Szukaj w serwisie

×

13 listopada 2017

Stefan Niesiołowski: Menelstwo jest w Polsce zjawiskiem powszednim



Stefan Niesiołowski

Stefan Niesiołowski

W debacie publicznej termin język parlamentarny oznaczający kulturę, stał się synonimem chamstwa

 

Menelstwo jest w Polsce zjawiskiem powszednim, ale jego przenikanie do polityki staje się faktem. Co jakiś czas pojawia się ugrupowanie, które prezentuje styl meneli, jak się kiedyś mówiło, spod budki z piwem.

W miejscu partii Leppera pojawiła się partia Kukiza, przy której Samoobrona to był klub dżentelmenów i do, której znacznie bardziej pasowałaby nazwa menel’15.

Również PiS mający w swoich szeregach wielu profesorów i ludzi wykształconych sam stacza się do poziomu menelstwa, a przede wszystkim degraduje, wyjaławia i prowadzi do skarlenia całego życia politycznego oraz poziomu debaty publicznej.

Za to odpowiadają politycy PiS-u, którzy w stosunku do przeciwników politycznych, a są nimi w zasadzie wszyscy, którzy nie podzielają opinii o samej doskonałości jaką jest p. Kaczyński i jego partia, będąca miarą najczystszej próby patriotyzmu, używają określeń w rodzaju zdrajcy, mordercy, złodzieje i agenci.

Ale obok tego ogólnego i niszczącego demokrację procesu, obserwujemy konkretne przejawy zwykłego chuligaństwa politycznego, pospolitego chamstwa i prostactwa, które dobrze oddaje właśnie termin menelstwa i którego zarezerwowanie wyłącznie do partii menel’15 byłoby rażącą niesprawiedliwością.

Zawsze warto pamiętać i należy przypominać, że ten geniusz polityczny, mózg polskiej prawicy był uprzejmy mówić o Polakach drugiego sortu, pogrobowcach ZOMO, a także o fałszerzach wyborów i zdradzieckich mordach, którzy zamordowali mu brata. Brata, o którym pisowska hagiografia nakazuje przy każdej okazji powtarzać “świętej pamięci”, zupełnie taki jakby tylko on jeden był wśród zmarłych takiej właśnie pamięci, co nie tylko jest idiotyzmem, ale jakimś szczególnym rodzajem megalomanii.

Ten przekaz trwający w naszym kraju już prawie 10 lat, tworzy oczywiście tło i rzutuje na kształt politycznej debaty, ale jej nie ogranicza dając pełne pole dla innych twórców. Szczególnym rodzajem prostactwa i wulgarności jest reklama dzietności przy wykorzystaniu możliwości prokreacyjnych królików.

Trudno o większy przykład braku elementarnego wyczucia i braku kultury. Aż trudno uwierzyć, że do czegoś takiego przyłożył rękę potomek wielkiej książęcej rodziny, a obecnie nieszczęsny w swoim lizusostwie i podłości (stosunek do kobiet i ich prawa do godności) minister zdrowia.

Przypomina się znany wierszyk z czasów Rady Regencyjnej: 

Radziwłły, same Radziwiłły,

Każdy z nich jest okupantom miły.

Każdy z nich im wiernie służy,

I ten mały i średni i duży.

Dziś ten najmniejszy z Radziwiłłów wiernie służy pisowskiej dyktaturze.

Mamy do czynienia z postępującym wyjałowieniem i spłyceniem debaty sejmowej znajdującym wyraz w niechlujstwie ustaw, braku autentycznej dyskusji, ale też w niskim poziomie ustaw sejmowych. Mamy zalew uchwał tzw. historycznych, rocznicowych, forsujących natrętnie pisowską historiozofię, dopisujących obecnych pisowskjich lizusów jak p. Jędraszewski (noszący jak na ironię zaszczytny tytuł arcybiskupa i to samego Krakowa) do auetntycznych bohaterów jak biskup Baraniak, pełnych merytorycznych błędów.

Mamy też w sejmie przejaw antyukraińskiego zdziczenia, wykorzystywania tragicznej historii walk polsko-ukraińskich do atakowania obecnych władz Ukrainy, antyukraińskich wystąpień pełnych takich słów jak “banderyzm”, “SS-Galizien”, ludobójstwo itp. prowadzących do zniszczenia polsko-ukraińskiego porozumienia i prowadzących do wzajemnej nienawiści ku wielkiej radości naszych wrogów w Moskwie.

Mamy pisaną na poziomie kibolskich napisów na murach rezolucję (tym razem przygotowaną przez kukizowców) w kwestii tzw. rewolucji październikowej świadczącą o gigantycznym nieuctwie jej autorów, za to pełną pseudopatriotycznego zadęcia, tak jakby wyłącznie Polska walczyła z komunizmem i tylko Polska doprowadziła do jego upadku.

W debacie publicznej termin język parlamentarny oznaczający kulturę, stał się synonimem chamstwa wyrywania mikrofonu nielubianej stacji telewizyjnej “i co mi zrobicie”, ordynarnych wyzwisk i insynuacji posła znanego jako jenot, a ostatnio nazwanego tchórzem.

Jako autor terminu “jenot” wezmę pod uwagę również zasadność terminu “tchórz” (chodzi o chowanie się za immunitetetm) i skoro jenot nosi także mniej znaną nazwę kunopies, proponuję nazwę “jenototchórz”, albo “tchórzojenot”.

Wreszcie warto też zapamiętać słowa subtelnego intelektualisty i męża stanu marszałka Terleckiego, który był uprzejmy powiedzieć do jednego z posłów – ty głupku, zjeżdżaj stąd. Sytuacja wygląda na rozwojową.

 

Stefan Niesiołowski



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





4 listopada 2017

Rafał Trzaskowski: Ułatwię pracę PiSowskim hejterom – zlustruję się dla Was sam



 

Ułatwijmy wszystkim PiSowskim hajterom pracę. Zlustruje się dla Was sam. Polityczne winy znacie. Czas na prywatne.

Nazywam się Rafał Trzaskowski. Pra-pra dziad i dziad służyli pod obcym dowództwem – Napoleona i Cesarza Józefa (co przesądza o moich powiązaniach z obcymi mocarstwami).

Pradziad zrzucił habit Jezuity (zaprzaniec jeden) i zakładał pierwsze żeńskie gimnazja w Galicji (czyli, umówmy się, był dziewiętnastowiecznym genderowcem). Jego stryj w powstaniu listopadowym, jako podchorąży, atakował Belweder (nieudacznik – wypuścił z rąk Wielkiego Księcia – przypadek?).

Brat pradziada zginął w powstaniu styczniowym. Dziadek był w sędziowskiej klice. Ojciec grał niepolską muzykę – muzykę dżazowską, w którą często wplatał motywy polskiej muzyki ludowej (jawna profanacja), jeździł też po świecie – często, przyznaję, do Niemiec, gdzie, o zgrozo, miał przyjaciół. Przyjaźnił się też z najgorszym, artystycznym sortem (tak, tak z takimi pijakami jak Hłasko czy Tyrmand). Mama – z domu Arens (wstrętne austriackie nazwisko) Warszawianka od pokoleń.

Dziadek był hipsterskim antykwariuszem. Babcia kochała Piłsudskiego (i nauczyła mnie – wnuczku – pamiętaj – Marszałek był tylko jeden). Brat mamy Andrzej (Ps. Pała) zginął w Powstaniu Warszawskim, siostra Iza (ps. Jadwiga) była żołnierką i łączniczką Komendy Głównej AK. Obydwoje byli w mainstreamowym AK, a ciocia tylko przez chwilę była wyklęta, kiedy z przyjacielem – niejakim “Anodą”, chciała rzucać granatami w generała Sierowa.

Brat – o strasznym, niepolskim nazwisku Ferster – był dyrektorem undergroundowej Piwnicy pod Baranami. Piotr Skrzynecki był moim przewodnikiem po tajemnicach Krakowa.

Urodziłem się na Powiślu (w szpitalu na Solcu), całe życie mieszkałem na Nowym Mieście – na ulicy Freta – czas dzieliłem między książki i podwórko, które nie zawsze dzieliło moją biblofilską pasję. Stałem pod Kamienicą. W młodości pijałem tanie wina, z rzadka paliłem zioło i bywałem “niegrzeczny”. Uczyłem się dobrze. Kląłem. Słowo “bawidamek” znam tylko od babci. 😀 Znam Mellera i nie tylko jego. Kumplowałem się z dzieciakami opozycjonistów (ach – Gosia Wende), ale z paru resortowcami też (mój przyjaciel Lech Dobroczyński, jest wnukiem Kliszki).

Od dziecka przyjaźnie się z Michałem Żebrowskim (przepraszam). Religii uczyli mnie surowi Franciszkanie, ale ja wolałem liberalnych Dominikanów ze Św. Jacka. W liceum byłem szefem samorządu i zdarzało mi się strajkować. W 1989 roku pracowałem w “Niespodziance”. W pierwszych wyborach, w jakich głosowałem, oddałem głos na Lecha Wałęsę. Ale podobał mi się kiedyś Leszek Moczulski (jego książkę – “Wojna Polska 1939” połknąłem jednym tchem). Byłem na stypendiach za pieniądze amerykańskie, polskie i unijne. Na Oxfordzie byłem na stypendium (tamdaradam!) SOROSA. Mam żonę Ślązaczkę (o zgrozo!). Teściowa ma niepolskie imię (Gizela) nadane po wojnie przez sąsiadkę Niemkę w Legnicy.

Moje dzieci są średnio grzeczne. 12 letniej córce nie podoba się ani Kaczyński, ani Putin i czyta satanistyczne książki fantasy. 8 letni syn nie chce chodzić na religię (gówniarz woli pływać).

Znam języki obce (niemiecki nie, ale rosyjski już tak). Jestem filosemitą. Jeżdzę na rowerze. Jem sałatę. Kiedyś jadłem nawet jarmuż. Byłem na paradzie równości. Na moje wykłady (w Collegium Civitas, UW, UJ) przychodzą cudzoziemcy. Więcej grzechów nie pamiętam i nie obiecuję skruchy.

 

Rafał Trzaskowski

 

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





21 października 2017

Rodzina mężczyzny ktory podpalił się na Placu Defilad, przerywa milczenie



Rodzina mężczyzny z Niepołomnic, który dokonał aktu samopodpalenia 19 października na warszawskim Placu Defilad, to inteligentni i wykształceni ludzie.

On sam studiował chemię ze specjalizacją z chemii teoretycznej. Współpracował z samorządami i organizacjami pozarządowymi, prowadził szkolenia.

Żona aptekarka a dwoje dorosłych już dzieci doktoranci – córka na akademii sztuk pięknych, a syn na wydziale telekomunikacji.

Nie chcą podawać swoich danych, choć mają świadomość, że nie mają szan na zachowanie anonimowości.

54 latek nie angażował się jak mówi żona w działalność opozycyją . Nie chodził na manifestacje, nie należał do KOD-u ani innych organizacji.

Manifest stworzył sam.

Najbardziej boją się, jak mówią w wywiadzie dla oko.press, że media i politycy pokażą go jako wariata i umniejszą jego motywację.

Stan mężczyzny jest ciężki, duży procent skóry został spalony. Zagrożone są podstawowe funkcje życiowe. Może nie przeżyć.

Decyzja o podpaleniu się, nie była gwałtowna. Z relacji rodziny wynika że raczej przygotowywał się do niej od dłuższego czasu. Musiał przecież napisać treść listu- apelu w którym wyjawił powód swojego działania. Napisał listy pożegnalne do rodziny. Najprawdopodobniej na internetowej aukcji kupił megafon.

Rodzinę poinformował że wybiera się do Warszawy na szkolenie, co zdarzało się od czasu do czasu jak mówi syn, w związku z czym nie było dla nikogo zaskoczeniem.

W dniu, w którym dokonał samopodpalenia, wysłał do najbliższych smsy, które mogły sugerować próbę samobójczą.

Raczej chciał pozostać anonimowy. Dokumenty tożsamości pozostawił w domu, a prawo jazdy które było mu potrzebne podczas podróży do Warszawy, zniszczył.

Syn zastanawia się nad podobieństwem, czynu ojca z postacią z “Małej apokalipsy” Tadeusza Konwickiego (którego ojciec czytał), a której bohater dokonał aktu samospalenia właśnie przed Pałacem Kultury.

Na pewno chciał, aby jego czyn – protest, został zauważony, ale żeby miał czas na doprowadzenie go do końca. W innym miejscu na przykład przed Sejmem nie byłoby to możliwe, ze względu na dużą ilość policji.

Jest spokojnym człowiekiem, dlatego gwałtowność sposobu jak wybrał aby zamanifestować swój sprzeciw wobec działań obecnie rządzących, dla rodziny jest niezrozumiały.

Żona zastanawia się, jak bardzo musiał być zdesperowany, w jakim musiał być stanie, żeby coś takiego zrobić? “Jak bardzo przepełniła się ta czara… Często mówił, że jest rozżalony, bezsilny”.

Wdług relacji rodziny, mężczyzna od 8 lat zmaga się z depresją. Ale jak mówią jego czyn nie miał z tym związku, to nie był odruch szaleńca. Leczył się w Krakowie u najlepszych lekarzy, regularnie był na wizytach. Falowało, były okresy remisji, ostatnio się pogorszyło. Ale to nie jest choroba dwubiegunowa, tylko depresja endogenna.

Najbliższym trudno się pogodzić z decyzją męża i ojca. Jak mówią, obawiają się, że ten akt desperacji też nie da ludziom do myślenia. Ale granice zostały przekroczone i ja się z nim zgadzam – mówi żona.

Całą rozmowę przeprowadzoną na życzenie członków rodziny z oko.press przeczytacie Tutaj.

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





20 października 2017

Najnowszy sondaż pokazuje, kto ma szansę aby wygrać z PiS



Z ostatniego sondażu przeprowadzonego na zamówienie Radia ZET, wynika że gdyby Platforma Obywatelska, Nowoczesna i Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły wspólną listę, pokonałyby Prawo i Sprawiedliwość .

W sondażu przeprowadzonym przez IBIS zadano dwa pytania. Pierwsze brzmiało: Na którą partię zagłosował(a)by Pan(i) w wyborach? I tu najwięcej głosów zdobyło by PiS(38,4 proc.). Na drugim miejscu osoby badane wskazały PO (20,5 proc.), i kolejno: Kukiz’15 (9,7 proc. poparcia), Nowoczesna (8,4 proc.), Polskie Stronnictwo Ludowe (5,9 proc. poparcia) i SLD (5,1 proc.).

Drugie pytanie zadane ankietowanym uwzględniało wariant ze Zjednoczoną Opozycją. Wyniki tego sondażu zaskakują.

Gdyby Platforma Obywatelska, Nowoczesna i Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły wspólną listę, pokonałyby Prawo i Sprawiedliwość, zdobywając 36,8 proc. głosów. Przy takim układzie, PiS mogłoby liczyć na poparcie rzędu 35,1 proc.

Na dalszych pozycjach znalazły się: Kukiz’15 (11,9) i Wolność Janusza Korwin-Mikkego (5 proc.). SLD, który w pierwszym sondażu przekracza próg wyborczy, w drugim badaniu zdobywa jedynie 2,2 proc. głosów.



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





Jan Hartman: Polska debata publiczna odznacza się politycznym prymitywizmem



Jan Hartman

Jan Hartman

Durnowatość polityków i rozmaitych „wypowiadaczy się” polega najczęściej na tym, że wiedzą tak mało o sprawie, o której mówią, że nie wiedzą nawet o czym mówią

 

Polska debata publiczna, jeśli w ogóle jest takie zwierzę, odznacza się infantylizmem i politycznym prymitywizmem. Ignorancja miesza się ze złą wolą, obłudą i kompletnym brakiem kultury demokratycznej.

I nie chodzi bynajmniej o brak „dialogu” i „woli kompromisu”, bo żeby „dialogować”, trzeba mieć w miarę racjonalnego i kompetentnego partnera, mającego choć trochę dobrej woli, pokory wobec argumentów racjonalnych oraz szacunku dla wartości demokratycznego systemu politycznego, zapisane w konstytucji.

Zanim w polskim życiu publicznym dojdzie do jakichś „dialogów” i kompromisów będących wynikiem debaty, a nie tylko wulgarnego starcia sił i interesów, wpierw musi się w niej pojawić wstyd. A jak już będzie wstyd, to potem musi się zjawić inteligencja i samokrytycyzm. Potem dopiero idzie szacunek dla wiedzy, następnie wrażliwość na imponderabilia demokracji, no i na końcu umiejętność słuchania, prowadzenia racjonalnej dyskusji i zawierania trudnych kompromisów, opartych na szacunku dla praw i interesów partnerów.

Zasadniczy deficyt polskich pyskówek politycznych to deficyt inteligencji. Durnowatość polityków i rozmaitych „wypowiadaczy się” polega najczęściej na tym, że wiedzą tak mało o sprawie, o której mówią, że nie wiedzą nawet o czym mówią. Nie wiedzą też po co mówią, bo choć zwykle awantura jest o takie czy inne ustawy i przepisy, to ani trochę nie mówi się przy tych szlachetnych okazjach, jakim prawidłom podlega stanowienie prawa i jakie są jego cele.

W Polsce, jak w karczmie – panuje przekonanie, że zło jest od tego, żeby go zakazywać, a dobro – nakazywać. Co zaś jest dobre, to mówi Bóg, a co mówi Bóg, to wie biskup. O żadnych wolnościach, równościach i innych pierdołach praktycznie nie mówi się nic przy okazji stanowienia prawa. Nie mówi się też „o co naprawdę chodzi”, bo generalnie tzw. politycy mają nauczone, że prawda to jest coś, o czym nie mówi się głośno, zwłaszcza że przecież i tak „wiadomo, o co chodzi”.

A najczęściej chodzi o władzę kościoła i jego ideologii bądź o ordynarnie partykularne interesy takiej czy inne wpływowej grupy.

No weźmy taką debatę o niehandlujących niedzielach. Istota rzeczy tkwi w tym, że kościół katolicki ma taki interes, żeby w niedzielę ludzie chodzili do kościoła i tam zostawiali pieniądze, a nie do galerii handlowych. Sprawa jest prosta i oczywista.

Osią sporu jest to, czy wolno używać przymusu ustawowego, aby wymuszać na obywatelach zachowania zgodne z wyobrażeniem, jakie dominująca w kraju religia ma na temat spędzania niedzieli. Tymczasem zamiast rozmawiać o tym, jak ma się nasza wolność wyboru, nasze prawa i swobody zapisane w konstytucji, do arogancji i autorytaryzmu, wyrażającego się w narzucaniu obywatelom woli instytucji religijnej, gada się o jakichś prawach pracowniczych. Nie mają tu one nic do rzeczy i nawet nie udają, że są pretekstem. Ot, zasłona dymna obłudy i tyle. Zresztą gadać nie ma o czym.

Jest oczywiste, że odbieranie ludziom prawa wyboru: czy chcą, czy też nie chcą handlować i kupować w niedzielę, jest ideologicznym przymusem, gwałcącym konstytucję i ducha wolności. Tak jak oczywiste jest, że nieobecność kluczowego wątku, jakim są nasze konstytucyjne prawa i swobody w tej (i tylu innych!) debatach (pożal się boże „debatach”) politycznych pokazuje jak na dłoni demolkę intelektualną polskiego życia publicznego.

Tak samo jest w kwestii aborcji: żaden jej rzekomy wróg nie stawia sprawy na poziomie praktycznej odpowiedzialności za dobro publiczne i nie pyta, co faktycznie należy czynić i jakie prawa stanowić, aby aborcji było mniej. To nikogo nie obchodzi. Bo do wrażliwości moralnej na los zarodków naprawdę nam jeszcze bardzo daleko. Na razie prostactwo ćwiczy ideę, że jak coś jest złe, to trzeba tego zakazać, bo nie godzi się przecie, aby złe było dozwolone. I będzie tak ćwiczyć jeszcze ze sto lat, zanim w szkołach zaczną uczyć, jak działa prawo i do czego służy.

Inny przykład dotyczy związków partnerskich i wychowywania dzieci przez pary homoseksualne. Jak jakąś chorobliwą mantrę debile powtarzają, że konstytucja chroni małżeństwo i rodzinę – tak jakby któremuś z małżeństw hetero szkodziło to, że małżeństwem będą też dwie kobiety bądź dwóch mężczyzn. O tym zaś, że konstytucja zakazuje dyskryminacji osób homoseksualnych jakoś w „debacie” o związkach partnerskich nie słychać. Chyba że z ust samych zainteresowanych. Państwo i jego funkcjonariusze mają zaś konstytucję i jej wartości w pompce. W konfrontacji z życzeniem kościoła jest ona warta tyle, co porzucona w marcowym błocie laurka pierwszoklasisty na dzień kobiet.

Wystarczy otworzyć zachodnią telewizją albo wziąć do ręki zachodnią gazetę, aby przekonać się, w jak prowincjonalnym grajdole żyjemy i jak ograniczeni moralnie i umysłowo są szafarze prawa i klasa polityczna w ogólności. Różnica pod względem kultury umysłowej i logicznej, nie mówiąc już o kulturze politycznej, pomiędzy Polską i Zachodem jest powalająca.

Debata „warszawska” odpowiada swoim poziomem mniej więcej temu, co wypełnia na Zachodzie łamy tabloidów i powiatowych gazetek o festynach piwnych i przepisach na zupę z tamaryszkiem.

Demokracja została nam podarowana jak reklamówka z Peweksu i tyle jest dla nas warta. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Naród za nią płakać nie będzie, bo nie zdążył się dowiedzieć o co – oprócz tych całych wyborów – w niej w ogóle chodzi. Takie życie – a jak ci się nie podoba, to droga wolna. Najlepiej, rzecz jasna, do Izraela.

 

Jan Hartman

 

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





14 października 2017

Roman Giertych: Samoukaranie



Roman Giertych

Roman Giertych

A gdyby tak sąd ukarał mnie pracą społeczną w wymiarze jednej godziny miesięcznie polegającą na pomocy prezesowi w dochodzeniu do prawdy?

 

Dziś tzw. prawicowe media ogłosiły z lubością, że Policja min. Błaszczaka skierowała do sądu wniosek o ukaranie mnie za głośną imprezę na urodzinach mojej żony.

Ponieważ publicznie wyraziłem już samokrytykę teraz czas na wniosek o samoukaranie.

Świadomy zbrodniczości mojego czynu i drżąc przed rujnującym mnie mandatem, postanowiłem zaproponować Policji karę w postaci pracy społecznej.

Zastanawiałem się jaką mógłbym pracę wykonać, tak aby społeczeństwo, rząd i partia rządząca odnieśli największą korzyść. I wreszcie wpadłem na pomysł.

A gdyby tak sąd ukarał mnie pracą społeczną w wymiarze jednej godziny miesięcznie polegającą na pomocy prezesowi w dochodzeniu do prawdy?

Gdyby sąd ukarał mnie takimi pracami to stawałbym co miesiąc obok niego (nawet bez drabinki) i mówiłbym całą prawdę. Przecież Policja wyrok sądu by uszanowała i przez zasieki, kordony i szpalery dopuściłaby mnie do boku Najczcigodniejszego! I w ten sposób społeczeństwo zyskałoby prawdę, prezes pomoc w dotarciu do niej, partia rządząca zaoszczędziłaby na drabince, a ja odpokutowałbym swoje winy. Same zyski!

Aby podkreślić moją skruchę przypominam ponownie samokrytykę z czerwca br.

 

Samokrytyka

 

Ja, Giertych Roman syn Macieja i Antoniny powalony brutalnymi faktami ujawnionymi dziś przez media (pół Teleexpressu poświęcono moim zbrodniom) postanowiłem ze skruchą przyznać się do winy i dokonać publicznej, dalszej autodenuncjacji.

Tak, przyznaję, że w dniu 23 czerwca roku bieżącego dopuściłem się zorganizowania imprezy w moim ogrodzie. Impreza odbyła się w przededniu wigilii połowinek pomiędzy miesięcznicami. Podczas przyjęcia zamiast marszów patriotycznych, żałobnych oraz pieśni wojskowych grano piosenki płoche, trzpiotne i cudzoziemskie.

Przechodzę tutaj do kolejnego wyznania, które przychodzi mi z ogromnym trudem, ale rzeczywistość jest właśnie taka.

Podczas przyjęcia serwowano… alkohol. Nikt go w prawdzie nie nadużył, ale zdaję sobie sprawę ze złego przykładu, który rozsiał się wobec okolicznej ludności znanej z tego, że o podobnych używkach dowiaduje się jedynie z reklam w TVP.

Z jeszcze większym wstydem przyznaję, że podczas imprezy goście śpiewali “Sto lat”, jakby nie wiedzieli, że tego typu życzenia w dobie obniżenia wieku emerytalnego są czystym przejawem braku propaństwowej postawy zachęcającym do nieodpowiedzialnego obciążania długim wiekiem ZUS-u.

Nadto podczas całej, długiej imprezy nikt nie krzyczał “Jarosław, Jarosław”, ani nie żądał ujawnienia żadnej ukrytej przez wrogów prawdy.

 

Roman Giertych

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





13 października 2017

Adam Mazguła: Znowu jadę protestować… Jadę aby powiedzieć stop pogardzie dla ludzi



Adam Mazguła

Adam Mazguła

Jadę do Warszawy na protest, by wykrzyczeć: STOP DEWASTACJI POLSKI!

 

Znowu jadę protestować…

do Warszawy, by wziąć udział w marszu „Stop dewastacji Polski”.

 

 

Jadę, aby w Dzień Edukacji Narodowej wyrazić swoją dezaprobatę dla deformy szkoły.

Protestuję przeciwko zmianie filozofii nauczania i celu istnienia szkoły. Nie godzę się na ignorowanie nauki i wprowadzanie totalitarnej agresji wiary, edukacji średniowiecznej ciemnoty i zacofania. Dosyć kłamstw, które rządzą naszym krajem, dość władz prostactwa i pogardy dla wiedzy i nauki.

Jadę, bo mam dość marnowania środków w ochronie zdrowia. Chce mieć pewność, że gdy będę wymagał pomocy lekarskiej, lekarz będzie mnie leczył, a nie, zasłaniając się klauzulą sumienia, modlił się za mnie!

Jadę protestować, bo nie godzę się na niszczenie naszej historii, bezpieczeństwa narodowego; mam dość poniżania bohaterów narodowych, a wychwalania morderców i dzielenia polskiej krwi przelanej za ojczyznę.

Jadę do Warszawy, by zaprotestować przeciwko łamaniu prawa przez rządzących, przeciwko ich bucie i wmawianiu mi, jakie są moje potrzeby.

Mam dość strachu, niepewności dnia, panoszenia się PiS-owskich urzędasów bez kompetencji i rozumienia służby społecznej. Urzędasów, a więc PiS-owskich członków i ich rodzin, opłacanych niebotycznymi gażami, bez obowiązków i jakiejkolwiek odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Nie godzę się na zasadę, że najgłupszy członek partii rządzącej jest mądrzejszy od najmądrzejszych ludzi, profesorów, autorytetów naukowych i moralnych spoza tej partii.

Mam dość budowania faszyzmu, centralizacji władzy i katolickiego terroru.

Jadę, aby powiedzieć: stop pogardzie dla ludzi, stop ubliżaniu, dzieleniu, szczuciu i poniżaniu.

Nie godzę się na publiczną propagandę pogardy dla prawdy w mediach publicznych.
Chcę wyrazić mój sprzeciw dla agresji światopoglądowej w stosunku do kobiet.
Mam dość prowadzenia Polski w stronę izolacji na arenie międzynarodowej i jej ośmieszania, sprzeciwiam się polityce zmierzającej do jej upadku.

Jadę do Warszawy na protest, by wykrzyczeć: STOP DEWASTACJI POLSKI!

 

Liczę na to, że i Ty tam będziesz.

 

Adam Mazguła

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





2 października 2017

Stefan Niesiołowski: Do czego prowadzi mieszanka głupoty, fanatyzmu i nienawiści



Stefan Niesiołowski

Stefan Niesiołowski

Nie tacy mocarze jak Kaczyński próbowali narzucić Polsce i Polakom swoje wyobrażenie o wolności

 

Wybory w Niemczech były ostatnimi z serii europejskich wyborów, które miały istotny wpływ na kondycję Unii Europejskiej, a więc pośrednio na sytuację w Polsce. Wydaje mi się, że można zaryzykować twierdzenie, że wszystko, co jest dobre dla Unii, jest tym samym złe dla PiS-u, a więc dobre dla Polski. Przyszłość i pomyślny rozwój naszego kraju uzależniony jest od członkostwa w Unii, a także, a może przede wszystkim, od kondycji samej Unii i naszej roli oraz znaczeniu wśród krajów członkowskich.

Niepojęta głupota polityczna, fanatyzm, nienawiść, nieuctwo oraz ideologiczne zacietrzewienie prowadzi pisowskch polityków, na czele z Kaczyńskim i wszelkiej maści propagandystów, do popierania niemieckich nacjonalistów (z ciągotami pronazistowskimi) z AfD. Przede wszystkim jednak to, co uderza w pisowskiej propagandzie, to nienawiść do pani kanclerz Merkel, chodzi chyba o jasne, przyzwoite i, jak widać z wyniku wyborów, skuteczne stanowisko w sprawie uchodźców? Chociaż jeszcze bardziej stanowczo mówił o nieprzestrzeganiu standardów demokratycznych i łamaniu praworządności w Polsce kandydat SPD Martin Schultz, to jednak PiS całą nienawiść koncentrował na Angeli Merkel. Do tego stopnia, że bezsporne zwycięstwo i objęcie po raz czwarty urzędu kanclerskiego, co jest ogromnym sukcesem zważywszy normalne w demokracji zużycie władzy, lizusy z reżimowych mediów komentowali jako porażkę, zachwycając się nad marnymi 12,6% głosów, które zdobyli nacjonaliści.

Polski polityk, który zachwyca się sukcesami (bardzo z resztą wątpliwymi) niemieckich nacjonalistów i neonazistów powinien zasięgnąć rady psychoanalityka. Oto przykład, do czego prowadzi mieszanka głupoty, fanatyzmu i nienawiści. Tak jak niektóre środowiska tzw. patriotyczne i narodowe używają salutu bardzo podobnego lub identycznego z hitlerowskim. Oczywiście trudno przewidzieć do czego dojdzie AfD, na razie zdążyła się pokłócić i podzielić, a wypowiedź jej lidera, że AfD będzie “polować” na kanclerz Merkel, raczej nie wróży tej partii najlepiej. Z resztą w Niemczech już kilkakrotnie mieliśmy do czynienia z ożywieniem i wzrostem znaczenia ugrupowań nacjonalistycznych, jednak demokracja okazywała się silniejsza. Niestety przykładem, gdzie nacjonalizm i populizm pokonały demokrację są Polska, Węgry, Białoruś i Turcja i mam nadzieję, że jest to sytuacja przejściowa, ale nie Niemcy. Po Hitlerze nacjonalizm nie ma szans z Niemczech tak jak komunizm w Kambodży po Pol Pocie.

Sukces Angeli Merkel po zwycięstwie Macrona oznacza dalszą konsolidację Unii, klęskę populizmu i nacjonalizmu w Europie Zachodniej, wyraźną poprawę nastrojów.

Nic nie jest rozstrzygnięte na zawsze, ale na razie Angela Merkel i Emmanuel Macron mają solidny mandat do umocnienia Unii. To z kolei oznacza przestrzeganie praworządności i demokracji oraz uruchomienie mechanizmów ich kontroli, bo Unia jest stowarzyszeniem państw demokratycznych a nie dyktatur.

Dlatego mam nadzieję, że zakończy się absurdalna dyskusja z panami Szyszko i Waszczykowskim i ich kolejne “wyjaśnienia”, tylko podejmowane będą decyzję uderzające w pisowską klikę.

To, że PiS sam opierając się na kłamstwie i nienawiści popiera różnego rodzaju patologie, kompromitujących i skompromitowanych polityków kogoś takiego jak Trump, Erdogan czy Orban i nienawidzi Unii, to zrozumiałe, bo wszyscy ci wyżej wymienieni działają przeciwko demokracji i w tym sensie są mentalnie bliscy Kaczyńskiemu. W przypadku Trumpa już widać, że demokracja amerykańska okazała się silniejsza od tego pana i albo skończy przedwcześnie kadencję, albo uszanuje demokratyczne reguły.

Kaczyński mówiąc o niemieckich “reparacjach” wyłącznie z resztą na użytek wewnętrzny świadomie pogarsza relacje z Niemcami i uderza w Unię w jego propagandzie winną tak samo jak Niemcy i z Niemcami tożsamą. Jest to działanie w kierunku wyjścia Polski z Unii. Był uprzejmy nawet to dość szczerze ogłosić:

“[…]nikt nam nie narzuci woli z zewnątrz, że nawet jeżeli w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami, to pozostaniemy i będziemy tą wyspą wolności, tolerancji[…]”

Jak wygląda wolność i tolerancja w pisowskim wydaniu przekonujemy się każdego dnia. Już nie tacy mocarze jak Kaczyński próbowali narzucić Polsce i Polakom swoje wyobrażenie o wolności.

 

Stefan Niesiołowski



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





28 września 2017

Jan Hartman: Faszyzm nie przejdzie!



Jan Hartman

Jan Hartman

Tylko będąc nikim, zostaje się faszystą. Nie pozwólmy więc, by nasze dzieci czuły się nikim

 

Ze zgrozą przyjęliśmy wiadomość, że w Bundestagu, niemieckim parlamencie, po raz pierwszy od czasów II wojny światowej zasiądą faszyści – ich partia zdobyła w wyborach ponad 12 proc. głosów – głosów rozczarowanych emerytów i zagubionej młodzieży.

Również w Polsce ruch faszystowski ma się coraz lepiej, a rząd patrzy na to z uśmiechem. Złowrogim hydrom Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej i temu podobnych „organizacji narodowych” odrosły łby. Dlaczego faszyzm trzyma się dobrze i co będzie dalej?

Młodzi ludzie, którzy wykrzykują gniewnie i nienawistne hasła, odczuwają dumę i upojenie mocą, która rodzi się w grupie. Są nareszcie ważni i wśród swoich, bo w szarym, codziennym życiu niewiele spotyka ich dobrego, a za to nie brak w nim smutków i upokorzeń. Za to w glanach i z racami w rękach czują się prawie jak w mundurach jakiejś Milicji Nowego Wspaniałego Świata.

Euforię podbija jeszcze poczucie moralnej wzniosłości. Na ustach mają wszak piękne słowa: naród, tradycja, suwerenność, zwycięstwo. Splatają je w jeden retoryczny węzeł ze słowami o zdradzie, hańbie, liberałach i „lewakach”. Duma, słuszny gniew i poczucie mocy. To prawie jak narkotyk.

Wczujcie się w ich położenie. Wszak oni nie wiedzą nic o faszyzmie i związku, jaki zachodzi między reżimami Mussoliniego, Franco czy Salazara a nazizmem niemieckim. Nie mają pojęcia o tym, że istniały już państwa oparte na ideologii nacjonalistycznej i jakich potwornych zbrodni dopuszczały się te krwawe dyktatury. W szkole przecież o tym nie uczą. Czyżby miano mówić w szkole o tym, że w przedwojennej Europie srożyły się reżimy wojskowo-kościelne, odwołujące się szowinizmu, ksenofobii i pogardy dla swobód obywatelskich? Przecież wtedy trzeba by wspomnieć o czarnych chmurach faszyzmu zbierających się również nad Polską. No i trudno byłoby przemilczeć rolę Kościoła w tych złowieszczych procesach politycznych.

Zamiast prawdy serwuje się więc młodzieży prawicową propagandę, z jej namolną gloryfikacją Dmowskiego i Kościoła. Daleko stąd do faszystowskiej ideologii, ale fundament dla kłamstw, mitów i fantasmagorii propagandy narodowców szkolna nauka daje solidny. A i grunt jest podatny.

Faszyzm jest łatwy i upojny. Naszość, siła, racja. To przecież przyjemniejsze i bardziej soczyste niż całe to nudziarstwo o demokracji, o społeczeństwie obywatelskim, pluralizmie, nie mówiąc już o szacunku dla prawa i państwa.

W latach mniej stabilnych, gdy kryzys gospodarczy i bezrobocie odbierają młodzieży radość życia, cyniczni populiści wychodzą ze swych nor, wkładają garnitury lub glany i idą w miasto. Do blokowisk, na stadiony, pod szkoły – wszędzie, gdzie można znaleźć rozdrażnioną i zagubioną młodzież. Zbierają te dzieci pod sztandarami nienawiści i euforii. Oferują poczucie wspólnoty, niewzruszonej racji i siły.

Nie wińmy prostych młodych ludzi, których uwiedziono i którzy myślą, że są po stronie dobra. To, czy na oficjalnej scenie politycznej Polski pojawią się znowu faszyści, zależy od tego, czy będziemy tolerować w swoim otoczeniu ich przywódców.

Jak dotąd stawiamy im tylko jeden warunek, którego spełnienie gwarantuje im dostęp do kamer telewizyjnych i prasy, a w konsekwencji dostęp do polityki. Ten warunek to formalne wyrzeczenie się faszyzmu i antysemityzmu. Spełniają go bez najmniejszego wahania.

Cóż prostszego dla nich niż oświadczyć, że nazywanie ich faszystami wręcz im uwłacza, a następnie głosić klasyczne tezy tej obmierzłej ideologii, wraz ze wszystkimi cynicznymi kłamstwami historycznymi i odrażającymi obelgami w stosunku do wszystkiego, co nie jest narodowo-katolickie? Coś za tani ten bilet na medialne salony.

Z faszyzmem nie da się walczyć. Faszyzm sam wszakże żywi się walką. Faszyzmu możemy jednak uniknąć. To zależy tylko od nas, dorosłych. Jeśli będziemy mieli więcej czasu dla młodzieży, jeśli lepiej troszczyć się będziemy o jej wykształcenie i życiowy start, jeśli włączymy młodych ludzi w realne więzi społeczne, to nie będą musieli pocieszać się gniewem i dumą.

Tylko będąc nikim, zostaje się faszystą. Nie pozwólmy więc, by nasze dzieci czuły się nikim. Wtedy nie będą robić na nich wrażenia tyrady cwaniaczków usiłujących rozpalić w ich naiwnych umysłach narkotyczne idee glorii, a w zapalczywych sercach gniew na wyimaginowanych wrogów i wzruszenie własną nieskazitelnością.

Wierzę, że faszyzm nie przejdzie. Ale to my musimy zbudować mur przeciwko chorym emocjom i strasznym ideom. Przez mur sprawiedliwości, solidarności i społecznych więzi opartych na zaufaniu żaden polityczny drań, w garniturze ni w glanach, nie przeskoczy.

 

Jan Hartman



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





25 września 2017

Stefan Niesiołowski: Buldogi pod dywanem – czyli wewnątrzPiSowski spór o wpływy



Stefan Niesiołowski

Stefan Niesiołowski

Niezależność sądów, państwo prawa itp. są równie obojętne Ziobrze jak i Dudzie oraz Kaczyńskiemu. Każdy walczy o jakąś swoją nikczemną sprawę,

 

Buldogi pod dywanem

Walką buldogów pod dywanem nazwał wielki Winston Churchill porachunki pomiędzy przywódcami bolszewickiej Rosji. W efekcie tych porachunków co jakiś czas, któryś z buldogów był wyrzucany na zewnątrz. Podobnie wyglądają obecne konflikty w obrębie PiS-u i tak samo nie jest to walka dobra ze złem, ale jedno zło zastępowane przez drugie.

Spór Dudy z otoczeniem Kaczyńskiego a personalnie z Ziobrą nie jest sporem o przestrzeganie prawa, ale typowym sporem o wpływy i znaczenie, być może chodzi o ewentualną reelekcję Dudy, albo obawę przed całkowitą kompromitacją w obliczu lekceważenia demonstracyjnie okazywanego przez Kaczyńskiego?

Celem znaczących pisowskich polityków jest utrzymanie władzy za każdą cenę, wszystko inne jest wtórne i nieistotne. Niezależność sądów, państwo prawa itp. są równie obojętne Ziobrze jak i Dudzie oraz Kaczyńskiemu. Każdy walczy o jakąś swoją nikczemną sprawę, a sądy są im potrzebni mniej więcej tak jak więźniowie naczelnikowi więzienia, albo bakterie mikrobiologowi.

Jakim absurdem było oczekiwanie, że Duda zawetował dwie ustawy dla dobra Polski, on je zawetował dla siebie, a wszystko wskazuje na to, że zaproponowane przez niego i nowego geniusza polskiej polityki p. Królikowskiego, propozycje będą tak samo niezgodne z Konstytucją i oddające sądy pisowskim politykom jak te zawetowane. Istota różnicy najpewniej sprowadzi się do tego, że zamiast Ziobry sędziów będzie mianował Duda oraz intelektualista marszałek Karczewski. Jakim absurdem było oczekiwanie p. Schetyny, że Duda zwoła radę Bezpieczeństwa Narodowego, prezentującego po wyjściu od p. Dudy satysfakcję (posłuchał mnie ale jestem ważny).

I wreszcie czy ci ludzie nie nauczą się nigdy, że nie chodzi się do p. Dudy ani do żadnych pisowskich dygnitarzy dopóki niszczą w Polsce demokrację i ustanawiają monopartyjną dyktaturę opartą na wzorach PRL-u. Nadziejom związanym z nagłym nawróceniem się p. Dudy na demokrację towarzyszyły pokaz tchórzliwego krętactwa i żałosnych popiskiwań ludzi, od których uczestnicy ulicznych protestów i zmagań o poszanowanie wolności mieli prawo oczekiwać odrobiny odwagi.

Ja wiem, że odwaga zdrożała, za to staniał rozum, ale mimo wszystko daleko jeszcze od żądania cnoty heroizmu. Oglądając panią sędzię Gersdorf na uroczystości zaprzysięgania podwójnego dublera, prezentującego odrażające poglądy ciasnego fanatyka, a zwłaszcza słuchając jej wyjaśnień, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie warto było walczyć o niezależność sądów.

Jeszcze tchórzliwsze były uniki Sądu Najwyższego, który nie raczył rozpatrzyć legalności wyboru p. Przyłębskiej, a także Państwowej Komisji Wyborczej, która zachowała komfort nienarażania się PiS-owi w sprawie afery billbordowej. Mając takich sojuszników i bohaterów po stronie obrońców prawa i Konstytucji politykom PiS-u wydaje się, że są wszechmocni i nie mają przeciwników.

Mam nadzieję, że jak wszystkie dyktatury tak i dyktatura pisowska przekona się, że złudzeniem jest żerowanie na potędze kłamstwa i majestacie policyjnego państwa. Na razie obok tchórzliwych zachowań mamy wiele głupawych komentarzy np. stwierdzenie, że skoro do PiS-u przyszło kilku posłów, to Kaczyńskiemu nie zależy już na Gowinie. Konstrukcja genialna tyle tylko, że ci co przeszli do PiS-u zawsze głosowali tak jak PiS, a klub Kukiza stanowi od początku kadencji rezerwę pisowskich głosów.

Mam nadzieję, że po ujawnieniu pomysłów p. Dudy na temat “niezależności” sądów pozbędą się złudzeń wszyscy, którzy łudzili się, że istnieje jakiś lepszy PiS Gowina, Dudy i Łapińskiego, który doprowadzi Polskę do demokracji. Demokrację jak widać na naszym i węgierskim przykładzie tylko traci się łatwo, a odzyskuje się w długiej walce i dlatego warto raz jeszcze przypomnieć słowa powiedziane przez cesarza Rosji i króla Polski Aleksandra II do delegacji polskiej wiążącej nadzieję z tym carem na przywrócenie niepodległej Polski – żadnych marzeń Panowie, żadnych marzeń.

 

Stefan Niesiołowski



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:





Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję