność, zabawę i radosne bezprawie. Wszystko to za zasłoną świętości zatroskanej i bezkarnej.
Każdy obywatel ma prawo do wolności wyznawania swojej religii, ale — do jasnej cholery — dzieci też mają to prawo! Pozwólcie naszym dzieciom chociaż dorosnąć, aby mogły podejmować decyzje religijne w sprawie nie waszego, ale swojego prywatnego życia!
Adam Mazguła
Krzyż w kropeczki. Skiba punktuje Dudę za medal dla lidera Bayer Full

Krzysztof Skiba
Andrzej Duda postanowił zakończyć swoją prezydenturę gestem symbolicznym — i jak przystało na konsekwentną głowę państwa, nie zawiódł. Wśród ostatnich odznaczonych znalazł się Sławomir Świerzyński z Bayer Full, człowiek, który dał Polsce „Majteczki w kropeczki” i całkiem sporo playbacku. Bo przecież jeśli nagradzać, to nie wybitnych, tylko wiernych. A Świerzyński nie tylko śpiewał, ale też mówił to, co Duda chciał usłyszeć.
Na pożegnanie z Pałacem Prezydenckim Andrzej Duda postanowił zostawić po sobie trwały ślad — nie tyle w historii, co w rubryce „kontrowersje”. Złoty Krzyż Zasługi trafił do Sławomira Świerzyńskiego, lidera zespołu Bayer Full i autora niezapomnianych „Majteczek w kropeczki”, hymnu barów piwnych, wesel z wódką w plastiku i telewizyjnych playbacków.
Trudno się dziwić, że nie padło na Seweryna Krajewskiego, Agnieszkę Holland czy Krystynę Jandę. W końcu Świerzyński, poza sceną, zasłużył się również wiernością światopoglądową, porównując prezydenckie przemowy do miodu spływającego z ust i potępiając „ideologię LGBTQ” z zapałem większym niż politycy partii rządzącej. To bohater swoich czasów — czasów, w których miernota bywa mylona z masowością, a nagroda nie idzie w parze z twórczością, tylko z poglądami.
Duda odznaczył artystę, który mówi i myśli tak jak on. A że śpiewa nieco gorzej? Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że pod żyrandolem najlepiej brzmią echa własnych przekonań.
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
KRZYŻ W KROPECZKI
Podniosła się fala oburzenia wśród artystów, że Andrzej Duda przed wyprowadzką z Pałacu puścił smrodliwego bąka w postaci medalu dla lidera Bayer Full.
A komu miał dać swój medal? Sewerynowi? Holland? A może Jandzie?
Sławomir Świerzyński słusznie otrzymał ważne polskie odznaczenie, czyli Złoty Krzyż Zasługi, bo artystycznie zasłużył się bardzo, chociażby piosenką „Majteczki w kropeczki”, którą śpiewano na każdym weselu rodzin patologicznych, w każdej knajpie z piwem i frytkami i w policyjnych izbach dziecka.
Trzeba zaznaczyć, że prezydent RP jest po to, aby pod żyrandolami medale wręczać — nie twórcom, którzy są wybitni, proponują coś ambitnego, ale tym, którzy mają podobne poglądy. A Świerzyński zgadza się z Dudą bardziej niż Agata.
To on przekonywał w poprzedniej kampanii prezydenckiej, że Dudzie, gdy mówi, to „miód spływa z ust”. No takich porównań poetyckich to w Polsce nie było od czasów Bieruta i Stalina. A więc Sławek to artysta wyjątkowy.
On jest też wyjątkowy na innym polu kukurydzy. Jako jeden z nielicznych ma spore sukcesy w robieniu plagiatów. Ma ich w swoim dorobku sporo i nawet przegrał kilka procesów z tymi, którzy poszli do sądu, wkurzeni faktem, że ukradł im piosenki.
Bo plagiat to jest zwykła kradzież, a takich kombinatorów PiS podziwia i nagradza, bo to przecież ich styl i świat, który jako starzy cwaniacy świetnie znają i rozumieją.
Sławek ma też wielkie zasługi we wciskaniu kitu, bo przez kilka lat bajerował polską widownię opowieściami o swych wielkich podbojach w Chinach i setkach milionów sprzedanych tam płyt. Ten sukces Bayer Full w Chinach to był większy niż chiński mur. Aż pewnego dnia okazało się, że to taka sama lipa jak kariera Natalii Janoszek w Bollywood.
Wciskanie kitu także cenione jest na prawicy, a już ten numer z Chinami, co to niby od Pekinu po Szanghaj szalały za Świerzyńskim i jego zespołem, to mistrzowska ściema i zamulanie na poziomie mistrza Kurskiego.
Więc jak miał Duduś nie docenić tego wspaniałego artysty przez wielkie De? A poza tym medale daje się takim, których piosenki się lubi. A kto tam dziś rozumie skomplikowane piosenki Janerki, Nosowskiej czy Maleńczuka?
Świerzyński sprawdził się w przełomowych momentach historii Polski. Gdy była z tego kasa, to był w PSL, a gdy PiS doszedł do władzy, to trajkotał tak jak Anżej na wiejskich festynach.
No i jest jeszcze coś, co bardzo łączy prezydenta zwanego Długopisem ze Sławkiem z Bayer Full. Obaj twierdzą, że „LGBTQ to nie ludzie, to ideologia”. Sławek i Andrzej to są dopiero ludzie. Obaj wybitni w miernocie.
Kto wie, może kiedyś nagrają wspólną płytę? Andrzej będzie rapował, a Sławek ruszał ustami z playbacku.
Krzysztof Skiba
opr. Dariusz Frach, thefad.pl
Hołownia i filozof, czyli jak chłop na mądre gadanie reaguje śmiechem
OBSERWATORIUM POLEMICZNE

Zbigniew Moskal
„Co on pieprzy?!”, „Ale bełkot!”, „Co on bredzi?” – takie komentarze zalały internet po rozmowie Szymona Hołowni z Krzysztofem Stanowskim. „Zapanowała oto przedziwna moda na uznawanie myślenia za przejaw snobizmu”, a kiedy ktoś mówi „w sposób przemyślany”, coraz częściej słyszy: „najlepiej to wyśmiać, prawda?”. Bo dziś, gdy „filozof trafi między chłopów”, śmiech wygrywa z refleksją.
Zebrało się towarzystwo na YouTube – czyli współczesnym rynku, na którym lud nie przychodzi już z koszykiem po ziemniaki, tylko z popcornem po rozrywkę. Spotkanie Szymona Hołowni z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Zero miało być rozmową dwóch poważnych panów o poważnych sprawach. Wyszło jak zwykle, czyli: Hołownia coś mówi, a komentariat krzyczy: „Co on pieprzy?!”.
Ale pozwólcie, że coś wyjaśnię. Nie, Hołownia nie mówi niezrozumiale. On po prostu mówi… zrozumiale dla ludzi, którzy rozumieją. I tu leży pies pogrzebany (a obok niego cała sekcja komentarzy z YouTube’a).
Zapanowała oto przedziwna moda na uznawanie myślenia za przejaw snobizmu, a składnego zdania – za atak na inteligencję narodu. Kiedyś, gdy ktoś mówił w sposób przemyślany, mówiono: „O, mądry człowiek!”. Dziś mówimy: „Ale bełkot!”. Co się stało? Czyżby nastąpiła zbiorowa migracja mas szarych komórek do ciepłych krajów?
Wypowiedzi Hołowni porównałbym do klasyka – do sytuacji, gdy filozof trafił między chłopów. Chłopy, nie rozumiejąc, o czym mówi, śmiały się do rozpuku. Nie dlatego, że filozof mówił głupio. Tylko dlatego, że ich umysły, nieprzyzwyczajone do subtelniejszych tonów refleksji, postanowiły ratować się śmiechem. Bo przecież jak coś jest niezrozumiałe, to najlepiej to wyśmiać, prawda?
Tyle tylko, że ten śmiech – o, tu jest pies pogrzebany nr 2 – jest jak granat wrzucony we własne okopy. Bo kpiąc z Hołowni, kpicie z jego wyborców. A ci, jakby nie patrzeć, będą potrzebni w drugiej turze. No, chyba że planujecie wygrać sami ze sobą. Ale ostrzegam: w takim układzie możecie przegrać z kretesem.
A zatem, drodzy komentatorzy, zanim znów napiszecie coś w stylu: „co on bredzi?”, może najpierw warto… spróbować zrozumieć. Albo chociaż udawać. W końcu jesteśmy w Polsce – kraju, gdzie wszyscy są ekspertami od wszystkiego. Dlaczego więc nie być też ekspertem od Hołowni?
Ale uwaga: myślenie bywa zaraźliwe. I może się okazać, że po kilku zdaniach zaczniecie… sympatyzować z marszałkiem. A to dopiero byłby skandal.
Zbigniew Moskal
Biały dym nad Watykanem: Kardynał Robert Prevost nowym papieżem
Watykan, 8 maja 2025 r. – O godzinie 18:12 czasu środkowoeuropejskiego nad Kaplicą Sykstyńską uniósł się biały dym, zwiastujący wybór nowego papieża. Tysiące wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra przyjęło ten znak z entuzjazmem. Chwilę później z balkonu Bazyliki św. Piotra kardynał protodiakon Dominique Mamberti ogłosił: Habemus Papam!
White smoke billows from the chimney above the Sistine Chapel to announce that the 133 Cardinal electors have elected the new Pope, who will appear soon at the central window of St. Peter’s Basilica. pic.twitter.com/upT646xwH2
— Vatican News (@VaticanNews) May 8, 2025
Nowym papieżem został kardynał Robert Francis Prevost, który przyjął imię Leon XIV. To pierwszy w historii papież pochodzący ze Stanów Zjednoczonych i zarazem pierwszy augustianin wybrany na Stolicę Piotrową od XIII wieku.
Habemus Papam! We have a Pope!
— Vatican News (@VaticanNews) May 8, 2025
The Cardinals gathered in the Vatican’s Sistine Chapel have elected Cardinal Robert Francis Prevost as the 267th Pope, who took the name Pope Leo XIV. pic.twitter.com/7COawsKvWu
Leon XIV – nowy papież po śmierci Franciszka
Konklawe rozpoczęło się 7 maja 2025 roku po śmierci papieża Franciszka. Wybór jego następcy nastąpił już drugiego dnia obrad. Choć Watykan nie ujawnia szczegółów głosowań, według relacji agencji Reuters decyzja zapadła stosunkowo szybko – w jednej z popołudniowych tur 8 maja. Nowego papieża wybrało grono 133 kardynałów elektorów.
Leon XIV, urodzony w Chicago w 1955 roku, przez wiele lat pełnił funkcje duszpasterskie i misyjne w Ameryce Łacińskiej. Był m.in. biskupem diecezji Chiclayo w Peru. Od 2023 roku kierował Dykasterią ds. Biskupów w Watykanie – jedną z kluczowych instytucji Kościoła odpowiedzialną za nominacje biskupów na całym świecie. Uznawany jest za duchownego umiarkowanego, otwartego na dialog i kontynuatora reform Franciszka.
Przesłanie jedności i otwartości
Po ogłoszeniu wyboru, Leon XIV ukazał się wiernym z loggii bazyliki i udzielił pierwszego błogosławieństwa Urbi et Orbi. W krótkim przemówieniu podkreślił konieczność „budowania mostów w podzielonym świecie” i wezwał do modlitwy za Kościół i ludzkość. Jego słowa spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem tłumu, który skandował: Viva il Papa!
I announce to you a great joy;
— Vatican News (@VaticanNews) May 8, 2025
we have a Pope:
The Most Eminent and Most Reverend Lord,
Lord Robert Francis
Cardinal of the Holy Roman Church Prevost
who has taken the name Leo XIV.
Cardinal Protodeacon Dominique Mamberti announces that the Cardinals have elected Cardinal Robert… pic.twitter.com/u3lDDlk1L4
Imię „Leon XIV” to świadome nawiązanie do Leona XIII – papieża przełomu XIX i XX wieku, twórcy społecznej nauki Kościoła. Nowy następca św. Piotra zdaje się tym wyborem podkreślać, że Kościół nie może być obojętny wobec współczesnych wyzwań: niesprawiedliwości, ubóstwa, migracji, zmian klimatycznych i erozji wspólnoty.
Wyzwania dla nowego pontyfikatu
Leon XIV rozpoczyna pontyfikat w czasie napięć geopolitycznych, spadku religijności w krajach rozwiniętych oraz rosnącej roli Kościołów lokalnych w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji. Przed nim kontynuacja reform Kurii Rzymskiej, dalszy rozwój synodalności, odpowiedź na skandale nadużyć oraz umacnianie pozycji Kościoła w świecie coraz bardziej laickim i spolaryzowanym.
Pope Leo XIV greets the world for the first time to grant his Urbi et Orbi blessing. Cardinal Robert Francis Prevost was elected as the 267th Successor of Peter by the 133 Cardinal electors on Thursday, May 8. pic.twitter.com/Xzusx6gLoe
— Vatican News (@VaticanNews) May 8, 2025
Choć oficjalna data inauguracji pontyfikatu nie została jeszcze ogłoszona, uroczysta msza odbędzie się najprawdopodobniej w ciągu najbliższego tygodnia. W oczekiwaniu na ten moment, oczy świata kierują się na Watykan, gdzie historia Kościoła katolickiego otwiera nowy rozdział.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: reuters
Konklawe bez tajemnic: Jak Watykan wybiera papieża
W sercu Wiecznego Miasta, na skromnym wzgórzu, leży Watykan – najmniejsze państwo świata, które swoją duchową i kulturalną potęgą przyćmiewa wiele globalnych mocarstw. Zajmując zaledwie 44 hektary, jest domem dla Bazyliki św. Piotra, Muzeów Watykańskich i, co najważniejsze, siedziby Kościoła Katolickiego. Od wieków przyciąga pielgrzymów, badaczy i ciekawskich, którzy z zapartym tchem śledzą każdy sygnał płynący z Placu św. Piotra. Nic jednak nie budzi większego zainteresowania niż konklawe – tajemniczy rytuał wyboru papieża, w którym splatają się modlitwa, polityka i pradawne tradycje.
Kaplica Sykstyńska: Świadek historii
Wyobraźmy sobie wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie pod majestatycznym freskiem „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła zbierają się kardynałowie w purpurowych szatach. Powietrze jest ciężkie od ciszy i odpowiedzialności. To tutaj, w otoczeniu renesansowych arcydzieł, podejmowana jest decyzja, która może zmienić losy miliardów wiernych. Kaplica, przygotowana z niezwykłą starannością, staje się fortecą odciętą od świata. Technicy skrupulatnie sprawdzają każdy kąt, by wykluczyć możliwość podsłuchu, a specjalny piec czeka na karty wyborcze, które wkrótce zdecydują o kolorze dymu unoszącego się nad Watykanem. Ten piec, instalowany z precyzją godną teatralnej sceny, jest symbolem konklawe – prostym, a zarazem pełnym znaczeń.
Pod kluczem: Tajemnica konklawe
Słowo „konklawe” pochodzi od łacińskiego cum clave – „pod kluczem”. I choć brzmi to jak relikt średniowiecza, zasada izolacji pozostaje nienaruszona. Gdy papież umiera lub, jak w rzadkim przypadku Benedykta XVI w 2013 roku, rezygnuje, kardynałowie z całego świata zjeżdżają do Watykanu, by wybrać jego następcę. Podczas konklawe kardynałowie mieszkają w Domus Sanctae Marthae – watykańskim pensjonacie, gdzie żyją w ciszy, bez internetu, telefonów i kontaktu ze światem. Korespondencja jest sprawdzana, a rozmowy ograniczone, by zapewnić absolutną poufność. W świecie, gdzie informacje rozchodzą się w ułamku sekundy, taka izolacja wydaje się niemal magiczna, a jednak jest fundamentem tego duchowego procesu.
Demokracja w cieniu modlitwy
W konklawe biorą udział kardynałowie, którzy nie ukończyli 80. roku życia – elita Kościoła, reprezentująca różne kontynenty, kultury i wizje. Każdy z nich, po złożeniu przysięgi milczenia, oddaje głos na specjalnej karcie, zapisując imię kandydata. Teoretycznie papieżem może zostać każdy ochrzczony mężczyzna, ale od wieków wybór pada na jednego z kardynałów. Aby wygrać, kandydat musi zdobyć dwie trzecie głosów, co często prowadzi do gorących debat i subtelnych negocjacji. Głosowania odbywają się dwa razy dziennie – rano i po południu – zgodnie z ustalonym rytmem konklawe, przeplatanym modlitwami i czasem przeznaczonym na indywidualną refleksję.
Po każdym głosowaniu karty trafiają do pieca. Jeśli wynik jest nierozstrzygający, do ognia dodaje się substancję, która barwi dym na czarno – fumata nera, znak, że świat musi jeszcze poczekać. Gdy jednak wybór zostanie dokonany, dym staje się biały – fumata bianca – a tłum na Placu św. Piotra eksploduje radością. Ten prosty sygnał, znany od wieków, pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Watykanu, łącząc tradycję z uniwersalnym językiem nadziei.
Ludzkie oblicze konklawe
Choć konklawe jest wydarzeniem pełnym powagi, nie brakuje w nim ludzkich momentów. Historia zna przypadki, gdy proces wyboru papieża zamieniał się w próbę cierpliwości. W 1268 roku kardynałowie w Viterbo przez niemal trzy lata nie mogli dojść do porozumienia. Zdesperowani mieszkańcy zdjęli dach nad salą obrad i ograniczyli racje żywnościowe, co w końcu przyspieszyło decyzję. To wydarzenie zainspirowało Grzegorza X do ustanowienia ścisłych zasad konklawe w 1274 roku, które w zmodyfikowanej formie obowiązują do dziś.
Nie brak też chwil lżejszych. Jeden z kardynałów, zapytany po konklawe, czy głosował na siebie, odparł z uśmiechem: „Nie, ale byłoby to rozsądne!”. Inny, w geście żartu, zapisał na karcie imię Jezusa – głos, rzecz jasna, unieważniono. Te anegdoty przypominają, że za purpurowymi szatami kryją się ludzie zmagający się z presją i odpowiedzialnością, która wykracza poza granice Watykanu.
Globalny wpływ wyboru
Wybór papieża to coś więcej niż religijny rytuał – to wydarzenie o globalnym znaczeniu. Nowy papież, jako lider 1,4 miliarda katolików, ma moc kształtowania dialogu międzyreligijnego, polityki międzynarodowej czy debaty na temat palących problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy nierówności społeczne. Gdy w 2013 roku kardynałowie wybrali Jorge Mario Bergoglio, świat był w szoku. Pierwszy papież spoza Europy od ponad tysiąca lat, jezuita o skromnym stylu życia, zrewolucjonizował wizerunek Kościoła. Jego encyklika Laudato Si’, wzywająca do troski o planetę, stała się manifestem nie tylko dla katolików, ale i dla globalnych ruchów ekologicznych. Decyzje podejmowane w Kaplicy Sykstyńskiej rezonują daleko poza murami Watykanu, wpływając na rozmowy w ONZ, na ulicach Ameryki Łacińskiej czy w afrykańskich wioskach.
Ewolucja tradycji
Konklawe, choć zakorzenione w średniowiecznych zwyczajach, nie jest odporne na zmiany. W 1996 roku Jan Paweł II wprowadził modyfikacje, które pozwalały na wybór papieża zwykłą większością w razie przedłużających się obrad. Benedykt XVI cofnął tę zasadę, przywracając wymóg dwóch trzecich głosów, by zapewnić szerszy konsensus. Te subtelne korekty pokazują, że Watykan, mimo konserwatyzmu, potrafi dostosowywać się do wyzwań współczesności. Nawet logistyka konklawe ewoluuje – od prymitywnych pieców po nowoczesne zabezpieczenia, które chronią proces przed wścibskimi oczami mediów.
Watykan: Maleńki gigant
Watykan to nie tylko konklawe. To także Archiwa Apostolskie, skrywające dokumenty sprzed wieków, i Instytut Dzieł Religijnych, który w przeszłości budził kontrowersje. To miejsce, gdzie duchowość spotyka się z dyplomacją, a decyzje podejmowane za Spiżową Bramą wpływają na światową politykę. Maleńkie państwo, otoczone murami, jest gigantem w świecie idei, wiary i kultury.
Gdy następnym razem biały dym uniesie się nad Kaplicą Sykstyńską, świat znów wstrzyma oddech. Kim będzie kolejny papież? Czy poprowadzi Kościół ku większej otwartości, jak Franciszek, czy może skieruje go na bardziej tradycyjną ścieżkę? Odpowiedzi na te pytania kryją się w sercach kardynałów, w ciszy Kaplicy Sykstyńskiej i w tajemnicach, które Watykan strzeże od wieków.
Dariusz Frach, thefad.pl
Giertych do wyborców PiS: Kaczyński wybrał oszusta, by szantażem rządzić Polską
„Nie okradaj biednego, bo jest biedny” – Roman Giertych w emocjonalnym liście do wyborców PiS zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu cyniczny wybór kandydata na prezydenta, Nawrockiego, którego nominację – według autora – motywowała możliwość politycznego szantażu. W tle poruszająca historia ubogiego mężczyzny, którego wykorzystano do celów politycznych. „Kto głosuje na oszusta, wiedząc, że to oszust – sam staje się oszustem” – ostrzega były wicepremier.
Poniżej publikujemy pełny tekst Romana Giertycha w oryginalnej wersji.
List do wyborców PiS
Szanowni Państwo!
Pismo Święte w Księdze Przysłów przedstawia nam jeden z najbardziej wstrząsających nakazów Boga:
„Nie okradaj biednego, ponieważ jest biedny, ani nie uciskaj uciśnionego w bramie, bo Pan broni ich sprawy i odbiera życie tym, którzy ich ograbiają.”
Wyobraźcie sobie, kochani nasi Rodacy, co byście powiedzieli, gdyby media przedstawiły historię działacza PO, który znalazł ubogiego, załatwił dla niego formalności wykupu mieszkania z 90% bonifikatą przysługującą najemcy, następnie to mieszkanie za te 10% kupił, uzyskując w ten sposób nieuprawnioną bonifikatę, a biedakowi zamiast pieniędzy dał mglistą obietnicę opieki, której później nie wykonał.
Biedak więc żył w samotności, opuszczeniu, bez prądu, gazu, światła i jedzenia, a bogacz z PO w tym czasie mieszkał na koszt Państwa w hotelu, jeździł po świecie z asystentkami i czekał spokojnie, aż biedak umrze. Pech jego był taki, że biedak wciąż żył, ale po latach opieka społeczna przyjęła go do DPS-u na koszt gminy.
Wyobraźcie sobie, co byście mówili i słyszeli w swoich mediach, gdyby Tusk takiego działacza zaproponował na Prezydenta RP? Na chwilę sobie to wyobraźcie.
Tymczasem Jarosław Kaczyński to właśnie zrobił. Co gorsza, zrobił tak nie dlatego, że o tym oszustwie nie wiedział. Nie zrobił tak również z tego powodu, że, wiedząc o tej historii, uznał ją za nic nieznaczącą. O nie! Jarosław Kaczyński zrobił tak właśnie dlatego, że wiedział o tej historii i wiedział, że jest znacząca.
To ona właśnie stanowiła „hak” na Nawrockiego, którym Kaczyński chciał się posługiwać, aby przyszły Prezydent był posłuszniejszy niż Duda. Historia pana Jerzego była powodem wyboru Nawrockiego na kandydata PiS. Zapewniała bowiem sposób skutecznego szantażu.
Od prawie 20 lat tłumaczę wam, że Jarosław Kaczyński to zły człowiek. On chce rządzić szantażem, podziałami, nienawiścią i obłudą. Nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale zdołał wkupić się w łaski kościelnych dygnitarzy, tak że zamienił Kościół polski w najsilniejszą strukturę obozu Kaczyńskiego.
Nigdy nie zapomnę widoku największej katolickiej gazety „Tygodnika Niedziela” z całą okładką ze zdjęciem Nawrockiego, zalegającej w kościołach Warszawy. Takie podporządkowanie Kościoła partii, znane bardziej ze wschodnich obrządków, to najgłębsze uderzenie w wiarę w Polsce od czasów Rewolty Pogańskiej na początku XI wieku.
Dosłownie: diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni. To stare przysłowie oddaje dokładnie to, co się dzieje.
Kaczyński kazał wam głosować na człowieka, który za oszukanie biednego przez 7 lat powinien siedzieć w więzieniu.
Pamiętajcie! Kto głosuje na oszusta, wiedząc, że to oszust, to sam staje się oszustem.
Zbuntujcie się więc wreszcie i przestańcie słuchać tej kłamliwej propagandy, która każdego dnia wylewa się z pisowskich mediów. Wyzwólcie wasze umysły i zastanówcie się.
Czy to przypadek, że tylu ludzi, jak tylko poznało Kaczyńskiego, to od niego odchodziło? Wałęsa, Marcinkiewicz, Michał Kamiński, Dorn, Lepper, Sikorski, Kluzik-Rostowska, Paweł Zalewski, Marek Jurek i wielu, wielu innych, jak tylko poznawało bliżej Kaczyńskiego, to woleli politykę opuścić, niż służyć mu w niszczeniu Państwa. Również to jest mój przypadek.
Czy sądzicie, że tyle osób, które znało Kaczyńskiego blisko, mogło się pomylić, a wy tylko macie rację?
Zostawcie oszusta oszustom, którzy go wam podsuwają, a sami wybierzcie wolność od demagogii partyjnej. Polska potrzebuje godnego Prezydenta RP i takiego z pewnością sobie wybierze. Polska potrzebuje też jedności i wybaczenia. Wspólnie możemy zabliźnić stare rany, ale nie możecie trwać przy Nawrockim, bo to rozbija wspólnotę narodową.
Roman Giertych
opr. DF, thefad.pl
Opiekun starszych, kolekcjoner mieszkań: Skiba o Nawrockim

Krzysztof Skiba
Będąc prezydentem, trzeba być twardym – jak mówił Andrzej Duda – a nie litować się nad emerytami z DPS-u. Ich już nic nie czeka – tylko smutek, samotność i choroby. A taki młody i żwawy pan Nawrocki ma przed sobą wielką przyszłość. Wyłudzanie dóbr materialnych od emerytów ma w Polsce swoją długą tradycję. Ojciec Dyrektor zajmuje się tym od lat. Dobrze, że kampania prezydencka kończy się za 11 dni, bo gdyby trwała dłużej, mogłoby się okazać, że ma tych mieszkań tyle, co żona Morawieckiego działek, a połowa schorowanych mieszkańców DPS to jego dawni znajomi
Z właściwą sobie ironią Krzysztof Skiba komentuje sprawę Nawrockiego – bohatera doniesień o próbie przejęcia mieszkania od starszego mężczyzny i jednocześnie postaci, której majątek, jak wynika z ujawnianych dokumentów, okazał się bardziej rozbudowany, niż wcześniej deklarowano. W zgryźliwym tekście Skiba punktuje cienką granicę między cwaniactwem a politycznym sukcesem, społeczną znieczulicę i to, jak łatwo w Polsce cynizm potrafi przebrać się w garnitur odpowiedzialności publicznej.
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
OPIEKUN STARSZYCH
To doprawdy oburzające, że czepiają się tego drobnego wyłudzenia mieszkania od emeryta – w brawurowym wykonaniu pana Nawrockiego. Wszak to metoda powszechnie znana wśród bogobojnego kleru i często stosowana.
Oto młody ksiądz Adam, ekonom w Archidiecezji Gdańskiej, usiłował wyłudzić w czasie pandemii mieszkanie od schorowanej 75-letniej parafianki. Sprawę obszernie opisał popularny na Wybrzeżu portal Trojmiasto. Prokuratura Ziobry nie wszczęła w tej sprawie postępowania, mimo że proceder wyłudzenia był ewidentny.
Nawrocki zrobił to samo – tylko po prostu o wiele skuteczniej i sprawniej, co tylko dowodzi jego umiejętności organizacyjnych. A co, chcielibyście na posadzie prezydenta jakiegoś łajzę? Takiego, co mieszka pod mostem albo u mamusi?
To, że pan Nawrocki tak dobrze radzi sobie w życiu, dowodzi tylko jednego – jest cwany, podobnie jak pan Obajtek. Wójt Orlenu sprzedał Saudyjczykom Lotos za grosze, to pan Nawrocki, gdy będzie już prezydentem, sprzeda na przykład tę niepotrzebną rezydencję prezydencką na Helu Wielkiemu Bu albo innemu ważnemu inwestorowi.
Będąc prezydentem, trzeba być twardym – jak mówił Andrzej Duda – a nie litować się nad emerytami z DPS-u. Ich już nic nie czeka – tylko smutek, samotność i choroby. A taki młody i żwawy pan Nawrocki ma przed sobą wielką przyszłość.
Wyłudzanie dóbr materialnych od emerytów ma w Polsce swoją długą tradycję. Ojciec Dyrektor zajmuje się tym od lat. I to z jakim skutkiem! Stać go na maybachy i pałace.
Kandydat Nawrocki to człowiek szybszy niż rakieta. Jak zaczynała się debata prezydencka, to Nawrocki miał jedno mieszkanie. Kilka dni później okazało się, że ma jednak dwa. Teraz, po ujawnieniu oświadczeń majątkowych, ma już trzy mieszkania. Doprawdy – tempo Elona Muska.
Dobrze, że kampania prezydencka kończy się za 11 dni, bo gdyby trwała dłużej, mogłoby się okazać, że ma tych mieszkań tyle, co żona Morawieckiego działek, a połowa schorowanych mieszkańców DPS to jego dawni znajomi.
Krzysztof Skiba
opr, DF, thefad.pl
Życzliwy list Giertycha do Nawrockiego. Instrukcja obsługi afery mieszkaniowej
Z przymrużeniem oka i nutą ironii Roman Giertych kieruje list do Karola Nawrockiego, oferując „życzliwą” pomoc w wyjaśnieniu kontrowersji wokół kampanijnej wpadki z mieszkaniem. W charakterystycznym, satyrycznym stylu Giertych proponuje absurdalną wersję wydarzeń, w której Nawrocki jawi się jako dobroczyńca tajemniczego Jerzego, a cała afera mieszkaniowa to efekt nieporozumień i knowań służb. List pełen jest kąśliwych uwag i politycznych aluzji, a całość wieńczy troska „wuja Romka” o losy kampanii i… humor prezesa.
List do Karola Nawrockiego
Szanowny Panie Karolu!
Z wielką troską spoglądam na Pana kampanię, bom życzliwy od dawna dla mego pogubionego powinowatego Jarka. Wiele już widziałem wpadek i klęsk kampanijnych, ale takiej historii jak z tym mieszkaniem to jeszcze nie słyszałem. Dlatego, wiedziony tą życzliwością, postanowiłem przygotować dla Pana spójną wersję wyjaśnień, które powinien Pan dzisiaj przedstawić opinii publicznej.
Powie Pan tak:
Pan Jerzy, spacerując sobie po plaży, wejrzał kiedyś na Pana, gdy Pan się przechadzał w towarzystwie Wielkiego BU. Spojrzał Jerzy na Pana i rzekł:
– Karolu, pójdź, uczynię cię mym opiekunem, stróżem majątku mego i dziedzicem.
Pan, wzruszony prośbą staruszka, przystał na jego szczere łzy i postanowił zająć się biedakiem, który — nie dość że samotny — to jeszcze ciągle na swej drodze spotykał nieżyczliwego prokuratora i sędziego i cierpiał od nich okrutnie, nim jeszcze czasy męczeństwa Darkowo-Marcinowego nadeszły.
Przez wiele lat trwał między wami stan idylli. Pan słał biedakowi lekarstwa i jedzenie, a on Panu obiecał oddać mieszkanie, jak tylko wykupi je od miasta. Aby jednak wykupić, potrzebował pieniędzy, więc je mu Pan dał, ale ponieważ Pan nie miał, to podarował mu Pan pieniądze z tego, co był on Panu winien za opiekę. Tak wynika z oświadczenia Pani Magister Dziennikarstwa, której musimy przecież wierzyć. Czyli jego pieniądze pochodziły z tego, co zaoszczędził z emerytury na tym, co Pan mu kupował, aby Panu zapłacić za te usługi, lecz Pan mu te zaoszczędzone na Pana kwoty podarował — i tak miał na mieszkanie. Zaraz też pobiegł do notariusza i mieszkanie na Pana zapisał. Tak sobie w Panu bowiem upodobał.
Pan zaś stale się nim zajmował, aż któregoś pięknego dnia zniknął pan Jerzy i odnalazł się po pół roku — dopiero dziś. Pan przez cały ten czas poszukiwał swego dobroczyńcy, ale brak czasu, wywołany kandydowaniem, uniemożliwił Panu kontakt z policją albo z opieką społeczną. I nieszczęśliwym trafem pominął Pan w swoim oświadczeniu podczas debaty posiadanie tego mieszkania, co całą aferę wywołało.
Nadto ta zaciekła dociekliwość dziennikarska wydaje się inspirowana przez służby i stanowi zamach stanu, za który Tusk i Bodnar pójdą na dożywocie, a Giertych jeszcze gorzej — bo zdenerwował prezesa.
Życzliwy i martwiący się
– wuj Romek.
opr. DF, thefad.pl
Skiba: Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy

Krzysztof Skiba
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jak zwykle Duduś wykorzystał swoje wystąpienie do partyjnych bredni, a nie do łączenia Polaków. Nikt po tym prezydenckim spektaklu nie poczuł się dumny, że jest Polakiem. Po raz kolejny mogliśmy podziwiać żenujące chwyty teatralne, którymi posługuje się ten komediowy aktor
Krzysztof Skiba w swojej satyrycznej recenzji przemówienia prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja serwuje czytelnikowi ostry koktajl ironii, przesady i politycznego szyderstwa. Nie bawi się w subtelności – tnie równo, wyśmiewając teatralność Dudy, jego „pauzy mutantów” i rzekomą nieudolność. Każde zdanie to pstryczek w nos, a prezydent jawi się jako karykatura wodza, który zamiast łączyć – dzieli, a zamiast powagi – oferuje farsę.
Skiba trafnie punktuje absurdalność gestów i oratorskich póz, które w nadmiarze stają się autoparodią. Wyliczanka prezydenckich grzechów – od łamania konstytucji po kabaretowe bon moty – buduje obraz nie prezydenta, lecz performera. Ot, satyra na poziomie solidnego kabaretu: rozbawi, zirytuje, ale nie pozostawi obojętnym.
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć, słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja.
Jak zwykle przy takich ważnych rocznicach, Duduś wykorzystał swoje wystąpienie do partyjnych bredni, a nie do łączenia Polaków. Nikt po tym prezydenckim spektaklu nie poczuł się dumny, że jest Polakiem, ale za to wszyscy mogli poczuć się przestraszeni, że rządzi Tusk. Fajne jak ptasia kupa na masce czystego samochodu.
Po raz kolejny mogliśmy podziwiać żenujące chwyty teatralne, którymi posługuje się ten komediowy aktor. W zasobie jego tanich chwytów, takich jak podnoszenie głosu, robienie pseudopoważnej i groźnej miny, podnoszenie podbródka do góry niczym włoski dyktator, są też długie przerwy między wypowiadanymi zdaniami.
I nad tymi pauzami w mowach prezydenckich chciałbym się trochę zatrzymać. Pauza to zawsze ważny element monologu aktorskiego. Należy jednak wiedzieć, jak i w którym miejscu ją stosować.
Przekombinowanie z pauzą lub jej nadużywanie może dać efekt odwrotny, czyli komiczny. Bo pauza zwykle służy temu, aby wygłaszany tekst nabrał powagi i dostojności.
Niestety, w wypadku aktora Dudiego szastanie pauzami, doprowadzone wręcz do zabawnego absurdu, powoduje, że słuchacz nabiera pewności, iż ma do czynienia z mutantem, osobą opóźnioną w rozwoju i nie w pełni władz umysłowych.
Istnieją dwie teorie dotyczące prezydenckich przerw w przemówieniach publicznych. Pierwsza mówi o tym, że pauza jest po to, bo Jędruś zastanawia się, co sam przed chwilą powiedział. Druga sugeruje, że to „cytaty z Agaty”, bo małżonka milczy permanentnie i milczenie to jej znak rozpoznawczy.
Myślę, że ciągle uczący się prezydent Duda do końca swojej kadencji nie opanował umiejętności robienia sensownych przerw we własnych przemówieniach. Strzela nimi jak z karabinu maszynowego, co przynosi jedynie wiadomy efekt komediowy zamiast uroczystej zadumy.
Cała jego dziesięcioletnia kadencja zostanie zapamiętana jako wielka PRZERWA dla Polski. Można było w tym czasie zrobić jako prezydent coś sensownego. Niestety, zapamiętamy tylko trzynaście wstydliwych decyzji prezydenta łamiących konstytucję (tak wyliczyli prawnicy), infantylne rapowanie o ostrym cieniu mgły, dyspozycyjność partyjną i pomocnictwo Kaczorowi w rozbijaniu wspólnoty narodowej, dialogi z Leśnym Ruchadłem, olanie Frankowiczów, którym w kampanii obiecał pomoc, blokowanie ustawy o mowie nienawiści (bo hejt się prezydentowi bardzo podoba i jest składnią gniazda szerszeni z Nowogrodzkiej) oraz haniebny cytat na poziomie żulerki prawicowej: „LGBT to nie ludzie, to ideologia”.
Tak, Andrzej Duda powinien mieć pseudonim jak rdzenni Amerykanie w hollywoodzkich westernach – czyli Wódz Plemienia Wielka Pauza. W myśleniu.
Krzysztof Skiba
opr. DF, thefad.pl
Świat w rękach wariata. Skiba: „Mamy prze**bane”

Krzysztof Skiba
Byłoby to śmieszne, gdyby Trump był komikiem. Byłby to pyszny żart, gdyby jego autor uczył ludzi, jak przyrządzać owsiankę. Może dałoby się te kpiny zrozumieć, gdyby Trump był lewicowym aktywistą albo tancerzem w nocnym klubie. To jednak jest niestety aktualny prezydent USA. Świat jest w rękach wariata. Mamy prze**bane.
Czy satyra polityczna ma jeszcze sens, skoro rzeczywistość sama staje się żartem? Krzysztof Skiba odpowiada: tak, bo śmiech to ostatnia forma sprzeciwu wobec grozy. Jego portret Donalda Trumpa jako „głupka w papieskiej szacie” to coś więcej niż kpina – to akt rozpaczy nad światem, który zapomniał, czym jest powaga władzy.
— The White House (@WhiteHouse) May 3, 2025
Polityczny absurd jako codzienność
Zdjęcia Donalda Trumpa ucharakteryzowanego na papieża, opublikowanego – jak donoszą media – na oficjalnej stronie Białego Domu, to nie tylko gest bezguścia. To, zdaniem Skiby, znak czasów, w których powaga została zastąpiona performansem, a kompetencje – autopromocją.
Obrazek groteskowy? Tak. Ale tym bardziej niepokojący, gdy przestaje być wyjątkiem, a zaczyna ilustrować codzienność polityczną.
Granica groteski i władzy
„Byłoby to zabawne, gdyby Trump był komikiem” – pisze Skiba. Ale nie jest. Trump jako rockman, gwiazda telewizji śniadaniowych, aktywista LGBT czy nawet tancerz nocnego klubu – w każdym z tych wcieleń groteska byłaby dopuszczalna. Świat jest w rękach człowieka, który nie dorasta do swojej funkcji.
Satyra jako krzyk bezradności
„Mamy prze**bane”. To nie żart, satyryczna forma przestaje tu bawić, a zaczyna niepokoić. Wpis Skiby staje się nie tyle satyrą na Trumpa, co satyrą na nasze czasy. Czasy, w których granica między groteską a władzą została bezpowrotnie zatarta.
WARIAT
Na oficjalnej stronie Białego Domu zamieszczono zdjęcie Donalda Trumpa w roli papieża. Byłoby to śmieszne, gdyby Trump był amerykańskim komikiem. Byłoby to zabawne, gdyby był gwiazdą rocka. Byłby to pyszny żart, gdyby jego autor był gwiazdą telewizji śniadaniowych i uczył ludzi jak przyrządzać owsiankę. Może dałoby się te kpiny z wierzących i bogobojnych katolików zrozumieć, gdyby Trump był popularnym ateistą i lewicowym aktywistą, albo tancerzem w nocnym klubie dla społeczności LGBT.
To jednak jest niestety aktualny prezydent USA. Zwykły głupek o mentalności urwisa z podstawówki.
Przepowiednie futurologów i pisarzy się spełniły. Świat jest w rękach wariata.
Mamy prze**bane.
Krzysztof Skiba
opr. DF, thefad.pl






