Szukaj w serwisie

×

Iga Świątek w finale Wimbledonu 2025. Jak pokonała trawę i wróciła do formy

Mało kto spodziewał się, że najlepszy wynik Igi Świątek w Wielkim Szlemie 2025 roku przyjdzie właśnie w Londynie. A jednak – Polka dotarła do finału Wimbledonu, kwestionując własne ograniczenia, pokonując presję i odzyskując spokój, którego przez miesiące jej brakowało.

Zaskoczenie? Dla niej też

Rozstawiona z numerem ósmym Świątek sama przyznaje, że dojście do finału na trawie ją zaskoczyło. Po czterech triumfach na kortach Rolanda Garrosa, gdzie zyskała miano „królowej mączki”, Wimbledon pozostawał jej największym wyzwaniem – mimo że to tam, jeszcze jako juniorka, wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł w 2018 roku.

Nie powiem, że nie wierzyłam, bo w pewnym sensie wierzyłam – ale sądziłam, że będę musiała zrobić znacznie więcej, by się tu znaleźć – przyznała.

Rok pełen zakrętów

Finał w Londynie to nie tylko sukces sportowy, ale również dowód na odporność psychiczną. Ostatnie dwanaście miesięcy było dla Świątek trudne. Od emocjonalnego załamania po półfinale igrzysk olimpijskich, przez nieudane występy na twardych kortach, aż po szokujące zawieszenie w listopadzie po wykryciu w jej organizmie niedozwolonej substancji – trimetazydyny.

Choć ITIA ostatecznie uznała, że incydent wynikał z zanieczyszczenia leku, niesmak pozostał. Sama Świątek mówiła później, że „jej życie zostało wywrócone do góry nogami”, a najtrudniejsze było odzyskanie spokoju i koncentracji.

Bad Homburg, czyli zwrot

Trawa nigdy nie była jej ulubioną nawierzchnią, ale to właśnie podczas turnieju w Bad Homburg – poprzedzającego Wimbledon – coś się zmieniło. W grze Polki pojawiła się płynność i lekkość, które zaskoczyły komentatorów. Była zawodniczka i analityczka Andrea Petković zwróciła uwagę na „świeżość” w jej stylu gry.

Przez większość roku czuło się napięcie. W Bad Homburg to zniknęło. Nadal jest intensywna, ale wygląda na to, że daje sobie więcej swobody – i więcej wybacza.

Więcej czasu, mniej chaosu

Jedną z kluczowych zmian było inne podejście do przygotowań. Po French Open Świątek nie rzuciła się od razu w kolejne turnieje – jak rok wcześniej – lecz zaplanowała tydzień treningów na Majorce, a dopiero potem start w Niemczech.

– W tym roku miałam więcej czasu na trening. Skupiliśmy się na poruszaniu i pracy nóg przed uderzeniem – tłumaczyła.

Inną ważną zmianą była decyzja o zatrudnieniu nowego trenera. Z końcem 2024 roku Tomasza Wiktorowskiego zastąpił Belg Wim Fissette, który wcześniej pracował m.in. z Kim Clijsters i Naomi Osaką. Efekt? M.in. znacząca poprawa serwisu – na Wimbledonie Świątek wygrywała 78% punktów po pierwszym podaniu, co dało jej drugi najlepszy wynik w turnieju.

Sprzyjająca pogoda i… zmieniająca się trawa

W grze Świątek zawsze dominował topspinowy forhend – broń śmiercionośna na ziemi, znacznie mniej efektywna na trawie. Ale i tu natura przyszła jej z pomocą. Tegoroczny Wimbledon rozgrywany był w cieplejszych niż zwykle warunkach – co wpłynęło na charakter nawierzchni.

Gdy temperatura przekracza 30 stopni, korty nie są już śliskie, piłka się zatrzymuje – gra jest wolniejsza – tłumaczyła Agnieszka Radwańska, finalistka Wimbledonu z 2012 roku. – Zawodniczki z mączki zaczynają czuć się jak w domu.

Wielki finał – niezależnie od wyniku

Nie wiadomo jeszcze, czy Świątek wygra swój pierwszy Wimbledon. Ale nawet jeśli nie, jedno jest pewne: obaliła mit, że trawa to jej słabość. Ten sezon to opowieść o upadku i odbudowie, nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim mentalnej. W świecie, gdzie tenis to sport milimetrów i emocji, Iga Świątek przypomniała, że odporność psychiczna bywa najważniejszym elementem wielkoszlemowej układanki.

Źródło: BBC Sport – https://www.bbc.com/sport/tennis, PAP – https://www.pap.pl, ITIA – https://www.itia.tennis


„To straszne, ale w tych słowach jest prawda”. Duda wywołuje burzę słowami o wieszaniu za zdradę

W jednej wypowiedzi zawarł wszystko, co dzieli dziś Polskę — przemocowy język, napięcia wokół sądów, pogardę dla instytucji. Andrzej Duda zacytował słowa o wieszaniu za zdradę. Reakcje? Lawina.

Fot. screen shot / youtube @prezydent


Duda cytuje, ale się nie dystansuje

– Niedawno jeden człowiek powiedział do mnie bardzo brutalnie: „Wie pan, dlaczego w Polsce jest tyle zdrady i warcholstwa bezczelnego? Bo dawno nikogo nie powieszono za zdradę”. To straszne, ale w tych słowach jest prawda – powiedział Andrzej Duda w opublikowanym 9 lipca wywiadzie dla prawicowych portali Otwarta Konserwa, Nowy Ład i Klubu Jagiellońskiego.

Dalej rozwijał myśl, podkreślając znaczenie kary jako elementu odstraszającego. Kontekst? Spór o reformę sądownictwa i zapowiedzi nowego rozdania w Sądzie Najwyższym.

Nie padło bezpośrednie wezwanie do przemocy, ale słowa — cytowane z aprobatą, bez dystansu — zabrzmiały jak echo politycznych rewolucji, nie demokratycznej debaty. W państwie członkowskim Unii Europejskiej, związanym konstytucją i prawem międzynarodowym, takie wypowiedzi są szczególnie niepokojące – mogą być postrzegane jako przekraczające granice demokratycznego dyskursu.


Lawina reakcji: od konsternacji po oskarżenia

Wypowiedź momentalnie obiegła media i media społecznościowe. Opozycja nie miała wątpliwości – padła granica. Poseł KO Dariusz Joński stwierdził wprost: „Duda i jego środowisko dążą do wojny domowej”. Kamila Gasiuk-Pihowicz nazwała słowa „haniebnymi” i „niebezpiecznymi”, a Anna Maria Żukowska z Lewicy zasugerowała konieczność reakcji prokuratury, przywołując sprawy o nawoływanie do przemocy z przeszłości.

Publicyści oceniali, że prezydent „chorobliwie łaknie atencji” (Radosław Karbowski), a słowa mogą „skończyć się zabójstwem politycznym” (Roman Giertych).

W Polsce aż nazbyt dobrze wiemy, że język nienawiści potrafi poprzedzać czyny. Śmierć Pawła Adamowicza nie była tylko jednostkową tragedią — była konsekwencją atmosfery, którą ktoś wcześniej stworzył. Dlatego nawet cytowane słowa o przemocy, gdy padają z ust prezydenta, nie są tylko retoryką — nabierają ciężaru. Przypominają, jak łatwo słowo może otworzyć drzwi przemocy.


Retoryka odwetu i frustracji

W całej wypowiedzi pobrzmiewa głęboka frustracja – z braku narzędzi, z oporu instytucji, z „niereformowalnego” systemu. Duda mówi o sędziach, którzy jego zdaniem „uprawiają politykę”, i o potrzebie ich usunięcia z zawodu. To narracja znana z czasów reformy Ziobry: sąd jako wróg, nie partner.

Ale teraz — gdy PiS stracił władzę, a nowa większość przywraca wcześniejsze zasady — prezydent nie odpuszcza. W jego narracji sądy są wciąż „rozszalałym żywiołem”, który trzeba ujarzmić. Nawet za cenę języka odwetu.


Zacieranie granic

Wolno cytować, nawet brutalnie. Wolno mówić o zdradzie, karze, winie. Ale w ustach prezydenta, który przysięgał na konstytucję i ma być arbitrem, a nie stroną, takie słowa mają inny ciężar.

Zacierają granicę między wolnością słowa a moralną legitymizacją przemocy. Przypominają, że język polityki nie jest obojętny — że przemoc symboliczna często wyprzedza fizyczną.


Polityka nienawiści czy polityka frustracji?

Jedni mówią: to cyniczna gra. Inni: desperacja. Ale efekt jest jeden – kolejne osunięcie się debaty publicznej w stronę retoryki przemocy. I pytanie, które wraca jak bumerang: co się stanie, gdy ktoś weźmie te słowa na serio?

W świecie, gdzie słowa prezydenta rozchodzą się szybciej niż ustawy, każda wypowiedź to potencjalna iskra. A Polska w 2025 roku to beczka prochu.

DF, thefad.pl 


Ośmieszone wybory. Prof. Matczak: To słaba i kwestionowana prezydentura

Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta RP może stać się początkiem najpoważniejszego kryzysu legitymacji w historii III RP — ostrzega prof. Marcin Matczak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Jego zdaniem, procedura zatwierdzenia wyboru przez kwestionowaną izbę Sądu Najwyższego może mieć destrukcyjne skutki dla państwa prawa.

Fot. screen shot, youtube

Izba, która nie jest sądem?

Trybunał Sprawiedliwości UE i Europejski Trybunał Praw Człowieka uznały, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN nie spełnia standardów niezależności i bezstronności. To właśnie ona potwierdziła ważność wyboru Karola Nawrockiego.

Zdaniem prof. Matczaka oznacza to, że w świetle konstytucji i prawa międzynarodowego nie doszło do właściwego zatwierdzenia wyboru prezydenta. – Sytuacja, w której najważniejszy sąd w kraju nie jest właściwie obsadzony, jest sytuacją tragiczną – podkreśla prawnik.

Słaba i podważalna prezydentura

– Dla mnie to prezydent podważalny – mówi Matczak wprost. W jego ocenie mogą pojawić się sytuacje – polityczne lub sądowe – które zakwestionują legalność działań Karola Nawrockiego, także tych o znaczeniu międzynarodowym. Wskazuje na potencjalne decyzje dotyczące powoływania sędziów, podpisywania ustaw czy reprezentowania Polski na arenie międzynarodowej.

– Prawo i Sprawiedliwość zniszczyło mechanizm, który daje legitymację także ich własnemu prezydentowi. To będzie słaba prezydentura, cały czas kwestionowana – zaznacza.

Marcin Matczak Fot screenshot / youtube

Nadciąga nowy spór konstytucyjny?

Jeśli dojdzie do zmiany układu sił w Trybunale Konstytucyjnym, możliwy jest scenariusz, w którym nowy skład uzna, że Izba Kontroli została powołana nielegalnie, a jej decyzje – w tym o wyborze prezydenta – są nieważne.

– Co wtedy z decyzjami nowego prezydenta? Czy będą ważne? – pyta Matczak. Ostrzega przed ryzykiem kolejnego chaosu prawnego, który może objąć również akty prawne, nominacje oraz działania dyplomatyczne.

Choć opozycja milczy lub zachowuje w tej sprawie ostrożność, sytuacja może szybko ewoluować, jeśli pojawią się inicjatywy ustawodawcze mające na celu „sanację” decyzji Izby Kontroli lub jej całkowite unieważnienie. Niewykluczone, że obóz rządzący celowo czeka na zmiany personalne w Trybunale Konstytucyjnym, by przeprowadzić ruch w dogodnym momencie.

Hołownia jako prezydent? „Pomysł nietrafiony”

Prof. Andrzej Zoll zasugerował, że marszałek Sejmu mógłby czasowo przejąć funkcję głowy państwa, gdyby Zgromadzenie Narodowe zawiesiło zaprzysiężenie prezydenta. Matczak ocenia ten pomysł jako ryzykowny i potencjalnie szkodliwy.

Nie wiemy, co zrobi Andrzej Duda. Nie wiemy, czy Hołownia nadal będzie marszałkiem. To rozwiązanie może przynieść więcej szkód niż korzyści – mówi.

Ośmieszone wybory

W rozmowie odniesiono się również do opinii prof. Ewy Łętowskiej, która oceniła, że wybory zostały „ośmieszone”. Matczak przyznaje jej rację. Niewłaściwe procedury, kwestionowany skład sądu, liczne protesty – to wszystko podważa zaufanie do procesu wyborczego i autorytetu głowy państwa.

Prof. Matczak nie zostawia złudzeń – państwo, które nie rozwiąże kryzysu wokół sądownictwa, może za chwilę nie wiedzieć, kto jest jego legalnym prezydentem. I to w czasie, gdy Polska będzie musiała podejmować kluczowe decyzje wewnętrzne i międzynarodowe.


Źródło: Cytaty zawarte w tekście pochodzą z wywiadu prof. Marcina Matczaka opublikowanego przez dziennik „Rzeczpospolita” w dniu 8 lipca 2025 r. i zostały przytoczone zgodnie z zasadą dozwolonego cytatu, w celach analizy i komentarza redakcyjnego.

 


„Made in Europe”: Europa tworzy własny smartfon z niezależnym systemem operacyjnym

W czasach, gdy technologia stała się narzędziem geopolityki, Europa próbuje odbudować cyfrową suwerenność. Najnowszym symbolem tych ambicji jest smartfon „Made in Europe” – wspólny projekt niemieckiego Gigaset i szwajcarskiego Punkt, który ma być alternatywą wobec dominacji Apple, Google i chińskich gigantów. Czy jednak europejski smartfon ma szansę realnie konkurować na globalnym rynku, czy jest jedynie symbolem dobrze opakowanej niemocy?

DF, thefad.pl / AI

Europa odpowiada Trumpowi

Ogłoszenie przez Donalda Trumpa powstania smartfona „Made in USA” spotkało się z szybką reakcją po drugiej stronie Atlantyku. Dwie europejskie firmy – Gigaset i Punkt – połączyły siły, by zaprezentować własne urządzenie, które ma być produkowane w Niemczech i działać na niezależnym systemie Apostrophy, opracowywanym w Szwajcarii.

W tle tej inicjatywy znajduje się trend, który zyskuje coraz większe znaczenie w debacie publicznej: suwerenność technologiczna. Europa – zdominowana przez amerykańskie systemy operacyjne i azjatycką produkcję komponentów – zaczyna szukać własnej drogi. Projekt „Made in Europe” to jeden z pierwszych symbolicznych kroków w stronę tej niezależności.

Czym właściwie jest Apostrophy?

System operacyjny Apostrophy OS, który ma napędzać europejski smartfon, bazuje na Android Open Source Project (AOSP), ale został tak zaprojektowany, by działać bez usług Google. Producent chwali się m.in. segmentową architekturą, która izoluje aplikacje zewnętrzne od wrażliwych danych użytkownika.

Dodatkowym atutem ma być europejska jurysdykcja – dane przechowywane są na serwerach w Szwajcarii, z dala od amerykańskiego nadzoru. System posiada własnego klienta poczty, kalendarz i książkę adresową. Na targach CES 2024 został wyróżniony przez magazyn Wired jako jedna z najlepszych innowacji programowych.

Produkcja w Europie. Czy na pewno?

Gigaset produkuje smartfony w Bocholt, w Niemczech. Fabryka wyróżnia się wysoką automatyzacją i – jak podaje firma w oficjalnych materiałach – 90% mniejszym odsetkiem zwrotów niż średnia rynkowa. Produkcja ma być w pełni zasilana energią odnawialną, co wpisuje się w unijne priorytety zrównoważonego rozwoju.

Jednak rzeczywistość jest bardziej złożona. Gigaset należy do hongkońskiej grupy VTech, a system Apostrophy bazuje na kodzie Androida rozwijanym przez Google. O ile więc montaż odbywa się w Europie, to całościowa niezależność pozostaje częściowa i w dużej mierze deklaratywna.

USA i Europa: paralele z Trump Phone

Projekt Gigaset–Punkt przypomina w wielu aspektach ogłoszenie Trump Mobile – smartfona promowanego jako „Made in USA”. Okazało się jednak, że urządzenie T1 8002 ma niemal identyczną specyfikację jak chiński Revvl 7 Pro 5G. Po fali krytyki strona internetowa Trump Organization przestała twierdzić, że telefon powstaje w USA – zamiast tego napisano, że został „zaprojektowany z myślą o amerykańskich wartościach”.

Jak zauważył Ryan Reith z IDC w rozmowie z CNN, pojęcia takie jak „zaprojektowano” czy „zbudowano” są dziś niezwykle płynne. Nawet Apple projektuje swoje urządzenia w Kalifornii, ale montuje je w Chinach i Indiach. Europejski smartfon powtarza więc tę samą niejasność definicyjną.

Chiny już są niezależne

Podczas gdy Europa i USA dopiero deklarują chęć uniezależnienia się technologicznego, Chiny już to realizują. Lokalne marki – Huawei, Xiaomi, Oppo, Vivo – dominują swój rynek, a sprzedaż zagranicznych smartfonów, według danych Chińskiej Akademii Technologii Informacyjno-Komunikacyjnych (CAICT), spadła w maju 2025 roku o blisko 10% rok do roku.

Chiny nie tylko ograniczają konkurencję wewnętrzną, ale też eksportują własną technologię – od smartfonów po chipy i sztuczną inteligencję. Huawei, z własnym systemem HarmonyOS i krajowym łańcuchem dostaw, jest dziś symbolem technologicznej suwerenności w praktyce.

Cyfrowa Dekada i suwerenność UE

Projekt „Made in Europe” to nie tylko gadżet – to element szerszej strategii UE, określanej jako „cyfrowa dekada 2020–2030”. W jej ramach Komisja Europejska stawia sobie cele: zwiększenie udziału UE w globalnej produkcji chipów do 20%, rozwój europejskich chmur obliczeniowych i ograniczenie zależności od zagranicznych big techów.

Inicjatywy takie jak EU Chips Act czy AI Act mają stworzyć podstawy cyfrowej niezależności. Ale rzeczywistość jest trudna: wciąż ponad 75% europejskiej chmury jest kontrolowane przez firmy spoza UE, a 99% systemów smartfonowych to Android lub iOS.

Czy Europejczycy kupią tę narrację?

Urządzenie Punkt MC02, będące prototypem projektu, kosztuje 599 euro – znacznie więcej niż chińscy konkurenci z podobną specyfikacją. Ekosystem aplikacji Apostrophy jest wciąż ubogi, a dostęp do popularnych platform często wymaga obchodzenia standardowych rozwiązań.

Projekt może więc zyskać zainteresowanie wśród świadomych użytkowników i firm ceniących prywatność, ale niekoniecznie zdobędzie masowy rynek.

Jak zauważa Max Weinbach z Creative Strategies, „pełna niezależność technologiczna jest dziś utopią”. Możliwość świadomego wyboru rozwiązań cyfrowych i przechowywania danych w UE to jednak realny krok w stronę cyfrowej podmiotowości.

Suwerenność zaczyna się od decyzji

Smartfon „Made in Europe” to nie rewolucja, ale symbol. Nawet jeśli nie przełamie dominacji Apple i Google, pokazuje, że Europa zaczyna tworzyć własne cyfrowe rozwiązania – nawet jeśli są one jeszcze niedoskonałe. A to pierwszy krok do zmiany.

DF, thefad.pl / Źródło: Politico Europe/, CNN, Reuters

 


Mounjaro czy Wegovy? Naukowcy porównali dwa popularne leki na otyłość

Pierwsze duże badanie porównawcze najgłośniejszych leków odchudzających ostatnich lat wskazuje wyraźnego lidera. Tirzepatyd (znany jako Mounjaro) okazał się skuteczniejszy niż semaglutyd (Wegovy), choć oba preparaty wyraźnie wspierają pacjentów w walce z otyłością.

Fot. Rachael RenUnsplash

Skuteczność Mounjaro i Wegovy: nowe dane z badania klinicznego

Badacze z Uniwersytetu w Glasgow oraz ośrodka Weill Cornell Medicine w Nowym Jorku przeanalizowali wpływ dwóch leków na osoby zmagające się z otyłością. W badaniu klinicznym – sfinansowanym przez firmę Eli Lilly, producenta Mounjaro – uczestniczyło 750 dorosłych pacjentów, którzy przez ponad 72 tygodnie stosowali maksymalnie tolerowaną dawkę jednego z leków.

Wyniki okazały się jednoznaczne. Średnia utrata masy ciała w grupie przyjmującej Mounjaro wyniosła aż 20 procent, podczas gdy wśród osób stosujących Wegovy redukcja sięgnęła średnio 14 procent. Co więcej, niemal co trzeci pacjent stosujący Mounjaro stracił jedną czwartą swojej wagi, natomiast w grupie przyjmującej Wegovy taki rezultat osiągnęła tylko co szósta osoba.

Jak działają te leki na odchudzanie? Semaglutyd vs tirzepatyd

Oba preparaty działają w podobny sposób – oszukując ośrodek sytości w mózgu, co prowadzi do zmniejszenia apetytu i ograniczenia spożycia kalorii. Semaglutyd, znany pod nazwą handlową Wegovy, naśladuje działanie hormonu GLP-1 wydzielanego po posiłku. Tirzepatyd (Mounjaro) idzie o krok dalej: aktywuje jednocześnie dwa receptory – GLP-1 oraz GIP – co daje silniejszy efekt sytości i, jak pokazuje badanie, skuteczniejszą redukcję masy ciała.

Nie tylko waga: inne efekty leczenia otyłości

Pacjenci przyjmujący Mounjaro średnio zredukowali obwód talii o 18 centymetrów, wobec 13 centymetrów w grupie semaglutydu. Lepsze wyniki odnotowano również w zakresie ciśnienia tętniczego, poziomu glukozy i cholesterolu. Co istotne, częstość występowania skutków ubocznych była zbliżona w obu grupach badanych. Ciekawym wnioskiem jest również to, że kobiety traciły na wadze więcej niż mężczyźni – niezależnie od stosowanego leku.

Który lek odchudzający wybrać? Komentarze ekspertów

Według dr Louisa Aronne’a, który kierował badaniami w nowojorskim ośrodku Weill Cornell, większość osób z otyłością skorzysta z terapii semaglutydem. Jednak w przypadkach skrajnej otyłości to tirzepatyd może przynieść lepsze efekty. Z kolei profesor Naveed Sattar z Uniwersytetu w Glasgow ocenił, że oba preparaty stanowią „dobrą opcję terapeutyczną” – choć jego zdaniem jedni pacjenci zadowolą się 15-procentową utratą wagi, inni będą dążyć do maksymalnych możliwych rezultatów.

Warto zaznaczyć, że Wegovy zyskał już zatwierdzenie do stosowania także w profilaktyce schorzeń sercowo-naczyniowych, takich jak zawał serca. Dla Mounjaro podobne badania są wciąż prowadzone.

Otyłość w Polsce: narastający problem zdrowotny i ekonomiczny

Na tym tle pojawia się pytanie o skalę problemu. Według danych Eurostatu z 2019 roku, otyłość dotyczyła niemal jednej piątej dorosłych Polaków. Jeśli jednak uwzględnić osoby z nadwagą, skala problemu gwałtownie rośnie: z danych Głównego Urzędu Statystycznego oraz raportu NFZ wynika, że ponad 56 procent osób powyżej 15. roku życia miało wówczas nadwagę lub otyłość.

Wraz ze wzrostem masy ciała rosną też koszty zdrowotne. W 2023 roku Narodowy Fundusz Zdrowia wydał na leczenie chorób powiązanych z otyłością ponad 3,5 miliarda złotych – niemal trzykrotnie więcej niż jeszcze dekadę wcześniej. A prognozy nie pozostawiają złudzeń. Według szacunków NCD Risk Factor Collaboration, do końca 2025 roku nawet 30 procent dorosłych mężczyzn i ponad jedna czwarta kobiet w Polsce może zmagać się z otyłością.

Przyszłość farmakologicznego leczenia otyłości

Na rynku farmaceutycznym rośnie więc apetyt na skuteczne leki. W Polsce Mounjaro i Wegovy są dostępne na receptę, jednak – jak informują lokalne media – można je dostać jedynie w wybranych aptekach. Na świecie trwa natomiast intensywny wyścig: testowane są wyższe dawki istniejących preparatów, alternatywne formy podania (np. tabletki), a także zupełnie nowe molekuły o odmiennym mechanizmie działania.

Profesor Sattar nie ma wątpliwości, że rosnąca liczba badań przybliża nas do skutecznych metod leczenia otyłości. Jednocześnie przypomina, że żaden lek nie zastąpi trwałej zmiany stylu życia. Jak podkreśla: „Znacznie lepiej byłoby, gdyby nasze społeczeństwo było zdrowsze, co pozwoliłoby zapobiec rosnącej liczbie osób z otyłością”.


DF, thefad.pl / Źródło: New England Journal of Medicine, BBC, European Congress on Obesity

 


Przeżyć Batyra – gorzkie refleksje Stefana Niesiołowskiego nad stanem polskiej polityki

„To przykre, ale trzeba się z tym pogodzić, jak z przewlekłą egzemą. Batyr, którego nazwiska z obrzydzenia nie chcę wymawiać (…) będzie niestety prezydentem. Nie tacy osobnicy pełnili już ten urząd i Polska ich przeżyła. Moment jest istotnie przykry, a samo oglądanie wyżej wymienionego z tym martwym, odrażającym pseudouśmiechem, wygadującego brednie i kłamstwa jednocześnie, jest czymś koszmarnym” – pisze Stefan Niesiołowski w swoim najnowszym wpisie w mediach społecznościowych.

Stefan Niesiołowski. Fot. wikipedia

Były opozycjonista i polityk ostro krytykuje nie tylko wybór nowego prezydenta, ale również bierność instytucji państwa w rozliczaniu nadużyć poprzedniej władzy. Szczególnie surowo ocenia ministra sprawiedliwości: „Zamiast pisać listy, w których wytykał p. Manowskiej brak legalności izby SN, o której wszyscy wiedzą, że nie jest sądem, powinien zająć się aresztowaniami i oskarżeniami pisowskiej szajki. Minister Bodnar nie jest od pisania skarg i listów do p. Manowskiej, ale od łapania przestępców” – stwierdza.

Zdaniem Niesiołowskiego Polska znajduje się dziś w kluczowym momencie politycznym: „Jesteśmy w momencie pisowskiego szturmu na Polskę. Kaczyński liczy, że na fali rozgoryczenia uda mu się zniszczyć koalicję 15 X i dorwać wraz z konfą i jakimiś innymi odpadami do rządów” – przestrzega.

Na szczególne potępienie zasługuje – według autora – nominacja Sławomira Cenckiewicza na szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Niesiołowski określa go jako „człowieka Macierewicza”, który „fałszywie oskarżał Lecha Wałęsę” i miałby – w najostrzejszym ujęciu – być „być może rosyjskim agentem wpływu”. Wpis wiąże tę nominację z szerszym planem politycznym, mającym na celu wyeliminowanie Donalda Tuska z życia publicznego i przejęcie kontroli nad kluczowymi instytucjami państwa przez środowiska związane z PiS.

Poniżej publikujemy pełną treść wpisu Stefana Niesiołowskiego.

Przeżyć Batyra

To przykre, ale trzeba się z tym pogodzić, jak z przewlekłą egzemą lub inną endemiczną chorobą i z wieloma negatywnymi zjawiskami, które nam towarzyszą. Batyr, którego nazwiska z obrzydzenia nie chcę wymawiać, ani innych znanych epitetów, na które swoim życiorysem bardzo zasłużył, będzie niestety prezydentem.

Nie tacy osobnicy pełnili już też ten urząd i Polska ich przeżyła. Moment jest istotnie przykry, a samo oglądanie wyżej wymienionego z tym martwym odrażającym pseudouśmiechem, wygadującego brednie i kłamstwa jednocześnie, jest czymś koszmarnym.

Trudno jednak po p. Hołowni spodziewać się bohaterstwa. W dodatku byłoby to bohaterstwo dość jałowe i symboliczne. Hołownia mógłby odroczyć zaprzysiężenie do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości i zastrzeżeń.

Tyle tylko, że to co najwyżej odsunęłoby samo zaprzysiężenie i ewentualnie umożliwiło przegłosowanie i podpisanie przez pełniącego już funkcję prezydenta marszałka najważniejszych ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości. Jest to jednak kalkulacja ryzykowna i, znając sprawność działania władzy ustawodawczej, raczej niemożliwa do zrealizowania.

Tak więc, zwłaszcza wobec oświadczenia premiera, że trzeba ze względu na konieczność ustabilizowania sytuacji w państwie, z czym trudno polemizować, uznać wybór Batyra – musimy ten przykry fakt przyjąć do wiadomości.

Nie oznacza to, że nie można oceniać ostatnich wydarzeń w Polsce – tego wszystkiego, co zafundowała nam p. Manowska, neosędziowie i wielu polityków.

Stopień arogancji, podłości, egoizmu i służalczości ze strony np. rzecznika SN p. Stępkowskiego, samej p. Manowskiej, wielu polityków koalicji, dla których stanowiska w rządzie okazały się sprawą absolutnie fundamentalną, bo jeśli nie będą wysokimi dygnitarzami rządu po rekonstrukcji, to oznacza, że rząd „nie dowiezie” obietnic – a to z kolei będzie koniec koalicji i, w domyśle rzecz jasna, Polski.

Cała licytacja atakowania Trzaskowskiego, rządu, Tuska i zapewnienia o swoim uznaniu dla wyboru Batyra przez jego obóz polityczny oraz czegoś w rodzaju radości z tego wyboru, czego najbardziej może wzruszającym przykładem była p. Żukowska, ale nie tylko ona, to żałosny przykład braku charakteru i politycznej wyobraźni oraz jakiejś trudnej do wytłumaczenia małostkowości.

Minister Bodnar zamiast pisać listy, w których wytykał p. Manowskiej brak legalności izby SN, o której wszyscy wiedzą, że nie jest sądem, i skarżyć się, że prokuratorzy zostali niewłaściwie potraktowani i nie udostępniono im skarg obywateli, powinien zająć się aresztowaniami i oskarżeniami pisowskiej szajki.

Mieliśmy do czynienia z pokazem bezsilności i nieskuteczności działania prokuratury. Co z tego, że p. Bodnar nie został dopuszczony do akt i odstąpi od swojego udziału? Co wynika ze wszystkich zastrzeżeń, uwag i skarg na obsadzoną przez PiS izbę i na neosędziów, którzy od dawna istnieją w naszym wymiarze sprawiedliwości na różnych szczeblach?

Minister Bodnar nie jest od pisania skarg i listów do p. Manowskiej, ale od łapania przestępców. Polską przez 8 lat rządziła zorganizowana grupa przestępcza (ZGP) (sąd zezwolił na tę nazwę), której hersztem jest Kaczyński.

Grupa ta wprowadziła w Polsce autorytarny system rządzenia (zgadzam się, że nie mordowała, a stosowane przez nią represje polegały głównie na szkalowaniu, zniesławianiu oraz niedopuszczaniu do zajmowania ważnych stanowisk) polegający na takim mechanizmie, że Kaczyński i krąg wokół niego – który tylko przed nim odpowiadał – podejmował najważniejsze decyzje, jednocześnie zezwalając kraść i rabować, gwarantując pełną bezkarność w zamian za wysługiwanie się reżimowi.

System ten korzystał z poparcia Kościoła, który uzyskał zapewnienia o bezkarności za przestępstwa popełniane przez księży – głównie obyczajowe – a także za gigantyczne dotacje z budżetu państwa.

Najbardziej znanym, ale przecież nie jedynym przykładem takiej korupcji wysokich duchownych jest przykład oligarchy Tadeusza Rydzyka. W zamian za polityczne poparcie reżimu Kaczyńskiego, Rydzyk i wielu innych duchownych otrzymywało pieniądze z budżetu państwa oraz korzystało z bardzo wielu przywilejów i możliwości, jakie dawało „zblatowanie” z PiS.

Tych przykładów jest bardzo wiele. Oto kilka wybranych przykładów jaskrawej ingerencji Kościoła w wybory na rzecz PiS:

„Wieś Szczawa w okolicach Limanowej w Małopolsce… Chrześcijanin może z czystym sumieniem głosować tylko na kandydata, który nie deklaruje sprzeciwu wobec prawa Bożego, jedynym, który spełnia to kryterium, jest Karol Nawrocki…”

„Ostrów Wielkopolski… Dzisiaj też zadecydujemy, czy opowiemy się za Polską, czy za Niemcami. Pan z wami…”

„Parafia w miejscowości Wysoka… Głosujemy na kandydata, który będzie bronił naszej wiary, a nie będzie z nią walczył, oraz kieruje się w życiu osobistym szacunkiem dla religii katolickiej…”

„To w dużej mierze są neobolszewicy, duchowe lub nawet fizycznie dzieci i wnuki tamtych bolszewików. Ich panowanie będzie dla Polski analogiczną katastrofą, jaką panowanie komunistów było dla Rosji. Nie możemy do tego dopuścić… Oddajmy głos, żeby w Polsce mówiono po polsku, myślano po polsku, żeby Kościół cieszył się wolnością.”

Tak mówił dr Artur Dąbrowski, prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej w Radio Maryja (Robert Walenciak, „Kościół otwarcie wspierał Karola Nawrockiego”, „Przegląd”, 16–22.06.2025 r.).

Jawna, bezczelna agitacja na rzecz kandydata PiS, ale co może jeszcze bardziej uderza, to wyjątkowa prymitywna, wulgarna, nędzna politycznie i marna intelektualnie argumentacja aktywnych w mediach jego przedstawicieli.

Dla dopełnienia całości degeneracji, jakiej ulega od dłuższego czasu polski Kościół, fragment dłuższego tekstu ukazującego walkę gangów kierowanych przez najbardziej znanych i zasłużonych dla tej instytucji najwyższych dostojników tej mafii:

„Cicha wojna o najbogatszą parafię w Polsce podzieliła archidiecezję krakowską. Z odremontowanego niedawno gmachu Prałatówki, położonej na rogu placu Mariackiego i Szpitalnej, musi się wynieść dotychczasowy proboszcz, ks. Dariusz Raś, człowiek Stanisława Dziwisza. Jego miejsce – na razie jako administrator – zajmie ks. Mariusz Słonina, zausznik arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Tak po ponadrocznym boju wygląda pole bitwy, w którą musiał zaangażować się nawet Watykan. Przestrzegam: tam nie ma dobrych bohaterów. To jak walka frakcji w gangsterskiej rodzinie. Jędraszewski i Dziwisz sięgają po różne kościelne narzędzia – np. raporty czy oskarżenia o nielegalnie przeprowadzane remonty – żeby postawić na swoim. W całym zamieszaniu chodzi tylko o jedno: o kasę.”
(Jakub Korys, „Bitwa o parafię Mariacką”, „Newsweek”, 30.06–06.07.2025 r.)

Złudzeń nie miejmy najmniejszych – jesteśmy w momencie pisowskiego szturmu na Polskę. Kaczyński liczy, że na fali rozgoryczenia uda mu się zniszczyć koalicję 15 X i dorwać wraz z konfą i jakimiś innymi odpadami do rządów.

Niedopuszczenie do pisowskiej wznowy jest moralnym i politycznym obowiązkiem patriotów i ludzi, którzy zachowali elementarną zdolność oceny sytuacji. Filarem tego frontu obrony Polski przed nacjonalistami jest Donald Tusk.

Dlatego każdy atak na Tuska, a zwłaszcza brednie w rodzaju, że Tusk się zużył, że należy postawić na kogoś innego, młodszego, nieuwikłanego, itp. – jest działaniem na rzecz pisowskiej wznowy i Kaczyńskiego, który przez 8 lat okradał Polskę, a dziś ją demoluje i pragnie zapewnić swojej ZGP bezkarność i kontynuowanie złodziejstwa.

Przejawem podpalania Polski jest nominacja niejakiego Cenckiewicza – człowieka Macierewicza, związanego z Macierewiczem, fałszywie oskarżającego Lecha Wałęsę i stojącego na czele tzw. komisji ds. wpływów rosyjskich, a faktycznie mającej wyeliminować Tuska z życia politycznego.

Mamy więc na czele Biura Bezpieczeństwa człowieka Macierewicza – a więc być może rosyjskiego agenta wpływu. W Pałacu Prezydenckim – człowieka nienawidzącego Unii i też sympatyka Putina, którą to sympatię dzieli z całym PiS.

Odpowiedzią polskiego rządu powinno być możliwe ograniczenie instytucjom kierowanym przez Nawrockiego i jego grupę funduszy, aby nie uczynili z w/w biura, Pałacu itd. miejsc zatrudnienia pisowskich kundli.

I jeszcze do tego dochodzą finansowane w złotych czasach pisowskich z budżetu państwa nacjonalistyczne bojówki, kierowane przez politycznych lumpów w rodzaju Bąkiewicza, lub podszywających się pod Pana Boga i Matkę Boską kiboli i żuli o pięknych nazwach: „Rycerze Maryi”, „Żołnierze JPII”, „Rycerze Chrystusa Króla” itp.

Miejsce dla tych bojówek nie jest na polskich granicach i patriotycznych uroczystościach, ale w więzieniu. I od tego, kiedy tam się znajdą – razem z takimi patriotami jak Wąsik, Kamiński, Macierewicz, Obajtek, Witek, Morawiecki itd. – zależy przyszłość Polski i demokracji w Polsce.

 Stefan Niesiołowski / opr. DF, thefad.pl

 


Giertych: Tak, panie Marszałku. Jeszcze wyborów nie wygrali, a już dzielą łupy

Roman Giertych

Roman Giertych

Ci, którzy chcą przejąć władzę, już zapowiadają krwawą zemstę i już tworzą listę do wsadzenia do aresztu. Jeszcze wyborów nie wygrali, jeszcze połowa kadencji nie minęła, a oni już dzielą łupy. Tak, panie Marszałku. Nie ma trzeciej drogi pomiędzy zwalczającymi się plemionami. Albo jest się za wolnością, demokracją i praworządnością, albo za zamordyzmem, autorytaryzmem i skorumpowanym systemem prawa

Fałsz Szymona Hołowni

Od początku kampanii prezydenckiej narracja S. Hołowni była fałszywa, albowiem kłamstwem jest twierdzenie o dwóch nienawidzących się plemionach. My wcale nie mamy uczuć nienawiści do PiS. My kochamy Polskę i nie chcemy, aby została poddana pod autorytaryzm w rosyjskim wydaniu. I dlatego walczymy z Kaczyńskim i jego zamachem na Państwo z całych naszych sił. To nas atakują, opluwają, podsłuchują, publikują nasze rozmowy, życząc nam wszystkiego najgorszego.

My natomiast z szacunku dla prawa, praworządności i demokracji nie oskarżamy nikogo bez żmudnie zbieranych dowodów, nie chcemy pakować nikogo do aresztu, zostawiając karanie niezawisłym sądom. Nie działamy nawet wbrew, oczywiście, niekonstytucyjnym ustawom, bo szanujemy prawo, nawet jeżeli jest feralnie uchwalone. Bo czujemy się związani własnymi poglądami na wolność i demokrację i wolimy szkodę polityczną ponieść niż złamać własne poglądy. Dlatego obywatele, jeśli mają do nas pretensje, to nie o autorytaryzm, ale o brak sprawczości.

Czy takie działanie jest naiwnością i przesadnym legalizmem? Oceni to historia, ale jedno jest pewne: w niczym nie naruszamy demokracji naszej Rzeczpospolitej.

Ci, którzy chcą przejąć władzę, już zapowiadają krwawą zemstę i już tworzą listę do wsadzenia do aresztu (gdzie mam zaszczytne miejsce zawsze, zaraz po Tusku, a ex aequo z Bodnarem). I listę potencjalnie wyrzucanych z pracy za wspieranie obecnej władzy. Jeszcze wyborów nie wygrali, jeszcze połowa kadencji nie minęła, a oni już dzielą łupy i wskazują na cele dintojry. Nie pamiętają o przysłowiu: nie mów hop, póki nie przeskoczysz.

Nie ma żadnej paraleli pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim. Tusk stoi po stronie demokracji, rządów prawa, sprawiedliwości i uczciwości, a Kaczyński po stronie autorytaryzmu, sądów na telefon, stronniczych jak Manowska i wszechogarniającej korupcji. Dlatego te twierdzenia Marszałka Sejmu, na których oparł swoją kampanię, były od początku fałszywe.

O różnicy pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim Hołownia mógł się zresztą przekonać jeszcze w inny sposób. Przed objęciem władzy wielokrotnie Tusk i Hołownia spotykali się na poufnych spotkaniach. Nigdy nic nie wypłynęło. A Kaczyński na drugim spotkaniu postanowił publicznie upokorzyć lidera Polska 2050. I zrobił to w perfidny, typowy dla siebie sposób.

Tak, panie Marszałku. Nie ma trzeciej drogi pomiędzy zwalczającymi się plemionami. Albo jest się za wolnością, demokracją i praworządnością, albo za zamordyzmem, autorytaryzmem i skorumpowanym systemem prawa. Tertium non datur.

Roman Giertych 


Adam Mazguła: Zbrodniarzom nie podaje się ręki. Zapomnieliście, kogo reprezentujecie

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Z PiS-okupantami zorganizowanej bandy przestępczej rozmawiać można i trzeba, tylko o warunkach ich zbiorowej eutanazji politycznej i odpowiedzialności za dokonane zbrodnie na narodzie. Zbrodniarzom nie podaje się ręki, bo na takie zakłada się kajdanki. Widzę, że już zapomnieliście, że reprezentujecie ponad 10-milionowe społeczeństwo demokratyczne, a nie nierobów i zdrajców. A już organizowanie nocnych spotkań ze zbrodniarzami to zdrada

Kochana Koalicjo Demokratyczna, z PiS-okupantami zorganizowanej bandy przestępczej rozmawiać można i trzeba, tylko o warunkach ich zbiorowej eutanazji politycznej i odpowiedzialności za dokonane zbrodnie na narodzie. O niczym więcej. Zbrodniarzom nie podaje się ręki, bo na takie zakłada się kajdanki.

Widzę, że już zapomnieliście, że reprezentujecie ponad 10-milionowe społeczeństwo demokratyczne, a nie nierobów i zdrajców. A już organizowanie nocnych spotkań ze zbrodniarzami to zdrada. Tylko przypominam przedstawicielom PL2050 i PSL, że to przed swoimi wyborcami trzeba się rozliczyć i wyjaśnić im, kim dla was są.

Tymczasem Sejm ma pracować tylko do zaprzysiężenia Nawrockiego i aż się do tego pali Hołownia. To może poda wyniki wyborów? Bo ja ich przez takich jak on nie znam, więc będę żył bez prezydenta.

Polacy czekają na rozliczenie PiS-drani, a od 6 sierpnia aż 5 tygodni wakacji dla „ciężko pracujących” nierobów i zdrajców klasy próżniaczej. Malediwy, Seszele czekają, też w znacznej mierze na nasz koszt. Przykre, ale już nie wszyscy czekają na wasze przebudzenie. Zawiedliście.

Musicie przeliczyć głosy nawet wtedy, gdy inni tego nie chcą. W przeciwnym razie na wiosnę wybory, a ludzie nie głosują na bezsilność sprawczą, tylko na tych, co załatwiają ich sprawy.

Więc odpoczywajcie – od poparcia.

Adam Mazguła

 


Otyłość to nie wybór. To choroba, która wymaga leczenia i empatii

Ponad jedna piąta dorosłych Polek i Polaków zmaga się z otyłością. Choć medycyna klasyfikuje ją jako przewlekłą chorobę, społeczna percepcja wciąż opiera się na krzywdzących stereotypach. – Otyłość to nie lenistwo ani brak silnej woli – mówi psycholog Adrianna Sobol. – To poważna, śmiertelna choroba, która wiąże się z ponad 200 powikłaniami i wymaga wsparcia na wielu poziomach.

Fot. Bruno / Pixabay


Choroba, którą wciąż traktujemy jak winę

Walka z otyłością to nie tylko kwestia zmiany stylu życia czy diety. To przede wszystkim konieczność zrozumienia, że mamy do czynienia z chorobą o złożonym podłożu – fizycznym i psychicznym. Mimo że wiedza medyczna jasno to definiuje, wiele osób wciąż postrzega otyłość jako rezultat lenistwa, niezdrowego jedzenia lub braku dyscypliny. To nie tylko nieprawda – to także społeczna krzywda.

– Pierwszą i największą barierą w leczeniu jest zrozumienie, że otyłość to choroba – podkreśla psycholog Adrianna Sobol, ambasadorka kampanii „Porozmawiajmy szczerze o otyłości”. – Obwinia się pacjentów, że „sami są sobie winni”. A przecież to schorzenie niesie ponad 200 różnych powikłań, w tym nowotwory, cukrzycę, depresję i choroby serca.


Dane są nieubłagane. Pomoc – wciąż niedostateczna

Według danych, otyłość dotyczy już 21% dorosłych Polek i Polaków. Za jej medyczne rozpoznanie najczęściej odpowiada wskaźnik BMI oraz pomiar procentowy tkanki tłuszczowej – przekraczający 30% u kobiet i 25% u mężczyzn. Skutki nieleczenia są druzgocące: od cukrzycy typu 2, przez stłuszczenie wątroby, po choroby nerek i serca.

Ale mimo tej wiedzy, osoby z otyłością nadal spotykają się z ostracyzmem zamiast empatii. Ich problem często nie kończy się na nadmiernych kilogramach – zaczyna się na psychice. Depresja, lęk, wstyd, poczucie odrzucenia – to codzienność wielu pacjentów. Tymczasem system ochrony zdrowia dopiero „raczkuje” w rozumieniu roli wsparcia psychicznego.


Psycholog na pierwszej linii frontu

– Pacjenci boją się prosić o pomoc, wstydzą się. A przecież psychika odgrywa kluczową rolę w leczeniu – mówi Sobol. – Może zwiększać ryzyko choroby, ale też jest niezbędna do utrzymania remisji. Bez wsparcia emocjonalnego proces leczenia może się nie udać.

Dostępność pomocy psychologicznej w Polsce pozostaje jednak dramatycznie niska. Czas oczekiwania liczony jest w miesiącach, często latach. Problem nie dotyczy wyłącznie infrastruktury – to również kwestia społecznej świadomości. Dlatego tak ważna jest edukacja i kampanie, które pokazują prawdę: że otyłość nie jest wyborem, a chorobą, którą trzeba leczyć kompleksowo.


Edukacja i empatia – fundament skutecznej terapii

Kampania „Porozmawiajmy szczerze o otyłości”, realizowana przez Novo Nordisk od 2020 roku, stara się przełamać tabu. Jej celem jest nie tylko zwiększenie świadomości społecznej, ale także zachęcanie do otwartej rozmowy – bez wstydu, bez uprzedzeń, bez fałszywego moralizmu. Bo zanim lekarz zapisze receptę, pacjent musi poczuć, że nie jest sam.

op. DF, thefad.pl / Źródło: newseria

 


Hołownia mówi „zaprzysiężę”. Giertych odpowiada: „To konstytucyjne nadużycie”

Szymon Hołownia zapowiedział, że 6 sierpnia odbierze przysięgę od nowo wybranego prezydenta Karola Nawrockiego – jeśli Sąd Najwyższy nie stwierdzi nieważności wyborów. W jego ocenie kontrowersje wokół legalności Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie mogą blokować zaprzysiężenia prezydenta wybranego przez obywateli. – „Nie będzie kombinowania, nie będzie zamachu stanu” – podkreślał Hołownia w licznych wystąpieniach medialnych.

Do tej zapowiedzi odniósł się Roman Giertych, publikując analizę prawną, w której wskazuje na ryzyko konstytucyjnego nadużycia. Jego zdaniem uchwała Państwowej Komisji Wyborczej, która wskazała na możliwość wpływu incydentów na wynik głosowania, osłabiła domniemanie ważności wyborów. W tej sytuacji – argumentuje Giertych – akt zaprzysiężenia bez jednoznacznej uchwały legalnej izby Sądu Najwyższego nie ma podstawy prawnej.

Roman Giertych: Co to za ważne wybory, których wyniku nie jesteśmy pewni?

Fot. screen shot / youtube


Ponieważ pan Marszałek Sejmu trochę wywołał mnie do tablicy, to przedstawię swój pogląd prawny. Uprzejmie zaznaczę, że wskazuję na ten pogląd nie jako poseł, ale jako adwokat z uprawnieniami wystarczającymi do zasiadania w każdej izbie SN.

Argument Marszałka Sejmu, że nieważność Izby SN nie może blokować zaprzysiężenia prawidłowo wybranego Prezydenta, jest słuszny.

Problem polega na tym, że – jak słusznie też mówi jeden z członków PKW, mec. Ryszard Kalisz – przyjęcie uchwały PKW o treści „incydenty mogły mieć wpływ na wynik głosowania” oznacza, że brak jest domniemania ważności wyborów. Bo co to za ważne wybory, których wyniku nie jesteśmy pewni? Tak więc po tej uchwale PKW sytuacja się prawnie odwróciła. Do zaprzysiężenia uchwała SN jest niezbędna, bo domniemanie ważności wyborów zostało podważone przez samą PKW i tylko SN może je przywrócić.

PKW stwierdziła, że ocenę, czy incydenty miały, czy nie miały wpływu na wynik, musi podjąć prawnie uznana izba SN wolna od neosędziów. Skoro zaś takiej uchwały nie ma i PKW przekreśliła uchwałą domniemanie ważności, to na jakiej podstawie Marszałek Sejmu ma zaprzysiąc Prezydenta? Przecież Marszałek Sejmu nie jest prawdziwą izbą SN, aby przekreślić albo nawet zinterpretować uchwałę PKW. Brak jest podstawy prawnej do zaprzysiężenia, bo nie wiemy, czy incydenty, o których mówi PKW, miały, czy nie miały wpływ na wynik wyborów.

I żadne argumenty typu: „nie umiecie przegrać” nie mają żadnego znaczenia.

Takie jest prawo i Konstytucja. Dopóki ważnie działający SN nie rozstrzygnie kwestii protestów wyborczych i nie stwierdzi ważności wyborów, to uchwała PKW stwierdzająca możliwość wpływu fałszerstw wyborczych na wynik pozostanie niezmienna, a z jej treści nie można odczytać pewnego wyniku. Na marginesie uważam, że publikacja z adnotacją uchwały neoizby lub brak tej publikacji nie ma żadnego znaczenia prawnego. Status Izby Nadzwyczajnej SN nie podlega bowiem interpretacji rządu. Ta sprawa przesądzona jest wyrokiem trzech izb SN oraz licznymi wyrokami trybunałów międzynarodowych i rząd jest zobowiązany stosować te orzeczenia. Dlatego też przy każdej promulgacji aktu tej izby SN jest zawarta adnotacja, iż nie jest to sąd w rozumieniu Konstytucji i traktatów.

Takie jest moje rozumowanie i bardzo wielu prawników takie podziela. Podobnie wypowiadali się b. prezesi TK, sędziowie SN i profesorowie prawa. Nieznane mi są żadne wypowiedzi autorytetów prawnych, które mówiłyby co innego.

Tak naprawdę jedynym rozwiązaniem (za wyjątkiem ciekawej propozycji prof. Zolla) w takiej sytuacji byłoby zwrócenie się Marszałka Sejmu do PKW o nakazanie ponownego przeliczenia głosów i wydanie uchwały o treści niebudzącej żadnych wątpliwości. Wówczas wszyscy przyjęliby tak ustalony wynik.

Roman Giertych, opr. DF, thefad.pl 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję