Szukaj w serwisie

×

Krzysztof Skiba: Prezes popełnił śmiertelny błąd, stworzył potwora. „Kibol” dogaduje się z Konfederacją

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Próchno Dziadek z Żoliborza, powoli chyba orientuje się, że popełnił śmiertelny dla siebie błąd, namaszczając na prezydenta Kibola z Gdańska. I nie chodzi tu absolutnie o mroczną przeszłość Nawrockiego, jego śliskie kontakty z gangsterami, czy zabawne wpadki językowe. Sprawa jest o wiele poważniejsza. Nawrocki jako prezydent rośnie na prawicy w siłę i ponad głową Prezesa, dogaduje się z Konfederacją

Próchno Dziadek z Żoliborza, powoli chyba orientuje się, że popełnił śmiertelny dla siebie błąd, namaszczając na prezydenta Kibola z Gdańska. I nie chodzi tu absolutnie o mroczną przeszłość Nawrockiego, jego śliskie kontakty z gangsterami, czy zabawne wpadki językowe.

Nawrocki jako prezydent rośnie na prawicy w siłę i ponad głową Prezesa, dogaduje się z Konfederacją

Grafika: DF, thefad.pl / AI

Sprawa jest o wiele poważniejsza. Nawrocki jako prezydent rośnie na prawicy w siłę i ponad głową Prezesa, dogaduje się z Konfederacją. Nie od dziś wiadomo, że Kaczyński nie cierpi Sławka Hulajnogi, uważa go za postać szkodliwą i co jakiś czas wygłasza ośmieszające go, złośliwe opinie.

Tymczasem Miłośnik Ustawek, który wygrał konkurs piękności i tymczasowo zamieszkał w Belwederze, jest mentalnie i wiekowo bliżej lidera Konfy. Co więcej, Karol nie zapowiada się na faceta z plasteliny, jakim był Duduś, i raczej nie będzie kimś, kto da sobie narzucać wolę Jarozbawa w każdej kwestii. Nie zgodził się na przykład na konia trojańskiego w swojej kancelarii, jakim miał być ślepy wykonawca woli Prezesa, PiSowski najmita Czarnek.

Były bramkarz i bokser ma do tego ambicje i jest pazerny. Tych cech kompletnie pozbawiony był mydłkowaty Narciarz Dudi z Krakowa, który przy Nawrockim mógłby startować w Krajowym Konkursie Wymoczków.

O pazerności Nawrockiego świadczą jego rządy w IPN, gdzie narobił (jak wykazała kontrola NIK) niegospodarności na ponad 50 mln zł. Nie tylko uczył się angielskiego za państwowe pieniądze, podróżował po świecie jak rentier, szastał publiczną kasą jak Daniel Martyniuk forsą ojca, dokonywał nietrafionych zakupów, czy „za nasze” ukończył kurs MBA, ale bezwzględnie wyrzucał z pracy niepokornych historyków, zatrudniając w placówce naukowej, jaką jest IPN, znajomych… z klubów bokserskich.

W tej całej kolekcji monstrualnej prywaty brakuje już tylko numeru w stylu „zębów Obajtka”.

Nawrocki ma więc na przyszłość sprytny plan, który kryptociotkę Jarosławę wyautuje boleśnie poza polityczny ring. Wspólnie z Konfederacją, przechwyconym sprytnie PiS i Grigorijem „Gaśnicą” Braunem, wspierany stadionowo i ulicznie przez kiboli i przestępcze gangi, udające stowarzyszenia patriotyczne, otulony kościelnym kocykiem, stworzy nową siłę polityczną pod swoim biało-czerwonym bejsbolem.

Tak zmutowany ruch polityczny to będzie czysty faszyzm w nowym opakowaniu, który cofnie Polskę do XIX wieku. Żadna partia demokratyczna w konfrontacji z takim przemocowym ruchem nie będzie miała szans. Lewica i liberałowie zostaną zdeptani, a resztki PSL pobiegną przytulić się do butów marki New Rocky.

Polska, w ciągu kilku lat zarządzania przez tak uszyty Team Alfonsa, przestanie z pewnością pomagać Ukrainie, wyjdzie z UE, zbliży się do Rosji, ojczyzna dojona będzie mocniej niż za Ziobry i Morawieckiego (bo pod płaszczykiem ultrapatriotyzmu kradnie się najlepiej), osamotnieni w Europie staniemy się biednym bantustanem zarządzanym przez gangsterów, a sama Polska formalnie będzie nadal istnieć, ale narodzi się coś w stylu Faszystowskiej Republiki Bananowej, czyli rządów Kibolstanu połączonego z populistycznym stylem Trumpa.

Demokratyczny i wolny kraj stanie się sennym wspomnieniem. Będzie przaśnie, swojsko i z cebulą w zębach. Taki plan wydaje się nie tylko realny, ale też nie tak odległy w czasie.

Nadzieja w tym, że Prezes Kaczyński nie chce jednak być wysłany na emeryturę do DPS-u i nie da się ograć Dresowi i KonfedeRossji, a Tusk, Żurek, Domański i Sikorski doprowadzą skuteczną polityką rozliczeń i naprawiania gospodarki Partie Gnoma do poziomu poparcia dla Hołowni.

Pan Jarosław już teraz głośno daje znaki, że nie oczekuje od Karola pod choinkę prezentu w stylu pampersów dla dorosłych. Stąd gorączkowe wiece, krzyki i udawanie bardziej radykalnego ugrupowania niż Konfa. Stąd na imprezach PiS przydatny krzykacz, podręczny miłośnik napalmu Bąkiewicz.

Opiekun Kotów nadal jest w grze i ma duży posłuch na prawicy, ale dobrze wie, że za pieniądze PiS już narodził się niesterowalny Potwór, który go zje na podwieczorek.

Jeszcze czeka, jeszcze się uczy i nieszczerze uśmiecha, ale rewolwer już schowany pod poduszką. Było, Prezesie, kolejnego, posłusznego wymoczka wskazać na prezydenta, a nie głodnego skorpiona.

Krzysztof Skiba

 


Twoja szczoteczka do zębów to siedlisko bakterii. Jak często ją wymieniasz?

Twoja szczoteczka to mały ekosystem: wysychające, później znów zalewane włosie, odłamki jedzenia, ślina i ciepło łazienki. Wśród plastikowych „łodyg” żyją miliony mikroorganizmów — głównie takich, które już masz w ustach, ale czasem także niechciani goście z otoczenia. Pytanie brzmi nie „czy coś tam żyje”, tylko „czy to realnie szkodzi — i co z tym zrobić?”.

Fot. Henrik Lagercrantz / Unsplash

Co naprawdę żyje na szczoteczce

Badacze, którzy sekwencjonowali mikrobiom zużytych szczoteczek, liczyli od około 1,4 do nawet 11,9 miliona jednostek tworzących kolonie na jedną sztukę. Skład zależy od wieku użytkownika i czasu używania, a rodzaj włosia ma mniejsze znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Najczęściej są to „nasi” stali bywalcy jamy ustnej, ale z czasem dołączają też drobnoustroje z otoczenia.

Dobra wiadomość jest taka, że dla większości zdrowych osób ten mikroświat nie przekłada się automatycznie na choroby. Amerykańskie Towarzystwo Stomatologiczne podkreśla, że choć szczoteczki mogą nosić bakterie — włącznie z tymi pochodzącymi z toalety — brakuje dowodów, by same w sobie powodowały niekorzystne skutki zdrowotne. Gorsza wiadomość: im starsza i bardziej postrzępiona szczoteczka, tym łatwiej gromadzi wilgoć i resztki, które podtrzymują życie mikrobów.

Chmura z toalety: ile w tym realnego ryzyka

Łazienka to środowisko ciepłe i wilgotne. Każde spłukanie muszli tworzy gwałtowny pióropusz aerozolu: struga unoszących się cząstek potrafi wzbić się na około 1,5 metra w kilka sekund, a mniejsze drobiny zostają w powietrzu dłużej. To nie znaczy, że każda szczoteczka stojąca na blacie „złapie” patogen, ale fizyka tego zjawiska jest dobrze udokumentowana.

W przestrzeniach współdzielonych ryzyko zanieczyszczeń wzrasta. W badaniach prowadzonych w akademikach ponad połowa szczoteczek trzymanych w wspólnych łazienkach nosiła ślady bakterii kałowych, często nie od właściciela szczoteczki. To nie wyrok, ale sygnał, by zadbać o higienę przechowywania.

Jak przechowywać i czyścić, żeby miało to sens

Zasada numer jeden jest banalna i skuteczna: po myciu opłucz główkę, odstaw szczoteczkę pionowo i pozwól jej wyschnąć na powietrzu. Unikaj zamykanych etui na stałe — wilgoć sprzyja namnażaniu drobnoustrojów. Nie dziel się szczoteczką z innymi i nie stykaj jej główką z cudzą.

Jeśli chcesz ograniczyć obciążenie bakteriami, możesz sięgnąć po proste domowe protokoły. Krótkie moczenie główki w antyseptycznym płynie (np. 0,12% chlorheksydyna) lub w roztworze octu o niskim stężeniu istotnie redukuje liczbę mikrobów. Mikrofala i zmywarka bywają skuteczne w laboratorium, ale mogą uszkodzić włosie — rozsądniej trzymać się namaczania i dokładnego suszenia.

Kiedy wymienić szczoteczkę

Tu nie ma wielkiej filozofii: wymieniaj co trzy–cztery miesiące albo wcześniej, jeśli włosie się rozcapierza. To moment, w którym skuteczność czyszczenia spada, a jednocześnie — co pokazują badania mikrobiologiczne — liczba bakterii na szczoteczce osiąga „plateau” po około dwunastu tygodniach. Prosta wymiana jest zwykle lepsza niż obsesyjne sterylizowanie wiekowego plastiku.

A mikrobiom przyjazny dla nas?

Na horyzoncie widać też koncepcje bardziej „biologiczne”: powłoki probiotyczne na włosiu i pasty, które wspierają korzystne bakterie (np. Streptococcus salivarius) i konkurują ze szczepami próchnicotwórczymi. To ciekawy kierunek, ale wciąż wymagający rzetelnych badań zanim trafi do codziennej praktyki.

To w końcu: panika czy spokojna higiena?

Zamiast straszyć, trzymajmy się faktów. Szczoteczka rzeczywiście żyje, ale w typowych warunkach bardziej liczy się technika i regularność mycia niż lęk przed mikrobami. Pomóż sobie prostymi nawykami: odkładaj szczoteczkę dalej od strefy rozprysków, nie zamykaj jej mokrej, nie pożyczaj, wymieniaj co kwartał. To wystarczy, by miniaturowy ekosystem pracował na Twoją korzyść, a nie przeciwko Tobie.

DF, thefad.pl / Źródło: American Dental Association; Scientific Reports (2022); PMC – Aerosol generation by flush toilets ; ScienceDaily – ASM 2015; PubMed – mikrobiom szczoteczek

 


Przełom w bateriach litowych. Globalny wyścig o baterie nowej generacji właśnie przyspieszył

Chińscy naukowcy z Uniwersytetu Nankai dokonali przełomu, który może na nowo zdefiniować rynek pojazdów elektrycznych i magazynów energii. W amerykańskim czasopiśmie „Journal of the American Chemical Society” opisali żelowy elektrolit do baterii litowych, dzięki któremu ogniwa w testach laboratoryjnych utrzymywały ponad 80 procent pojemności po 2500 cyklach i działały stabilnie przez ponad 9000 godzin. To jeszcze nie produkt z taśmy, ale wiarygodny sygnał, że akumulatory mogą pracować dłużej i bezpieczniej.

Przełom w bateriach litowych. Globalny wyścig o baterie nowej generacji właśnie przyspieszył

Fot. (Joenomias) Menno de Jong / Pixabay

Co właściwie zrobili badacze z Nankai

W centrum chińskiej innowacji jest fluorowany, głęboko eutektyczny elektrolit żelowy. W praktyce zastępuje on klasyczny, łatwopalny płyn gęstym układem, który na powierzchni anody tworzy stabilną warstwę ochronną i porządkuje migrację jonów litu. To właśnie ten „porządek” przekłada się na wolniejsze zużycie i większą odporność na temperaturę. W publikacji pojawiają się twarde liczby: symetryczne ogniwa Li||Li pracowały stabilnie ponad 9000 godzin, a w układzie z katodą LFP po 2500 cyklach zachowano ponad 80 procent pojemności. Autorzy wskazują też na stabilność w okolicach 80°C przez setki cykli, ale nadal mówimy o małych komórkach testowych, nie o gotowych modułach do aut. To ważne rozróżnienie: chemia wygląda obiecująco, industrializacja dopiero przed nami.

Korea odpowiada „klockami”, które można szybciej wdrożyć

W Korei Południowej równolegle rozwijają się rozwiązania projektowane pod kompatybilność z istniejącymi liniami produkcyjnymi. Zespół Korea University pokazał ultracienką powłokę ze związków srebra dla systemów z metalicznym litem. W testach laboratoryjnych ogniwa utrzymywały około 96 procent pojemności po 1300 pełnych cyklach, co sugeruje ograniczenie wzrostu dendrytów i bardziej uporządkowane osadzanie litu. To nie jest „magiczny” przeskok, ale bardzo praktyczna ścieżka do bezpieczniejszego, powtarzalnego szybkiego ładowania.

Drugi kierunek wyznaczył wspólny projekt UNIST, Korea University i KIST. Hybrydowa anoda łączy grafit z zakrzywionymi nanografenami, tak aby jony litu „wpinały się” sekwencyjnie: najpierw w nanosheety, potem w grafit. Taka architektura ogranicza powstawanie tzw. martwego litu przy wysokich prądach i stabilizuje pojemność podczas szybkiego ładowania. Jeśli wyniki utrzymają się w większych formatach, to właśnie takie „klocki” — powłoki, hybrydowe anody, ulepszone interfejsy — najszybciej trafią do seryjnych pakietów.

Solid-state: gęstość 600 Wh/kg robi wrażenie, ale skala wciąż jest wąskim gardłem

Na horyzoncie majaczą baterie półprzewodnikowe ze stałym elektrolitem, które łączą wyższą gęstość energii z bezpieczeństwem. Ostatnio chiński Chery zaprezentował prototypowy moduł o deklarowanej gęstości 600 Wh/kg. W pokazach branżowych moduł przechodził agresywne próby bezpieczeństwa, w tym penetrację gwoździem, bez oznak zapłonu. Firma mówi o pilotażu już w 2026 roku i szerszym wdrożeniu rok później, ale to wciąż deklaracje producenta, a nie parametry z homologowanych aut. Rynek widział już wiele odważnych slajdów; tu kluczowe będą koszt, powtarzalność i niezawodność w cyklu życia.

W tle toczy się równie ważna, mniej widowiskowa praca nad materiałami stałych elektrolitów. Badacze zwracają uwagę, że popularny tlenkowy LLZTO ma bardzo niską przewodność cieplną — rzędu pojedynczych W/mK, wielokrotnie niższą niż w metalach — co komplikuje zarządzanie ciepłem w gęsto „upakowanych” ogniwach. Nawet najlepsza jonika nie wystarczy, jeśli w seryjnej produkcji nie opanujemy odprowadzania ciepła przy dużych prądach.

Co to znaczy dla kierowców i energetyki „tu i teraz”

Najbliższa przyszłość to raczej ewolucja niż rewolucja. Do salonów szybciej trafią rozwiązania poprawiające „wnętrze” dzisiejszych akumulatorów — bezpieczniejsze elektrolity żelowe, cienkie powłoki kierujące strumień jonów, sprytne hybrydowe anody — niż pełne systemy solid-state. Dla użytkownika to konkret: wolniejsze starzenie się pakietu, stabilniejsze szybkie ładowanie również w upale, mniejsze ryzyko zdarzeń termicznych. A jeśli część dzisiejszych wyników z Nankai i Korei utrzyma się w dużych formatach, skorzystają na tym nie tylko zasięgi samochodów, lecz także trwałość domowych i sieciowych magazynów energii.

 


Szamba betonowe – praktyczne rozwiązanie dla inwestycji deweloperskich

Wszyscy inwestorzy budowlani powinni dokładnie przeczytać ten artykuł. Jeśli jesteście właśnie na etapie kończenia dużej inwestycji mieszkaniowej, obejmującej zespół domów jednorodzinnych lub bliźniaków, z pewnością wiecie, że trzeba jeszcze zadbać o system odprowadzania ścieków. To element, którego nie można pominąć – bez sprawnie działającej infrastruktury sanitarnej nawet najlepiej zaprojektowane osiedle nie zostanie w pełni odebrane i oddane do użytkowania.

Szamba betonowe dla deweloperów: szybki montaż, zgodność z normami i realne oszczędności wobec przyłączy kanalizacyjnych. Sprawdzone rozwiązanie dla nowych osiedli

Dwa sposoby rozwiązania kwestii ścieków

W praktyce macie do wyboru dwa rozwiązania:

  1. Budowę przyłączy kanalizacyjnych i podłączenie inwestycji do gminnej sieci,
  2. Lub zastosowanie szczelnych szamb betonowych – jednego dla każdego domu lub kilku większych zbiorników dla całego zespołu budynków.

Drugi wariant okazuje się często bardziej opłacalny finansowo i technicznie. Nie wymaga kosztownej dokumentacji technicznej, zezwoleń, długich terminów oczekiwania ani udziału gminy w procesie budowy sieci kanalizacyjnej.

Szambo betonowe – oszczędność i prostota

Koszt montażu betonowego zbiornika na ścieki, wraz z wykonaniem wykopu i podłączeniem do instalacji domowej, to średnio około 1000–1300 zł na właściciela.
Dla porównania, koszt przyłącza do kanalizacji gminnej często wynosi kilkanaście tysięcy złotych na jeden budynek, nie licząc opłat za projekt i dokumentację.

Szamba betonowe są więc rozwiązaniem nie tylko tańszym, ale i szybszym w realizacji. Wystarczy jeden dzień, by wykonać montaż u klienta – od przyjazdu ekipy po gotowy zbiornik.

Trwałość i zgodność z normami

Nowoczesne szamba betonowe produkowane są z betonu najwyższej klasy, wzmocnionego stalowym zbrojeniem i pokrytego izolacją bitumiczno-kauczukową.
Są całkowicie szczelne i spełniają surowe normy ochrony środowiska, dlatego idealnie nadają się do zastosowań deweloperskich i inwestycji o większej skali.

Dzięki prostemu systemowi kontroli i okresowego wywozu, zapewniają niezawodność oraz bezpieczeństwo użytkowania przez wiele lat.

Podsumowanie

Dla deweloperów szukających ekonomicznych i sprawdzonych rozwiązań, szambo betonowe to realna alternatywa dla kanalizacji gminnej.
Niższe koszty, prostsza procedura, szybki montaż i pełna zgodność z przepisami to argumenty, które przemawiają same za siebie.

Jeśli kończysz inwestycję i szukasz sprawdzonego partnera w zakresie dostawy i montażu szamb, postaw na ABC Szamba Betonowe – producenta właściela marki szamba betonowe EXPERT, który łączy solidność wykonania z terminowością i doświadczeniem. 

 


„FT” ujawnia kulisy kłótni Trumpa z Zełenskim. Padły krzyki, przekleństwa i żądanie oddania Donbasu

To miało być rutynowe spotkanie sojuszników, a przerodziło się w test granic dyplomatycznej cierpliwości. Jak relacjonuje „Financial Times”, piątkowe rozmowy prezydenta USA Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim w Białym Domu, 17 października 2025 roku, dalekie były od kurtuazji. Dziennik, powołując się na kilka osób zaznajomionych z przebiegiem wydarzeń, opisuje „krzykliwą wymianę zdań”, odrzucanie przez Trumpa map z aktualną linią frontu oraz wulgaryzmy, które miały padać w trakcie rozmów. Stawką nie była jedynie forma, ale kierunek amerykańskiej polityki wobec wojny w Ukrainie i jej konsekwencje dla europejskiego bezpieczeństwa.

burzliwe spotkanie Trump–Zełenski w Białym Domu

Fot. thefad.pl

Od map do ultimatum. Co, według „FT”, działo się w Gabinecie Owalnym

Według rozmówców „FT” Donald Trump miał kilkukrotnie odsuwać na bok materiały briefingowe przedstawiające sytuację na froncie i wracać do jednej tezy: Kijów powinien zgodzić się na oddanie całego Donbasu Władimirowi Putinowi. To, co po stronie ukraińskiej przedstawiano jako scaloną argumentację opartą na danych z pola walki, w relacji urzędników cytowanych przez „FT” trafiało na twardą ścianę, przekonanie, że Ukraina i tak przegrywa, więc porozumienie jest nieuniknione. W tym kontekście padało ostrzeżenie przypisywane Trumpowi, kierowane bezpośrednio do Zełenskiego, że „jeśli [Putin] będzie chciał, zniszczy cię”. To zdanie, choć anonimowo zrelacjonowane, ustawia ton całego spotkania: mniej rozmowa sojuszników, bardziej brutalna konfrontacja perspektyw.

Telefon do Moskwy dzień wcześniej i „echo Kremla” w Białym Domu

Kontekst jest istotny. Dzień przed spotkaniem Trump rozmawiał telefonicznie z Putinem. Jak podaje „Financial Times”, część argumentów rosyjskiego przywódcy miała wracać w piątkowej rozmowie z Zełenskim niemal słowo w słowo. To właśnie ta zbieżność, na którą zwracają uwagę europejscy urzędnicy cytowani przez gazetę wywołała konsternację po stronie ukraińskiej i w stolicach sojuszniczych. Jeszcze niedawno Trump publicznie akcentował słabości rosyjskiej armii; teraz, w relacji FT, jego tezy miały bliżej do kalkulacji Kremla niż do wcześniejszych deklaracji gospodarza Białego Domu.

Tomahawki, które nie przylecą. I propozycja „zamrożenia” linii frontu

Zełenski przyjechał do Waszyngtonu z konkretną prośbą: dalekosiężne pociski manewrujące Tomahawk. W ukraińskiej ocenie mogłyby one zrównoważyć przewagi przeciwnika i wzmocnić pozycję negocjacyjną. Według „FT” Trump miał jednak odmówić. Równolegle, jak relacjonuje Reuters, w Białym Domu pojawił się wątek „zamrożenia” walk na obecnych liniach i ewentualnych gwarancji bezpieczeństwa. W praktyce taki wariant oznaczałby uznanie stanu faktycznego na froncie bez rozstrzygnięcia sporu terytorialnego. Dla Ukrainy to co najwyżej przystanek, dla Moskwy taktyczny oddech, dla Europy zaś długą pauzę z niepewnym finałem. Po rozmowach Trump publicznie mówił, że konflikt można zakończyć na linii obecnego frontu; Zełenski określił ten punkt jako „ważny”, nie składając jednocześnie żadnych obietnic w sprawie ustępstw terytorialnych.

Co proponował Kreml. „Wymiana” Donbasu na skrawki południa

Według „FT” telefoniczna rozmowa Trump–Putin przyniosła nową propozycję Moskwy. W największym skrócie: Ukraina miałaby oddać pozostające pod jej kontrolą tereny w Donbasie, a w zamian otrzymać niewielkie obszary przyfrontowe w obwodach chersońskim i zaporoskim. Gazeta zaznacza, że to „ustępstwo” wobec wcześniejszych postulatów Kremla, ale merytorycznie chodzi o oddanie regionu, którego Rosji nie udało się w pełni zdobyć od 2022 roku. W tym sensie cena byłaby dla Kijowa politycznie zabójcza, a dla Putina propagandowo bezcenna. Cytowani przez „FT” urzędnicy oceniają, że to scenariusz społecznie nie do przyjęcia i potencjalny detonator wewnętrznych podziałów.

„Czerwone linie” Kijowa i głos Mereżki

Ołeksandr Mereżko, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Najwyższej, w rozmowie z „FT” mówi jasno: oddanie Donbasu bez walki nie ma akceptacji społecznej i byłoby prezentem dla rosyjskiej strategii rozrywania jedności Ukrainy od środka. Ta wypowiedź dobrze porządkuje ukraińską perspektywę. Spór nie sprowadza się do geograficznej układanki, tylko do pytań o suwerenność, bezpieczeństwo i wiarygodność państwa, które od trzech lat odpiera pełnoskalową agresję. „Kompromis terytorialny” w tej logice nie przynosi pokoju, lecz ryzyko kolejnej wojny — z gorszej pozycji.

Europejska konsternacja. Mniej wiary, więcej kalkulacji

Po stronie europejskiej, jak wynika z relacji „FT”, przeważał chłodny pragmatyzm podszyty niepokojem. Trzech urzędników zaznajomionych z rozmowami w Białym Domu opisuje postawę Trumpa jako twardą i konfrontacyjną, a nastrój Zełenskiego po spotkaniu jako wyraźnie pesymistyczny. Nadzieje, że amerykańska administracja szybko zwiększy wsparcie dla Kijowa, dostały rysę. Zarazem nikt nie pali mostów. W stolicach UE rośnie świadomość, że jeśli Waszyngton będzie forsował zamrożenie frontu, to Europa będzie musiała więcej zainwestować w obronę, energetykę i odbudowę, tak by nie legitymizować agresji, a jednocześnie nie porzucić Ukrainy w politycznej próżni.

Co wiemy na pewno, a co pozostaje w cieniu

Warto zachować reporterską ostrożność. Wiarygodne i możliwe do zweryfikowania jest to, że „Financial Times” szczegółowo opisał burzliwe spotkanie i naciski na ustępstwa terytorialne, a Reuters streścił te ustalenia i dodał wątek rozmowy o zamrożeniu frontu oraz gwarancjach bezpieczeństwa. Jednocześnie cały obraz składa się z relacji anonimowych urzędników i nie ma oficjalnych transkryptów, a komunikaty stron są oszczędne. Na dziś najważniejszy jest fakt polityczny: po wizycie w Białym Domu nikt poważny nie może udawać, że spór o definicję „pokoju” na Ukrainie da się rozwiązać jednym uściskiem dłoni.

Zełenski po rozmowach: apel o „zdecydowane działania”

W niedzielnym oświadczeniu prezydent Ukrainy wezwał do „zdecydowanych działań” ze strony Stanów Zjednoczonych, Europy oraz państw G7 i G20. To komunikat zwięzły, bez odniesień do szczegółów piątkowych rozmów, ale znaczący. Jeśli Waszyngton będzie skłaniał się ku zamrożeniu frontu, Kijów będzie naciskał na realne gwarancje bezpieczeństwa i wzmocnienie obrony powietrznej, bo tylko to pozwala przetrwać pauzę bez utraty suwerenności.

DF, thefad.pl / Źródła: Financial Times, Reuters, The Daily Beast (opublikowane 19 października 2025 r.)


Schröder przed komisją. „FAZ”: brak szacunku dla parlamentu, bezczelność wobec Polski

Jacek Lepiarz

Były kanclerz Gerhard Schröder swoimi wypowiedziami przed komisją śledczą „sam siebie zdemaskował”, a jego słowa pod adresem Polski są bezczelnością – pisze w sobotę niemiecka gazeta „FAZ”.

Uroczystość otwarcia gazociągu Nord Stream w Lubminie, 8 listopada 2011 r. / Kremlin.ru. Licencja: CC BY 4.0

„Gdy Gerhard Schröder na pytanie o jego kontakty z biznesem odpowiada posłom »nie wasz interes«, to jest to dowód na brak szacunku dla parlamentu. A jego uwaga, że zastrzeżenia polskiego rządu wobec gazociągu przez Bałtyk »nie interesowały go«, jest bezczelnością wobec kraju sąsiedniego, który w przeciwieństwie do Rosji jest sojusznikiem Niemiec” – pisze Reinhard Veser w komentarzu opublikowanym w sobotę na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ).

Komentarz dotyczy zeznań Schrödera złożonych w piątek (17.10.2025) przed komisją śledczą parlamentu krajowego Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Były kanclerz bronił projektu budowy gazociągu Nord Stream 2, przekonując, że chodziło o uniezależnienie niemieckiego zaopatrzenia w energię od energii jądrowej i węglowej oraz o pozyskiwanie gazu ziemnego z Rosji „po rozsądnych cenach”.

„Od Schrödera trudno było oczekiwać refleksji. Do przewidzenia była też jego niechęć do wyjaśnienia działalności fundacji ds. klimatu, która w rzeczywistości była przykrywką dla wspierania polityki energetycznej Moskwy” – pisze Veser. Pomimo tego, wystąpienie byłego kanclerza przed komisją nie było stratą czasu, gdyż pozwoliło zajrzeć głęboko w sposób myślenia i działania stworzonej przez niego siatki służącej interesom rosyjskiego reżimu, a poważnie szkodzącej Niemcom.

Swoją postawą Schröder przyczynił się do ugruntowania historycznie uzasadnionej nieufności Polaków wobec Niemiec także w proeuropejskich kręgach – podkreślił Veser. To, że świadome ignorowanie polskich interesów nazywa „polityką pokojową”, demaskuje go – pisze w konkluzji komentator „FAZ”.

Przed komisją Schröder nazwał ówczesną współpracę gospodarczą z Rosją „polityką pokojową”, która powinna być kontynuowana również dzisiaj.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Kolor ma moc! Czy barwy naprawdę podkręcają uwagę?

Użycie koloru podnosi poziom zaangażowania w nauce o 40 proc., a rozumienia przekazu o 73 proc. Kolorowe reklamy czyta się o ponad 40 proc. częściej niż czarno-białe. To liczby z branżowych opracowań, więc traktuj je jak drogowskazy, nie prawo grawitacji. Kierunek jest jednak jasny: barwa to skrót do mózgu. Kolor działa szybciej niż tekst. Łapie spojrzenie, ułatwia rytm czytania. A w erze scrolla wygrywa ten, kto pierwszy złapie wzrok.

Kolor ma moc. Jak barwy naprawdę podkręcają uwagę

Fot. thefad.pl / AI

Kolor to język, nie dekoracja

Pomyśl o stronie czy aplikacji jak o rozmowie z czytelnikiem. Niebieski potrafi uspokoić i budować zaufanie, czerwień głośno prosi o uwagę, zieleń daje poczucie bezpieczeństwa. Ten sam zielony na jasnym, spokojnym tle działa łagodnie; na krzykliwej planszy pełnej efektów łatwo ginie w hałasie. Czerwony przycisk działania na prostej, przejrzystej stronie natychmiast się wyróżnia, ale wśród wielu migających reklam może przestać być widoczny. Kolor działa najlepiej wtedy, gdy ma konkretne zadanie: prowadzi wzrok, porządkuje treść i jasno pokazuje, gdzie kliknąć.

Ten sam kolor, różne światy

Symbolika barw nie jest uniwersalna. Zieleń bywa w islamie kolorem raju i łagodności. W kulturze katolickiej biel symbolizuje światło i świętość, co potwierdzają kolory szat liturgicznych. W wielu europejskich kodach biel to niewinność, podczas gdy w Chinach od wieków towarzyszy żałobie. Ten sam odcień może więc uspokajać jednych, a u innych budzić dysonans. Projektując komunikat, myślmy o palecie jak o języku: znaczenia zmieniają się wraz z odbiorcą, miejscem i momentem.

Czerwony kontra zielony: historia jednego kliknięcia

Dwa identyczne ekrany. Różni je tylko kolor przycisku „Get started now”. Zielony kojarzy się ze spokojem, czerwony krzyczy „kliknij teraz”. W głośnym teście HubSpota wygrała czerwień: około 21 procent więcej kliknięć. Nie dlatego, że czerwony jest magiczny, tylko dlatego, że na tej konkretnej stronie był lepiej widoczny. Wniosek? Sprawdzaj na własnej publiczności. U jednych zadziała czerwień, u innych ciemna zieleń, a gdzie indziej chłodny niebieski, który przyciągnie wzrok szybciej niż animacja.

Kolor jako mapa dla mózgu

W dydaktyce barwy nie „upiększają”, tylko skracają dystans między nagłówkiem a zrozumieniem. Podbijają hierarchię, odciążają pamięć roboczą i przyspieszają dekodowanie. Zamiast tęczy lepiej działa konsekwentna semantyka: stały kolor definicji, inny dla przykładów, wyraźny akcent ostrzeżeń. To, co zapali się w pierwszej sekundzie, decyduje, czy odbiorca wejdzie w temat, czy odjedzie myślami.

Kolor w codziennym życiu: jak łatwo nas „łapie”

Na półce sklepowej czerwone cenówki podbijają wrażenie okazji, nawet gdy obniżka jest symboliczna. Zielone etykiety potrafią dodać „eko-aurę”, choć skład bywa zwyczajny. Ciemny niebieski i błękit w bankowości kojarzą się z bezpieczeństwem i spokojem. i błękity pachną bezpieczeństwem, więc chętniej zostawiamy tam dane i pieniądze. Na portalach informacyjnych nasycone nagłówki budzą emocje i klik, zanim zdążymy zapytać o źródła. To nie magia, tylko szybka ścieżka: kolor wywołuje odczucie wcześniej, niż pojawią się argumenty.

Jak nie dać się zrobić na kolor

Zrób pauzę na pół sekundy. Jeśli coś krzyczy czerwienią „kup teraz”, spójrz na cenę po rabacie i tę sprzed przeceny, realny procent obniżki. Przy zielonych etykietach czytaj skład i sprawdzone certyfikaty (np. EU Ecolabel), udział procentowy kluczowych składników i kraj pochodzenia. W bankowości liczy się RRSO, prowizje, miesięczne opłaty i ewentualne kursy wymiany. Kolor tła nie ochroni portfela. Na portalach informacyjnych sprawdzaj źródło, datę i dane w treści, a nie tylko nasycony nagłówek. W socialach alarmowe kolory i ostre kontrasty mają nas zatrzymać. Jeśli po kliknięciu treść nie dowozi, właśnie wygrał algorytm, nie informacja.

Smaczki z kultury i poptechu

Facebook jest niebieski nie dlatego, że focus group pokochał błękit, tylko dlatego, że Mark Zuckerberg jest daltonistą w zakresie czerwieni i zieleni. Niebieski widzi najlepiej. Przypadek zamienił się w tożsamość giganta. Podobnie działa „purpurowy” Twitch, „czerwony” Netflix czy „zielona” aura Spotify. Paleta staje się skrótem do marki szybciej niż slogan. A co roku Pantone — twórca globalnego systemu numerowania kolorów — wskazuje „kolor roku”, który często uruchamia falę kampanii, modeli ubrań i filtrów w social mediach. Barwy naprawdę nadają tempo trendom.

Zasady, które działają także po 23:00 w ciemnym pokoju

Kolor ma moc tylko wtedy, gdy nie zabija czytelności. Kontrast to świętość, tak samo jak spójność. Identyczne funkcje muszą mieć identyczne barwy. Pamiętaj o trybie ciemnym, w którym wczorajszy idealny fiolet może stać się koszmarem. Używaj koloru jako sygnału, ale nie jako jedynego nośnika informacji. Link niech będzie nie tylko niebieski, lecz także podkreślony. Wtedy barwa staje się drogowskazem, nie hakiem.

Mity i fakty

Test kolorów Luschera” polegał na układaniu próbek barw od najbardziej do najmniej lubianej. Jego autor twierdził, że ta kolejność zdradza cechy osobowości, poziom stresu i potrzeby. Przez lata bywał używany nawet przy rekrutacji pracowników jako szybki „screening”. Dziś psychologia ocenia go krytycznie — ma słabą rzetelność i nie daje wiarygodnych wniosków o człowieku. Dlatego traktujmy go jako ciekawostkę z historii, a o wpływie koloru mówmy tam, gdzie da się to zmierzyć: w testach na prawdziwych odbiorcach.

Koniec końców barwa jest językiem, którym świat mówi do nas na najbardziej podstawowym, niemal pierwotnym poziomie. Zanim było słowo, był sygnał: czerwień dojrzałego owocu i ognia, zieleń obiecująca wodę i schronienie, błękit nieba dający spokój. Dziś ten sam kod, głęboko wpisany w naszą biologię, działa z równą mocą w supermarkecie, w aplikacji bankowej i na przejściu dla pieszych. Kolory są cichymi filtrami, przez które widzimy świat, i narzędziami, którymi go kształtujemy. Świadomość tej mocy to klucz nie tylko do skutecznej komunikacji, lecz także do uważniejszego czytania codzienności, która nieustannie mieni się znaczeniami.

DF, thefad.pl 


Wojna zużycia: co czeka Ukrainę, Rosję i Polskę

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Trzy i pół roku po 24 lutego 2022 r. wojna wchodzi w bezlitosny etap zużycia — o losie frontu decydują nie bohaterowie, lecz amunicja, OPL i tempo rotacji. Zachód wraca z ciężkim kalibrem — pakiet USA, decyzje szczytu NATO, pierwsze F-16 nad ukraińskim niebem — podczas gdy Rosja pompuje rekordowe miliardy w machinę wojenną. Na Morzu Czarnym korytarz żeglugowy znów bije rekordy, drony uderzają w rafinerie, a Polska — z „Tarczą Wschód” i konsultacjami z art. 4 — przestaje być zapleczem i staje twarzą w twarz z ryzykiem frontu

Trzy i pół roku po 24 lutego 2022 r. wojna rosyjsko-ukraińska stała się konfliktem zużycia: o wyniku bitew decydują amunicja, obrona przeciwlotnicza (OPL) i rotacja ludzi. Zachód odbudowuje pomoc, Ukraina wzmacnia niebo i lotnictwo, a Rosja budżetową pompą podtrzymuje machinę wojenną. Dla Polski to już nie tylko rola zaplecza, lecz realne ryzyko frontu.

Wojna wyczerpująca i okno 2024–2025

Na tym etapie to konflikt o charakterze wyczerpującym, z przeplataniem okresów ofensyw i długich tygodni artyleryjnych „młynków”. Po ukraińskiej kontrofensywie 2023 r. inicjatywa operacyjna silniej przeszła w 2024 r. do Rosji: w lutym Ukraina wycofała się z Awdijiwki, by uniknąć okrążenia, a w maju Moskwa otworzyła nowy kierunek natarcia w obwodzie charkowskim, szturmując rejon Wołczańska i Łypci. Latem 2024 r. front tam ustabilizowano, ale zysk terytorialny Rosji był najbardziej zauważalny od kilkunastu miesięcy. Te epizody pokazały, jak bardzo wynik działań zależy dziś od amunicji, OPL i rotacji — trzech zasobów szczególnie deficytowych po stronie Kijowa na przełomie zimy i wiosny 2024 r.

Powrót ciężaru Zachodu: USA, NATO i F-16

Wiosną 2024 r. nastąpiło odbicie zachodniej pomocy. W kwietniu Kongres USA przyjął pakiet wsparcia dla Ukrainy (ok. 61 mld dol. dla komponentu ukraińskiego w pakiecie zagranicznym), co odblokowało dostawy amunicji i części zamiennych. Na szczycie NATO w Waszyngtonie (9–11 lipca 2024 r.) sojusznicy ogłosili minimalny pułap 40 mld euro wsparcia wojskowego „w ciągu następnego roku” oraz powierzyli NATO koordynację szkolenia i wsparcia (NSATU) — rozwiązanie nazwane „mostem do członkostwa” Ukrainy. Równolegle ruszyły dostawy F-16 z Danii i Holandii — pierwsze maszyny dotarły latem 2024 r. W 2025 r. kontynuowano transfery; zapowiedziano również przekazanie ograniczonej liczby Mirage 2000-5, choć szczegóły pozostają niejednoznaczne i opierają się głównie na doniesieniach prasowych. Te kroki nie odwracają z dnia na dzień przewagi liczebnej i ogniowej Rosji, ale domykają luki: zwiększają odporność ukraińskich miast na zmasowane ataki i rozszerzają wachlarz środków odstraszania na średnim dystansie.

Mobilizacja i gospodarka wojny po obu stronach

Kijów przeprowadził trudne reformy mobilizacyjne: wiosną 2024 r. obniżono wiek poboru do 25 lat i uszczelniono rejestrację, by zapełnić luki kadrowe — choć kwestia demobilizacji po długiej służbie wciąż czeka na systemowe rozwiązanie. Po drugiej stronie Rosja zwiększyła wydatki obronne do najwyższych poziomów od końca zimnej wojny: rządowy plan na 2025 r. przewidywał ok. 6,3% PKB na „obronę narodową”, a łącznie „obrona” i „bezpieczeństwo” pochłaniały około jedną trzecią wydatków federalnych. Ten „keynesizm wojenny” doraźnie wzmacnia przemysł i rekrutację, kosztem narastających napięć fiskalnych.

Morze Czarne i drony: ekonomia odwetu

Po upadku umowy zbożowej Ukraina własnymi siłami uruchomiła „tymczasowy korytarz” żeglugowy wzdłuż wybrzeży Rumunii i Bułgarii. W grudniu 2023 r. miesięczne wysyłki z portów czarnomorskich sięgnęły ok. 4,8 mln ton, co po raz pierwszy przebiło poziomy z okresu mechanizmu ONZ. W kolejnych miesiącach korytarz ustabilizowano, podtrzymując dochody z agroeksportu mimo stałego ostrzału portów. Równolegle kampania dronowa wymierzona w rosyjskie rafinerie i logistykę paliw okresowo ograniczała zdolności przetwórcze i podnosiła koszty po stronie agresora; to nie rozstrzyga wojny, ale zwiększa jej ekonomiczną cenę.

Polska: bezpieczeństwo, finanse, społeczeństwo i handel

We wrześniu 2025 r., po naruszeniach polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony, Warszawa uruchomiła konsultacje z sojusznikami z art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego. Incydent unaocznił, że Polska — z „korytarzem rzeszowskim” i bazami przy granicy — nie jest wyłącznie zapleczem, lecz państwem bezpośrednio narażonym na skutki wojny. Nic dziwnego, że rząd forsuje wzmacnianie OPL (w tym w ramach europejskich inicjatyw) i buduje „Tarczę Wschód” — program do 2028 r. wart ok. 10 mld zł, obejmujący fortyfikacje, bariery inżynieryjne oraz sieci rozpoznania i przeciwdziałania dronom na granicy z Białorusią i obwodem kaliningradzkim.

Drugi wymiar to finanse publiczne i modernizacja wojska. Polska od 2024 r. wydaje powyżej 4% PKB na obronę — najwyższy udział w NATO — co przyspiesza zakupy (artyleria, OPL, lotnictwo) i rozwój przemysłu. Cena fiskalna jest realna: koszty obsługi długu i wysoki udział wydatków „twardych” ograniczają elastyczność budżetu i mogą wypychać wydatki cywilne, od zdrowia po inwestycje komunalne.

Trzeci wymiar to społeczeństwo i rynek pracy. Polska przyjęła największą liczbę uchodźców z Ukrainy w UE — około miliona osób z aktywną ochroną tymczasową — i utrzymała wysoki poziom integracji zawodowej. Według badania Deloitte dla UNHCR ich obecność dodała w 2024 r. ok. 2,7% do polskiego PKB — rzadki przypadek, gdy wysiłek solidarnościowy i korzyści makroekonomiczne idą w parze. Koszty mieszkaniowe, edukacyjne i zdrowotne pozostają jednak znaczące, a integracja językowa wymaga stałej polityki.

Czwarty wymiar — handlowy i regulacyjny — przyniósł nieuniknione tarcia. Liberalizacja handlu UE–Ukraina i wojenne przekierowania logistyki wywołały w Polsce protesty rolników i przewoźników. Rząd balansował między solidarnością z walczącym sąsiadem a ochroną dochodów w rolnictwie i transporcie, wprowadzając doraźne dopłaty i szukając rozwiązań na poziomie unijnym. Napięcie nie zniknie, dopóki nie powstanie stabilny reżim tranzytu, kontroli jakości i dopasowania norm — na czas wojny i odbudowy.

Świat w epoce spiętrzonych konfliktów

W sensie prawnym i normatywnym wojna pozostała testem dla reżimu prawa humanitarnego i mechanizmów rozliczalności. Co ważniejsze — jest tylko jednym z węzłów gwałtownego spiętrzenia przemocy: według UCDP i PRIO 2024 r. przyniósł rekordową liczbę 61 konfliktów z udziałem państw oraz czwartą od 1989 r. liczbę ofiar śmiertelnych w walkach. To tłumaczy, dlaczego globalna uwaga i zasoby — amunicja, linie produkcyjne, ale też moce dyplomatyczne i humanitarne — są dziś dzielone między wiele ognisk, od Sahelu po Bliski Wschód.

Najbliższe 6–12 miesięcy: gra o tempo

Najbliższe miesiące to gra o tempo. Po stronie Ukrainy — czy stała baza finansowania, rozbudowywany parasol OPL i lotnictwo spowolnią rosyjskie uderzenia na wschodzie i północy, przy jednoczesnym podtrzymaniu presji dronowo-rakietowej na zapleczu przeciwnika oraz utrzymaniu szlaków eksportowych nad Morzem Czarnym. Po stronie Rosji — czy uda się utrzymać rekrutację i produkcję w warunkach napięć budżetowych oraz uderzeń na infrastrukturę krytyczną. Po stronie NATO — czy kolejne incydenty graniczne nie przesuną konfliktu w stronę większej konfrontacji. Polska w tym scenariuszu pozostaje kluczowym państwem brzegowym: bezpiecznikiem dostaw, amortyzatorem szoków i testem europejskiej solidarności.

Trzy optyki debaty — i zadanie dla polityki

Mimo polaryzacji da się uchwycić kilka punktów consensusu. Z lewej strony akcentuje się ochronę cywilów, uchodźców i usług publicznych oraz wagę demokratycznej kontroli nad zbrojeniami; z prawej — priorytet odstraszania i odbudowy armii w realiach „świata niebezpiecznego”, z nieufnością wobec Rosji jako aktora rewizjonistycznego; stanowisko neutralne podkreśla kalkulację koszt-efekt i potrzebę ścieżki zawieszenia broni, która nie nagradza agresji. Polityka państwa musi te trzy optyki łączyć: utrzymać wiarygodność odstraszania, chronić społeczeństwo przed kosztami długiej wojny i dbać, by wąskie dziś korytarze dyplomatyczne nie zarosły całkiem.

Rafał Sulikowski

 


Zamożni Polacy: luksus, sztuka i nieruchomości. Polska dogania Niemcy?

Anna Widzyk

W Polsce szybko przybywa ludzi bogatych i superbogatych. Jednocześnie rośnie rynek dóbr luksusowych – relacjonuje MDR.

rosnący rynek dóbr premium w Polsce

Fot. Iwona Castiello d’Antonio / unsplash

„Bogactwo i luksus mają teraz kolejny adres: Polska” – czytamy na stronie niemieckiego nadawcy regionalnego MDR. Autor artykułu, Cezary Bazydło, pisze o upodobaniach zamożnych mieszkańców Polski do luksusowych dóbr i usług. „W przeciwieństwie do Niemiec gospodarka naszych często niedocenianych sąsiadów przeżywa boom. Liczba bogatych i superbogatych gwałtownie rośnie, a wraz z nią rynek dóbr luksusowych – od pięciogwiazdkowych kurortów po inwestycje w dzieła sztuki” – pisze.

Rośnie dobrobyt, rosną wymagania

Autor powołuje się na raport firmy doradczej KPMG dotyczący rynku dóbr luksusowych w 2024 r. Wynika z niego, że liczba osób dobrze zarabiających, zamożnych, bogatych i superbogatych w Polsce rośnie z roku na rok. Również raport UBS Global Wealth 2025 wymienia Polskę wśród krajów o największym wzroście majątku. Jak zauważa Bazydło, przybywa nie tylko bogaczy i superbogaczy, ale liczniejsza jest także grupa ludzi o średnich dochodach, osób dobrze zarabiających i zamożnych. Według niego, to efekt wzrostu gospodarczego w Polsce, o jakim „Niemcy mogą obecnie tylko pomarzyć”.

Potwierdza to przedsiębiorczyni Agnieszka Bogdańska, właścicielka ośrodka wellness Noi na południu Polski niedaleko Nowego Sącza. „Liczba osób, które mają własne firmy lub dobrze zarabiają w koncernach i korporacjach, stale rośnie. Widzę to również na przykładzie naszych gości, którzy mogą sobie pozwolić na coraz więcej i są gotowi zapłacić za dobre jedzenie i wysoką jakość. Bilety na nasze festiwale i imprezy wyprzedają się w ciągu kilku dni, tak duże jest zainteresowanie” – mówi w rozmowie z MDR.

Ona również dostrzega to, że – jak czytamy – „wraz z rosnącym dobrobytem rosną jednak również wymagania”. „Jak zauważają autorzy raportu KPMG dotyczącego dóbr luksusowych, piękny pokój z widokiem na jezioro już dawno przestał wystarczać, aby podbić serca polskiej klasy średniej i wyższej – ludzie szukają raczej wrażeń i emocji” – pisze MDR.

Według cytowanych danych hotelarstwo i wellness to drugi co do wielkości segment polskiego rynku dóbr luksusowych, którego wartość wzrosła pięciokrotnie w ciągu ostatnich 15 lat. Na pierwszym miejscu są luksusowe i premium samochody, a na trzecim miejscu – nieruchomości premium i luksusowe.

Polacy pracują więcej niż Niemcy

Pośrednik w obrocie nieruchomościami Paweł Łączyński, lider na tym rynku w Gdyni, opowiada MDR, że w młodości zdobywał doświadczenie zawodowe m.in. w Niemczech – pracując w magazynie. „Kiedy po raz pierwszy byłem w Niemczech, nie mogłem sobie pozwolić nawet na dobry deser. A teraz kupujemy tam samochody, po prostu dlatego, że są tańsze. Chcieliśmy żyć w dostatku i ciężko na to pracowaliśmy” – opowiada rozmówca niemieckiej stacji. Nie ma on dobrego zdania o „niemieckiej etyce pracy”, a chwali motywację Polaków. „Statystyki wydają się potwierdzać jego opinię: Polacy przepracowują rocznie o 268 godzin więcej niż Niemcy” – wskazuje autor, Cezary Bazydło.

Sztuka jako nowy filar luksusu

Pisze też o wzroście znaczenia inwestycji w dzieła sztuki. W 2024 roku raport KPMG po raz pierwszy wyodrębnił ten segment polskiego rynku dóbr luksusowych, a jego wartość wyniosła 567,7 mln zł (około 133 mln euro), przy czym 80 proc. sprzedanych dzieł sztuki stanowiły obrazy. „Również w tym przypadku widoczny jest trend, zgodnie z którym współczesny luksus nie obejmuje już wyłącznie dóbr materialnych, takich jak drogie samochody lub biżuteria, ale także wyjątkowe emocje i doświadczenia, które przekazują niepowtarzalne dzieła sztuki” – zauważa autor.

„Czy to drogie dzieła sztuki, luksusowe nieruchomości, czy pobyty wellness w pięciogwiazdkowych kurortach – wszystko to pokazuje, że polska klasa średnia i wyższa stają się coraz bogatsze. Polska, niedoceniany sąsiad, dogania Niemcy” – ocenia.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Skiba bez znieczulenia: Newsy z kraju kwitnącej waśni

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

CBA zatrzymało księdza, który zorganizował interes polegający na okradaniu państwa. Polegał na fikcyjnych darowiznach na potrzeby religijne. Człowiek podający się za prezydenta, twierdzi, że Bogdan Klich „nie jest godny”, by być ambasadorem. Klich już w latach 70. wspierał opozycję demokratyczną i brał udział w walce z komunizmem, był m.in. ministrem obrony narodowej, senatorem, posłem i europosłem. Mówi biegle po angielsku. Rzeczywiście trudno to porównać do dokonań Nawrockiego. Znajomość z gangsterami, udział w nielegalnych ustawkach czy wyłudzenie mieszkania od emeryta

WIEŚ BRONI AFERZYSTĘ

W miejscowości Budy Barcząckie CBA zatrzymało tydzień temu księdza proboszcza, który zorganizował i twórczo rozwinął interes polegający na okradaniu państwa. System, w który zamieszanych jest kilkunastu biznesmenów (dwunastu z nich już aresztowano), polegał na fikcyjnych darowiznach na potrzeby religijne, a tak naprawdę był sposobem na omijanie podatków. Tłem tych malwersacji są miliony złotych.

Tymczasem miejscowi wierni modlą się o wypuszczenie księdza proboszcza z więzienia, a nawet zbierają na tacę fundusze, by opłacić jego adwokata. Organizowane są płomienne msze w obronie aferzysty, a wszyscy miejscowi twierdzą, że to dobry ksiądz. Taki z powołania. Pewnie z powołania finansowego.

Za rządów PiS nie tylko wyszedłby szybko na wolność, ale pewnie został jeszcze w nagrodę ministrem finansów.

GODNOŚĆ

Człowiek podający się za prezydenta, czyli Karol Nawrocki, twierdzi, że Bogdan Klich „nie jest godny”, by być ambasadorem Polski w Waszyngtonie. Tak? To porównajmy życiorysy obu panów.

Bogdan Klich już w latach 70. wspierał opozycję demokratyczną i brał udział w walce z komunizmem. Wspierał Studencki Komitet Solidarności w Krakowie. Zakładał Niezależne Zrzeszenie Studentów. W stanie wojennym był internowany i prześladowany. Dziesięć miesięcy spędził w komunistycznym więzieniu. Tworzył Ruch Wolność i Pokój, którego działania doprowadziły m.in. do zmiany przysięgi wojskowej w PRL, gdy trzeba było przysięgać m.in. na wierność sojuszom z ZSRR. W wolnej Polsce był m.in. ministrem obrony narodowej, senatorem, posłem i europosłem. Z wykształcenia jest lekarzem i historykiem sztuki. Mówi biegle po angielsku.

Rzeczywiście trudno to porównać do dokonań Nawrockiego. Znajomość z gangsterami, udział w nielegalnych ustawkach czy wyłudzenie mieszkania od emeryta. Może gdyby Klich chodził na mecze i krzyczał „Je*ać Tuska”, byłby godnym kandydatem?

SZCZĘŚLIWEJ DROGI JUŻ CZAS

Jakub Iwaniec, sędzia uwikłany w tzw. grupę hejterską, która za czasów Ziobry ujawniała wrażliwe dane sędziów i przekazywała je płatnej hejterce o pseudonimie „Mała Emi”, kumpel pisowskiego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka, organizatora nagonki na środowisko sędziowskie, wjechał z impetem swoim samochodem w drzewo, będąc uwalonym jak stodoła.

W organizmie zaufanego Ziobry odkryto blisko dwa promile alkoholu. Iwaniec dzielnie broni się teraz w stylu Ziobry i twierdzi, że nie kierował tym autem, bo był tylko pasażerem i jechał w bagażniku. Poza tym pierwszy raz widzi to drzewo, które złośliwie wyrosło tuż przed jego autem. Mieszka w mieście, więc nie wie nawet, jak wyglądają drzewa. A co do alkoholu, to też nie wie, o co chodzi, bo on nie pije od lat, gdyż ma wrodzony wstręt do alkoholu, na widok którego zawsze robi znak krzyża i trzy przysiady.

Krzysztof Skiba

 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję