Szukaj w serwisie

×

Nicolas Sarkozy trafi do więzienia 21 października. Historyczny precedens dla Francji i UE

Były prezydent Francji Nicolas Sarkozy ma 21 października stawić się w paryskim więzieniu La Santé, aby rozpocząć odbywanie kary pięciu lat pozbawienia wolności. Termin i miejsce przekazano mu w poniedziałek po południu. Decyzja wynika z wyroku z 25 września 2025 r., który jest wykonalny natychmiast — niezależnie od zapowiedzianej przez obronę apelacji. Z uwagi na status skazanego oczekuje się osadzenia w wydzielonej, chronionej części jednostki, choć służby więzienne nie komentują szczegółów organizacyjnych.

Fot.: „Nicolas Sarkozy – World Economic Forum Annual Meeting 2011” – autor: World Economic Forum, Wikimedia Commons

Tło sprawy i treść wyroku

Sarkozy został uznany za winnego „przestępczej zmowy” w sprawie domniemanego finansowania jego zwycięskiej kampanii prezydenckiej z 2007 r. przez reżim Muammara Kaddafiego. Sąd zwrócił uwagę na wagę naruszeń z punktu widzenia zaufania obywateli do procesu wyborczego i porządku publicznego. Jednocześnie były prezydent został oczyszczony z części najpoważniejszych zarzutów, w tym z pasywnej korupcji i ukrywania sprzeniewierzenia środków publicznych. To rozstrzygnięcie nie tylko porządkuje wieloletnie śledztwo, ale też wyznacza granice odpowiedzialności politycznej i karnej w sprawach, w których polityka przecina się z finansowaniem kampanii.

Apelacje i co dalej

Apelacje zapowiedziały obie strony — obrona i prokuratura finansowa — co daje sądowi apelacyjnemu pełną swobodę w ocenie rozstrzygnięć oraz wymiaru kary. Samo odwołanie nie wstrzymuje jednak wykonania wyroku, dlatego 21 października Sarkozy rozpocznie karę w La Santé. Po osadzeniu będzie mógł wnioskować o zmianę sposobu wykonywania kary, w tym o dozór elektroniczny, areszt domowy lub warunkowe zwolnienie. O ewentualnych modyfikacjach zdecyduje sąd, biorąc pod uwagę przesłanki ustawowe i indywidualną sytuację skazanego.

Szerszy wymiar

To pierwszy przypadek we współczesnej historii Francji i bezprecedensowa sytuacja w Unii Europejskiej, gdy były prezydent państwa członkowskiego trafia do więzienia. Sprawa natychmiast wykracza poza krajowe ramy. Jest testem dla standardów państwa prawa i punktom odniesienia w debacie o przejrzystości finansowania polityki.

DF, thefad.pl

 


Nowe zasady wjazdu do UE – cyfrowa rejestracja (EES) na granicy Schengen

Alexandra Jarecka opracowanie

Unia Europejska uruchamia system, który zmieni sposób przekraczania granic dla obywateli spoza Wspólnoty. Zamiast pieczątek – elektroniczna rejestracja.

Kiosk biometryczny EES przy kontroli paszportowej – skan paszportu i rozpoznawanie twarzy

Fot. thefad.pl / AI

Unia Europejska uruchamia dziś nowy elektroniczny system graniczny EES (Entry/Exit System). Zgodnie z zapowiedzią instytucji unijnych system ma na celu pełną cyfrową rejestrację wjazdów i wyjazdów obywateli państw trzecich. Dla obywateli krajów UE i strefy Schengen nic się nie zmienia – nadal będą przekraczać granice bez dodatkowych formalności wynikających z EES. Start przypada na 12 października 2025 r., a pełne wdrożenie na wszystkich zewnętrznych przejściach granicznych zaplanowano na 10 kwietnia 2026 r., po półrocznym okresie przejściowym.

Cyfrowa rejestracja zamiast stempli

W ramach nowego zautomatyzowanego systemu podróżni będą musieli zeskanować paszport przy przekraczaniu granicy. Dodatkowo pobrane zostaną ich odciski palców oraz wykonane zostanie zdjęcie twarzy – dotyczy to pierwszego wjazdu po uruchomieniu EES; przy kolejnych podróżach wystarczy weryfikacja biometryczna. Elektroniczny wpis zastąpi tradycyjne stemplowanie paszportów i ułatwi egzekwowanie zasady 90/180 dni.

Kogo EES dotyczy, a kogo nie

EES obejmuje niemal całą strefę Schengen – od Niemiec po Norwegię – z wyjątkiem Irlandii i Cypru. Do systemu dołączają również Islandia, Norwegia, Szwajcaria i Liechtenstein. EES nie dotyczy obywateli UE i państw Schengen, a także cudzoziemców posiadających ważną kartę pobytu lub wizę długoterminową w kraju strefy Schengen. Dzieci do 12. roku życia są zwolnione z pobierania odcisków palców. Odmowa przekazania wymaganych danych może skutkować odmową wjazdu.

Gdzie odczujemy zmiany

Wdrożenie przebiega etapami. W Niemczech cyfrowa kontrola graniczna zaczyna się od lotniska w Düsseldorfie, a wkrótce obejmie także Frankfurt i Monachium. Docelowo system rozszerzy się na wszystkie lotniska i porty morskie, a także na wybrane połączenia kolejowe.

Dla podróżnych z Wielkiej Brytanii, korzystających z portu w Dover, terminalu Eurotunelu w Folkestone lub stacji Eurostar London St Pancras, pierwsza rejestracja odbywa się po stronie brytyjskiej w ramach tzw. kontroli „juxtaposées”. Władze i operatorzy zapowiadają możliwe dłuższe kolejki w okresie rozruchu i zalecają wcześniejsze przybycie.

Bezpieczeństwo i porządek na granicy

Celem wprowadzenia EES jest wzmocnienie bezpieczeństwa i porządku na granicach oraz szybsze wykrywanie osób przekraczających dozwolony czas pobytu. System ma ograniczać nadużycia tożsamości, ujednolicać procedury w 29 państwach objętych systemem i zapewniać służbom granicznym jednolity obraz ruchu w czasie zbliżonym do rzeczywistego.

Wkrótce płatne zezwolenie na wjazd

EES stanowi pierwszy krok w kierunku nowej architektury granicznej UE. W ostatnim kwartale 2026 r. obowiązkowe stanie się uzyskanie płatnego zezwolenia na wjazd dla podróżnych zwolnionych z wizy – mowa o systemie ETIAS. Dotyczy to m.in. obywateli USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Brazylii, ZEA, Izraela czy Korei Południowej. Wniosek będzie składany online, a w uzasadnionych przypadkach możliwa będzie odmowa wydania zezwolenia. Europa dołącza w ten sposób do rozwiązań znanych z systemów ESTA w USA czy ETA w Kanadzie.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Pisanie na czacie: dziewięć zasad, dzięki których rozmowy nie umierają po „hej”

Każdy z nas ma w telefonie martwe wątki, które zgasły po banalnym „hej”. Dobra wiadomość? To nie kwestia „takich czasów”, tylko kilka przewidywalnych błędów, które da się ominąć. W tym tekście dzielimy się dziewięcioma zasadami, by utrzymać rozmowę żywą — w przyjaźniach, na randkach i w pracy. W 2025 roku, gdy świat pędzi szybciej niż kiedykolwiek, dobre tekstowanie to przede wszystkim szacunek do czyjegoś czasu i uwagi.

Dłonie z telefonami, rozmowy w komunikatorze

Sztuka rozmowy w krótkich wiadomościach. Fot. ROBIN WORRALL / unsplash

Zaczynaj od treści, nie od „pustego hej”

„Hej” nie niesie informacji i zmusza drugą stronę do wymyślania tematu z niczego. Wejdź od razu w konkret: „Widziałem twój post o nowym serialu — co cię w nim wciągnęło?”, „Wróciłem z weekendu w górach — polecasz szlaki na jesień?”, „Masz dwie minuty na szybkie pytanie o ten raport?” To nie trik, tylko prosty gest szacunku — dajesz powód, by odpowiedzieć bez wysiłku.

Ułatwiaj odpowiedź, zawężaj pytanie

Klasyczne „co słychać?” bywa pułapką, bo prosi o streszczenie życia. Zawęź temat: „Co dziś było najlepsze — kawa czy ten meeting?”, „Wieczór: film z pizzą czy spacer z psem?”, „Jedno zdanie o twoim tygodniu — co cię zaskoczyło?” Wąska ścieżka uruchamia rozmowę zamiast grzęznąć w ogólnikach.

Proponuj widełki zamiast otchłani

„Masz czas w środę?” to prośba o przekopanie kalendarza. Zaproponuj ramy: „Środa 18–20 albo czwartek około 19 — co ci pasuje?” W luźniejszych wątkach działa ten sam mechanizm: „Wybieram między filmem X a Y — co bierzesz ty?” Ludzie wolą decydować niż budować plan od zera.

Kotwicz w poprzednich wiadomościach

Kotwice budują most między rozmowami. „Jak poszła piątkowa prezentacja — ogarnęłaś slajd ze statystykami?”, „Smakował ten ramen z nowego miejsca?”, „Twój kot nadal poluje na skarpetki? Mój pies ma identyczny numer.” Pamiętanie takich drobiazgów to waluta zaufania — znak, że naprawdę słuchasz.

Pilnuj rytmu: krótkie, dłuższe, znów krótkie

Dopasuj tempo do rozmówcy. Jeśli pisze krótko i z emotkami, nie zalewaj ścianą tekstu. Gdy rozwija myśl, odpowiedz podobnie — jedną anegdotą, nie trzema. Taka wymiana trzyma iskrę przy życiu: dialog zamiast równoległych monologów.

Włącz obraz i głos, gdy to coś zmienia

Wiadomości głosowe mają złą sławę, bo bywają przydługie. Ale 30–40 sekund z wyraźnym uśmiechem w głosie potrafi rozbroić napięcie lepiej niż długi akapit. Podobnie zdjęcie ze spaceru czy krótki filmik z kawiarni — w dobrym momencie niosą więcej emocji niż pięć paragrafów. Klucz to umiar i cel.

Nieporozumienia wyjaśniaj „na żywo”

Tekst jest ubogi w niuanse. Ironia, chłód, drobna uszczypliwość — wszystko łatwo się rozjeżdża. Gdy czujesz, że coś skrzypi, zaproponuj: „Widzę, że to się rozjeżdża — pogadamy pięć minut przez telefon?” Dobrze ucięte na gorąco ratuje tygodnie milczenia.

Domykaj pętle i wracaj do ważnych spraw

Nie zostawiaj wątków wiszących. Jeśli pytasz o konkret — adres, termin, decyzję — podsumuj: „To jutro 18:30 w Parze. Zapisuję i potwierdzę rano.” Gdy ktoś dzieli się czymś trudnym, wróć po kilku dniach: „Jak poszło po wizycie — lepiej ci z tym?” Troska to czynność, nie deklaracja.

Daj prawo do odmowy

Najlepszy smar komunikacji? Możliwość powiedzenia „nie”. „Jeśli dziś nie masz siły, napisz jutro — spoko.” Gdy znika presja, rozmowy odżywają, bo rośnie sprawczość rozmówcy.

Randki i przyjaźnie: zastosowanie w praktyce

Na randkach nie przeciągaj miłego ping-ponga bez celu. Po dwóch–trzech dniach zaproponuj konkret: neutralne miejsce, krótki czas, jasna propozycja. W przyjaźniach przypominaj się bez poczucia winy — większość przerw to nie konflikt, tylko tempo życia. „Hej, dawno nie gadaliśmy — co u ciebie w tym szalonym tygodniu?” działa lepiej niż wielki comeback.

BHP emotek i ironii

Emotikony są narzędziem, nie dekoracją. W poważnych wątkach dawkuj je oszczędnie. Ironii używaj tylko tam, gdzie macie wspólny kontekst i świeżą pamięć rozmów — w przeciwnym razie lepiej napisać wprost.

Kiedy przerwać rozmowę

Masz prawo kończyć. „Kończę na dziś, miłego wieczoru. Wrócę jutro.” Znikanie bez słowa buduje nieufność; krótkie domknięcie robi odwrotnie. Tekstowanie nie musi być polem minowym — może być mostem do realnych więzi. Spróbuj jednej zasady dziś i zobacz, jak twoje wątki ożyją.

 

DF, thefad.pl


Skiba bez znieczulenia: Polska w krzywym zwierciadle — „Wiadomości z kraju złości”

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Jest coraz gorzej. Karol Nawrocki ujawnił, że śni mu się marszałek Piłsudski. I to już po miesiącu nocowania w Belwederze. To tylko pierwsze objawy. Słynne jest powiedzonko polskich biskupów, że nieważne, czy Polska będzie w Unii, czy poza UE. Nieważne, czy będzie bogata, czy biedna, ważne, aby była katolicka

SNY O POTĘDZE

Jest coraz gorzej. Karol Nawrocki ujawnił, że śni mu się marszałek Piłsudski. I to już po miesiącu nocowania w Belwederze.

Obstawiam, że za kilka tygodni przyśni mu się Napoleon. A po roku urzędowania na fotelu prezydenta Aleksander Wielki.

To tylko pierwsze objawy manii wielkości, uspokajają lekarze.

Teraz tylko czekać, kiedy prezydent zapuści wąsa à la naczelnik Piłsudski i zacznie chodzić z szablą. Podobno już kazał żonie przyszyć lampasy marszałkowskie do piżamy.

W sumie dobrze, że nie śni mu się Jarosław Kaczyński, bo musiałby rodzinę oddać do lombardu, zamieszkać z kotem i, chodząc w dwóch różnych butach, zafundować sobie łupież.

ZŁOTE MYŚLI

Słynne jest powiedzonko polskich biskupów, że nieważne, czy Polska będzie w Unii, czy poza UE. Nieważne, czy będzie bogata, czy biedna, ważne, aby była katolicka.

Teraz do tej skarbnicy złotych myśli doszła kolejna mądrość. Biskup Leszek Leszkiewicz wygłosił z ambony taką oto wysoce oryginalną perełkę. Jego zdaniem bogactwo i ogólnie uganianie się za pieniędzmi może prowadzić do… homoseksualizmu.

Skoro tak, to Rydzyk już dawno powinien był być gejem. Zamiast telewizji Trwam powinien założyć kanał porno Różowa Landrynka, a zamiast imperium Radia Maryja — klub nocny Pieścidełko. Niestety, ojciec Tadeusz nie podnieca się na widok muskularnych chłopców. To jest już zbadane naukowo. Jemu sztywnieje tylko na widok koperty.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy w tym absurdalnym twierdzeniu wesołego biskupa nie ma ziarna prawdy? Wszak polscy biskupi już dawno porzucili Boga na rzecz mamony, a Episkopat tym różni się od starego tramwaju, że ma bardziej zryte siodełka.

Czyli jednak może prawda? Złote myśli biskupa: od kasy boli du*a.

3. SZYMEK OPUSZCZA POKŁAD

Szymon Hołownia, ku zaskoczeniu swoich trzech fanów, ogłosił, że odchodzi z polityki. Chce iść do ONZ-etu na wysokiego komisarza do spraw uchodźców.

Co oni mają z tym ONZ-tem? W tym musi tkwić jakaś słodka tajemnica. Dają tam za darmo grochówkę albo kupony rabatowe do Lidla?

Najpierw Duduś marzył o posadzie przewodniczącego ONZ, teraz Szymek opuszcza partię, którą sam stworzył.

Z tym ONZ-etem to on ma takie same szanse jak z posadą prezydenta. Jemu w życiu udały się tylko jajca z Prokopem w „Mam talent”.

Miał być księdzem — nie został. Szykował się do Pałacu, a wyprzedził go nawet człowiek z gaśnicą. Miał rozbić duopol POPiS, a chodził w nocy spiskować do Bielana.

Ech! Szymek! Czekam, kiedy zostaniesz Człowiekiem Roku na Marsie, bo świat to dla ciebie za mało.

4. CHOPIN DLA POLAKÓW

Rozpoczął się prestiżowy Konkurs Chopinowski w Warszawie, impreza, na którą czeka zawsze cały świat muzyki. Zainteresowanie jest ogromne. Bilety zniknęły w kilka minut.

Dzięki internetowi zmagania 85 pianistów będą śledzić melomani na całym świecie. Ten, kto wygra konkurs, z miejsca staje się gwiazdą. O randze warszawskiej imprezy świadczy fakt, że nawet ci, którzy odpadają z konkursu, robią wielkie kariery, jak słynny Chorwat Ivo Pogorelić, który w 1980 roku nie dostał się do finału, a do dzisiaj jest postrzegany jako geniusz i koncertuje w najbardziej prestiżowych salach.

Jeszcze lepszym przykładem jest uczestnik konkursu sprzed pięciu lat, Japończyk Hayato Sumino, który, mimo że odpadł w drugim etapie, stał się niezwykle popularny.

Polityków Konfederacji i bojówki Bąkiewicza niepokoi liczba Azjatów w konkursie. Wśród uczestników imprezy jest bowiem aż dwudziestu trzech Chińczyków, trzynastu Japończyków, czterech pianistów z Korei Południowej i dwóch z Tajwanu. Polaków dopuszczono tylko trzynastu.

Zdaniem Bąkiewicza istnieje niebezpieczeństwo, że tak wielka liczba zawodników z Azji to zwykła przykrywka dla przemytu uchodźców. Bowiem wraz z zawodnikami przyjechali także ich bliscy, trenerzy, nauczyciele, dziennikarze i kibice z Pekinu, Tokio, Seulu oraz Tajpej.

Zdaniem polityków prawicy Konkurs powinien mieć zmieniony regulamin. Uczestnikami powinni być tylko Słowianie, a wygrywać powinien zawsze Polak. Robert twierdzi, że wśród jego zwolenników jest wielu fanów Chopina. Szczególnie tego litrowego.

Krzysztof Skiba 


Putin przyspiesza. Bruksela zapowiada natychmiastowe działania: „mur dronowy” ma powstać „teraz”

Michał Gostkiewicz

Unia Europejska zapowiada zbudowanie „muru dronowego” – wielowarstwowego systemu sensorów, środków zakłócających i efektorów kinetycznych rozmieszczonych wzdłuż wschodniej flanki, który ma wykrywać, śledzić i neutralizować bezzałogowce. Była prezydentka Litwy Dalia Grybauskaitė ostrzega, że Władimir Putin nie da Europie dodatkowego czasu. Generał Philip Breedlove przekonuje z kolei, że skuteczność zapewni dopiero uderzanie w „całą głęboką strukturę”, a nie wyłącznie w drony już będące w powietrzu.

Radar wzdłuż wschodniej granicy UE – system wczesnego wykrywania dronów w ramach Straży Wschodniej Flanki

Wschodnia flanka UE. Systemy wczesnego wykrywania jako element „muru dronowego”. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. DF, thefad.pl / AI

– Zaproponujemy natychmiastowe działania, mające na celu zbudowanie muru dronowego w ramach Straży Wschodniej Flanki – ogłosiła Ursula von der Leyen na wspólnej konferencji w Brukseli z sekretarzem generalnym NATO rankiem 30 września.

UE reaguje na naruszenia przestrzeni powietrznej

Mark Rutte, uczestniczący w posiedzeniu Komisji Europejskiej, uzasadnił potrzebę projektu naruszeniami przestrzeni powietrznej Polski, Estonii i Danii. Zwrócił uwagę na nierównowagę kosztów: nie ma sensu zestrzeliwać tanich dronów pociskami wartymi miliony dolarów.

Von der Leyen podkreśliła, że UE potrzebuje „flagowych projektów obronnych”, musi działać „zdecydowanie i szybko”, a w przypadku Straży Wschodniej Flanki – „teraz”, we współpracy z Ukrainą i w ścisłym porozumieniu z NATO. Pytanie brzmi jednak, czy unijne „teraz” nie jest wciąż zbyt wolne.

„Mur dronowy” jako filar Eastern Flank Watch

Za koordynację polityczną i organizacyjną odpowiada komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius. Pod jego przewodnictwem UE w piątek 26 września oficjalnie rozpoczęła prace nad „murem”, włączonym do programu Eastern Flank Watch (Straż Wschodniej Flanki) – systemu obrony ląd–morze–powietrze na wschodniej granicy Unii. Kubilius zapewnia, że zainteresowane państwa przeszły „od rozmów do działań”.

W inicjatywie uczestniczą państwa wschodniej flanki: Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Rumunia i Bułgaria, a także Dania, nad której terytorium również pojawiały się podejrzane drony, oraz – wbrew wcześniejszym doniesieniom – Węgry i Słowacja. Do grupy dołączyła Ukraina, zaproszona ze względu na doświadczenia frontowe i dynamicznie rozwijany przemysł dronowy. Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział niedawno, że kraj – mimo trwającej wojny – uruchomi eksport własnego uzbrojenia. Kubilius oceniał, że wdrożenie w terenie potrwa około roku, choć zastrzegł, że to ostrożna prognoza.

„Nie mamy tego roku”

– Nie mamy tego roku – mówi Deutsche Welle Dalia Grybauskaitė. W kuluarach Warsaw Security Forum była prezydentka Litwy, obecnie komisarz UE ds. budżetu, wyjaśnia, że istnieje różnica między tempem prac Komisji a tym, co można zrobić dwustronnie, np. w ramach regionalnej współpracy w NATO. Jej zdaniem wszystkie ścieżki muszą toczyć się równolegle, bo żadna z nich nie wystarczy sama.

Pytana, jak „mur dronowy” wpisuje się w ogólną strategię NATO i UE, Grybauskaitė przypomina, że kraje bałtyckie, nordyckie i Polska już zacieśniają współpracę z Ukrainą. – Budujemy fabryki na terytorium Ukrainy i na naszym obszarze. Część zakładów już wytwarza drony. To się dzieje – podkreśla. Jej zdaniem projekt ma dodatkową wartość: „angażuje Unię Europejską jako przyszły sojusz obronny, nie tylko gospodarczy i polityczny”.

– Paradoksalnie to Putin wymusza tempo: nie zostawia czasu na debatowanie i czekanie. Będzie naciskał, więc i my będziemy działać szybciej. Niestety, wszystko wskazuje, że przez dekady będziemy mieć za wschodnią granicą Rosję nastawiona na konfrontację zbrojną– ocenia Grybauskaitė.

Co faktycznie ma powstać?

Komisja ma wraz z państwami członkowskimi, przemysłem obronnym i Ukrainą przygotować plan realizacji – od architektury sensorów i łączności, przez warstwę zakłócania i przeciwdziałania (C-UAS), po środki kinetyczne i procedury reagowania. To część szerszego programu Straży Wschodniej Flanki, obejmującego działania na lądzie, morzu i w powietrzu.

Kubilius akcentuje dwa filary: zdolność wczesnego wykrywania oraz możliwość neutralizacji intruzów. Na Warsaw Security Forum emerytowany generał Sił Powietrznych USA Philip Breedlove dodał trzeci: uderzanie w zaplecze. – Zachód musi przestać „zestrzeliwać strzały” i zacząć „strzelać do łuczników” – mówi.

Ekspert: nie tylko drony, lecz cały łańcuch

– Potrzebujemy zdolności do rażenia nie tylko miejsc, z których [drony] startują, ale też tam, gdzie są wytwarzane, oraz wzdłuż całych łańcuchów dostaw niezależnie od ich pochodzenia. Jeśli statek z Chin wiezie komponenty do dronów, powinniśmy móc zatrzymać ten transport. Innymi słowy: trzeba uderzać głęboko w całą strukturę, a nie tylko w drony już w powietrzu – przekonuje w rozmowie z DW były dowódca wojsk USA w Europie i Naczelny Dowódca Sojuszniczy w Europie (SACEUR).

Breedlove, były pilot, zwraca uwagę, że drony są jedynie częścią szerszego systemu walki.– Lotnictwo ma zdobywać i utrzymywać przewagę w powietrzu. Drony działają sensownie dopiero pod jej osłoną. Wojna w Ukrainie pokazuje, co się dzieje, gdy tej przewagi brakuje – zaznacza. – Drony to tylko kolejny środek rażenia, który trzeba umieć neutralizować. Do tego potrzebne są dojrzałe zdolności operacyjne – dodaje. Strategia pozostaje klasyczna: spójna obrona powietrzna, lądowa i morska.

Na koniec wskazuje na problem kosztowy. – Broń, której używamy, jest finansowo nieadekwatna do celów, które zwalczamy. To trzeba poprawić. Wzmocnienie polskiej obrony powietrznej będzie tu kluczowe – podsumowuje.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Zapominasz imię chwilę po uścisku dłoni? Nauka wyjaśnia, dlaczego

Zapominasz imię chwilę po uścisku dłoni? Spokojnie — to niekoniecznie problem z pamięcią. Psychologia poznawcza od lat pokazuje, że nazwy własne, w tym imiona, są trudniejsze do zakodowania i wydobycia niż inne informacje o ludziach. Gdy dochodzą emocje pierwszej rozmowy i przeciążenie uwagi, mózg priorytetyzuje to, co w danej chwili wydaje mu się ważniejsze niż kilka sylab. Dlatego pytanie, jak zapamiętywać imiona, wcale nie jest kaprysem, tylko elementarną higieną poznawczą.

trudności z zapamiętywaniem imion

Fot. HIVAN ARVIZU @soyhivan, unsplash

Dlaczego imiona tak łatwo uciekają

Łatwiej zapamiętać, że ktoś jest piekarzem, niż że nazywa się Baker. Zawód natychmiast uruchamia sieć skojarzeń: mąka, piec, poranny chleb, a imię czy nazwisko są arbitralną etykietą, bez semantycznego „haczyka”. To klasyczne zjawisko, znane jako paradoks „baker/Baker”. Kiedy informacja ma znaczenie, pamięć chwyta ją pewniej; kiedy jest czystym znakiem, łatwo się wymyka. Dlatego twarz i kontekst często „kleją się” lepiej niż sama etykieta słowna.

Pierwsze sekundy rozmowy zjadają uwagę

Poznając kogoś, równocześnie skanujemy twarz, oceniamy sytuację, planujemy odpowiedź i próbujemy uchwycić imię. Ten gęsty strumień bodźców zużywa zasoby kontroli uwagi, niezbędne do solidnego zakodowania nowej informacji. Nawet łagodne napięcie społeczne potrafi przesunąć zasoby na bodźce „tu i teraz”, co utrudnia zapamiętanie imienia w pierwszym kontakcie. To nie wina charakteru, tylko warunków, w jakich działa pamięć.

„Mam na końcu języka” — całkiem normalne

Zjawisko TOT (tip-of-the-tongue, „na końcu języka”) dotyczy zwłaszcza nazw własnych: wiemy, że „to znamy”, ale słowo nie przychodzi. Z wiekiem takie epizody pojawiają się częściej i same w sobie nie są powodem do alarmu. „Blokowanie” to klasyczna, powszechna niedyspozycja pamięci a badania pokazują, że częściej dotyka właśnie imion. Jeśli jednak wraz z imionami znikają też inne, świeże informacje i problem narasta gwałtownie, wtedy warto porozmawiać ze specjalistą.

To nie test inteligencji ani „osobowości”

Popularne wyjaśnienia, że zapominanie imion świadczy o wysokiej inteligencji, introwersji czy „myśleniu abstrakcyjnym”, nie znajdują potwierdzenia w badaniach. Empiryczne prace wskazują raczej, że trudność wynika z natury samych nazw własnych (słabe zakotwiczenie semantyczne), warunków kodowania informacji w sytuacji społecznej (napięcie, podzielność uwagi) oraz zjawisk takich jak „na końcu języka”. Różnice indywidualne — np. pojemność pamięci roboczej czy poziom lęku — mogą modyfikować prawdopodobieństwo pomyłki, ale nie przekładają się wprost na stałe cechy osobowości.

Jak zapamiętywać imiona w praktyce

Najskuteczniejsze bywa krótkie „zatrzymanie uwagi” na imieniu w chwili, gdy je słyszysz. Poproś rozmówcę o powtórzenie i wypowiedz imię od razu w odpowiedzi — ten prosty manewr zwiększa szanse na zapis w pamięci roboczej. Dobrze działa też nadanie imieniu znaczenia: połącz je z czymś, co widzisz lub wiesz o osobie (cechą wyglądu, zawodem, miejscem spotkania), nawet jeśli to brzmi naiwnie, bo właśnie semantyczny zaczep decyduje, czy informacja przetrwa. Warto wrócić do imion po rozmowie krótką notatką, rzutem oka na listę uczestników czy powtórzeniem w myślach kilku osób, które właśnie poznaliśmy. Badania pokazują, że celowe „wydobywanie” nazw z pamięci, nawet w formie krótkiej gry, poprawia wyniki bardziej niż bierne słuchanie serii przedstawień. A jeśli mimo wszystko imię uleci, najlepiej działa kulturalna prośba o przypomnienie; to prostsze i skuteczniejsze niż nerwowe zastępcze formuły.

Zapominanie imion to po prostu uboczny skutek tego, jak działa ludzka pamięć: kocha znaczenia, gorzej radzi sobie z czystymi etykietami i łatwo traci uwagę, gdy bodźców jest dużo. Dobra wiadomość? Z odrobiną praktyki można jej w tym pomóc a rozmowa, do której wracasz już z poprawnym imieniem, zwykle płynie naturalniej niż ta, którą ratują niezgrabne obejścia.

DF, thefad.pl / Źródło: Association for Psychological Science

 


Nowe badania studzą entuzjazm: zaawansowane cywilizacje to rzadkość. Jeśli istnieją, najbliższa może być oddalona o 33 000 lat świetlnych od nas

Nowe badania z Austriackiej Akademii Nauk brzmią jak kubeł zimnej wody dla fanów science fiction. Jeżeli w Drodze Mlecznej istnieją cywilizacje technologiczne, najbliższa z nich może być oddalona średnio około 33 000 lat świetlnych od Ziemi — w praktyce „po przeciwnej stronie” naszego dysku galaktycznego. By trafić na siebie w tym samym oknie dziejów, taka cywilizacja musiałaby przetrwać minimum 280 tysięcy lat. To wniosek przedstawiony na kongresie Europlanet Science Congress i AAS Division for Planetary Sciences (EPSC–DPS 2025) w Helsinkach. Zespół z Austriackiej Akademii Nauk nie daje złudzeń: zaawansowane cywilizacje to rzadkość, a my możemy być jedynymi w naszej części Galaktyki.

Łuk Drogi Mlecznej na nocnym niebie nad pustynnym krajobrazem; gwiaździste niebo i sylweta skalnej formacji w półmroku, naturalna scena astronomiczna

Fot. DF, thefad.pl / AI

Co naprawdę mówią te modele

Manuel Scherf i jego zespół nie szukali taniej sensacji. Sprawdzili, jakie warunki planetarne są niezbędne, by mogła powstać cywilizacja zdolna do wysyłania sygnałów w przestrzeń kosmiczną. Wniosek jest zaskakująco przyziemny: trzeba geologii, która stabilizuje klimat przez miliony lat, oraz powietrza, którym da się oddychać i w którym da się rozpalić ogień. Tektonika płyt działa tu jak ukryty termostat, a atmosfera zdominowana przez azot i tlen — z odpowiednią domieszką dwutlenku węgla — staje się sceną, na której to wszystko może się wydarzyć. Jest jeszcze jeden warunek, brzmiący prosto i brutalnie: jeżeli tlenu jest mniej więcej poniżej 18 procent, otwarty ogień przestaje być oczywistością. Bez ognia nie ma metalurgii, a bez metalurgii nie ma technologii.

Czy nasz sąsiad jest bliżej, czy dalej

Trzydzieści trzy tysiące lat świetlnych nie jest „szerokością” Drogi Mlecznej — ta ma około stu tysięcy. To raczej rząd wielkości dystansu na przeciwną stronę dysku, licząc od naszej orbity. Innymi słowy: nawet jeśli ktoś tam jest, to nie za rogiem. I nawet jeśli nadaje, to niekoniecznie w naszym oknie czasowym.

Droga Mleczna widziana z kosmosu — wizualizacja. Ukośny widok na jasne jądro z poprzeczką oraz ramiona spiralne przecinane ciemnymi pasmami pyłu

DF, thefad.pl. Droga Mleczna widziana z kosmosu — wizualizacja. Ukośny widok na jasne jądro oraz ramiona spiralne przecinane ciemnymi pasmami pyłu. / Fot. AI

Z czego biorą się te liczby

Żeby nie zgubić się w teoriach, badacze wzięli dwa wyraźne scenariusze i sprawdzili, jak długo planeta jest w stanie utrzymać aktywną biosferę. W świecie z wyższą zawartością CO₂ — rzędu 10 procent — da się to zrobić nawet przez około 4,2 miliarda lat, pod warunkiem że planeta krąży dalej od młodszego słońca albo ma odpowiedni zestaw parametrów. W świecie z CO₂ na poziomie około 1 procenta okno skraca się do około 3,1 miliarda lat. To nie są „złote proporcje” dla wszystkich, tylko dwa punkty odniesienia, które pokazują, jak wąska jest ta ścieżka. Za mało dwutlenku węgla i fotosynteza w końcu gaśnie; za dużo — klimat rozbiega się w stronę niekontrolowanego efektu cieplarnianego i toksycznej atmosfery. W obu wariantach potrzebujemy też tlenu co najmniej na poziomie wspomnianych 18 procent — bez tego nie uruchomimy cywilizacji z ogniem i metalem w roli głównej.

Zegar tyka także u nas

To, co najbardziej trzeźwi, to świadomość, że nawet „idealna” planeta ma termin przydatności. Z czasem dwutlenek węgla bywa zamykany w skałach szybciej, niż geologia zdoła go zwrócić do atmosfery. W pewnym momencie fotosynteza nie daje już rady. Dla Ziemi to horyzont od kilkuset milionów do około miliarda lat. A przecież nasza technologia pojawiła się dopiero po mniej więcej 4,5 miliarda lat historii planety. Innymi słowy: nawet jeśli Wszechświat sprzyja życiu, z technologią trzeba zdążyć.

Po co nam ta ostrożność

To wciąż wyniki konferencyjne — naukowa rozmowa, nie ostateczny wyrok. I właśnie dlatego zasługują na uwagę. Otwierają oczy na to, jak wiele elementów musi zagrać naraz i jak niewielkie jest pole manewru. Są tacy, którzy powiedzą: tektonika płyt nie jest jedyną drogą, a ogień nie musi być jedynym kluczem do technologii. Inni uznają, że modele są i tak zbyt łagodne i że okno na rozwój cywilizacji jest jeszcze węższe. Prawda? Sprawdzimy tylko w jeden sposób — patrząc i słuchając coraz uważniej.

Co dalej z SETI

To, co dla jednych brzmi pesymistycznie, dla innych jest planem działania. Brak sygnału przy coraz czulszych przeglądach wzmocni tezę o rzadkości ETI. Pojedyncze potwierdzenie zmieniłoby wszystko — nie tylko nasze modele, ale i nasze myślenie o miejscu człowieka w kosmosie. Strategia jest prosta w słowach i trudna w wykonaniu: szukać szerzej, dłużej i mądrzej, nie zamykać się wyłącznie na radio i nie rezygnować wtedy, gdy nic nie „pika”.

Na koniec — trzeźwo i z nadzieją

Jeżeli ktoś tam jest, prawdopodobnie jest od nas znacznie starszy. Jeżeli nikogo nie ma w zasięgu, nie znaczy to, że kosmos jest pusty — raczej, że bycie technologiczną cywilizacją to zadanie na setki tysięcy lat. W tym sensie te wyniki są mniej o „nich”, a bardziej o nas: o cierpliwości, którą musimy mieć, i o czasie, który musimy sobie dać.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródła: Abstrakt EPSC-DPS 2025 (Copernicus), relacje z Europlanet i AAS. Artykuł oparty na faktach, bez fikcji. Chcesz infografikę z „oknem biosfery”? Daj znać!

 


Donieckie Dachau. Wstrząsająca opowieść ukraińskiego jeńca o torturach i życiu w niewoli

Aureliusz M. Pędziwol

Stanisław Asiejew* przez ponad dwa i pół roku był więźniem separatystów samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej i napisał o tym książkę. Jest też weteranem trwającej od 24 lutego 2022 roku wojny Rosji przeciw Ukrainie.

Fot. Autorstwa Stanyslav Asieiev – Praca własna, CC BY-SA 4.0, commons.wikimedia

DW: Jak długo był Pan na froncie?

Stanisław Asiejew: – Dziewięć miesięcy, od grudnia 2023 do września 2024 roku. Walczyłem pod Pokrowskiem. Po kolejnym natarciu Rosjanie zajęli nasze pozycje, a ja zostałem podwójnie zraniony odłamkiem miny, który trafił mnie w szyję i dostał się do klatki piersiowej. Przez półtora miesiąca leżałem w szpitalu w Kijowie. W tym czasie Rosjanie zniszczyli mój batalion. A ja zostałem zdemobilizowany.

Przed tą wojną był Pan więziony w Doniecku, głównie w obozie Izolacja, który – jak Pan napisał w swojej książce – jeden z Pańskich współwięźniów nazwał „donieckim Dachau”.

– To bardzo złożony temat, do którego nawiązuję już w tytule książki. Piszę o obozie koncentracyjnym, dlatego że nasuwają się tutaj skojarzenia historyczne, zwłaszcza z niemieckimi nazistowskimi obozami. Zawsze jednak podkreślam, że obóz Izolacja, który nadal istnieje, jest takim obozem koncentracyjnym, jak nazistowskie obozy z lat 30. ubiegłego wieku. Nie jest to obóz śmierci, w którym miałaby miejsce zagłada ludzi. Trzyma się tam tych, którzy zagrażają tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej albo reżimowi rosyjskiemu.

Co jeszcze jest powodem, by nazywać ten obóz koncentracyjnym? Tortury?

– Bez wątpienia. Przede wszystkim jednak sam fakt koncentracji wrogów reżimu. W tym również swoich, ochotników z tak zwanych opołczeń, czyli milicji walczących po stronie Rosji, którzy w pewnym momencie stali się dla niej zagrożeniem. Ale tak, stosowano tam tortury prądem elektrycznym, gwałcono, a nawet zabijano więźniów. Zarówno mężczyzn, jak i kobiety, bo kobiety były tam także, ale w oddzielnych celach. Nie mieliśmy z nimi kontaktu.

Skąd się wzięła nazwa Izolacja?

– To jest teren dawnej fabryki materiałów izolacyjnych, która się tak właśnie nazywała. (W 2010 roku w jej murach powstało centrum sztuki nowoczesnej Izolacja, które po zajęciu części Donbasu przez Rosjan w 2014 roku zostało przeniesione do Kijowa – przyp.).

Gdzie się mieści?

– W samym centrum Doniecka, przy ulicy Świetlanego Szlaku 3. Właśnie dlatego książka nosi tytuł „Świetlana droga”. To nazwa ulicy, jeszcze z czasów sowieckich, aluzja do słów Lenina o świetlanej drodze do komunizmu. W przestrzeni posowieckiej wiele ulic nosi tę nazwę.

Ale w Doniecku Świetlany Szlak zamienił się w piekło.

Ilu tam było ludzi, gdy był Pan uwięziony?

– Nie dysponujemy takimi danymi. W czasie, gdy się tam znajdowałem, w Izolacji było 80 łóżek i teoretycznie to była maksymalna liczba więźniów. Jednak można tam spać też na podłodze. Jeśli cele były zapełniane w ten sposób, to mogło być tam i dwieście, a może nawet trzysta osób.

Z iloma ludźmi Pan siedział?

– Na początku trafiłem do piwnicy, ogromnego bunkra przeciwbombowego. Tam było nas dziesięciu. Potem w celach, w których oprócz mnie było jeszcze od czterech do 17 więźniów.

Mógł Pan wychodzić na spacer?

– Tylko na 5 minut.

5 minut dziennie?

– 5 minut dziennie. I z workiem na głowie. Dłuższe były wyjścia na prace przymusowe w strefie przemysłowej.

Jakie prace?

– Różne. Cięcie metalu na złom, mycie aut i czołgów. A zimą odśnieżanie. W takim miejscu robisz wszystko, co ci każą.

A personel obozu? Co to za ludzie?

– Tu znowu pojawiają się paralele z nazistowskimi Niemcami, z ich obozami. Bo dziś dobrze wiemy, kto pracuje w administracji Izolacji, znamy nazwiska, imiona, rodziny. W większości są to zwykli ludzie. Mają dzieci, odprowadzają je do szkoły, mają żony. Ale kiedy zamykają za sobą drzwi Izolacji i wchodzą na jej teren, ich psychika całkowicie się zmienia. Stają się psychopatami, patologicznymi sadystami. Wobec więźniów nie mają żadnych zahamowań. Gdy tam siedziałem, byli to pracownicy lokalnej policji, która w 2014 roku przeszła na stronę Rosji. Był też jeden Rosjanin, ale poza tym byli to miejscowi.

Powie Pan coś o torturach?

– W tamtym czasie główną metodą tortur był prąd elektryczny. Używali do tego „tapików”, sowieckich telefonów polowych z cewką indukcyjną. Pewnie widział je Pan w sowieckich filmach wojennych. Gdy trzeba było zadzwonić, podnosiło się słuchawkę i kręciło korbką. Wtedy przez druty płynął prąd i po drugiej stronie odzywał się dzwonek.

W Izolacji „tapiki” mają inne zastosowanie. Tam druty podłącza się do więźnia. Mnie przypinali je do kciuka i do ucha. I kręcili korbką. Wtedy przez ciało płynie prąd. W ten sposób cię katują.

Jak trudno to znieść?

– To bardzo bolesne. A przy tym trzeba jeszcze odpowiadać na pytania, bo nie tylko cię torturują, ale i przesłuchują. Gdy zaś masz do ucha podłączony drut, to kurczą ci się mięśnie twarzy i nie możesz normalnie mówić. Mówisz niewyraźnie, a za to biją.

Czy potrafił Pan sobie wcześniej wyobrazić, że coś takiego jest w ogóle możliwe?

– Nie. Donbasem i okupacją zajmowałem się zawodowo przez trzy lata, od 2014 do 2017 roku. Ale nie umiałem sobie wyobrazić skali tego podziemnego świata, tych piwnic, w których się potem znalazłem, tych tortur.

Pan ten świat opisał w swojej książce.

– To bardzo interesująca historia. Pisać zacząłem jeszcze w piwnicy ministerstwa bezpieczeństwa państwowego, gdzie trzymano mnie przez pierwsze półtora miesiąca w jednoosobowej celi. Znalazłem tam jakieś kartonowe pudełko, kawałek ołówka i zacząłem zapisywać swoje przeżycia psychiczne.

Potem przewieźli mnie do Izolacji, a tam mi powiedzieli, że ich nie interesuje, co ja wypisuję. Z obozu, podczas wymiany jeńców, wywiozłem niewielką ilość rękopisów. Stały się podstawą tej książki. Pisanie dokończyłem na wolności.

Chciał Pan pisać o Izolacji w sposób neutralny, nie jako jej więzień, ale jako osoba postronna. Udało się?

– Czasami słyszę nawet zarzuty, że tę książkę napisałem z perspektywy zewnętrznego obserwatora. Że jest chłodna, spokojna, że straszne rzeczy opisuje bez emocji. Ale takie było moje zadanie. Gdybym pisał emocjonalnie, efekt byłby inny. Tymczasem chciałem przekazać ludziom, co tam się dzieje, w języku jak najbardziej zrozumiałym. Dlatego pisałem jak obserwator, który jakby z boku patrzy na cały ten absurd.

Czy ta książka trafiła do ukraińskiego wymiaru sprawiedliwości? A może też do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze?

– Książka jest już przetłumaczona na dwanaście języków, w tym na polski, angielski, francuski, niemiecki, łotewski, litewski, a teraz jest przekładana na gruziński. Podarowaliśmy ją zmarłemu już niestety papieżowi Franciszkowi, Hillary Clinton, wielu prezydentom i premierom.

Wciąż odgrywa ważną rolę. Dzięki niej ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy uruchomiło w 2021 roku projekt Isolation Must Speak (Izolacja Musi Przemówić), w którym wykorzystano angielską i inne wersje książki do potępienia zbrodni wojennych popełnianych na okupowanych terytoriach.

Pan założył też fundację, która się zajmuje tymi zbrodniami. W jaki sposób?

– Fundację Justice Initiative Fund założyłem po zwolnieniu z Izolacji. Zajmuje się poszukiwaniem rosyjskich zbrodniarzy wojennych, oferuje wynagrodzenie za informacje o nich.

Tworzymy listy osób oficjalnie podejrzanych przez naszą prokuraturę generalną lub sądy międzynarodowe o popełnienie zbrodni wojennych. Te zbrodnie dzielimy na kategorie: Izolacja, MH17, Bucza, czy Mariupol. W każdej z nich znajduje się lista osób oficjalnie podejrzanych, a my oferujemy pieniądze za aktualne informacje o tych ludziach. Gdy je dostajemy, przekazujemy je naszym służbom specjalnym i rozliczamy się z informatorem.

Kiedy fundacja powstała?

– Po pełnoskalowej napaści Rosji z 2022 roku, ale poszukiwania zbrodniarzy wojennych zaczęliśmy już osiem lat wcześniej. W kręgu naszych zainteresowań znajdują się wszyscy, którzy popełnili zbrodnie od 2014 roku do dziś.

Ilu ich jest?

– Na dziś nieco ponad trzystu, 312. Wiemy, że takich, którzy popełniali zbrodnie, są tysiące, ale zajmujemy się wyłącznie oficjalnie ściganymi i postawionymi przed sądem. A tych jest kilkaset.

Pod nazwiskiem każdej osoby, które umieszczamy na naszej stronie, podajemy link do oficjalnego źródła, czy to prokuratury, czy służb bezpieczeństwa, z oficjalnym zarzutem. Robimy to, żeby nie zostać posądzonymi o obwinianie przypadkowych osób.

Z kim współpracujecie? W kraju i za granicą.

– Z ukraińską prokuraturą generalną. Bez niej nie osiągnęlibyśmy niczego. Na poziomie międzynarodowym jak na razie z nikim.

Myślę, że trudno było być w tym obozie, ale też, że niełatwo robić to, czym Pan się teraz zajmuje.

– Wie Pan, to dla mnie jest praca. Gdybym podchodził do tego osobiście, po prostu bym oszalał. Bo gdy otwieram stronę internetową naszej fundacji, widzę ludzi, którzy mnie codziennie katowali. A poza tym jestem weteranem, który był na froncie. Dlatego rosyjskich zbrodniarzy wojennych uczyniłem przedmiotem swojej pracy, do której podchodzę najchłodniej, jak to możliwe.

A co chciałby Pan robić w przyszłości?

– Napisać kolejną książkę o moich doświadczeniach na froncie, na wojnie. Za chwilę będę w Hamburgu, gdzie uczestniczę w programie dla byłych więźniów politycznych i zajmuję się zbrodniami wojennymi Rosji, która niestety nadal je popełnia. Jestem też ekspertem wojskowym, jako człowiek, który służył w piechocie i rozumie, co dzieje się na froncie, na polu bitwy.

Bardzo Panu dziękuję za tę rozmowę.

Stanisław Asiejew

Ukraiński dziennikarz i pisarz (urodzony w 1989 roku w Doniecku) pozostał w swoim rodzinnym mieście po zajęciu go przez separatystów w 2014 roku i pisał stamtąd reportaże dla ukraińskiej sekcji nadającego z Pragi Radia „Swoboda” oraz dwóch ukraińskich czasopism pod pseudonimem Stanisław Wasin. Uwięziony w maju 2017 roku został skazany na dwa wyroki po 15 lat pozbawienia wolności. Po kazamatach samozwańczego ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i więzieniu trafił do obozu koncentracyjnego Izolacja w centrum Doniecka, gdzie był wielokrotnie torturowany. Został zwolniony w ramach wymiany jeńców na dwa dni przed końcem 2019 roku

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Twoja butelka na wodę brudniejsza niż deska klozetowa? Naukowcy ostrzegają: miliony bakterii w jednym łyku

Badacze sprawdzili, co naprawdę kryje się w popularnych butelkach wielokrotnego użytku. Okazało się, że mogą być one siedliskiem bakterii w ilościach wielokrotnie przewyższających te, które znajdziemy na desce klozetowej. Codzienny przedmiot, kojarzony z troską o zdrowie i środowisko, ujawnił swoje nieoczekiwane oblicze. Naukowcy ostrzegają, że woda, którą pijemy każdego dnia, może być skażona milionami drobnoustrojów.

Kobieta pije wodę z plastikowej butelki wielokrotnego użytku – higiena i bakterie

Fot. DF, thefad.pl / AI

Wyobraź sobie: twoja stylowa butelka, symbol zero waste i wellness, stoi na biurku, w torbie treningowej czy w aucie. Napełniasz ją wodą z kranu, bierzesz łyk i nie wiesz, że w środku mnożą się miliony mikrobów. Carl Behnke z Purdue University w Stanach Zjednoczonych opowiadał, jak przetarł swoją butelkę ręcznikiem papierowym i ze zdumieniem zobaczył, że biały papier pokrył się śliską warstwą bakterii. To doświadczenie zapoczątkowało badania, które wstrząsnęły opinią publiczną.

Symbol ekologii, który kryje pułapkę

Butelki wielokrotnego użytku stały się rynkowym hitem wartym miliardy dolarów. Korzystają z nich lekarze, studenci, pracownicy biurowi. Jednak wewnątrz kryje się często to, czego wolimy nie widzieć. Badania Behnkego pokazały, że 15 procent osób nigdy nie myło swoich butelek, a ponad połowa dzieliła się nimi z innymi.

Wyniki były alarmujące. Średnio w butelkach znajdowano ponad 20 milionów jednostek tworzących kolonie bakterii. To czterdzieści tysięcy razy więcej niż na desce klozetowej, pięciokrotnie więcej niż na myszce komputerowej i czternastokrotnie więcej niż w misce dla psa. W Singapurze testy wykazały, że rano w jednym mililitrze wody było około 75 tysięcy bakterii, a po 24 godzinach ich liczba wzrastała do dwóch milionów. Siedem na dziesięć badanych butelek przekraczało normy czystości wody pitnej.

Skąd się biorą bakterie?

Woda z kranu zawiera naturalne mikroorganizmy, ale największym źródłem są sami użytkownicy. Z każdym łykiem do wnętrza butelki trafia od pięciuset do sześciuset gatunków bakterii obecnych w ludzkiej ślinie. Brudne ręce to ryzyko przeniesienia bakterii fekalnych, takich jak E. coli. Wspólne korzystanie z butelki zwiększa zagrożenie przenoszenia wirusów, w tym norowirusa.

Jak podkreśla mikrobiolożka Primrose Freestone z University of Leicester, bakterie najlepiej rozwijają się w temperaturze od 20 do 37 stopni Celsjusza. Jeśli do butelki trafiają soki, herbata czy koktajle proteinowe, mikroby otrzymują dodatkową pożywkę w postaci cukru i białka. W efekcie w co piątej badanej butelce wykryto bakterie kałowe, a w wielu przypadkach także paciorkowce.

Zagrożenia zdrowotne

Dla osób zdrowych większość tych mikroorganizmów nie jest groźna. Ale u dzieci, seniorów czy osób z obniżoną odpornością konsekwencje mogą być poważne. Zakażenia wywołane przez bakterie E. coli prowadzą do ostrych biegunek i infekcji układu moczowego. Pleśń rozwijająca się w wilgotnym wnętrzu butelki może wywoływać reakcje alergiczne i problemy z oddychaniem. W ramach jednego z eksperymentów dziennikarskich w brytyjskiej redakcji przebadano butelki używane na co dzień przez pracowników. Analizy mikrobiologiczne wykazały nie tylko wysokie stężenie bakterii, ale także obecność szczepów opornych na antybiotyki.

Zagrożenie płynie również z samego materiału. Plastikowe butelki, zwłaszcza starsze i pozostawiane w nagrzanych samochodach, mogą uwalniać mikroplastiki i chemikalia zaburzające gospodarkę hormonalną. Badania z 2025 roku wykazały tysiące cząsteczek mikroplastiku w jednym litrze wody przechowywanej w takich warunkach. Ich wpływ na zdrowie jest nadal badany, ale istnieją dowody na to, że mikroplastiki mogą kumulować się w tkankach i sprzyjać chorobom metabolicznym.

Dlaczego płukanie to za mało?

Jak podkreśla Behnke, częstotliwość mycia nie jest kluczowa, znaczenie ma metoda. Zimna woda nie usuwa biofilmu, czyli śluzowatej warstwy bakterii przylegającej do ścianek butelki. Potrzebne są wysoka temperatura, detergent i suszenie. Wilgoć to środowisko, w którym mikroby rozwijają się najszybciej.

BBC w 2025 roku przypominało, że skuteczne mogą być również domowe metody dezynfekcji, jak ocet, tabletki do czyszczenia protez czy rozcieńczony wybielacz – o ile zachowamy ostrożność i dokładnie wypłuczemy butelkę po użyciu.

Jak czyścić butelkę – metody i skuteczność

Metoda czyszczenia Skuteczność Jak zrobić? Uwagi
Zmywarka z dezynfekcją Najwyższa (zabija 99% bakterii) Włóż do zmywarki, użyj cyklu >60°C Idealna dla prostych butelek; nie dla silikonowych elementów
Gorąca woda + detergent Wysoka Woda >60°C, płyn, zostaw na 10 min, spłucz, wysusz Podstawowa metoda; zalecana szczotka do ustnika
Ocet lub wybielacz Średnia–wysoka Ocet 1:4 z wodą na noc; wybielacz 2 łyż./l, 2 min, spłucz Dla trudnych osadów; nie stosować codziennie
Przechowywanie w lodówce Zapobiegawcza Suszona butelka, przechowywana w chłodzie Spowalnia wzrost bakterii o 50–70%

 

Stal, szkło czy plastik – co wybrać?

Stal nierdzewna i szkło są materiałami najbardziej odpornymi na rozwój bakterii. Łatwo je czyścić i nie uwalniają mikrocząsteczek do wody. Plastikowe butelki są lżejsze i tańsze, jednak ich porowata powierzchnia sprzyja powstawaniu biofilmu. Starsze modele mogą dodatkowo uwalniać chemikalia. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem pozostają więc proste konstrukcje ze stali nierdzewnej lub szkła, pozbawione rurek i zaworów.

Czysta butelka to zdrowy nawyk

Butelki wielokrotnego użytku są ważnym elementem walki z odpadami i symbolem proekologicznego stylu życia. Nie trzeba z nich rezygnować, ale trzeba je traktować poważnie. Regularne czyszczenie, suszenie i dbanie o higienę rąk to warunki konieczne, by pozostały bezpieczne.

Jak podkreśla Primrose Freestone, „regularne mycie to pewność, że butelka będzie sprzymierzeńcem zdrowia, a nie zagrożeniem”. W świecie, w którym coraz częściej mówi się o odporności i zagrożeniach mikrobiologicznych, ten codzienny przedmiot zasługuje na większą uwagę. Czysta woda w czystej butelce to nie luksus, lecz standard.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródła: BBC Future (2025), Earth.com (2025), University of Leicester, Purdue University

 


Donald Trump na forum ONZ: Ruchome schody, „szwindel” klimatyczny i niespodziewany zwrot wobec Ukrainy

Donald Trump, nie zawiódł swoich fanów (i krytyków) podczas wizyty na 80. Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W przemówieniu pełnym kontrowersji podważył sens istnienia samej Organizacji Narodów Zjednoczonych, nazwał zmianę klimatu „największym szwindlem w historii” i zaskoczył wszystkich nagłym wsparciem dla Ukrainy. Ale to nie wszystko. Do historii przejdzie też anegdota o… ruchomych schodach, które zatrzymały się w połowie drogi, a Trump, jak to Trump, zamienił ten incydent w pełnoprawną metaforę geopolityki.

Donald Trump na 80. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ

„Jaki jest cel ONZ?” – Trump kwestionuje sens istnienia organizacji

Już na początku wystąpienia Trump nie szczędził gorzkich słów pod adresem ONZ. „Jaki jest cel Organizacji Narodów Zjednoczonych?” – zapytał retorycznie, wskazując, że nie doczekał się od instytucji żadnego uznania za swoje „osiągnięcia”. Zamiast medali czy pochwał, wspomniał o przykrym incydencie z ruchomymi schodami w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. „Wszystko, co dostałem od ONZ, to ruchome schody, które w drodze na górę zatrzymały się w połowie” – relacjonował, gestykulując energicznie. Dodał, że gdyby nie „świetna forma” pierwszej damy Melanii Trump, mogłaby upaść: „Gdyby pierwsza dama nie była w świetnej formie, upadłaby, ale jest w świetnej formie. Oboje jesteśmy w dobrej formie”.

Incydent miał miejsce tuż po przybyciu pary prezydenckiej do siedziby ONZ we wtorek rano. Ruchome schody nagle stanęły, zmuszając Trumpa i Melanię do wspinaczki pieszo. Biały Dom zasugerował, że mogło dojść do sabotażu, a rzeczniczka Karoline Leavitt stwierdziła, że „ktoś z ONZ mógł próbować wystawić prezydenta na pośmiewisko”. ONZ szybko zareagowało, wyjaśniając, że zatrzymanie aktywowało wbudowany mechanizm bezpieczeństwa, prawdopodobnie wywołany przez operatora kamery z ekipy Trumpa. „To nie sabotaż, a standardowa procedura” – zapewniło biuro prasowe organizacji, dementując teorie spiskowe, które natychmiast zalały media społecznościowe.

Zmiana klimatu? „Największy szwindel w historii” i „zielony scam”

Dużą część przemówienia Trump poświęcił krytyce polityki klimatycznej, powtarzając swoje ulubione tezy. Zmianę klimatu nazwał „największym con jobem [oszustwem] ever perpetrated in the world [jakie kiedykolwiek popełniono na świecie]” i „hoaxem”, a odnawialne źródła energii okrzyknął „żartem” i „zielonym scamem”. „Jeśli nie odejdziecie od tego zielonego oszustwa, wasz kraj upadnie” –– ostrzegał światowych liderów, zwracając się przy tym bezpośrednio do przywódców z ponad 150 państw.

Oberwało się też wiatrakom i panelom solarnym – według Trumpa hamują one rozwój gospodarki, są brzydkie, drogie i oparte na „błędnych prognozach robionych przez głupich ludzi”

Eksperci klimatyczni nie pozostawili tych słów bez odpowiedzi. Prof. Chris Rapley z University College London nazwał je „dezinformacją”, podkreślając, że dane naukowe jednoznacznie potwierdzają kryzys klimatyczny. Trump, jak w przeszłości, ignorował fakty – np. dane pokazują, że wiatr i słońce napędzają wzrost gospodarczy bez szkody dla środowiska. Jego słowa wywołały falę krytyki, ale też aplauz wśród sceptyków zmian klimatycznych.

„Rdzewiejące wiatraki” – Trump wraca do ulubionego tematu

Trump ponownie wrócił do swojego ulubionego klimatycznego wroga – wiatraków. Według niego „rdzewieją”, „kosztują fortunę” i „psują widok z każdego pola golfowego”. Szczególnie tego w Turnberry, w Szkocji. Wcześniej mówił też o „szalejących wielorybach” i „truciu ptaków” – więc tym razem i tak było względnie spokojnie.

Analitycy z sektora energetycznego przypominają, że nowoczesne turbiny mają żywotność 20–25 lat, a technologie recyklingu i konserwacji są coraz bardziej zaawansowane.

Ale fakty to jedno – a polityka to drugie. Słowa Trumpa wystarczyły, by akcje europejskich firm OZE na chwilę poleciały w dół.
„Trump walczy z wiatrakami jak Don Kichot. Z tą różnicą, że Don Kichot nie miał dostępu do kodów nuklearnych” – skomentował z przekąsem jeden z unijnych dyplomatów cytowany przez BBC.

Niejasne stanowisko wobec Ukrainy? Nagle – pełne wsparcie!

Największym zaskoczeniem była wypowiedź Trumpa na temat Ukrainy. Jeszcze niedawno mówił o szybkim zakończeniu wojny przez negocjacje z Putinem. Tym razem: zmiana tonu. – „Ukraina, z pomocą Unii Europejskiej, jest w pozycji, by odzyskać całą Ukrainę w jej oryginalnych granicach” – stwierdził.

Po spotkaniu z prezydentem Zełenskim dodał: – „Putin i Rosja są w dużych kłopotach ekonomicznych. To czas dla Ukrainy, by działać.”

W Kijowie przyjęto to z zadowoleniem – Zełenski pochwalił Trumpa jako „dobrze poinformowanego” i „konsekwentnego w przekazie”. Ale Kreml błyskawicznie zareagował: nazwał słowa Trumpa „szkodliwymi” i „eskalacyjnymi”. Rosyjskie MSZ oświadczyło, że „nie pozostaną one bez odpowiedzi”.

Czy to rzeczywisty zwrot w polityce USA? Niewykluczone. Czy przełoży się na więcej sprzętu i amunicji? To już inna sprawa.

Trump jak zawsze – nieprzewidywalny

Wystąpienie Donalda Trumpa na forum ONZ to mieszanka: retorycznego show (ruchome schody!), kontrowersji (klimat i wojna z wiatrakami), ataków na globalne instytucje i nieoczekiwanych zwrotów akcji (Ukraina). Czy to preludium do zmian w polityce USA? Świat wstrzymuje oddech. Jak zawsze z Trumpem – nigdy nie wiesz, co przyniesie następny tweet (albo post na Truth Social).

Dariusz Frach, thefad.pl / Artykuł przygotowany na podstawie doniesień z ABC News, NBC, AP, BBC, The New York Times, Time, The Guardian i innych wiarygodnych źródeł. thefad.pl nie ponosi odpowiedzialności za polityczne burze po lekturze


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję