„Trump ma demencję”? Po nagraniu ze spotkania w Gabinecie Owalnym padła mocna diagnoza

Autorem najmocniejszych twierdzeń jest Adam James, fizjoterapeuta publikujący w mediach społecznościowych. Uznał zachowanie Trumpa za objaw demencji i tzw. sundowningu. Sugerował też, że wygląd oczu prezydenta może świadczyć o przyjmowaniu stymulantów.

Demencji nie rozpoznaje się jednak na podstawie tego, że ktoś podczas spotkania wygląda na zmęczonego, przymyka oczy albo przysypia. Takie zachowanie może mieć wiele przyczyn, od niewyspania i działania leków po zaburzenia snu czy inne problemy zdrowotne.

Sundowning nie oznacza zwykłej senności

W komentarzach dotyczących Trumpa szybko pojawiło się słowo „sundowning”. Ma ono konkretne znaczenie medyczne.

Alzheimer’s Association opisuje sundowning jako nasilające się od późnego popołudnia do nocy splątanie u części osób z chorobą Alzheimera lub innymi rodzajami demencji. Mogą mu towarzyszyć dezorientacja, niepokój, pobudzenie, problemy ze snem, chodzenie bez celu czy halucynacje. Nie jest to osobna choroba ani określenie oznaczające po prostu senność w ciągu dnia.

Dokładna przyczyna tego zjawiska nie została w pełni poznana. Wiadomo natomiast, że na zachowanie osób z demencją mogą wpływać m.in. zmęczenie, zaburzenia rytmu dobowego, światło, otoczenie i inne choroby.

Widok człowieka przymykającego oczy podczas konferencji nie pozwala więc stwierdzić, że właśnie obserwujemy sundowning.

Z oczu nie da się wyczytać, jaki lek ktoś przyjął

Jeszcze dalej idą sugestie, że po wyglądzie oczu Trumpa można rozpoznać działanie Adderallu, Provigilu lub innego środka pobudzającego.

Nie przedstawiono dowodów, że prezydent przyjmował takie leki w czasie widocznym na nagraniu. Nie ma też podstaw, by na podstawie filmu stwierdzić, że ktoś od lat używa stymulantów i rozwinął na nie tolerancję.

Podobnie jest z twierdzeniem o zanikaniu konkretnej struktury mózgu. Bez badań neurologicznych i obrazowych nie da się ustalić na podstawie publicznego nagrania, że u konkretnej osoby dochodzi do zaniku określonego obszaru mózgu.

Można opisać mechanizmy chorób neurodegeneracyjnych. Nie można na tej podstawie uznać, że taki proces zachodzi właśnie u człowieka widocznego na filmie.

Diagnozowanie polityków z daleka ma długą historię

Spór o ocenianie zdrowia psychicznego osób publicznych nie zaczął się od Trumpa.

W 1964 roku amerykański magazyn „Fact” zapytał psychiatrów o stan psychiczny Barry’ego Goldwatera, republikańskiego kandydata na prezydenta. Część z nich wydała opinie, choć nigdy go nie badała. W następstwie tej sprawy American Psychiatric Association wprowadziło zasadę znaną dziś jako Goldwater Rule.

Zgodnie z nią psychiatra może publicznie wyjaśniać zagadnienia związane ze zdrowiem psychicznym, ale nie powinien wydawać profesjonalnej opinii o konkretnej osobie publicznej, jeśli jej nie zbadał i nie uzyskał zgody na taką ocenę.

Adam James nie jest psychiatrą, więc ta reguła formalnie go nie obejmuje. Jej sens dobrze pokazuje jednak problem z diagnozą stawianą na podstawie filmu. Rozpoznanie choroby wymaga wywiadu, badania, historii zdrowia, a czasem także testów poznawczych i diagnostyki obrazowej.

Można zobaczyć coś niepokojącego. Nie można na tej podstawie przeskoczyć od obserwacji do rozpoznania choroby.

Co oficjalnie wiadomo o zdrowiu Trumpa

Pytania o zdrowie prezydenta Stanów Zjednoczonych są uzasadnione, zwłaszcza że Donald Trump ma 80 lat. Nie oznacza to jednak, że publiczne nagrania mogą zastąpić dokumentację medyczną.

Po badaniu przeprowadzonym w kwietniu 2025 roku lekarz prezydenta Sean Barbabella poinformował, że Trump uzyskał 30 punktów na 30 możliwych w Montreal Cognitive Assessment, przesiewowym teście funkcji poznawczych. W raporcie podano także, że badanie neurologiczne nie wykazało nieprawidłowości.

W maju 2026 roku Biały Dom opublikował kolejny raport po badaniu prezydenta w Walter Reed. Lekarz ocenił w nim, że Trump pozostaje zdolny do pełnienia obowiązków urzędu.

Te komunikaty również mają ograniczenia. Opinia publiczna nie otrzymuje pełnej dokumentacji medycznej prezydenta, a test przesiewowy nie daje gwarancji, że problemy poznawcze nigdy się nie pojawią.

Nie ma jednak obecnie publicznie przedstawionego badania medycznego, które potwierdzałoby u Trumpa demencję.

Pytania są uzasadnione. Diagnoza wymaga dowodów

Zdrowie człowieka sprawującego urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych ma znaczenie publiczne. Można analizować jego zachowanie, wypowiedzi, pomyłki czy kondycję podczas wystąpień. Można też domagać się większej przejrzystości w sprawie wyników badań.

Jeśli Trump podczas spotkania wygląda na sennego, można to opisać. Stwierdzenie, że przyczyną jest demencja, zanik określonej części mózgu albo działanie stymulantów, wymaga dowodów medycznych.

Źródła: American Psychiatric Association, Alzheimer’s Association, Biały Dom, Reuters


Ozempic naprawdę odchudza. Co dzieje się z organizmem po jego odstawieniu?

Ozempic zawiera semaglutyd i w Unii Europejskiej jest lekiem stosowanym w leczeniu cukrzycy typu 2. Do leczenia otyłości przeznaczony jest Wegovy, który zawiera tę samą substancję czynną, ale ma inne wskazanie i dawkowanie. Nazwa Ozempic stała się jednak na tyle rozpoznawalna, że często pojawia się w potocznych rozmowach o lekach pomagających schudnąć.

Ile naprawdę można schudnąć?

W dużym badaniu STEP 1 uczestniczyło 1961 dorosłych z nadwagą lub otyłością, którzy nie chorowali na cukrzycę. Po 68 tygodniach osoby przyjmujące semaglutyd w dawce 2,4 mg straciły średnio 14,9 proc. początkowej masy ciała. W grupie placebo było to 2,4 proc. Ponad połowa leczonych schudła o co najmniej 15 proc.

Dla osoby ważącej 100 kilogramów średni spadek o 14,9 proc. oznaczałby niemal 15 kilogramów mniej.

Jednym z powodów tak dużego efektu jest wpływ semaglutydu na apetyt. Lek zwiększa uczucie sytości, zmniejsza głód i ułatwia ograniczenie ilości jedzenia. W przypadku części pacjentów oznacza to, że codzienna kontrola apetytu staje się znacznie łatwiejsza.

Po odstawieniu ten efekt stopniowo zanika. Apetyt może ponownie wzrosnąć, a utrzymanie niższej masy ciała staje się trudniejsze.

Rok później wróciło około dwóch trzecich utraconej wagi

Najbardziej wymowne dane pochodzą z dalszej obserwacji uczestników STEP 1. Podczas leczenia semaglutydem osoby objęte tą analizą straciły średnio 17,3 proc. masy ciała. Po odstawieniu leku obserwowano je jeszcze przez rok.

W tym czasie odzyskały średnio 11,6 punktu procentowego masy ciała. W praktyce oznaczało to powrót około dwóch trzecich wcześniejszego spadku. Po zakończeniu całej obserwacji uczestnicy nadal ważyli średnio mniej niż przed rozpoczęciem leczenia, ale znaczna część efektu zniknęła.

Podobny wynik przyniosło badanie STEP 4. Wszyscy uczestnicy przez pierwszych 20 tygodni otrzymywali semaglutyd. Następnie część kontynuowała leczenie, a część przeszła na placebo. Przez kolejne 48 tygodni osoby nadal przyjmujące lek schudły średnio o następne 7,9 proc. U tych, którzy go odstawili, masa ciała wzrosła średnio o 6,9 proc.

Nie oznacza to, że każda osoba po odstawieniu odzyska dwie trzecie utraconych kilogramów. Badania pokazują średnie wyniki dla grup, a reakcje poszczególnych pacjentów mogą się znacznie różnić.

Dlaczego kilogramy wracają?

Po dużym schudnięciu organizm reaguje zmianami, które sprzyjają ponownemu przybieraniu na wadze. Głód może być silniejszy, a utrzymanie mniejszych porcji trudniejsze. Podczas leczenia semaglutyd zmniejsza apetyt i ułatwia kontrolowanie ilości jedzenia. Gdy jego działanie ustępuje, część tej pomocy znika.

Powrotu kilogramów nie da się więc sprowadzić do braku silnej woli. Otyłość jest chorobą przewlekłą, a na masę ciała wpływa wiele mechanizmów biologicznych. Znaczenie mają sposób żywienia, aktywność fizyczna, inne choroby, przyjmowane leki i indywidualna reakcja organizmu.

Zmienia się nie tylko masa ciała

Podczas leczenia semaglutydem w badaniach poprawiały się również niektóre wskaźniki związane ze zdrowiem metabolicznym. U uczestników STEP 1 obserwowano między innymi korzystne zmiany obwodu talii, ciśnienia tętniczego i części parametrów kardiometabolicznych.

Po odstawieniu leku i ponownym wzroście masy ciała część tej poprawy zaczęła zanikać. W przedłużonej obserwacji STEP 1 wartości wielu parametrów metabolicznych przesuwały się z powrotem w kierunku poziomów sprzed rozpoczęcia terapii.

To istotne, bo leczenie otyłości nie sprowadza się wyłącznie do liczby widocznej na wadze. Zmiana masy ciała może wpływać również na inne czynniki związane ze zdrowiem.

Czy Ozempic trzeba brać już zawsze?

To, jak długo powinno trwać leczenie, zależy od konkretnego pacjenta, wskazania, skuteczności terapii, działań niepożądanych i innych problemów zdrowotnych. W przypadku Wegovy europejskie wskazanie obejmuje nie tylko redukcję masy ciała, ale również jej długoterminową kontrolę.

Nie powinno się samodzielnie odstawiać leku tylko dlatego, że udało się osiągnąć oczekiwaną wagę. Decyzję o zakończeniu lub zmianie terapii należy omówić z lekarzem.

Wokół Ozempicu powstało przekonanie, że wystarczy schudnąć, osiągnąć cel i zakończyć leczenie. Dane z badań pokazują, że u wielu osób właśnie po odstawieniu zaczyna się trudniejszy etap. Apetyt może ponownie wzrosnąć, część kilogramów wraca, a wraz z nimi mogą słabnąć wcześniejsze korzyści metaboliczne.

Dlatego przed rozpoczęciem takiego leczenia warto wiedzieć nie tylko, ile można schudnąć. Równie ważny jest plan na później.

Źródła: Europejska Agencja Leków


Dlaczego scena seksu krępuje nas bardziej, gdy ktoś siedzi obok?

Scena seksu oglądana w samotności często nie budzi większych emocji. Inaczej bywa, gdy obok siedzi rodzic, dorosłe dziecko albo ktoś, przy kim czujemy się mniej swobodnie. Wtedy źródłem skrępowania nie musi być sama nagość. Czasem bardziej krępuje nas świadomość, że druga osoba może zauważyć naszą reakcję.

Zakłopotanie jest silnie związane z obecnością innych ludzi. Pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy patrzeć na siebie cudzymi oczami i zastanawiać się, jak ktoś odbiera nasze zachowanie. Przy scenie erotycznej taka samoświadomość może pojawić się bardzo szybko.

Ta sama scena, inne emocje

Marco Costa i jego współpracownicy sprawdzili to w eksperymencie opublikowanym w „Journal of Nonverbal Behavior”. Studenci oglądali zdjęcia nagich kobiet i mężczyzn, par w sytuacjach erotycznych oraz neutralne fotografie. Część materiału oglądali sami, część w obecności dwóch obcych osób.

Przy innych ludziach badani częściej deklarowali zakłopotanie podczas oglądania części nagich i erotycznych obrazów. Silniejsze były też odczucia wstydu i lęku. W eksperymencie uczestniczyło tylko 38 studentów, więc wyników nie można rozciągać na wszystkich widzów. Badanie pokazuje jednak, że sama obecność innych może zmienić emocjonalny odbiór tej samej treści.

Nowsze eksperymenty nad zakłopotaniem prowadzą do podobnych wniosków. W badaniu opublikowanym w 2025 roku uczestnicy oglądali nagrania własnego śpiewu. Przy publiczności czuli większe zakłopotanie i silniej się rumienili niż wtedy, gdy oglądali nagrania samotnie. Nie chodziło o seks, ale mechanizm był podobny: obecność innych zwiększała samoświadomość i nasilała emocję.

Przy scenach erotycznych dochodzą jeszcze normy związane z prywatnością i seksualnością. To, co w samotności nie budzi napięcia, w towarzystwie może nagle stać się kłopotliwe.

Wszystko zależy od tego, kto siedzi obok

Partner, rodzic i obcy człowiek tworzą zupełnie inne sytuacje. Scena erotyczna oglądana z partnerem może być całkowicie naturalna. Przy rodzicu albo dorosłym dziecku łatwiej pojawia się skrępowanie, bo seksualność zwykle pozostaje poza codziennym językiem rodzinnych relacji.

Badania nad parami pokazują, że sama obecność drugiej osoby nie musi zwiększać dyskomfortu. Taylor Kohut i współpracownicy analizowali wspólne oglądanie pornografii przez partnerów. W kilku badanych grupach osoby korzystające z takich treści razem z partnerem deklarowały wyższą satysfakcję z relacji i życia seksualnego. Autorzy nie dowodzili, że wspólne oglądanie poprawia związek, ale wyniki pokazują, że znaczenie ma relacja między ludźmi, a nie tylko obecność drugiej osoby.

Nie ma dobrych badań porównujących reakcje na tę samą scenę oglądaną z partnerem, rodzicem, przyjacielem i obcą osobą. Nie da się więc uczciwie powiedzieć, przy kim krępujemy się najbardziej. Wiele zależy od wychowania, osobistych granic, wieku, relacji i norm kulturowych.

Wstyd nie bierze się znikąd

Stosunek do nagości i seksu kształtuje się znacznie wcześniej niż podczas oglądania filmu. Wpływają na niego rodzinne zasady, kultura, religia i własne przekonania dotyczące tego, co prywatne, a co dopuszczalne w obecności innych.

W badaniu opublikowanym w 2025 roku w „Sexuality & Culture” uczestniczyło 1050 ortodoksyjnych żydowskich nastolatków w wieku od 16 do 18 lat. Naukowcy analizowali między innymi ich stosunek do masturbacji, pornografii oraz seksualnych, lecz niepornograficznych treści w filmach i serialach. Silniejsza moralna dezaprobata części takich zachowań wiązała się z większym seksualnym wstydem. Sama religijność nie dawała jednak prostego wyjaśnienia.

To pokazuje, że reakcja na scenę erotyczną nie zależy wyłącznie od jej treści. Ten sam obraz może być neutralny dla jednej osoby i krępujący dla drugiej, bo każda z nich przynosi ze sobą własne normy i doświadczenia.

Czy smartfony sprawiły, że bardziej się krępujemy?

Popularne wyjaśnienie mówi, że smartfony, internet i streaming przeniosły seksualność na prywatne ekrany. Skoro częściej oglądamy intymne treści sami, wspólne oglądanie mogło stać się mniej naturalne.

Na razie nie ma mocnych badań, które potwierdzałyby taki związek. Wiadomo, że internet umożliwił znacznie bardziej prywatny dostęp do treści seksualnych i informacji o seksie. Nie wiadomo jednak, czy właśnie dlatego sceny erotyczne oglądane z innymi zaczęły nas bardziej krępować.

Nie ma też podstaw, by mówić o powrocie pruderyjności albo dowodzić, że młodsze pokolenia wstydzą się seksu bardziej niż starsze. Niektóre sondaże pokazują, że młodzi widzowie chcieliby mniej scen seksualnych w filmach i serialach, ale preferencja dotycząca treści nie jest tym samym co zakłopotanie.

Badania pozwalają powiedzieć coś bardziej konkretnego. Obecność innych może nasilać zakłopotanie, a w przypadku seksualności dodatkowo uruchamia normy dotyczące prywatności i tego, co wypada przy konkretnej osobie.

Dlatego scena, która w samotności nie robi większego wrażenia, przy kimś bliskim albo obcym może nagle stać się niezręczna. Zmienia się nie film, lecz sytuacja, w której go oglądamy.

Źródła: Journal of Nonverbal Behavior, Frontiers in Psychology, Sexuality & Culture


Korea Północna może wysłać Rosji nawet 50 tys. żołnierzy. Eksperci oceniają, co to zmieni na froncie

Danilo Bilek

Z Kijowa dochodzą informacje, że Rosja może rozmieścić na swoim terytorium od 30 do 50 tys. kolejnych żołnierzy z Korei Północnej. Moskwa coraz częściej korzysta także z północnokoreańskich pocisków balistycznych. Eksperci pytani przez Deutsche Welle nie spodziewają się jednak, by większe zaangażowanie Pjongjangu samo w sobie stało się punktem zwrotnym wojny.

Północnokoreańscy żołnierze walczyli już po stronie Rosji. Odegrali istotną rolę podczas walk w obwodzie kurskim, którego część wojska ukraińskie zajęły w 2024 roku. Według szacunków przywoływanych przez DW Korea Północna wysłała do Rosji kilkanaście tysięcy żołnierzy, a straty wśród nich były wysokie.

Nie ma pełnych oficjalnych danych dotyczących liczebności północnokoreańskiego kontyngentu. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył na początku sierpnia, że zapadła decyzja o rozmieszczeniu w Rosji od 30 do 50 tys. Koreańczyków z Północy.

Zełenski poinformował również o nowych dostawach północnokoreańskich pocisków balistycznych. Ostrzegł przy tym, że udział w wojnie pozwala Pjongjangowi zdobywać doświadczenie w prowadzeniu współczesnych działań zbrojnych oraz rozwijać własne systemy uzbrojenia. Jego zdaniem konsekwencje tej współpracy mogą być odczuwalne nie tylko w Ukrainie, ale również w Azji i regionie Pacyfiku.

Północnokoreańscy żołnierze mogą uwolnić rosyjskie siły

Ukraiński ekspert wojskowy Ołeksandr Kowałenko uważa, że istniejący północnokoreański kontyngent nadal pozostaje w obwodzie kurskim, a kolejne oddziały mogą zostać rozmieszczone w rosyjskim obwodzie woroneskim. Ich zadaniem miałaby być między innymi ochrona rosyjskich regionów przygranicznych w przypadku nasilenia walk.

– Siły te uwolnią oddziały rosyjskich wojsk okupacyjnych. Rosja będzie mogła wówczas rozmieścić około 15 tysięcy żołnierzy na liniach frontu wowczańskiego, charkowskiego, sumskiego, a nawet czernihowskiego – powiedział Kowałenko w rozmowie z DW.

Ekspert nie spodziewa się jednak, by północnokoreańscy żołnierze zostali skierowani bezpośrednio do walk na terytorium Ukrainy. Według niego Rosja chciała tego już podczas operacji w obwodzie kurskim, ale Pjongjang miał odmówić.

Podobnie sytuację ocenia rosyjski ekspert wojskowy Rusłan Lewijew, mieszkający obecnie w Stanach Zjednoczonych.

– Odzyskać zajęte terytorium Rosji to jedno, a zupełnie co innego być obecnym na uznanym przez społeczność międzynarodową terytorium Ukrainy i prowadzić tam agresywną wojnę. Dyplomatycznie rzecz ujmując, to dwie zupełnie różne sprawy – powiedział DW.

„Rosja wciąż ma wystarczająco dużo własnych sił”

Lewijew zaznacza jednocześnie, że nie widzi konkretnych dowodów na masową obecność nowych oddziałów północnokoreańskich w Rosji. Jego zdaniem Moskwa nadal dysponuje wystarczającą liczbą własnych żołnierzy, by prowadzić działania na froncie.

– Jeśli spojrzeć na obecną linię frontu, widać, że armia rosyjska znacznie zintensyfikowała aktywność od połowy lipca, co wyraźnie wskazuje na to, że wciąż dysponuje wystarczającą liczbą sił – ocenił.

Do podobnych wniosków prowadzą szacunki dotyczące rosyjskiej rekrutacji przygotowane przez ekonomistę Janisa Kluge z Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa, SWP. Po słabszym pierwszym kwartale tempo zawierania kontraktów wojskowych ponownie wzrosło.

Według danych z rosyjskich budżetów regionalnych w drugim kwartale liczba nowych kontraktów wróciła do poziomu około tysiąca dziennie. Kluge zwraca jednak uwagę, że jednocześnie rosną koszty pozyskiwania nowych żołnierzy.

Pjongjang dostarcza Rosji rakiety balistyczne

Znacznie mniej wątpliwości budzi wykorzystanie przez Rosję północnokoreańskich pocisków balistycznych KN-23 i KN-24. Wołodymyr Zełenski poinformował, że Moskwa otrzymała kolejne dostawy tego rodzaju uzbrojenia.

Ukraińskie służby przekazały również informacje o północnokoreańskiej jednostce rakietowej rozmieszczanej w zachodniej części Rosji. Według ukraińskiego wywiadu może ona zostać wyposażona w sześć wyrzutni i nawet 120 pocisków balistycznych.

Północnokoreańskie rakiety były już używane przeciwko celom w Ukrainie. Zełenski mówił o ich zastosowaniu podczas ataku na Zaporoże. Wcześniej pocisk tego typu został również użyty podczas uderzenia w rejonie Krzywego Rogu, w którym zginęli członkowie jednej rodziny.

Ukraiński prezydent ocenia, że dalsze dostawy z Korei Północnej pokazują rosnące uzależnienie rosyjskiej armii od pomocy Pjongjangu. Nie wszyscy eksperci zgadzają się jednak z takim wnioskiem.

Rakiety jako „narzędzie terroru”

Ołeksandr Kowałenko uważa, że Rosja nadal jest w stanie produkować wystarczającą liczbę własnych pocisków balistycznych. Północnokoreańska broń pozwala jej jednak zwiększyć skalę ataków.

– Chcą wystrzelić ich jeszcze więcej, aby szerzyć jeszcze większy terror – powiedział ekspert.

Podobną ocenę przedstawia Jurij Fiodorow, rosyjski ekspert wojskowy przebywający na emigracji. Nazywa północnokoreańskie rakiety „narzędziem terroru”. Zwraca uwagę, że przypominają rosyjskie Iskandery, ale są od nich mniej precyzyjne.

– Bardzo trudno jest trafić północnokoreańskimi rakietami w stosunkowo mały cel – powiedział Fiodorow DW.

Jego zdaniem mniejsza precyzja nie stanowi przeszkody, gdy pociski są używane przeciwko rozległym obszarom miejskim.

Rusłan Lewijew wskazuje natomiast na jeszcze jeden czynnik. Pociski balistyczne odgrywają coraz większą rolę w rosyjskich atakach, ponieważ Ukraina ma ograniczoną liczbę rakiet przechwytujących przeznaczonych do systemów obrony powietrznej.

Według eksperta dla Władimira Putina ważne jest więc utrzymanie dodatkowego, pewnego źródła dostaw. Lewijew zauważa, że latem Rosja używała pocisków balistycznych znacznie intensywniej niż wcześniej. Jeżeli własne zapasy zaczną się kurczyć, rakiety z Korei Północnej mogą pozwolić Moskwie na utrzymanie tempa ataków.

Czy Korea Północna może zmienić przebieg wojny?

Eksperci pytani przez DW nie uważają, by ewentualne zwiększenie północnokoreańskiego zaangażowania samo w sobie doprowadziło do przełomu na froncie.

Amerykańska ekspertka ds. Korei Jenny Town ocenia, że moment, w którym pomoc Pjongjangu mogła zasadniczo zmienić zdolność Rosji do dalszego prowadzenia wojny, już minął. Jej zdaniem między oboma państwami powstała natomiast trwała współpraca, z której każda ze stron czerpie korzyści.

– Korea Północna i Rosja są partnerami w tej wojnie od lat, a partnerstwo to uległo zacieśnieniu – powiedziała Town.

Ołeksandr Kowałenko również nie spodziewa się rosyjskiego przełomu, ale z niepokojem patrzy na nadchodzące miesiące.

– Październik, listopad i grudzień mogą okazać się dla Ukrainy ciężką próbą – ocenił.

Ekspert wskazuje na możliwość połączenia kilku czynników: zwiększenia rosyjskich sił, wykorzystania wojsk północnokoreańskich do zabezpieczenia zaplecza oraz dalszego używania rakiet dostarczanych przez Pjongjang.

Jurij Fiodorow podkreśla, że dodatkowe wsparcie Korei Północnej nie musi przesądzić o wyniku wojny, ale zwiększa zasoby znajdujące się w dyspozycji Moskwy.

– To dodatkowe zasoby w rękach Rosji, dodatkowe siły zbrojne – podsumował.


Romanowski w prorosyjskim Naddniestrzu. Chce wrócić, ale żąda listu żelaznego

Informację o wniosku Romanowskiego jako pierwszy podał reporter RMF FM. Niedługo później najważniejsze ustalenia potwierdził Sąd Okręgowy w Warszawie. Jego rzeczniczka, sędzia Anna Ptaszek, przekazała Interii, że do sądu wpłynęło odręcznie podpisane przez Romanowskiego pismo nadane w Tyraspolu. Ten sam tyraspolski adres widnieje zarówno w treści dokumentu, jak i na przesyłce.

Rzecznik Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak potwierdził Interii, że Romanowski wskazał we wniosku adres, pod którym, zgodnie z treścią dokumentu przebywa w Tyraspolu. Wniosek trafi teraz do sędziego referenta, który ma wystąpić do prokuratury o akta sprawy.

Romanowski chce listu żelaznego. Co to właściwie oznacza?

List żelazny nie jest uniewinnieniem ani umorzeniem sprawy. To przewidziana w kodeksie postępowania karnego gwarancja dla osoby przebywającej za granicą, która deklaruje, że stawi się przed sądem lub prokuratorem w określonym terminie, jeśli będzie mogła odpowiadać z wolnej stopy.

Po wydaniu listu żelaznego taka osoba pozostaje na wolności do prawomocnego zakończenia postępowania, pod warunkiem że przestrzega określonych zasad. Musi stawiać się na wezwania, nie może bez zgody sądu opuszczać wskazanego miejsca pobytu w Polsce ani bezprawnie utrudniać postępowania. Sąd może również uzależnić wydanie listu od poręczenia majątkowego.

Dla Romanowskiego szczególne znaczenie ma to, że sprawa pozostaje na etapie postępowania przygotowawczego. W takiej sytuacji, zgodnie z art. 281 k.p.k., list żelazny może zostać wydany na wniosek prokuratora albo przy braku jego sprzeciwu.

Samo złożenie wniosku nie oznacza, że Romanowski może wrócić do Polski bez ryzyka zatrzymania. Wobec niego nadal obowiązuje tymczasowe aresztowanie oraz Europejski Nakaz Aresztowania. ENA został ponownie wydany przez Sąd Okręgowy w Warszawie 17 lutego 2026 roku, a 10 lipca sąd odmówił uwzględnienia wniosku obrony o jego uchylenie.

Dzień przed ujawnieniem informacji o przesyłce z Tyraspola prokuratura nie uwzględniła również wniosku obrońców o zmianę lub uchylenie tymczasowego aresztowania. Przemysław Nowak informował, że zdaniem prokuratury zgromadzony materiał nadal wskazuje na duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanych Romanowskiemu czynów. Śledczy wskazują także na jego pobyt poza zasięgiem polskich organów ścigania.

Tyraspol i rosyjskie wpływy

Tyraspol jest głównym miastem Naddniestrza separatystycznego regionu, który formalnie pozostaje częścią Mołdawii. Obszar od początku lat 90. znajduje się poza kontrolą władz w Kiszyniowie i jest silnie związany z Rosją. Stacjonują tam również rosyjscy żołnierze.

To właśnie miejsce wskazane przez Romanowskiego uruchomiło lawinę komentarzy politycznych.

Wiceszef MON Cezary Tomczyk w pierwszej reakcji mówił RMF FM o „nowym standardzie” ucieczek do Naddniestrza. Później poszedł dalej. W wypowiedzi przytoczonej przez TVN24 ocenił, że Romanowski „z dużym prawdopodobieństwem jest pod wpływem rosyjskich służb”.

Jeszcze ostrzej zareagował Roman Giertych. Poseł KO napisał na platformie X: „To potwierdza, że duża część PiS to po prostu ekspozytura rosyjskiego wywiadu”. Zapowiedział też pojawienie się „nowych okoliczności” w tej sprawie.

Do informacji o Tyraspolu odniósł się również minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. „Kolejny zbieg okoliczności. A tak się obruszają na ‘kremloprawicę’” — napisał na X, udostępniając informację o Romanowskim.

Europoseł KO Dariusz Joński skomentował sprawę słowami: „Romanowski ukrył się u Putina. Braun pewnie bije Kaczyńskiemu brawo”. Kamila Gasiuk-Pihowicz napisała z kolei, że „aferzyści ukrywają się u putinowców”. Obie wypowiedzi przytoczyło RMF FM.

Na ustalenia stacji odpowiedział także poseł PiS Andrzej Śliwka. Zwrócił uwagę, że Naddniestrze formalnie jest częścią Mołdawii i mówił o możliwych „uwarunkowaniach dyplomatycznych” między Warszawą a Kiszyniowem. Przypomniał też, że prezydent Mołdawii Maia Sandu prowadzi politykę proeuropejską.

19 przestępstw i trwające poszukiwania

Marcin Romanowski był w latach 2019–2023 wiceministrem sprawiedliwości i należał do osób nadzorujących Fundusz Sprawiedliwości. Obecnie jest podejrzany o popełnienie 19 przestępstw. Liczbę tę wskazuje także postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie z 17 lutego 2026 roku dotyczące ponownego wydania Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Śledztwo obejmuje między innymi zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz nieprawidłowości przy rozdzielaniu pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości. Prokuratura zarzuca Romanowskiemu działania związane z konkursami dotacyjnymi i dysponowaniem publicznymi środkami.

Romanowski nie przyznaje się do winy i od początku przedstawia prowadzone przeciwko niemu postępowanie jako politycznie motywowane.

Sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu 9 grudnia 2024 roku. Trzy dni później prokuratura wszczęła poszukiwania listem gończym, a 19 grudnia 2024 roku wydano pierwszy Europejski Nakaz Aresztowania. Nakaz został uchylony w grudniu 2025 roku, ale 17 lutego 2026 roku warszawski sąd wydał go ponownie.

Teraz Romanowski sam zwrócił się do tego samego sądu. Podał adres w Tyraspolu i zadeklarował, że przyjedzie do Polski, jeśli otrzyma gwarancję pozostawania na wolności. O tym, czy dostanie list żelazny, zdecyduje Sąd Okręgowy w Warszawie, a na obecnym etapie postępowania znaczenie będzie miało również stanowisko prokuratury.

Źródła: RMF FM, Interia, TVN24


„Die Welt” z zachwytem o Polsce. Czysta, bezpieczna i zamożna

Bartosz Dudek

Niemiecki „Die Welt” przedstawia Polskę jako kraj dobrobytu, bezpieczeństwa i dynamicznego rozwoju. Warszawski korespondent dziennika Philipp Fritz zwraca uwagę na szybki wzrost gospodarczy, modernizację infrastruktury i rosnącą popularność Polski wśród zagranicznych turystów.

Autor pisze, że Polska pozostaje jednym z najszybciej rozwijających się krajów Europy. Nazywa ją wręcz „ostatnim krajem boomu wśród dużych europejskich gospodarek”. Jak podaje „Die Welt”, w 2026 roku polska gospodarka ma wzrosnąć o około 3,5 proc., podczas gdy dla Niemiec prognozowany wzrost jest znacznie niższy.

Nowe drogi, koleje i zadbane miasta

Fritz zwraca uwagę na widoczne efekty modernizacji Polski. Wymienia nowe drogi, mosty i linie kolejowe oraz coraz bardziej zadbane miasta, które robią wrażenie na zagranicznych turystach.

„Die Welt” przywołuje także analizę firmy Radical Storage, która uznała Kraków za najczystsze miasto świata. Warszawa zajęła w tym zestawieniu czwarte miejsce.

Ranking powstał na podstawie ponad 70 tys. anglojęzycznych opinii Google dotyczących popularnych atrakcji turystycznych. W przypadku Krakowa 98,5 proc. opinii odnoszących się do czystości miało wydźwięk pozytywny, a w Warszawie było to 97,8 proc.

Na drugim końcu zestawienia znalazł się między innymi Frankfurt nad Menem. Niemieckie miasto zajęło ósme miejsce wśród najgorzej ocenianych pod względem czystości destynacji uwzględnionych w analizie.

„Die Welt” chwali również cyfryzację polskich usług publicznych i warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Fritz opisuje przykład niemieckiego start-upu, którego właściciel, zniechęcony biurokracją w Niemczech, zdecydował się przenieść firmę do Polski. Jak relacjonuje autor, formalności udało mu się załatwić przez internet.

#Polandmaxxing zdobywa popularność

Jednym z głównych tematów artykułu jest rosnąca popularność hashtagu #Polandmaxxing. Internauci publikują pod nim zdjęcia nowoczesnych polskich miast, infrastruktury, krajobrazów i codziennego życia, pokazując Polskę jako atrakcyjne miejsce do życia i pracy.

Według Fritza trend tworzą przede wszystkim dwie grupy użytkowników. Pierwszą są patriotycznie nastawieni Polacy, którzy chcą promować pozytywny wizerunek kraju. Drugą stanowią zagraniczni turyści zaskoczeni poziomem bezpieczeństwa i zaufania społecznego.

Autor „Die Welt” zauważa, że w takich publikacjach Polska bywa przedstawiana jako „high-trust society”, czyli społeczeństwo o wysokim poziomie wzajemnego zaufania.

Polska przeciwstawiana Niemcom i Francji

Fritz opisuje również bardziej kontrowersyjną stronę trendu. #Polandmaxxing jest wykorzystywany przez część środowisk prawicowych i krytycznych wobec migracji, które przeciwstawiają Polskę Niemcom czy Francji.

W takim przekazie Polska jest przedstawiana jako kraj bezpieczniejszy dzięki bardziej restrykcyjnemu podejściu do migracji. „Die Welt” zwraca jednak uwagę, że sama Polska również stała się krajem imigracyjnym.

Autor przypomina o dużej liczbie obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce, a także o rosnącej obecności Białorusinów i pracowników z państw azjatyckich.

#Polandmaxxing nie pokazuje całej Polski

„Die Welt” przestrzega jednocześnie przed idealizowaniem kraju. Internetowy obraz Polski nie obejmuje wszystkich problemów, z którymi państwo będzie musiało się zmierzyć.

Fritz wymienia starzenie się społeczeństwa, bardzo niski poziom urodzeń, wyludnianie się części prowincji oraz szybko rosnące ceny mieszkań. Szczególnie ten ostatni problem utrudnia wielu młodym ludziom zakup własnego lokum.

#Polandmaxxing skutecznie buduje więc wizerunek Polski jako kraju nowoczesnego, bezpiecznego i dynamicznego. Nie oznacza jednak, że internetowy zachwyt pokazuje pełny obraz. Obok gospodarczej modernizacji i rosnącej atrakcyjności kraju pozostają problemy demograficzne, mieszkaniowe i społeczne, których nie widać na zdjęciach publikowanych w mediach społecznościowych. 


Reset po brexicie przyspiesza. Londyn nie chce wracać do UE, ale chce odzyskać korzyści z bliskiej integracji

Wielka Brytania nie zamierza cofać brexitu, ale coraz wyraźniej szuka sposobu, by odzyskać część korzyści wynikających z bliskich relacji z Unią Europejską. Rząd Andy’ego Burnhama chce przyspieszyć rozmowy z Brukselą, a w brytyjskiej debacie pojawił się pomysł powiązania dostępu do unijnego rynku towarowego z większym zaangażowaniem Londynu w bezpieczeństwo Europy.

Nie jest to jednak oficjalna oferta Unii Europejskiej. „The Telegraph” podał, że taki plan przedstawił premierowi były konserwatywny poseł Nick Boles. Jego koncepcja zakłada, że Wielka Brytania mogłaby uzyskać bliższy dostęp do rynku towarowego UE, a w zamian silniej powiązać swoje możliwości obronne, w tym odstraszanie nuklearne, z bezpieczeństwem kontynentu.

Londyn chce korzyści z integracji, ale bez cofania brexitu

Hamish Falconer, minister odpowiedzialny za relacje europejskie, zapowiada bardziej ambitne rozmowy z Brukselą. Jednocześnie rząd podtrzymuje najważniejsze „czerwone linie” Partii Pracy: Wielka Brytania nie planuje powrotu do całego jednolitego rynku, unii celnej ani pełnej swobody przepływu osób.

Nie oznacza to jednak, że Londyn chce utrzymywać dotychczasowy dystans wobec UE. Brytyjski rząd szuka porozumienia w sprawie usług, mobilności pracowników, wzajemnego uznawania kwalifikacji i ograniczania barier w handlu. Coraz wyraźniej widać więc, że stawką nie jest powrót do Unii, lecz znalezienie sposobu na możliwie bliską współpracę bez ponownego członkostwa.

Rynek towarowy za bezpieczeństwo Europy?

Według „The Telegraph” Nick Boles przedstawił premierowi propozycję, zgodnie z którą Wielka Brytania miałaby zabiegać o udział w jednolitym rynku w zakresie towarów bez przywracania pełnej swobody przepływu osób. W zamian Londyn miałby rozszerzyć swoje zaangażowanie w bezpieczeństwo Europy, w tym poprzez brytyjskie zdolności odstraszania nuklearnego. Wielka Brytania jest jednym z dwóch europejskich państw posiadających broń jądrową.

Propozycja Bolesa nie jest uzgodnionym planem brytyjskiego rządu ani oficjalną ofertą Unii Europejskiej. Reuters informował w maju 2026 roku, że brytyjski rząd analizował możliwość stworzenia rozwiązania zbliżonego do wspólnego rynku towarowego z UE. Bruksela nie zaakceptowała wówczas takiego wariantu w proponowanej formie.

Londyn i Bruksela rozszerzają współpracę po brexicie

Proces zbliżenia z Unią Europejską rozpoczął się jeszcze za rządów Keira Starmera. Londyn i Bruksela prowadziły rozmowy o ograniczeniu barier w handlu żywnością, współpracy przy systemach handlu emisjami oraz programie mobilności młodych ludzi.

Negocjacje w części tych obszarów nadal trwają. Spory dotyczą między innymi warunków programu, który miałby umożliwić młodym Brytyjczykom i obywatelom UE czasową pracę i pobyt po obu stronach kanału La Manche.

Po zmianie premiera przesunięto również planowany na lipiec kolejny szczyt Wielka Brytania–UE. Nowy rząd zapowiada przyspieszenie rozmów i rozszerzenie współpracy poza kwestie handlowe.

Londyn deklaruje zainteresowanie współpracą z Unią w sprawach bezpieczeństwa, obrony i technologii. Rząd Burnhama nie zapowiada jednak powrotu Wielkiej Brytanii do UE ani rezygnacji z najważniejszych założeń polityki przyjętej po brexicie.

Obecne rozmowy koncentrują się więc na tym, w jakich obszarach Wielka Brytania i Unia Europejska mogą zacieśnić współpracę bez ponownego członkostwa Londynu we Wspólnocie.

Źródła: GOV.UK, „The Telegraph”, Reuters, „The Guardian”


Nagość bez skrępowania. Dlaczego w Niemczech to nikogo nie dziwi?

Marlena Dumin

Tablica z napisem FKK to obrazek kojarzony z wakacjami w Niemczech. Nie bez powodu. Niemiecki Związek Kultury Naturystycznej (DFK) liczy dzisiaj 35 tys. członków i ma długą tradycję.

Powstał w 1949 roku i stał się organizacją parasolową dla „kultury wolnego ciała”, czyli niemieckiego FKK (Freikörperkultur). Ruch ten zachęca nie tylko do rezygnacji z ubrań, lecz także do filozofii życia, która stawia w centrum wolność, naturalność oraz pozytywne postrzeganie własnego ciała.

Również w niemieckich saunach nikogo nie dziwi nagie ciało, a przepisy w wielu miejscach nie zezwalają na saunowanie w stroju kąpielowym.

Niemiecka normalizacja nagości

Kultura wolnego ciała powstała w Niemczech jako część ruchu Lebensreform („reformy życia”), który był reakcją na niezadowolenie z industrializacji i w odpowiedzi propagował życie zgodne z naturą. Zwolennicy promowali aktywność fizyczną, zdrowy tryb życia oraz akceptację własnego ciała.

W latach 20. poprzedniego stulecia niektórzy łączyli naturyzm z ideałami socjalistycznymi: znikało ubranie – symbol statusu społecznego.

Według związku DFK życie bez ubrań uczy akceptacji własnego ciała takim, jakie jest, oraz pomaga uwolnić się od społecznych kanonów piękna. A to z kolei ma sprzyjać głębokiemu odprężeniu i poczuciu wewnętrznego spokoju. „Osoby, które odkrywają naturyzm, doświadczają nowego wymiaru wolności i akceptacji ciała, gdzie ludzie są witani w swojej naturalnej formie w pełnej szacunku i inkluzywnej społeczności” – czytamy na stronie związku.

Dwa podejścia do nagości

W powojennych Niemczech kultura wolnego ciała rozwinęła się zarówno w RFN, jak i w NRD – gdzie była szczególnie popularna.

W zachodnich Niemczech nagość praktykowano przede wszystkim w stowarzyszeniach lub wyznaczonych do tego przestrzeniach, np. na plażach, wedle określonych reguł. Od lat 70. spada jednak zainteresowanie członkostwem w towarzystwach naturystycznych.

Rzecz miała się inaczej w ówczesnej NRD. Tam swobodna organizacja w ramach stowarzyszeń nie była bowiem możliwa. Kultura wolnego ciała stała się tam elementem codzienności: ludzie spędzali czas nago na łonie natury, kąpali się w jeziorach bez ubrania i nie łączyli tego na ogół z żadnym światopoglądem.

W ostatnich latach ruch naturystów w Niemczech skarży się na spadek zainteresowania. Obecnie połowa członków DFK ma ponad 60 lat. – Dodatkowo udział kobiet w gremiach związku jest bardzo niski – mówi DW Manuela Fernandez, rzeczniczka prasowa DFK. W zdobyciu nowych osób mają pomóc wspólne akcje: konkurs na naturystyczne zdjęcia, nagie grillowanie czy przechadzki nago po lesie.

Saunowanie w Niemczech i Polsce

Różnice w podejściu do nagości po obu stronach Odry mogą mieć korzenie także w tradycji saunowania. Do Niemiec kultura sauny przywędrowała już w XIX wieku, rozwija się, a zainteresowanych nie brakuje. Według Niemieckiego Związku Saunowego (rok założenia: 1949) z saun korzysta rocznie około 26 mln osób, a 1,9 mln gospodarstw domowych ma prywatną saunę.

W Polsce natomiast Polskie Towarzystwo Saunowe powstało w 2014 roku, a zaleceń i zasad poprawnego saunowania – „rozebrać się do naga oraz zdjąć wszelką biżuterię, zegarek i inne ozdoby z ciała” – wielu saunowiczów nie respektuje.

Na początku nagość w saunie w Niemczech była dla mnie zaskakująca, wręcz krępująca – mówi Ewa, która dekadę temu przeprowadziła się z Podlasia do Berlina. Była zdziwiona koedukacyjnymi saunami i powszechną w nich nagością.

Pamięta też, kiedy pierwszy raz wybrała się na plażę dla naturystów ze znajomymi – oswajała się kilka godzin, zanim zdjęła ubranie. Po jakimś czasie przyszedł strażnik i upomniał ją, że jeżeli nie chce się rozebrać, musi pójść na inną plażę. W końcu zdjęła ubranie. 


Krzysztof Skiba: Matoły historyczne

Dawno temu spytano jakiegoś młodego posła lewicy, cóż takiego wydarzyło się 13 grudnia 1981 roku. I ten z przekonaniem odpowiedział, że tego dnia wybuchło powstanie warszawskie.

Jeszcze większa wpadka zdarzyła się posłance PiS i byłej marszałek Sejmu Elżbiecie Witek, która osłupiałemu dziennikarzowi oświadczyła, że wiedzę na temat zbrodni katyńskiej czerpała z… przedwojennych książek.

Teraz do grona tych matołów historycznych dołączył Sławomir Mentzen. Podczas swej berlińskiej pokazówki wystąpił w koszulce, na której niemiecki żołnierz strzela do dziecka na tle ruin Warszawy. Na grafice z koszulki, wśród ogromu warszawskich ruin, dumnie wznosi się budynek… Pałacu Kultury i Nauki.

Problem w tym, że Pałac zbudowano po wojnie. Ten budynek jest symbolem powojennej Warszawy, bowiem zbudowano go w latach 1952–1955, a powstanie miało miejsce w 1944 roku.

Tylu niby mózgowców i nikt w tej Konfie nie dostrzegł tak oczywistego błędu? Dumnie odziani w te koszulki z rażącym bykiem historycznym Konfiarze pojechali ślepo demonstrować za swym Koziołkiem Matołkiem, i to z racami w Berlinie.

Tak to jest, jak facet z Torunia obchodzi warszawskie rocznice w Berlinie. Czekam, kiedy Mentzen rocznicę bitwy pod Grunwaldem będzie obchodził w Wiedniu, w koszulce z królem Stefanem Batorym.

Krzysztof Skiba


Ewolucja na sterydach. Niektóre zwierzęta zmieniają się szybciej niż myślimy

Ewolucja nie zawsze trwa tysiące lat. Czasem jej skutki można zauważyć już po kilku pokoleniach. W Portoryko miejskie jaszczurki różnią się budową kończyn od tych żyjących w lasach, w Mozambiku kłusownictwo sprawiło, że wzrosła liczba słoni bez ciosów, a niektóre ryby z silnie zanieczyszczonych wód przybrzeżnych w USA stały się odporniejsze na toksyczne związki.

W każdym z tych przypadków człowiek tak mocno zmienił warunki życia zwierząt, że zaczął wpływać także na to, które cechy zwiększają szanse na przeżycie i rozmnażanie. 

Nie każda zmiana obserwowana u zwierząt jest jednak ewolucją. Ptak może zmienić śpiew, a ssak porę aktywności bez zmian genetycznych. Biolodzy mówią wtedy o plastyczności fenotypowej. O zmianie ewolucyjnej można mówić znacznie pewniej, gdy cecha jest dziedziczna albo w genomie pojawiają się ślady działania doboru naturalnego.

Jaszczurki, którym miasto zmieniło warunki życia

Jednym z najlepiej udokumentowanych przykładów są anolisy Anolis cristatellus z Portoryko. W naturalnym środowisku wspinają się po pniach i gałęziach. W mieście trafiają na beton, metal i gładkie pionowe powierzchnie.

Badania Kristin Winchell i jej współpracowników wykazały, że miejskie anolisy mają proporcjonalnie dłuższe kończyny oraz więcej wyspecjalizowanych łusek na poduszkach palców niż osobniki z pobliskich lasów. Taka budowa ułatwia im poruszanie się po szerokich i gładkich powierzchniach.

Eksperymenty hodowlane wskazały, że przynajmniej część tych różnic ma podłoże dziedziczne. Późniejsze analizy genomów jaszczurek z San Juan, Arecibo i Mayagüez wykazały podobne różnice genetyczne w niezależnych populacjach miejskich.

Kłusownictwo zmieniło populację słoni

Jeszcze wyraźniej działanie selekcji naturalnej widać u słoni z Parku Narodowego Gorongosa w Mozambiku.

Podczas wojny domowej w latach 1977–1992 populacja została zdziesiątkowana przez polowania i kłusownictwo. Zwierzęta z ciosami częściej ginęły dla kości słoniowej, dlatego samice pozbawione ciosów miały większą szansę przeżyć i pozostawić potomstwo.

Badanie opublikowane w „Science” pokazało skalę tej zmiany. Przed wojną około 18,5 proc. samic nie miało ciosów. Wśród samic, które przeżyły okres intensywnego kłusownictwa, odsetek ten przekraczał 50 proc.

Analizy genetyczne wskazały również obszary genomu związane z rozwojem zębów u ssaków. Zdaniem autorów badania kłusownictwo stworzyło silną presję selekcyjną, która zwiększyła częstość występowania cechy sprzyjającej przeżyciu.

Ryby, które przetrwały w skażonych wodach

Na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych niewielkie ryby Fundulus heteroclitus żyją w estuariach silnie zanieczyszczonych przez przemysł. Stężenia toksycznych związków, które są zabójcze dla przedstawicieli tego samego gatunku z czystszych wód, część lokalnych populacji znosi znacznie lepiej.

Badacze porównali genomy ryb z kilku skażonych i nieskażonych miejsc. Populacje z New Bedford Harbor, Newark Bay i Elizabeth River niezależnie wykształciły odporność na związki przemysłowe, w tym PCB, dioksyny i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne.

Zmiany dotyczą szlaków molekularnych odpowiedzialnych za reakcję organizmu na toksyny. Analizy genomowe wykazały przy tym wyraźne ślady działania selekcji naturalnej.

Fundulus heteroclitus charakteryzuje się dużą różnorodnością genetyczną. To zwiększa szansę, że w populacji istnieją warianty pozwalające części osobników przeżyć gwałtowną zmianę środowiska. Inne gatunki mogą nie mieć takiego zapasu.

Sieci rybackie też tworzą presję selekcyjną

Rybołówstwo może działać na populacje w podobny sposób. Jeśli przez wiele pokoleń odławiane są przede wszystkim największe osobniki, część z nich znika, zanim zdąży się rozmnożyć.

Eksperymenty z kontrolowanymi populacjami wykazały, że selektywne usuwanie ryb o określonej wielkości może prowadzić do dziedzicznych zmian w tempie wzrostu, wieku osiągania dojrzałości i rozmiarach ciała.

Badania łososia atlantyckiego pokazują również, że działalność człowieka może wpływać na wiek dojrzewania pośrednio, poprzez zmiany w dostępności pokarmu i presję połowową.

Sama mniejsza średnia wielkość ryb nie jest jednak dowodem ewolucji. Wpływają na nią także temperatura wody, ilość pokarmu, zagęszczenie populacji i inne warunki środowiskowe.

Miasto zmienia ptaki, ale nie zawsze geny

Junko zwyczajne z południowej Kalifornii pokazują, jak trudno czasem oddzielić zmianę zachowania od ewolucji. Populacja tych ptaków osiedliła się w San Diego na początku lat 80. i z czasem zaczęła różnić się od ptaków żyjących w naturalnym, górskim środowisku.

Badacze obserwowali różnice w śpiewie, reakcji na stres, zachowaniu i budowie ciała. Część z nich utrzymywała się także wtedy, gdy ptaki z różnych populacji wychowywano w podobnych warunkach.

Nie wszystkie można jednak jednoznacznie uznać za skutek ewolucji. W przypadku części cech autorzy badań wskazują zarówno na możliwe mechanizmy dziedziczne, jak i wpływ środowiska podczas rozwoju. Sama zmiana zachowania nie wystarcza więc, by mówić o ewolucji — kluczowe jest to, czy dana cecha może być przekazywana kolejnym pokoleniom.

Nie każdy gatunek zdąży się przystosować

Anolisy, słonie i ryby pokazują, że człowiek może zmienić presję selekcyjną w czasie krótszym niż ludzkie życie. Nie oznacza to, że przyroda zawsze zdoła odpowiedzieć na równie szybkie zmiany klimatu, utratę siedlisk czy zanieczyszczenie.

Szybka ewolucja wymaga odpowiedniej różnorodności genetycznej i kolejnych pokoleń, w których korzystne cechy mogą się upowszechnić. Gatunki nieliczne, wolno rozmnażające się albo pozbawione takiej różnorodności mają znacznie mniejsze możliwości przystosowania.

W części populacji skutki działania człowieka są już zapisane nie tylko w zachowaniu, lecz także w genach. Dla wielu innych zmiany środowiska zachodzą jednak szybciej, niż mogą się do nich dostosować.

Źródła: „Evolution”, PNAS, „Science”