Szukaj w serwisie

×

Krzysztof Skiba: Wyrokim sądu głowa państwa uzyskała sądowy status debila


Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Wyrokiem sądu pisarz Jakub Żulczyk nie musi przepraszać prezydenta Dudę za nazwanie go debilem. Sąd uznał, że debil to określenie w stosunku do pana Dudy nie tylko trafne, ale też w pełni uzasadnione. Według obserwatorów życia politycznego sądowo potwierdzone pasowanie Andrzeja Dudy na debila, biorąc pod uwagę osiągnięcia prezydenckie jest rodzajem wyjątkowego i zasłużonego awansu. Prezydentowi gratulujemy więc takiego wyróżnienia, mając nadzieję na kolejne owocne aktywności i sukcesy w rankingu osób szczycących się mianem debil

CHWILA DLA DEBILA

Wyrokiem sądu pisarz Jakub Żulczyk nie musi przepraszać prezydenta Dudę za nazwanie go debilem. Sąd uznał, że debil to określenie w stosunku do pana Dudy nie tylko trafne, ale też w pełni uzasadnione.

To pierwszy taki przypadek w historii Polski, gdy osoba pełniącą funkcję głowy państwa uzyskała sądowy status debila. Trafiali się nam prezydenci alkoholicy, bufoni, zarozumialcy czy sztywniacy. Teraz mamy okaz niezwykle rzadko występujący w przyrodzie, osobowość wyjątkową, czyli debila z doktoratem.

Według obserwatorów życia politycznego sądowo potwierdzone pasowanie Andrzeja Dudy na debila, biorąc pod uwagę osiągnięcia prezydenckie jest rodzajem wyjątkowego i zasłużonego awansu.

Prezydentowi gratulujemy więc takiego wyróżnienia, mając nadzieję na kolejne owocne aktywności i sukcesy w rankingu osób szczycących się mianem debili. Uśmiechy prezydenckie, miny, powiedzonka, grymasy, rapowanie o cieniu mgły, totalny brak samodzielności i ogólna postawa, katapultują rezydenta pałacu prezydenckiego do grona radosnych wybrańców, szczęśliwych z beztroskiego życia pod żyrandolem. Naród jest z Panem panie prezydencie i cieszy się z pańskiego sądowego wyróżnienia.

Krzysztof Skiba


Syn Hansa Franka „rzeźnika Polski”: mój ojciec kochał Hitlera bardziej niż rodzinę

Katarzyna Domagała-Pereira

Katarzyna Domagała-Pereira

„Co rusz spoglądam na niego, by przekonać się, że nie żyje” – mówi w wywiadzie dla DW Niklas Frank, syn zbrodniarza hitlerowskiego Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich.

Niklas Frank z ojcem Hansem Frankiem i matką Brigitte (1941 r.)

DW: Pana ostatnią książkę o ojcu, byłym generalnym gubernatorze Hansie Franku, który w okupowanej Polsce kazał wieszać ludzi i sam został skazany na śmierć, zatytułował pan „Moja rodzina i jej kat”. To wieloznaczny tytuł.

Niklas Frank: Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych – bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony – to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne.

W książce pokazał pan, jak rodzina Frank wypierała się zbrodni.

–To jeden z powodów, dla których napisałem tę książkę. Jak rodzina Frank, do której należał masowy morderca, jeden z największych zbrodniarzy wojennych, że nawet ona – jak miliony innych niemieckich rodzin – nie chce przyjąć do wiadomości, kim naprawdę byli ich ojcowie i matki.

Pan jest najmłodszy z pięciorga dzieci. Kiedy skończyła się wojna, miał pan sześć lat. Sigrid i Norman osiemnaście i siedemnaście, Gitti dziesięć, a Michael osiem. Czy to nie jest naturalna postawa, że dzieci kochają swojego ojca i nie uznają jego winy?

– W wielu społeczeństwach na całym świecie atakowanie własnych rodziców było tabu. I na pewno zaraz po wojnie nie wszystko jeszcze było o ojcu wiadomo. Ale potem, w czasie procesu, Sigrid i Norman mogli zobaczyć, do czego przyczynił się nasz ojciec. I to jest dość zaskakujące, że z ich strony było tylko uwielbienie.

Co pana rodzeństwo opowiadało o życiu w Generalnym Gubernatorstwie?

– Mój brat Norman powiedział kiedyś: „Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę”. Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci – jak mówili – swojego „niewinnego ojca”.

A matka, Brigitte Frank, opowiadała o życiu na Wawelu? Sama siebie nazwała w czasie wojny „królową Polski”.

– W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność.

Po wojnie mieszkaliśmy w Górnej Bawarii i gdy miałem dwanaście lat poszedłem do szkoły z internatem nad Morzem Północnym, oddalonej od domu o tysiąc kilometrów. Więc rzadko bywałem w domu, właściwie tylko na święta i długie ferie. Ale i tak myślę, że moja matka nie gloryfikowała tamtych czasów w obecności innych, bo na co dzień miała z nami dużo pracy. Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat.

Po wojnie nikt pewnie nie chciał mieć do czynienia z rodziną Frank?

– Na początku nie, ale potem dobry Kościół katolicki, który zawsze przymyka oczy na zbrodnie, a konkretnie kardynał von Faulhaber, wysłał do nas mercedesa z jedzeniem. A że w Neuhausen, gdzie mieszkaliśmy, wszyscy byli katolikami, to pomyśleli: „No proszę! Jeśli nasz kardynał przysyła im jedzenie, to ta rodzina nie może być tak zbrodnicza”. To nas uratowało.

Hans Frank stał się w więzieniu bardzo pobożny, twierdził nawet, że objawił mu się Jezus. Jak trwoga, to do Boga?

– Mój ojciec kochał Hitlera bardziej niż rodzinę. Po śmierci Führera potrzebował nowego Boga i wziął tego katolickiego. W więzieniu przyjął chrzest. Wcześniej był starokatolikiem, ale wystąpił z Kościoła z powodu kariery nazistowskiej.

Hitler i Hans Frank
Hitler i Hans Frank

W najnowszej książce ujawnia pan korespondencję Hansa Franka z rodziną.

– To tylko niewielka część korespondencji, bo Amerykanie przekazali wiele listów do Archiwum Federalnego. Kiedy w 1959 roku zmarła nasza matka, ja w spadku chciałem tylko zdjęcia i to, co było na papierze. Mam setki listów. Moja matka uwielbiała pisać i jako była sekretarka każdy list pisała przez kalkę, żeby mieć kopię.

Spodziewał się pan, że w listach Hans Frank okaże skruchę?

– Kiedy 18 kwietnia 1946 roku obrońca pyta go, czy miał coś wspólnego z eksterminacją Żydów, to najpierw Hans Frank mówi, że tak, i pada jeszcze kilka zdań. Można pomyśleć, że skoro robi takie wyznanie, to łączy się to ze skruchą. Ale co on robi? Na koniec przyznania się do winy, mówi: „Tysiąc lat przeminie, zanim zatarta zostanie ta wina Niemiec”. A przecież pytano go o jego osobistą winę!

Potem, kiedy sprytny sowiecki prokurator bierze go w ogień krzyżowy, znowu zaczyna kłamać, jakby nie było tego wyznania kilka minut wcześniej. Nigdy nie darzył swoich ofiar empatią, nigdy nie żałował. W swoim ostatnim liście do matki napisał: „Nigdy nie byłem przestępcą (…) i kiedyś będę skutecznym oskarżycielem”. Co za bzdury!

Prowadził pan nawet pewną statystykę, licząc, ile razy pojawia się w listach Hansa Franka słowo „los” i „Bóg”. To pierwsze 148 razy, a drugie 550. Nagle wszystkiemu byli winni Hitler i Himmler.

– Takie wypieranie się winy, spychanie wszystkiego na los, na który nie ma się wpływu, jest odrażające!

Ale w listach matki odkrył pan fragmenty, w których pisała o winie wobec Żydów.

– Tak, jest takie jedno zdanie, w którym pisze do przyjaciółki: „Kiedy myślę o przeszłości, byliśmy okrutni”.

Pisze pan też o wojnie, jaka toczyła się między Hansem Frankiem a jego żoną Brigitte już od 1942 roku. Interweniował nawet sam Hitler.

– Chodziło o romans z Lilly, wielką miłością z dzieciństwa. Kiedy Hans Frank pierwszy raz ją zobaczył, w powozie, ubraną na biało, zakochał się do szaleństwa. Miał wtedy dwanaście lat. To była prawdziwa dziecięca przyjaźń, miłość, ale ojciec Lilly zabronił im się spotykać. Lilly wyszła za mąż za innego mężczyznę i miała z nim syna, który zaginął na froncie wschodnim. I wtedy, w 1942 roku, przyszło Lilly do głowy, że jest jeszcze jej przyjaciel z dzieciństwa, który ma władzę i mógłby pomóc. Poprosiła o spotkanie i znów się w sobie zakochali. Jej mąż na wszystko się zgadzał, a mój ojciec wysyłał mu znaczki z Generalnego Gubernatorstwa.

Potem ojciec chciał rozwodu. Moja matka walczyła o niego, poszła do pani Himmler i nie tylko. Powiedziała, że woli być wdową niż rozwódką – byłą żoną ministra Rzeszy. A potem napisała list do Hitlera. Wychowałem się w przeświadczeniu, że Hitler zabronił mojemu ojcu rozwodu aż do czasu zakończenia wojny. I dopiero kilka lat temu dowiedziałem się prawdy, a mianowicie, że Hitler zastosował tu pewną sztuczkę. Napisał telegram, że zabrania mu rozwodu, chyba że zrezygnuje z funkcji ministra Rzeszy i generalnego gubernatora. Hans Frank mógł prawdopodobnie uratować swoje życie, ale Generalne Gubernatorstwo było dla niego ważniejsze.

Gdy tylko ojciec został aresztowany, jego Lilly już nie chciała nic o nim wiedzieć.

Ze strachu.

– Być może, bo nie wiadomo było, jak alianci postąpią z rodzinami i kochankami masowych morderców. Mogła przynajmniej do niego napisać w więzieniu, ale wysłała mu tylko wiersz Goethego.

Pana matka mogła być szczęśliwa, że ma swojego Hansa z powrotem i tylko dla siebie. Nawet jeśli był w więzieniu.

– Gdybym był Szekspirem, można by z tego zrobić wielką tragedię, bliską komedii. Bo trzeba sobie wyobrazić, że oboje nieustannie zapewniają się w listach, że darzą się wielkim uczuciem. A prawda była zupełnie inna. Psychologowi sądowemu Hans Frank mówił, że z żoną Brigitte, matką jego pięciorga dzieci, nic go nie łączy. Jaka obłuda!

Pana matka też nie była wierna, dlatego Hans Frank podejrzewał, że nie jest pan jego dzieckiem, tylko jakiegoś kochanka.

– Moja matka łatwo zachodziła w ciążę. Najstarsze dzieci urodziły się w 1927 i 1928 roku, a potem dopiero w 1935 roku. Odkryłem, że w tym czasie dokonała aborcji w Austrii, a nie sądzę, żeby przerwała ciążę, jeśli byłoby to dziecko Hansa. Prowadziła wolne życie seksualne.

W listach, które pisała, nie brakuje humoru i sarkazmu. Pisze nawet, że kto był wysoko, musi nisko upaść. Po wojnie ciężko pracowała. Ceni ją pan za to?

– Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością.

Z tamtych czasów posiadała jednak coś, co jej pomogło, ale wykorzystała to dopiero po śmierci Hansa Franka. Miała dużą torebkę pełną biżuterii, ukradzionej Żydom i Polakom. Sięgnęła po nią nie od razu po wojnie, kiedy musieliśmy żebrać, świadoma, że gdyby ją złapano, zabrano by jej te skarby. Korzystała z nich dopiero od 1947 roku, gdy wszystko się trochę uspokoiło. Jeździła na rowerze do obozu, gdzie przebywali dipisi, i sprzedawała tam biżuterię. Te zrabowane klejnoty utrzymały nas przy życiu.

A potem własnym nakładem wydała książkę Hansa Franka.

– Mój ojciec napisał ją w więzieniu w Norymberdze. Nosiła tytuł „W obliczu szubienicy”. Wielkie tomisko. Moja matka wydała ją w 1953 roku we własnym wydawnictwie. Wie pani, kto był pierwszym nabywcą? Katoliccy księża w Bawarii i gdzie indziej. Po nich ewangeliccy pastorzy, a potem niemieccy przedsiębiorcy. I nagle matka miała dużo pieniędzy. Szef Volkswagena podarował jej nawet samochód.

Pamięta pan procesy norymberskie i dzień, w którym dowiedział się pan o wykonanej na ojcu karze śmierci?

– Trzy, a może nawet cztery tygodnie, zanim zapadł wyrok, matka zawiozła naszą najmłodszą trójkę do ośrodka 80 kilometrów dalej. Chciała nam zaoszczędzić wytykania palcami. I zostaliśmy tam aż do wykonania wyroku śmierci. Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. „Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience”. Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. „Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze” – powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci. Obrońca ojca mówił o tym już latem. Z tą świadomością jechałem też na swoją jedyną wizytę w Norymberdze. Wiedziałem, że on zawiśnie na szubienicy.

Jak później żyło się waszej piątce z tym ciężkim bagażem ojca – zbrodniarza hitlerowskiego?

–Sigrid przeprowadziła się ze swoim drugim mężem do RPA, bo ceniła apartheid – segregację rasową. Norman był z mojego rodzeństwa jedynym, który uznał winę ojca, jednak zawsze powtarzał: „Wiem, że nasz ojciec był zbrodniarzem, ale kocham go”. Gitti, urodzona w 1935 roku, już w młodości napisała w pamiętniku, że nie chce być starsza od taty. Kiedy został powieszony, miał 46 lat, a ona w tym samym wieku popełniła samobójstwo. Miała raka, ale według lekarzy mogła jeszcze żyć pięć lat. Nie chciała. Co niedzielę stawiała w salonie duże zdjęcie ojca i świeczki, całe życie strasznie za nim rozpaczała. Michael z kolei był bardzo prawicowy, należał nawet do NPD (neonazistowska i skrajnie prawicowa Narodowodemokratyczna Partia Niemiec – red.), a kiedy ukazała się moja pierwsza książka o ojcu, publicznie mnie atakował, mówiąc, że to kłamstwa i ojciec był niewinny.

Jedynym, który zrobił to trochę inaczej, byłem ja. I zawsze powtarzam, że gdy żyjesz wbrew prawdzie, to ulatuje z ciebie życie. Sigrid zmarła w wieku 63 lat, Michael w wieku 53 lat, a Gitti – 46. Norman dotarł najdalej, bo też uznał zbrodnie ojca. A ja, mając teraz 83 lata, jestem najstarszy z całej piątki.

zbrodniarz hitlerowski Hans Frank, generalny gubernator okupowanych ziem polskich
Hans Frank (z przodu) w piątą rocznicę powstania Generalnego Gubernatorstwa (październik 1944)

Jako nastolatek malował pan szkielety na szubienicy, które teraz znalazły się na okładce pana książki. To było jak terapia?

– Znalazłem te obrazki jakieś osiem, dziewięć lat temu. Nie wiedziałem, że malowałem coś takiego. Zawsze uważałem, że śmierć ojca odbiła się ma moim rodzeństwie, ale nie na mnie, bo nie przepadałem za nim. I potem nagle zobaczyłem te obrazki z szubienicami, krwią, trupami. To mnie zwaliło z nóg.

Kilka lat temu w wywiadzie dla Deutsche Welle powiedział pan, że nosi przy sobie zdjęcie zmarłego ojca. Nadal pan to robi?

– Tylko wtedy, gdy noszę tę marynarkę. Mam ją na sobie, kiedy podróżuję. Co rusz spoglądam na niego, by przekonać się, że nie żyje. Z drugiej strony mam wrażenie, że uśmiecha się do mnie przez znowu niesamowicie głośny antysemityzm w Niemczech. On po wojnie nigdy nie zniknął, tylko był przemilczany. A teraz staje się znowu coraz głośniejszy. I to, że skrajnie prawicowe idee, które wyrażała banda zbrodniarzy i realizowała w nieludzkich czynach, że to jest dziś w Niemczech znowu możliwe, jest niewiarygodne.

Jak pan to sobie tłumaczy?

– Nigdy nie pozwoliliśmy, aby horror, który spowodowaliśmy, dotarł do nas. To wszystko puste gadanie. Nie ma Niemca, nawet najbardziej radykalnego skrajnego prawicowca, który nie nosiłby w sobie tych zdjęć gór trupów w obozach koncentracyjnych albo pojedynczych niewinnych zamordowanych ludzi. Ale nie pozwalamy, by to do nas dotarło. Zamiast tego staramy się ze wszystkich sił stłumić, zminimalizować, zrelatywizować. A za tym wszystkim stoi nigdy nie zlikwidowany antysemityzm. Jeśli z powodu wojny w Ukrainie naprawdę wpadniemy w poważny kryzys gospodarczy, w którym stawką będzie głód i przetrwanie, założę się, że „winni” będą Żydzi. Nadal jesteśmy rasą panów. Wśród 82 milionów Niemców tylko jeden milion to prawdziwi demokraci. Niemniej jednak mamy najlepszą z możliwych demokracji, ale ona nie pochodzi z serca, została nam narzucona przez zwycięzców. Jestem za to bardzo wdzięczny. Nasza demokracja ma się jeszcze dobrze, ale ja nie ufam naszym Niemcom.

Niklas Frank

Niklas Frank (urodzony w 1939 r.) jest najmłodszym dzieckiem Hansa Franka, zbrodniarza hitlerowskiego, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich. Niklas Frank był reporterem magazynu „Stern”. W swoich książkach rozlicza się z nazistowską przeszłością rodziców (m.in. „Mój ojciec Hans Frank”, „Moja niemiecka matka”, „Brat Norman!”). W 2021 roku ukazała się jego książka „Moja rodzina i jej kat” („Meine Familie und ihr Henker”).


Adam Mazguła: Nie chodzi o hidżab czy burkę, ale o wolność wyboru

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Religia to czyste zło. Jest wsteczna w stosunku do nauki i stanowi system kontroli nad człowiekiem. Przy pomocy ogłupionych fanatyzmem miłośników przemocy powołujących się na wolę Boga do sprawowania nadludzkiej władzy, tworzą prawo nie tylko dla swoich wiernych, ale dla całego społeczeństwa. Wszystko po to, by mogli panować nad wszystkim i wszystkimi. Nad tym, gdzie są, co robią i tworzą.

W Koranie nigdzie nie ma informacji na temat tego, czy kobiety mają obowiązek zakrywania twarzy lub całego ciała. Kobiety powinny chować jednak to, co je zdobi. W świecie arabskim takim elementem są włosy. Jednak w miarę rozwoju państwowej religii, hierarchowie muzułmańscy wprowadzają kolejne ograniczenia i zaostrzają postępowanie w stosunku do kobiet. W praktyce powołana policja moralności religijnej jest bezkarna i stanowi wyrocznię warunków przebywania kobiet poza swoim domem. Kobieta na ulicy, szczególnie młoda i urodziwa nie może ukazywać się ludziom, bo według zmanipulowanych wiarą mężczyzn w mundurach obraża Boga. To droga do nieograniczonej przemocy i nadużyć.

Kilka dni temu Irańska policja moralności brutalnie zamordowała 22-letnią Mahsa Amini, która posiadała „niewłaściwy hidżab” (hidżab — okrycie włosów muzułmanek).

W całym Iranie wybuchły zamieszki przeciwko państwowej religii, która opanowała kraj swoim terrorem w stosunku do kobiet.

W całym kraju dochodzi do zamieszek, a poza granicami, Iranki organizują wiece informacyjne i proszą o wsparcie.

Uczestniczyłem i ja w zgromadzeniu na wrocławskim Rynku, w obronie prawa Irańskich Kobiet do godności. Kilkanaście młodych kobiet i mężczyzn, najczęściej studentów z Iranu, przy pomocy wrocławskiego KOD-u zorganizowało wiec poparcia dla wolności kobiet w ich kraju. Wspierali ich Kurdowie, Pakistańczycy, wolni Białorusini, Ukraińcy i przede wszystkim Polacy związani z Komitetem Obrony Demokracji, Strajkiem Kobiet i Obywatelami RP.

Kobiety muzułmańskie nie chcą dalej poddawać się kolejnym ograniczeniom ich wolności i traktowania jak ludzi podrzędnych, drugiej kategorii. Jak podkreślają, od 40 lat ich prawa są stale ograniczane, a każde nieposłuszeństwo wobec upokorzeń religijnych jest karane brutalnym pobiciem na ulicach lub nawet śmiercią dla przykładu dla innych.

Na wrocławskim Rynku wybrzmiało wiele pięknych słów o tęsknocie do wolności, godności ludzkiej i prawa do wyboru.

Jak podkreślały Muzułmanki we Wrocławiu: Nie chodzi o hidżab czy burkę (burka — całkowite zasłonięcie całego ciała), ale wolność wyboru, prawo do swoich decyzji i poszanowanie ich godności osobistej.

Było wiele opowiadań o terrorze i wspomnień tłumaczonych na język angielski i polski oraz muzyka, wzniosła i przejmująca, wyciskająca łzy.

Przejmującym symbolem tego wiecu dla Polek był termin 1 października, od którego nasza rodzima PiS-policja religijnego terroru katolickiego wprowadziła rejestrację ciąż. Iranki mogą dokonywać aborcji, Polki są już pod kontrolą PiS-prokuratury i sygnalistów katolickich.

Te fakty pokazują, że religia to czyste zło. Jest wsteczna w stosunku do nauki i stanowi system kontroli nad człowiekiem. Przy pomocy ogłupionych fanatyzmem miłośników przemocy powołujących się na wolę Boga do sprawowania nadludzkiej władzy, tworzą prawo nie tylko dla swoich wiernych, ale dla całego społeczeństwa. Wszystko po to, by mogli panować nad wszystkim i wszystkimi. Nad tym, gdzie są, co robią i tworzą.

Wykonałem kilka zdjęć, których nie pokażę. Irańczycy prosili o anonimowość, aby chronić się przed zemstą i odwetem swoich władz po ich przyjeździe do kraju lub na ich rodzinach. Oczywiście, że uszanuję ich wolę.

Wobec rosnącego terroru religijnego w Polsce obyśmy nigdy nie doczekali takiego strachu, który widziałem w irańskich oczach, kiedy widziały aparat fotograficzny.

Adam Mazguła


Dlaczego PiS podgrzewa antyniemieckie nastroje

Jacek Lepiarz

Jacek Lepiarz

PiS od dawna posługuje się w polityce antyniemieckimi hasłami, ale obecna kampania przebija wcześniejsze praktyki. Zdaniem „Die Welt” Niemcy nie są bez winy, gdyż wskutek błędów utraciły zaufanie wielu Polaków.

„Przewodniczący PiS Jarosław Kaczyński rozpowszechnia absurdalne tezy o Niemczech, które mają wywołać skojarzenia z nazistami. Niemcy przedstawiane są jako kraj równie niebezpieczny, jak Rosja. Antyniemiecka nagonka trwa od dłuższego czasu, ale tym razem sprawa jest jeszcze gorsza” – pisze Philipp Fritz w korespondencji z Warszawy opublikowanej w niedzielę w „Welt am Sonntag” (WamS).

Autor nawiązał do wystąpienia Kaczyńskiego na spotkaniu z jego zwolennikami tydzień temu w Opolu. Chodzi o twierdzenie, które znalazło się na pierwszych stronach gazet w Polsce, sugerujące, że Polacy są systematycznie dyskryminowani w niemieckich pociągach. Prezes PiS utrzymywał, że polscy eurodeputowani podróżujący Deutsche Bahn zostali wyrzuceni z wagonu pierwszej klasy.

Polacy dyskryminowani w niemieckich pociągach?

„Kaczyński nie przedstawił żadnych dowodów. Nie musiał. Liczy się to, że jego słowa wzbudziły negatywne skojarzenia z napisem „Nur fuer Deutsche” umieszczanym w czasie niemieckiej okupacji na tramwajach, wykluczający Polaków ze środków komunikacji miejskiej i parków. To utrwaliło się w zbiorowej pamięci narodu” – tłumaczy dziennikarz „WamS”. Przesłanie, które trafiło po przemówieniu Kaczyńskiego do wielu Polaków, brzmi – „Niemcy nie zmienili się”.

Zdaniem Fritza, słów prezesa PiS nie można uznać za odosobniony wybryk. Warszawski korespondent gazety tłumaczy, że w przyszłym roku w Polsce odbędą się wybory parlamentarne. PiS ma zaledwie kilka punktów przewagi nad opozycyjnym sojuszem Koalicja Obywatelska. Z powodu wysokiej inflacji i szybujących w górę kosztów ogrzewania „narodowi konserwatyści” – jak w Niemczech określa się PiS – „znajdują się pod silną presją” i dlatego rozpoczęli walkę wyborczą od krzykliwej antyniemieckiej kampanii. „Politycy i przyjazne im media uderzają bez pardonu w zachodnich sąsiadów Polski” – stwierdza Fritz.

Niemcy tak groźne, jak Rosja?

Autor zaznacza, że PiS od dawna uprawia antyniemiecką propagandę. „Jednak to, co dzieje się obecnie, znacznie przewyższa kampanie z przeszłości” – ocenił.

Fritz przypomniał, że w połowie września polska telewizja państwowa TVP pokazała fragment przemówienia kanclerza Olafa Scholza. Na Twitterze utrzymywano, że kanclerz „grozi Polsce” i straszy „rewizją granic”. A przecież Scholz nic takiego nie powiedział – pisze autor.

Dziennikarz zwraca uwagę, że Niemcy są coraz częściej przedstawiane jako zagrożenie tak groźnie, jak Rosja. Nawet czołowi polscy politycy, tacy jak premier Mateusz Morawiecki, nie stronią przed takimi porównaniami. Otwierając przekop na Mierzei Wiślanej Morawiecki powiedział – „Uwalniamy się od zależności od Rosji i Niemiec” – przypomina „WamS”. Jego zdaniem roszczenia reparacyjne są elementem tej kampanii.

Fritz zastrzega, że rząd niemiecki też przyczynił się do powstania złej atmosfery. Niemiecka polityka energetyczna oraz niezrozumiała ostrożność w kryzysie ukraińskim zniszczyły sporo zaufania do Niemiec. Nowym zjawiskiem jest według niego krytyka Niemiec ze strony liberalnej opozycji. „Wizerunek Niemiec mocno ucierpiał w polskim społeczeństwie” – podkreślił Fritz.

Jego zdaniem PiS buduje swoją kampanię właśnie na spadku zaufania do Niemiec. „Bez tego partia nie posunęłaby się aż tak daleko. Napięte relacje niemiecko-polskie zapewne jeszcze bardziej się pogorszą, gdyż wybory odbędą się dopiero na jesieni 2023 roku” – pisze w konkluzji Philipp Fritz.

 

REDAKCJA POLECA

 


Rosja. Jak przebiega „częściowa mobilizacja”

Siergiej Satanowski

Siergiej Satanowski

Krewni Rosjan wcielonych do sił zbrojnych po ogłoszeniu przez Władimira Putina „częściowej mobilizacji”, a także eksperci opowiadają DW, jak naprawdę wygląda mobilizacja.

W pierwszym tygodniu po przemówieniu prezydenta Rosji Władimira Putina do rosyjskiej armii, która w lutym wtargnęła na Ukrainę, wcielono już tysiące mężczyzn. Ich rekrutacja, jak twierdzą obserwatorzy, przebiegała inaczej, niż zalecało to ministerstwo obrony. Wezwania trafiły do emerytów, niepełnosprawnych, ludzi bez doświadczenia bojowego, a także do tych, którzy nigdy nie służyli w wojsku. Takie działania wojskowych biur poborowych potwierdzają opinie ekspertów pytanych przez DW. Określają oni mobilizację jako jedynie umownie częściową.

We wtorek (27.09.2022) pojawiła się wiadomość o pierwszej dymisji komisarza wojennego od ogłoszenia „częściowej mobilizacji” w Rosji. W obwodzie magadańskim zwolniono Siergieja Baranowskiego „z powodu błędów” popełnionych podczas mobilizacji, poinformował gubernator regionu. DW zapytała Rosjan i obrońców praw człowieka, z jakimi naruszeniami spotkali się w ciągu ostatniego tygodnia.

Czy wiek nie ma znaczenia?

– W niedzielę w południe przynieśli Igorowi zawiadomienie, że o drugiej po południu ma się zgłosić z rzeczami w biurze poborowym – opowiada żona 39-letniego mieszkańca Moskwy (imiona zmobilizowanych i ich krewnych zostały w całym artykule zmienione – red.). – Tam go zarejestrowali i odebrali mu dokumenty, a o wpół do szóstej odjechał autobusem na szkolenie. Z powodu wieku i stopnia wojskowego Igor nie podlegał mobilizacji. Takich jak on, sierżant rezerwy, mogą brać do wojska jedynie wtedy, gdy mają mniej niż 35 lat. Stosowne informacje resort obrony przedstawił niemal natychmiast po ogłoszeniu mobilizacji. Według oceny Igora, którą się podzielił z żoną, jest z nim 120 mężczyzn, którzy przekroczyli wiek dopuszczający rekrutację.

– Na tym jednak naruszanie praw Igora się nie skończyło – kontynuuje jego żona. Według niej, przed skierowaniem do ośrodka szkolenia wojskowego biuro poborowe nie przeprowadziło badań lekarskich poborowych. Tymczasem ustawa mobilizacyjna zobowiązuje biura poborowe do ustalenia kategorii zdolności do służby wojskowej na podstawie wyników badań lekarskich. A potem Igorowi zmieniono specjalizację rejestracji wojskowej. – W książeczce wojskowej miał wpis, że jest kawalerzystą straży granicznej – opowiada jego żona. – Teraz mówi, że zrobili z niego strzelca-pomocnika moździeżysty.

Mimo naruszeń, które miały miejsce podczas mobilizacji, Igor jak twierdzi jego żona, nie zamierza podważać decyzji o poborze: – Pogranicznicy to tacy ludzie, którzy się nie odwołują.

Mąż wrócił po skardze żony

Tymczasem DW zna przykłady, kiedy poborowym, których powołaniu towarzyszyły nieprawidłowości, udało się wrócić do domu. Mąż Oksany, szeregowy rezerwy bez doświadczenia bojowego, został powołany, choć ma 43 lata. „Stało się tak, ponieważ w biurach poborowych jest bajzel i biorą wszystkich jak leci”, napisała korespondentowi DW oburzona Oksana. – Potwierdzili mi to na wszystkich liniach informacyjnych.

Gdy żona zmobilizowanego z Moskwy wysłała skargę i ponownie udała się do biura poborowego, jej mąż został zwolniony. „Jest teraz w drodze z Sierpuchowa do domu”, napisała Oksana wieczorem 26 września. Nie wie, czy to dlatego, że skargę skierowała „do wszystkich instancji”, czy też ktoś zdał sobie sprawę z własnego błędu popełnionego podczas mobilizacji jej męża.

Powołali więcej niż potrzeba

Pracownicy biur poborowych mogą też zmienić zdanie, jeśli do wojska trafiło już wystarczająco dużo poborowych – sugeruje aktor Konstantin z Czelabińska. W rozmowie z DW mówi, że o planach jego powołania dowiedział się od szefa administratora osiedla, w którym jest zameldowany, ale nie mieszka. Urzędnik nieoficjalnie powiedział mu przez telefon, że wezwanie ma otrzymać jako jeden z pierwszych, ze względu na alfabetyczną kolejność stosowaną przy wysyłaniu powołań. Konstantin nie ma doświadczenia bojowego, w wojsku służył przez rok, jako poborowy.

Następnego dnia, po szokującej dlań wiadomości, przyszła kolejna, uspokajająca. – Dzisiaj dostałem telefon i usłyszałem: „odwołane”. Jak rozumiem, ludzi było wystarczająco dużo – mówi. – W wojewódzkim biurze poborowym ustawiła się ogromna kolejka. Mój znajomy otrzymał wezwanie, ale gdy przyjechał i w niej stanął, powiedziano mu, że nie jest już potrzebny.

Nawet gdyby w jego biurze poborowym nie udało się zebrać wymaganej liczby mobilizowanych, Konstantin by się tam nie pojawił. – Gdybym rozumiał, o co konkretnie mam walczyć, może poszedłbym po to powołanie. Ale teraz to nie jest tak, jak podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wtedy nawet nie byłoby pytań. W sytuacji, kiedy nie było wyboru. Teraz jednak sytuacja jest dziwna i niezrozumiała.

Prawnik rekomenduje bojkot

Aleksandr Bielik, prawnik rosyjskiego Ruchu Uchylających się od Służby Wojskowej, zauważa, że pobór tych, którzy nie spełniają wymogów przedstawionych w informacjach ministerstwa obrony, wynika ze słabości prawnej tych informacji. – To są tylko słowa – dodaje obrońca praw człowieka. – W dekrecie prezydenta Federacji Rosyjskiej nie wprowadzono żadnych zmian, a tam nie ma ograniczeń wieku mobilizowanych.

Organizacja praw człowieka, w której pracuje Bielik, boryka się według niego z dwoma rodzajami poważnych naruszeń. – Biorą każdego, kogo złapią i nie robią badań medycznych – mówi obrońca praw człowieka. – Inaczej mówiąc, kierują się kategoriami zdolności do służby wojskowej nadanymi wiele lat temu.

Osobom zgłaszającym się po pomoc Bielik odradza przychodzenie do biura poborowego, mówiąc, że groźba kary administracyjnej w wysokości trzech tysięcy rubli (około 50 euro) jest nieznaczna. A tym, którzy już trafili do wojskowego ośrodka szkoleniowym, ale nie chcą iść na wojnę, zaleca napisanie podania o zastępczą służbę cywilną i jak najszybsze opuszczenie ośrodka: – A potem trzeba będzie się sądzić z biurem poborowym i komisją odpowiedzialną za mobilizację.

Pierwszy zwolniony z powodu popełnionych błędów

W ostatnich dniach już kilku rosyjskich gubernatorów przyznało nieprawidłowości w pracy wojskowych biur poborowych podczas „częściowej mobilizacji”. Obiecali, że szybko zajmą się każdym przypadkiem i odeślą do domu tych, którzy zostali zmobilizowani przez pomyłkę.

W obwodzie magadańskim, jak oświadczył jego gubernator Siergiej Nosow, komisarz wojskowy tego regionu Siergiej Baranowski stracił już stanowisko „z powodu błędów popełnionych w trakcie prowadzenia częściowej mobilizacji”. Na wniosek gubernatora dowództwo Wschodniego Okręgu Wojskowego wysłało już podobno nowego komisarza, „zawodowego oficera, który zorganizował pracę zdezorganizowanego w pierwszych dniach mobilizacji komisariatu wojskowego”, cytuje Nosowa agencja prasowa RIA Nowosti. Dziennik „Nowaja Gazieta” dodaje, że rozkazu z 21 września o częściowej mobilizacji dla regionu nie podpisał sam Baranowski, lecz pełniący obowiązki komisarza wojskowego obwodu magadańskiego Jewgienij Derkacz.

 

REDAKCJA POLECA

 


Krzysztof Skiba: wszelkie kary dotyczą jedynie zwykłych obywateli. A gdyby tak WRESZCIE zacząć karać polityków?

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Świat jest tak sprytnie skonstruowany, że wszelkie kary dotyczą jedynie zwykłych obywateli, a nie polityków. Szary obywatel jest karany praktycznie za wszystko i za każdym razem. Tymczasem politycy karani są jak dawni królowie, czyli jedynie przed „Bogiem i historią” co w praktyce oznacza bezkarność.

SYSTEM KARNY

Świat jest tak sprytnie skonstruowany, że wszelkie kary dotyczą jedynie zwykłych obywateli, a nie polityków. Szary obywatel jest karany praktycznie za wszystko i za każdym razem. Tymczasem politycy karani są jak dawni królowie, czyli jedynie przed „Bogiem i historią” co w praktyce oznacza bezkarność.

Oto dowiadujemy się, że resort sprawiedliwości szykuje nowe regulacje prawne, na mocy których prywatne firmy będą mogły być okładane karnymi opłatami nawet do 30 mln zł. Niejeden szaraczek przyklaśnie takim drastycznym rozwiązaniom, nie mając świadomości, że dla wielu oznacza to po prostu likwidację firmy, a co za tym idzie zwolnienie ludzi i utratę miejsc pracy.

A gdyby tak WRESZCIE zacząć karać polityków?

Może świat byłby wówczas lepszy i bardziej sprawiedliwy? Oto proponowane przeze mnie kary dla klasy politycznej.

  1. Sto tysięcy złotych mandatu za przyłapanie na ewidentnym kłamstwie wypowiedzianym publicznie. Morawiecki byłby tu rekordzistą mandatowym i kasę musiałby pożyczać od żony.
  2. Milion złotych kary za błędną decyzję dotyczącą spraw państwowych. Sasin musiałby sprzedać dom, spodnie i kalesony.
  3. Dwa miliony złotych kary za składanie obietnic, których się później nie spełniło. Andrzej Duda, który w kampanii obiecywał 14-tki i pomoc frankowiczom zostałby w samych skarpetkach nie tylko w sypialni.
  4. Tysiąc złotych mandatu za spanie na konferencjach prasowych. Jarosław musiałby odejmować karmę kotu od ust, by pokryć te wszystkie mandaty.
  5. Symboliczne dwa tysiące złotych mandatu za opowiadanie bajek i bredzenie bez sensu podczas wywiadów telewizyjnych. Suski, Jaki, Macierewicz, Terlecki i wielu innych, nie mieliby już ani na butapren, ani na inne używki.
  6. Dwieście tysięcy złotych kary za protekcje i zatrudnianie rodzin w spółkach skarbu państwa. Cała elita władzy zaciągnęłaby kredyty, aby to pokryć.
  7. Konfiskata bielizny osobistej za przyznawanie dotacji podmiotom prawnym powiązanym z partiami politycznymi. Sporo polityków chodziłoby nago.
  8. Symboliczne 500 zł kary za kaleczenie języka polskiego podczas wywiadów telewizyjnych i programów publicystycznych. Tu ukaranych byłoby wielu, po wszystkich stronach barykady.
  9. Trzy miliony złotych mandatu za prowadzenie działalności gospodarczej w siedzibie partii. PiS musiałby sprzedać kilka nieruchomości, aby to spłacić.
  10. Pół miliona złotych mandatu za wykorzystywanie służbowych samochodów i samolotów do załatwiania spraw prywatnych. Wszyscy politycy staliby się domatorami.

Krzysztof Skiba


Adam Mazguła: Kaczyński ogłosił, że „opanował rabunek.” Nikt za afery PiS nie odpowiada, rabunek więc opanowany

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Kaczyński i jego siła politycznych łotrów w zasadzie okrada ciągle, od Porozumienia Centrum po dzisiaj. Teraz wymyślił, że wszystkie spółki Skarbu Państwa, gdzie kradną legalnie rodziny PiS-u

Jarosław Kaczyński ogłosił w Nysie, że „opanował rabunek”, co spowodowało 1 bilion złotych zysków przez 7 lat. Opanował, bo ten rabunek widzimy codziennie i na każdym kroku. Rejestrujemy setki afer PiS-u, ławeczki patriotyczne, podsłuchy, wycinki lasów, fuzje spółek, zakupy uzbrojenia i w liczbie ciągle nowych milionerów PiS. Nikt za to nie odpowiada, więc „rabunek opanowany”.

Poza tym, czy przypadkiem nie o tyle wzrosło zadłużenie Polski i wynosi na każdego Polaka, od noworodka do umierającej babci ok. 150 tys. zł?

Kaczyński i jego siła politycznych łotrów w zasadzie okrada ciągle, od Porozumienia Centrum po dzisiaj. Teraz wymyślił, że wszystkie spółki Skarbu Państwa, gdzie kradną legalnie rodziny PiS-u, podniosły ok. 700% swoją marżę, a więc gigantyczne podwyżki kosztów dla obywateli. Po tym zabiegu dorobili się i wprowadzają 50% daninę dla firm, aby zabrać te pieniądze do swojej dyspozycji. Złodziejski system działa mimo inflacji i drożyzny, a ludzie nawet nie wiedzą i nie widzą, jak ich okrada PiS-mafia.

Te same ukradzione pieniądze rozdadzą niebawem ludziom, żeby kupić ich poparcie. Wystarczyłoby zmniejszyć marże do normalnej wysokości i wszystko stałoby się tańsze, ale wtedy nie mieliby, czego rozdawać i nie mogliby pokazać, że się dzielą złodziejstwem. Polaków i tak ogłupiają, że obniżają podatki, ale nie dodają, że wprowadzili ponad 30 nowych. Fałsz i obłuda.

Tymczasem Polska tonie w ściekach Odry, mafijnej korupcji, aferach i łajdactwie władzy. Jednak dla Andrzeja Dudy to powód do odznaczania zdrajcy i pochwał dla jego okłamywania całego narodu za dziesiątki milionów złotych publicznych pieniędzy i to bez raportu końcowego. To oznacza, że to jego szczęśliwy czas i wymarzony świat rozrywki, a nie obowiązków. Strażnik Konstytucji z radością i uznaniem dla okupujących demokrację partyjnych nikczemników nie zauważa antypolskiego charakteru tej działalności. Gloryfikuje przestępców, miliardy przeznacza na propagandową szczujnię, produkcję wrogów, strachu, agresji kłamstwa i religii.

„Ojczyznę dojną racz nam wrócić Panie” To przecież ogłoszone jego motto. Co prawda próbował je wsadzić w usta przeciwników, ale jak ze wszystkim w PiS, po prostu prawda wypłynęła na wierzch.

Okupanci wiedzą, że ich czas się kończy i muszą coś zrobić. Może wymyślą stan wyjątkowy, jak u Łukaszenki i zdławią opozycję przy pomocy siepaczy granatowej policji, obrońców wiary, faszyzmu i WOT? Może sfałszują wybory i cały ich PiS-system wyborczy od pełnomocników po Sąd Najwyższy będzie się zaklinał, że Polacy ich wybrali? Zrobią propagandową nagonkę i Polacy uwierzą jak ostatnio w wyborach prezydenckich.

Jedno jest pewne. W Nysie rozbudowują areszt, bo spodziewają się więcej osadzonych. Jeśli zaplanują masaże odnowy, baseny, boiska i koedukacyjne cele, to będzie sygnał, że to dla siebie robią. Jeśli będą piętrować prycze do sufitu i ogrodzą drutami pod napięciem, to znaczy, że szykują dla opozycji.
Czas pokaże.

Adam Mazguła

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Biuro Tłumaczeń i jak dzięki tłumaczom poznajemy świat

Większość z nas słyszało o biurach tłumaczeń lub tłumaczach. Jednak niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak ważną rolę odgrywają one w dzisiejszym świecie. Jeśli chcesz poznać historię, ewolucję, ciekawostki i ogólne statystyki świata tłumaczeń, nie możesz przegapić tego artykułu.

biuro tłumaczeń

Tłumacz z łaciny to translatio, co oznacza niesienie lub przenoszenie. Możemy to zrozumieć jako osobę, która niesie słowo z języka obcego na swój ojczysty. Dzisiaj zawód tłumacza kojarzy nam się z osobą, do której idziemy, kiedy potrzebujemy przetłumaczyć tekst czy dokument. Jednak prawda jest taka, że to dzięki nim mamy dostęp do obecnych źródeł historycznych i kulturalnych. Pozwoliło to także na kontakty z różnymi narodami czy plemionami. Ułatwiało to znacznie porozumiewanie się z nimi, przeprowadzanie negocjacji. Na przestrzeni czasu zmienił się także sposób postrzegania tego zawodu. Z czasem, zamiast tłumaczyć słowo w słowo, zaczęto się skupiać na tłumaczeniu z zachowaniem jak najlepszego oddania sensu danego tekstu.

Jak zmieniło się biuro tłumaczeń na przestrzeni lat

Tłumaczenia towarzyszą nam tak naprawdę od zawsze, razem z rozwojem cywilizacji, rozwijał się także zawód tłumacza. Pierwsze formy tego zawodu sięgały czasów prehistorycznych, kiedy to spotkały się pierwsze plemiona, porozumiewając się za pomocą gestów. Później pojawiały się kolejno tłumaczenia ustne oraz pisemne.

Pierwszym tłumaczeniem pisemnym, które ujrzało światło dzienne, był przekład wszystkim nam znanej Biblii. Był to przekład z języka hebrajskiego na język grecki, dokonano go w III wieku przed naszą erą. Około wiek wcześniej został także przetłumaczony sumeryjski epos o Gilgameszu na niektóre z języków azjatyckich. Wiele tekstów w tamtejszym czasie było tłumaczone, z języka hinduskiego na język chiński, przez buddyjskich mnichów. Miały one charakter głównie religijny.

Pierwsze tłumaczenia

Biuro tłumaczeń, które znamy dzisiaj, różni się od tego z przeszłości. Także różniła się technika, wtedy tłumaczono dosłownie. Polegała ona na jak najwierniejszym przetłumaczeniu słowa mówionego jak i pisanego. Nie skupiano się wtedy na sensie, jednak nie była to dobra droga, przez co często tekst tracił swój pierwotny sens. Później wraz z rozwojem zaczęto skupiać się bardziej na znaczeniu tekstu. Starano się przekazywać sens całego tekstu, a nie skupiano się na znaczeniu poszczególnych słów. Mimo wszystko nie zastąpiło to mechanizmu tłumaczenia dosłownego, szczególnie wykorzystywanego w tekstach religijnych.

Średniowiecze

Okres średniowiecza czy odrodzenia, to czas kiedy tłumaczami zostawały osoby związane z władcami danego państwa. Wśród języków, na które przekładano były to głównie język łaciński i starogrecki. Wraz z upływem czasu zaczęto także tłumaczyć na inne języki. Wiemy o wielu odkryciach naukowców właśnie dzięki między innymi pracy tłumaczy arabskich. Szczególnie wtedy, gdy  Grecy zostali przez nich podbici, a w ręce arabskich naukowców dostały się ich prace. Ci stworzyli na podstawie prac własne interpretacje, które zostały następnie przetłumaczone na łacinę. Stworzyły one podwaliny pod przyszłe prace naukowców z epoki Renesansu.

Renesans

To czas kiedy tamtejsze „biuro tłumaczeń” przechodziło zmiany. Język łaciński powoli zaczął być zastępowany innymi językami narodowymi. Zapotrzebowanie na profesjonalne tłumaczenia na inne języki stale rosło. Ponieważ jest to epoka ożywienia świata literatury, stale pojawiały się nowe przekłady rzymskich i greckich utworów. W tamtym okresie środowisko translatorskie debatowało nad swobodą stylu tłumaczeń. Nadal stosowano metodę wiernego przekładu w stosunku do tekstów religijnych. Te drugie, czyli znaczeniowe stosowano do tekstów literackich. Jednak największy rozkwit technik przypada na XVIII wiek. Wtedy też pojawiła się myśl, według której przekład będzie najprzyjemniejszy kiedy będzie najwierniejszy. Pozwoliło to tamtejszym tłumaczom na dużą swobodę w wykonywaniu przekładów. Dzięki temu mogli na przykład usuwać z tekstów trudne do zrozumienia starożytne wydarzenia historyczne czy realia. Drugim, był przekład adekwatny, dbano w nim o spójność stylistyczną z oryginalnym tekstem czy przeniesienie historycznych realiów. Do dnia dzisiejszego jest uważany za najwyższy standard.

XIX i XX wiek

Jest to okres, kiedy to biuro tłumaczeń i tłumacze zaczynają być uznawani jako zawód. Wcześniej byli traktowani jako ludzie z dziedziny literatury pięknej, nie byli traktowani jako coś odrębnego. Chcieli oni zwrócić uwagę na to jak ważną rolę pełnią w kontaktach międzyludzkich czy w rozwoju świata.

Dopiero w XX wieku na całym świecie zaczęły powstawać instytucje zrzeszające tłumaczy. Miały one na celu dbanie o odpowiednie standardy wykonywania zawodu oraz o etykę pracy. Pierwszym z nich była Międzynarodowa Federacja Tłumaczy, założona w 1953 roku w Sorbonie przez Pierre’a-François Caillé. Następnie kolejno także w tym samym roku powstało w Genewie Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych AIIC. Jeśli chodzi o nasze środowisko, w 1981 roku powstało Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich. Natomiast 26 maja 1990 roku powstało kolejne stowarzyszenie mianowicie Polskie Towarzystwo Tłumaczy Ekonomicznych, Prawniczych i Sądowych „TEPIS”.

Biuro tłumaczeń dzisiaj

Rozwój zawodu tłumacza to proces długotrwały, często się nad tym nie zastanawiamy, czytając czy oglądając zagraniczną produkcję. Dzisiaj biura oferują szeroką gamę dziedzin, z jakich mogą tłumaczyć dokumenty. Ich obecność nie jest zagrożona, a sam zawód będzie jeszcze trwać. Bo mimo ogólnodostępnej obecności programów translatorskich nic nie zastąpi jakości zawodowego tłumacza.

Jak możemy się domyślić, sam proces translatorski nie odbywa się za pomocą samej kartki, długopisu i grubego słownika. Dzięki rozwojowi cywilizacji, profesjonalne biuro tłumaczeń i translatorzy mogą korzystać z wielu programów ułatwiającym ich prace. Pomagają ją przyśpieszyć, dzięki obecności baz danych. Technologia jest tutaj ogromnym wsparciem dla tłumaczy i w przyszłości możemy podejrzewać, że komputer będzie próbował zastąpić człowieka. Mimo wszystko będzie go potrzebował, by ten pomógł zachować sens tekstu, dzięki swojej specjalistycznej wiedzy i jego doświadczeniu.

biuro tłumaczeń

Ciekawe rozkminki na temat świata tłumaczeniowego

  1. Świętego Hieronima uznaje się za patrona tłumaczy, który jest jednocześnie jednym z najbardziej znanych tłumaczy w historii. Przełożył on Biblię w całości na język łaciński, która nosi nazwę Wulgata. Święto św. Hieronima w kościele katolickim przypada na 30 września. Tego samego dnia obchodzimy także Międzynarodowy Dzień Tłumacza.
  2. Według strony Slator.com najdroższą tłumaczoną parą języków przez biuro tłumaczeń w USA są: angielski-japoński oraz angielski-koreański. Średnia cena za słowo to 0,57 USD, czyli w przypadku tłumaczenia na jednostronicowego dokumentu na dwa powyższe języki będzie kosztowało 143 USD.
  3. Istnieje baza danych stworzona przez UNESCO, która zawiera wszystkie książki przetłumaczone na całym świecie. Według tej bazy najwięcej utworów zostało przetłumaczonych autorów takich jak: Agatha Christie z liczbą 7233 tłumaczeń, Jules Verne z 4751 wykonanymi tłumaczeniami oraz z 4291 tłumaczeń William Shakespeare.
  4. W 1985 roku w księdze Guinnessa padł rekord w mówieniu największą ilością języków. Był to kanadyjski lingwista Alexander Arguelles, mieszkający w White Rock w Kolumbii Brytyjskiej. Zarejestrowano, że zrozumiał on roboczo 43 języki, chociaż liczba ta nie jest dokładna.
  5. Najczęściej wybieranymi językami, z których wykonuje się tłumaczenia przez biuro tłumaczeń to: angielski, francuski, niemiecki, włoski oraz rosyjski.
  6. Czy wyobrażałeś sobie, że piosenka może zostać przetłumaczona na aż 125 języków? Indyjski artysta Ghazal Srinivas, który nagrał utwór „Golden Dreams of Gandhiji”. Dnia 2 grudnia 2009 roku wydał go jako podwójny album zatytułowany „The Path of Mahatma Gandhi’. Płyta ta zawiera wszystkie 125 wersji tej piosenki.
  7. Na świecie istnieje ponad 400 000 tłumaczy przysięgłych, jest to ilość, która na spokojnie mogłaby wypełnić miasto.
  8. Największą liczbę tłumaczy posiadają Stany Zjednoczone. Mówi się, że co drugi tłumacz mieszka w Ameryce Północnej.
  9. Dla osób anglojęzycznych najtrudniejszymi językami do nauczenia są mandaryński, arabski, polski, rosyjski, turecki i duński. Natomiast dla nas Polaków najtrudniejsze są także chiński, arabski, ale również japoński, węgierski, estoński, fiński i szwedzki.
  10. Mandaryński jest najczęściej używanym językiem świata.
  11. Biblię uznaję się za najczęściej tłumaczony utwór, jego części przetłumaczono na aż 3384 języki.
  12. Lokalizacja gier komputerowych to obecnie najszybciej rozwijająca się gałąź branży tłumaczeniowej

Podsumowanie

Biuro tłumaczeń będzie istnieć zawsze, a ludzie tłumaczyli, tłumaczą i będą tłumaczyć. Na ten proces od zawsze wpływała chęć poznania świata, innych kultur i z chęci komunikowania się. Możemy więc powiedzieć, że tłumaczenie stało się kluczem do poznania tego co przez barierę językową było niemożliwe do poznania. Tłumaczymy dzisiaj w wielu celom nie tylko naukowymi, prawnymi czy gospodarczymi, ale także dyplomatycznym. Ciężko wyobrazić sobie teraz spotkania na szczeblach międzynarodowych bez obecności translatorów, bez ich udziału nie byłyby one możliwe. Translatorzy tak naprawdę jednoczą nas wszystkich w poznawaniu siebie nawzajem, bogactw kulturowych oraz historii.


Giertych napisał list do Kaczyńskiego: Brawo Jarku! Pracuj dalej, a w godzinie próby nikt nie zwątpi, żeś świr

Roman Giertych

Roman Giertych

Ktoś, kto wymyślił ci publiczną prezentację demencji, sklerozy, paranoi i mitomanii musiał znać się na adwokackim fachu jak mało kto. Jako praktykujący ten zawód od ćwierć wieku chylę czoła przed mistrzowskim sztychem. Gdy wydawało się, że już nic nie uchroni cię przed długoletnią odsiadką ten twój mistrzowski doradca powiedział: - Jest jeszcze jedna szansa - musisz sprawić, aby uwierzyli, że nie odpowiadasz za swe czyny, boś zwyczajny czubek.

List do Jarka!

Drogi Kuzynie!

Brawo, brawo, brawo! Tak trzymaj. Zastanawiałem się przez moment, o co ci chodzi z tym objazdem po kraju, ale widzę rękę prawdziwego prawniczego wirtuoza.

Ktoś, kto wymyślił ci publiczną prezentację demencji, sklerozy, paranoi i mitomanii musiał znać się na adwokackim fachu jak mało kto. Jako praktykujący ten zawód od ćwierć wieku chylę czoła przed mistrzowskim sztychem. Gdy wydawało się, że już nic nie uchroni cię przed długoletnią odsiadką ten twój mistrzowski doradca powiedział: – Jest jeszcze jedna szansa – musisz sprawić, aby uwierzyli, że nie odpowiadasz za swe czyny, boś zwyczajny czubek.

Ty, z tym swoim przenikliwym intelektem dostrzegłeś tę szansę i z żelazną konsekwencją ją wykorzystujesz. Wiesz, że wielu pójdzie siedzieć, ale ten utrzyma się u steru partii, kto siedzieć nie będzie.

A rzucają się te delfiny na sukcesję! Widać to każdego dnia. Tak jak inni dali się nabrać, żeś zwariował i, mimo że jeszcze się trochę boją, to już po cichu skradają się, aby ci głowę uciąć tzn. wyrzucić z szefa partii. Niedoczekanie! Oni pójdą prosto do cel, a ty spokojnie ocalejesz jako niepoczytalny. To w twoim elektoracie ci przecież nie zaszkodzi.

Najbardziej podobał mi się fragment o tym, żeś najmądrzejszy. Jaki to klasyczny numer na mitomana! Boże, ile komentarzy prześmiewczych ta głupia opozycja napisała. A ty każdy taki komentarz zbierasz do sądu jako dowód, że wszyscy uznali cię za niepoczytalnego. I krok po kroku budujesz linię obrony, przez którą nikt się nie przebije.

Albo ten Orzeł Biały dla szarlatana smoleńskiego. Plują, wyzywają i szydzą za to, a ty konsekwentnie budujesz kwity na paranoika.

Albo te twoje wściekłe ataki na Niemcy, Unię i Tuska. Że niby cię oszukują, niszczą i próbują zawłaszczyć. Toż to klasyczna mania prześladowcza mówią psychiatrzy, a ty po każdym wystąpieniu zacierasz ręce.

Brawo Jarku! Zobaczyłeś swoją szansę i konsekwentnie ją wykorzystujesz. Pracuj dalej, a w godzinie próby nikt nie zwątpi, żeś świr.

Twój życzliwy kuzyn,
Romek

PS.

Świr-przestępca, jeśli jest niebezpieczny, to siedzi w szpitalu zamkniętym, a zwyczajny świr idzie do zwyczajnej celi. Zobaczymy co sąd powie.


Von der Leyen: władze w Polsce nie chcą zmienić praw zgodnie z KPO, więc nie wypłacimy żadnych pieniędzy

Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki

Władze Polski nie chcą zmienić praw zgodnie z KPO, więc nie możemy i nie wypłacimy żadnych pieniędzy – tłumaczy Ursula von der Leyen. A w Brukseli trwają niełatwe rokowania o LGBT+ w polityce spójności.

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która przebywa w Stanach Zjednoczonych z powodu Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w czwartek (22.9.2022) wieczorem odpowiadała na pytania studentów i wykładowców Uniwersytetu Princeton. Pojawił się tam temat praworządności i polskiego Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Von der Leyen tłumaczyła, że KPO to rodzaj umowy między Komisją Europejską i rządem Polski (podpisanej w czerwcu), który zawiera także warunki praworządnościowe.

Dzieje się to, czego się obawiałam. Polski rząd nie chce zmienić praw w sposób, jaki zapisaliśmy w naszej umowie w kwestii przywrócenia niezależności sądownictwa. I dlatego nie możemy i nie wypłacimy żadnych pieniędzy – zadeklarowała von der Leyen.

Szefowa Komisji Europejskiej przyznaje, że wstrzymanie pieniędzy z KPO tworzy politycznie trudną sytuację, bo rząd Polski szerzy narrację, że „eurokraci z Brukseli nie chcą dać pieniędzy, które nam się należą, bo tak bardzo pomagamy uchodźcom z Ukrainy”.

– To mieszanie dwóch rzeczy, które nie mają ze sobą nic wspólnego. To niesamowite, jak Polacy otworzyli swe serca i swe domy dla uchodźców. Fantastyczna gościnność Polaków! Ale to coś odrębnego od ustaleń, jakie zawarliśmy z rządem, że będziemy wypłacać pieniądze tylko wtedy, gdy przeprowadzi reformy, na które się umówiliśmy – tłumaczyła von der Leyen.

Polski KPO to 22,5 mld euro dotacji oraz 12,1 mld euro tanich pożyczek, a o pozostałe przysługujące Polsce 22 mld pożyczek rząd może zwrócić się do Brukseli najpóźniej w 2023 roku. Kiedy Bruksela zatwierdzała polski KPO, szacowano, że Polska – po spełnieniu kamieni milowych i innych warunków – może dostać około 2,8 mld euro dotacji już w trzecim kwartale tego roku, a 3 mld euro i 2 mld euro odpowiednio w pierwszym i trzecim kwartale 2023 roku. Jednak wszelkie wypłaty z KPO blokuje kwestia praworządnościowych „kamieni milowych”.

Von der Leyen już na początku lipca publicznie wskazała, że sądowa „ustawa Dudy”, jak w Brukseli nazywa się reformę przedłożoną przez prezydenta Polski, nie rozwiązuje problemu z unijnym testem niezależności sędziego, który jest wymogiem polskiego KPO. W rzeczywistości prezydencki projekt tuż przed głosowaniami w parlamencie zawierał rozwiązania, które były do przełknięcia dla Komisji Europejskiej. Jednak zostały usunięte w ramach kompromisu prezydenta, przedstawicieli PiS oraz – twardo grającego na rozwodnienie tej ustawy – ośrodka ministra Zbigniewa Ziobry.

Polska nie rezygnuje z KPO

Komisja Europejska w tym tygodniu podpisała z rządem Mateusza Morawieckiego umowę finansową KPO, która księgowo-administracyjnym dopełnieniem czerwcowej decyzji Rady UE (rządy krajów UE) o zatwierdzeniu polskiego Krajowego Planu Odbudowy. Ponadto nadal trwają prace urzędników z Komisji Europejskiej oraz Polski na kilkusetstronicowymi „ustaleniami operacyjnymi”, które m.in. określą techniczny sposób weryfikacji osiągnięcia celów zapisanych w KPO.

Dla Brukseli to wszystko jest jasnym potwierdzeniem, że Warszawa nie „wycofuje się z Funduszu Odbudowy”, choć tego publicznie domagają się niektórzy prominentni politycy PiS. Jednak ani umowa finansowa, ani ustalenia operacyjne z Polską nie stanowią żadnego postępu w kwestii osiągnięcia praworządnościowych warunków z KPO.

Natomiast czerwcowe zatwierdzenie KPO przez Radę UE (uzupełnione przez umowę finansową) pozwala Polsce na zaciąganie prawnych zobowiązań finansowych („programowanie”) w ramach KPO. W rezultacie Warszawa jest w sytuacji lepszej od Węgier bez zatwierdzonego KPO, bo aż 70 proc. pieniędzy musi być zaprogramowane do końca tego roku pod groźbą przepadnięcia. Obecnie Polsce to nie grozi, choć płatności za wdrożenie zaprogramowanych reform i inwestycji będą dokonywane dopiero po zweryfikowaniu tego wdrożenia przez Brukselę – najpóźniej do 2026 r.

Co z polityką spójności?

Polski rząd prowadzi z Brukselą rozmowy o zatwierdzeniu programów z polityki spójności. KPO to bowiem element łącznej puli około 130 mld euro subsydiów dla Polski w unijnej siedmiolatce budżetowej (2021-2027). Rząd pod koniec czerwca – z opóźnieniem, ale mieszczącym się w standardowych ramach – uzgodnił z Brukselą „umowę partnerstwa” niezbędną do wydatkowania największej części subsydiów, czyli 76,5 mld euro z funduszu polityki spójności, ale teraz rokowania zeszły na poziom konkretnych programów dla Polski.

Reguły obecnego budżetu siedmioletniego UE po raz pierwszy tak jednoznaczne nakazują, by wszelkie wydatkowanie ze wspólnej kasy Unii było zgodnie z Kartą Praw Podstawowych UE. Dlatego Komisja Europejska chce, by w polskich programach z polityki spójności znalazła się jakaś forma gwarancji, że unijne fundusze m.in. nie będą w przyszłości narażone na finansowanie inwestycji w „strefach wolnych od ideologii LGBT+”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję