Szukaj w serwisie

×

15-letni Laurent Simons z doktoratem z fizyki kwantowej

Belgijski nastolatek Laurent Simons w wieku piętnastu lat obronił doktorat z fizyki kwantowej na Uniwersytecie w Antwerpii. To domknięcie ekspresowej ścieżki edukacyjnej i jednocześnie wejście do świata badań nad materią ultrazimną. Rekord wieku przyciąga uwagę, ale o znaczeniu tej historii decydują precyzyjny temat pracy i fakt, że całość przeszła pełną, standardową procedurę akademicką.

Obrona i temat: standardy bez skrótów

Publiczna obrona odbyła się 17 listopada 2025 roku na Wydziale Nauk Uniwersytetu w Antwerpii. Rozprawa nosi tytuł „Bose polarons in superfluids and supersolids”, a jej promotorami byli Jacques Tempere i Michiel Wouters. To istotne osadzenie: mówimy o regularnej ścieżce doktorskiej, z recenzjami i komisją, a nie o „specjalnym trybie” dla medialnego przypadku.

O co chodzi w polaronach i supersolidach

Kondensat Bosego–Einsteina to stan materii, w którym wiele cząstek zachowuje się jak jeden obiekt kwantowy. Wprowadzenie do takiego ośrodka „obcej” cząstki tworzy polaron – domieszkę sprzężoną z chmurą wzbudzeń ośrodka. Jeśli tłem jest superpłyn lub supersolid, czyli materia łącząca uporządkowanie kryształu z przepływem bez lepkości, powstaje szczególnie czuły poligon do testowania teorii wielu ciał. Prace Simonsa i współautorów obejmują wyznaczanie energii podstawowej polaronu, opis zachowania w pobliżu przejścia fazowego między superpłynem a supersolidem oraz warunki lokalizacji domieszki w pojedynczej „kropelce” supersolidu. To fizyka fundamentalna z potencjalnym przełożeniem na precyzyjne czujniki, nowe materiały kwantowe i analogowe symulacje zjawisk niedostępnych w konwencjonalnych eksperymentach.

Droga: szybko, ale w ramach reguł

Simons urodził się w 2009 roku. Szkołę podstawową ukończył w wieku sześciu lat, średnią w wieku ośmiu. Studiował najpierw w Eindhoven, później w Antwerpii. Trzyletni program licencjacki zrealizował w około półtora roku z wyróżnieniem, a w wieku dwunastu lat miał już tytuł magistra fizyki. Dalej była praca w zespołach zajmujących się układami ultrazimnymi i własny projekt doktorski zakończony obroną. Tempo było wyjątkowe, lecz procedury i kryteria oceny pozostawały takie jak w przypadku starszych doktorantów.

Ambicje po doktoracie: fizyka spotyka medycynę i AI

Simons otwarcie mówi o chęci łączenia fizyki, medycyny i sztucznej inteligencji, a jego długofalowym celem jest radykalne wydłużanie życia. Po obronie kontynuuje prace badawcze, deklarując, że komponent medyczny będzie równorzędny z fizycznym. To kierunek, nie gotowy produkt. O wartości tej ścieżki przesądzą publikacje i wyniki z najbliższych lat.

DF, thefad.pl / Źródło: Uniwersytet w Antwerpii – oficjalne oświadczenie i raporty medialne z 17 listopada 2025

 


Czarzasty ostro do Nawrockiego: „Niech pan konsultuje swoje projekty”

Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty bezpośrednio odniósł się do sobotniego apelu prezydenta dotyczącego procesu legislacyjnego. Nawrocki, po zawetowaniu dwóch kluczowych ustaw, wezwała rząd do wcześniejszego konsultowania projektów. Marszałek Sejmu w odpowiedzi wskazał na konieczność wzajemności w tych relacjach, sugerując, że Kancelaria Prezydenta również powinna uzgadniać swoje inicjatywy z parlamentem na wczesnym etapie prac. – Niech pan, panie prezydencie konsultuje własne projekty z Sejmem już na wczesnym etapie prac, co usprawniłoby proces legislacyjny, a przede wszystkim służyłoby obywatelom – zaapelował Czarzasty.

Bilans czwartkowych decyzji: dwa weta i jedenaście podpisów

Osią obecnego sporu stały się konkretne rozstrzygnięcia legislacyjne ogłoszone przez Pałac Prezydencki w miniony czwartek. Karol Nawrocki poinformował o podpisaniu jedenastu ustaw, w tym nowelizacji Prawa o ruchu drogowym oraz przepisów podwyższających podatki dla sektora bankowego. Jednocześnie skorzystał z prawa weta wobec dwóch regulacji priorytetowych dla obecnej koalicji rządzącej: nowelizacji Kodeksu wyborczego oraz nowych przepisów dotyczących podatku dochodowego od osób prawnych (CIT).

Wraz z ogłoszeniem decyzji, Kancelaria Prezydenta opublikowała komunikat wzywający marszałka Sejmu oraz ugrupowania rządzące do zmiany kultury pracy nad ustawami. Nawrocki zaapelował o rzetelną debatę i konsultowanie projektów jeszcze przed ich finalnym uchwaleniem, co w jego ocenie zapobiegłoby tworzeniu wadliwego prawa i konieczności stosowania weta.

Czarzasty: konsultacje muszą działać w dwie strony

Włodzimierz Czarzasty, pytany o ten apel w sobotę, odrzucił jednostronną interpretację prezydenta. Marszałek Sejmu wykorzystał retorykę Nawrockiego, by wskazać na braki w komunikacji ze strony Pałacu. Stwierdził wprost, że prezydent powinien konsultować własne projekty z Sejmem na wczesnym etapie, co usprawniłoby proces legislacyjny i wyeliminowało konieczność późniejszego uzupełniania materiałów w dokumentach prezydenckich.

Według lidera Nowej Lewicy, łatwo jest formułować apele do rządu, trudniej jednak zastosować te same standardy wobec własnej działalności. Czarzasty podkreślił, że oczekuje od prezydenta partnerskiego traktowania izby niższej, a nie jedynie recenzowania prac parlamentu po fakcie. Wypowiedź ta precyzyjnie definiuje obecny stan relacji na linii Sejm–Prezydent, gdzie problemem nie jest tylko merytoryka ustaw, ale sam mechanizm procedowania prawa.

Konkretne blokady: Park Narodowy i nominacje

Odpowiedź marszałka nie ograniczyła się do kwestii proceduralnych. Czarzasty przywołał konkretne decyzje prezydenta, które w ocenie większości sejmowej hamują rozwój państwa. Wymienił weto w sprawie utworzenia Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry jako przykład blokowania inicjatyw ekologicznych, które muszą teraz czekać na „lepszy czas polityczny”.

Kolejnym punktem zapalnym wskazanym przez marszałka są kwestie kadrowe. Czarzasty wytknął Nawrockiemu wstrzymywanie powołań sędziowskich oraz nominacji na stopnie oficerskie dla młodych żołnierzy. Marszałek uzależnił swoje merytoryczne odniesienie się do prezydenckiego apelu o współpracę od zmiany postawy głowy państwa w tych konkretnych obszarach. Deklaracja, że odniesie się do propozycji Nawrockiego „kiedy przyjdzie właściwy czas”, zamyka drogę do natychmiastowego resetu w relacjach obu ośrodków władzy.


DF, thefad.pl / Źródło: [PAP – wypowiedzi z 29 listopada 2025]


Adolf Hitler ponownie u władzy. Tym razem w Namibii

W Namibii nazwisko obciążone europejską historią ponownie trafiło na karty do głosowania. Adolf Hitler Uunona, wieloletni radny z okręgu Ompundja w regionie Oshana, ubiegał się o reelekcję w środę, 26 listopada, i — jak podają międzynarodowe media — po raz piąty z rzędu utrzymał mandat. Sam od lat podkreśla, że poza imieniem nie łączy go nic z nazistowskim przywódcą.

Adolf Hitler Uunona

Adolf Hitler Uunona. Fot. media

Kim jest Adolf Hitler Uunona

Uunona, 59-letni przedstawiciel rządzącej partii SWAPO, reprezentuje Ompundję od 2004 roku. Do globalnych serwisów trafił już w 2020 roku, gdy w swoim okręgu zdobył około 85 procent głosów. W wywiadach mówił, że imię nadał mu ojciec, nie zdając sobie sprawy z jego historycznego ciężaru; w życiu publicznym używa zazwyczaj formy „Adolf Uunona”, a „Hitler” pozostaje w dokumentach.

Okręg Ompundja to niewielka społeczność licząca niespełna 5 tysięcy mieszkańców, rozciągająca się na około 466 kilometrach kwadratowych i obejmująca 19 centrów administracyjnych. W takim środowisku lokalne osiągnięcia radnego — drogi, infrastruktura, bezpieczeństwo — mają większe znaczenie niż kontrowersyjne imię.

Ompundja po głosowaniu

Wybory lokalne i regionalne odbyły się w środę 26 listopada. Głosowano w systemie większościowym, w którym wygrywa kandydat z największą liczbą głosów. W takim układzie przewaga urzędującego radnego, rozliczanego z pracy u podstaw, okazała się decydująca i tak właśnie stało się w Ompundji.

Międzynarodowe reakcje na zwycięstwo Uunony,od ironicznych uwag po napastliwe wpisy w mediach społecznościowych nie milkną. Lokalnie jednak wyborcy rozliczają go z pracy dla społeczności, a nie z budzącego skojarzenia imienia.

Namibia pod rządami SWAPO

SWAPO, partia wywodząca się z Organizacji Ludu Afryki Południowo-Zachodniej doprowadziła Namibię do niepodległości i od 1990 roku dominuje w polityce kraju. W wyborach regionalnych rzadko wygrywają wielkie hasła; liczą się drogi, woda i bezpieczeństwo. Uunona buduje pozycję właśnie na takich konkretach, stąd jego stabilne poparcie w Ompundji.

Ciężar historii, który nie znika

Niemieckie nazwy ulic, miast i imion w Namibii przypominają, że kraj był kiedyś Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią. To nie ciekawostka językowa, lecz echo przemocy: w latach 1904–1908 władze kolonialne dopuściły się ludobójstwa na Ovaherero i Nama, zabijając dziesiątki tysięcy ludzi. W 2021 roku Berlin uznał te zbrodnie za ludobójstwo i zapowiedział wieloletnie wsparcie; spór o realne reparacje wciąż trwa.

Po I wojnie światowej terytorium przeszło pod administrację Południowej Afryki, a pełną niepodległość Namibia uzyskała dopiero w 1990 roku. Ślady tej przeszłości są widoczne do dziś także w rubrykach z nazwiskami na kartach do głosowania, przypominając o kolonialnym dziedzictwie, którego konsekwencje wciąż są odczuwalne.

DF, thefad.pl / Źródło: Euronews, ITV News, Electoral Commission of Namibia, [Oshana Regional Council, Encyclopaedia Britannica, The Guardian

 


Szokujące kulisy tajnej dyplomacji: Jak ludzie Trumpa instruowali Kreml. Wyciekły nagrania

To może być jeden z największych przecieków dyplomatycznych ostatnich lat. Agencja Bloomberg dotarła do zapisów rozmów oraz nagrań audio, które rzucają nowe, niepokojące światło na rokowania pokojowe między Waszyngtonem a Moskwą. Z materiałów wyłania się obraz cynicznej gry, w której wysłannik Donalda Trumpa podpowiada doradcom Władimira Putina, jak „rozegrać” prezydenta USA, a Kreml kalkuluje, jak wymusić „maksimum” ustępstw terytorialnych.

Fot. thefad.pl / AI

Dyplomacja rzadko wygląda tak, jak w oficjalnych komunikatach prasowych. Jednak doniesienia opublikowane przez Bloomberga obnażają mechanizmy, które zazwyczaj pozostają głęboko ukryte. W centrum wydarzeń znaleźli się Steve Witkoff – bliski współpracownik i specjalny wysłannik Donalda Trumpa, oraz kluczowi ludzie Putina: Jurij Uszakow i Kiriłł Dmitrijew.

Instrukcja obsługi Trumpa

Najbardziej sensacyjnym wątkiem ujawnionym przez Bloomberga jest zapis rozmowy z 14 października między Stevem Witkoffem a Jurijem Uszakowem. Miała ona miejsce w newralgicznym momencie – tuż przed wizytą Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu i w atmosferze publicznych gróźb Trumpa dotyczących wysłania na Ukrainę pocisków Tomahawk.

Z nagrań wynika, że amerykański wysłannik de facto doradzał stronie rosyjskiej, jak zneutralizować wpływ Zełenskiego. Witkoff sugerował, by Putin zadzwonił do Trumpa jeszcze przed przyjazdem ukraińskiego prezydenta do Waszyngtonu. Co więcej, podał gotowy scenariusz rozmowy, bazujący na psychologicznym profilu Trumpa.

Rada była prosta: Putin miał pogratulować Trumpowi sukcesu (zawarcia pokoju w Strefie Gazy), nazwać go „człowiekiem pokoju” i zasugerować, że podobny model można zastosować na Ukrainie. – Złożyliśmy 20-punktowy plan Trumpa na rzecz pokoju [w Gazie] i myślę, że może to samo zrobimy z wami – miał mówić Witkoff, dodając z rozbrajającą szczerością: – Między nami, ja wiem, czego wymaga zawarcie układu pokojowego. Donieck i może wymiana terytoriów gdzieś. Ale mówię, że zamiast tak mówić, rozmawiajmy z większą nadzieją.

Gra na dwa fronty

Zapisy ujawniają, że Witkoff dawał Rosjanom do zrozumienia, iż ma od Trumpa „dużo przestrzeni” do negocjacji. Sugerował, aby Putin powołał się na nieformalne ustalenia swoich doradców, tworząc wrażenie otwartości na dialog. Ta strategia zadziałała – retoryka Trumpa złagodniała, a planowane spotkanie w Budapeszcie (choć ostatecznie odwołane) miało być kolejnym krokiem w tym tańcu.

Prezydent USA, pytany o te doniesienia, bagatelizuje sprawę, nazywając ją „standardową formą negocjacji”. – Musisz powiedzieć: „słuchajcie, oni chcą tego, ty musisz ich przekonać do tego” – tłumaczył Trump dziennikarzom, sugerując, że podobne taktyki stosuje wobec Kijowa. Jednak dla obserwatorów geopolityki, instruowanie przeciwnika, jak manipulować własnym prezydentem, wykracza daleko poza standardy dyplomatyczne.

Kreml żąda „maksimum”

Drugi akt tego dramatu rozegrał się już wewnątrz rosyjskiego obozu władzy. Bloomberg dotarł do zapisu rozmowy między Jurijem Uszakowem a Kiriłłem Dmitrijewem (szefem rosyjskiego funduszu inwestycyjnego), która odbyła się po spotkaniu tego drugiego z Witkoffem w Miami. To tam rzekomo powstał 28-punktowy plan pokojowy.

Rosyjska dyskusja, prowadzona w języku ojczystym, obnaża brak złudzeń Moskwy. Uszakow, doświadczony dyplomata Putina, naciskał na twarde stanowisko. – Potrzebujemy maksimum, nie sądzisz? Co o tym myślisz? W przeciwnym razie jaki sens ma przekazywanie czegokolwiek? – pytał retorycznie.

W rozmowie tej widać jednak wyraźne obawy Kremla. Uszakow martwił się, że Amerykanie „błędnie odczytają” propozycje, usuną kluczowe dla Rosji punkty, a następnie ogłoszą sukces, twierdząc, że doszło do porozumienia. – Mogą to później przekręcić. Istnieje takie ryzyko – ostrzegał, sugerując, że taki obrót spraw mógłby definitywnie zerwać negocjacje.

Dmitrijew, pełniący rolę pośrednika, proponował rozwiązanie „miękkie”: nieformalne przekazanie dokumentu z zaznaczeniem, że to wersja robocza. Jego zdaniem, nawet jeśli USA nie przyjmą planu w całości, to ostateczna wersja będzie „jak najbardziej zbliżona” do rosyjskich żądań.

Co to oznacza dla świata?

Ujawnione przez Bloomberga materiały to zimny prysznic dla wszystkich wierzących w transparentność polityki międzynarodowej. Pokazują one, że losy Ukrainy i kształt przyszłego ładu w Europie ważą się nie podczas oficjalnych szczytów, ale w trakcie nieformalnych rozmów, gdzie „wymiana terytoriów” jest traktowana jako oczywistość, a ego liderów staje się kluczem do politycznych rozstrzygnięć.

Jeśli doniesienia te są w pełni prawdziwe, oznaczają one, że administracja w Waszyngtonie prowadzi niezwykle ryzykowną grę, w której granica między dyplomacją a manipulacją została niemal całkowicie zatarta.


Autor: Redakcja thefad.pl / Źródło: Bloomberg, Axios

 


Zanim kupisz rower aero, sprawdź co potrafi Merida Reacto 5000

Nie każdy rower potrafi połączyć szybkość, wygodę i ciekawy design. Merida Reacto 5000 pokazuje jednak, że jest to możliwe. Smukła rama z karbonu, zintegrowany kokpit i aerodynamika dopracowana w tunelu wiatrowym sprawiają, że już na papierze wygląda jak sprzęt stworzony do ścigania. Ale jak wypada w praktyce? Sprawdziliśmy to.

Nie każdy rower potrafi połączyć szybkość, wygodę i ciekawy design. Merida Reacto 5000 pokazuje jednak, że jest to możliwe. Smukła rama z karbonu, zintegrowany kokpit i aerodynamika dopracowana w tunelu wiatrowym sprawiają, że już na papierze wygląda jak sprzęt stworzony do ścigania. Ale jak wypada w praktyce? Sprawdziliśmy to.

Pierwszy kontakt – elegancja spotyka sport

Już po krótkim spojrzeniu wiadomo, że to rower z pazurem. Karbonowa rama klasy CF3, ukryte przewody i czyste, ostre linie robią swoje. Pozycja za kierownicą jest mocno sportowa – niska i nastawiona na prędkość, ale nie tak ekstremalna, by męczyć po kilku kilometrach.

Osoby przyzwyczajone do maszyn endurance na początku mogą poczuć różnicę, ale reakcja roweru szybko stawia je na właściwe tory. Sztyca S-FLEX radzi sobie świetnie z tłumieniem drgań, a rama błyskawicznie przenosi energię z nóg na asfalt. Reacto potrafi być jednocześnie szybkie i zaskakująco przyjazne.

Rama i aerodynamika – prędkość bez kompromisów

Merida od lat szlifuje swoje konstrukcje aero i tutaj to widać. Profil rur wzorowany na kształtach NACA minimalizuje opory powietrza, a całkowite ukrycie przewodów i tarcz dodatkowo podkręca efektywność.

Na drodze czuć to od pierwszych minut. Przy prędkościach 35-40 km/h rower jest stabilny, płynie po asfalcie, a boczny wiatr tylko w ekstremalnych warunkach potrafi lekko poruszyć przodem – normalne w rowerach aero.

Największa zaleta? Reakcja na nacisk pedałów. Reacto wyskakuje do przodu natychmiast, nie tracąc nawet odrobiny energii. Mocni kolarze to pokochają, ale mniej zaawansowani też się tu odnajdą.

Najważniejsze rozwiązania aero:

  • rury w profilu NACA
  • prowadzenie kabli wewnątrz ramy
  • dopracowany, sztywny widelec
  • stabilność przy dużych prędkościach

Napęd i komponenty – Shimano 105 Di2 robi robotę

Największą zmianą w tym modelu jest elektroniczny napęd Shimano 105 Di2. Jeszcze kilka lat temu taki zestaw był zarezerwowany dla dużo droższych rowerów, a tu działa perfekcyjnie. Zmiana biegów jest błyskawiczna, precyzyjna i bezgłośna. Żadnych linek, luzów czy potrzeby regulacji.

Mamy tu zestaw 12-rzędowy, który sprawdza się zarówno na podjazdach, jak i na sprintach. Nawet przy mocnym depnięciu biegi wskakują miękko.

Czy to poziom Ultegry? Różnice są niewielkie, a podczas normalnej jazdy właściwie niezauważalne.

Największy minus? Fabryczne koła. Solidne, ale trochę ciężkawe. Wymiana na lżejsze obręcze potrafi diametralnie poprawić dynamikę.

Wrażenia z jazdy – sztywność, kontrola i płynność

Merida Reacto 5000 od razu sugeruje jedno: jedź szybciej. Jest sztywny, zwarty i piekielnie precyzyjny. Każdy wat mocy trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. Tempo trzyma się łatwo, a na płaskim Reacto wręcz zachęca do mocnej jazdy.

W zakrętach rower jest przewidywalny i pewny. Geometria daje świetną równowagę między zwrotnością a stabilnością, dzięki czemu nawet szybkie łuki nie stresują.

Na podjazdach nie jest to najlżejsza maszyna, ale waga około 8,2-8,4 kg jak na aero wypada bardzo dobrze. Na zjazdach Reacto błyszczy – trzyma tor jazdy i pozwala jechać naprawdę szybko.

W skrócie:

  • bardzo dobra stabilność przy wysokiej prędkości
  • natychmiastowa reakcja na nacisk pedałów
  • pewne prowadzenie w zakrętach
  • pełna kontrola podczas zjazdów

Komfort – aero, które potrafi być przyjazne

Reacto 5000 udowadnia, że rower aero nie musi boleć. Sztyca S-FLEX i odpowiednio ułożone warstwy karbonu robią robotę. Nawet nierówna nawierzchnia nie męczy, a opony do 30 mm jeszcze bardziej poprawiają komfort.

To wciąż maszyna nastawiona na prędkość, ale pozbawiona typowej sztywności, która potrafi odstraszać. Na dłuższych trasach sprawdza się świetnie.

Smaczki i detale

Rama jest pełna dopracowanych rozwiązań. Ukryte mocowania, czyste prowadzenie przewodów, minimalistyczne malowanie – wszystko wygląda bardzo premium.

Jedyny minus? Serwis. Jak to zwykle bywa w konstrukcjach aero, dostęp do części bywa utrudniony. Coś za coś.

Opinie użytkowników

Reacto 5000 zbiera świetne recenzje. Chwalone są stabilność, precyzja prowadzenia i komfort, który w rowerze aero nie jest oczywistością. Do tego dochodzi korzystna cena jak na zastosowane technologie.

Zastrzeżenia? Kilku użytkowników wskazuje na wagę oraz koła, które nie wykorzystują w pełni potencjału ramy.

Dla kogo jest Reacto 5000

To opcja dla osób, które kochają prędkość, ale nie chcą rezygnować z wygody. Idealny dla ambitnych amatorów, którzy chcą wejść poziom wyżej, oraz dla półprofesjonalistów szukających solidnej maszyny do treningów i startów.

Dzięki Shimano 105 Di2 to też świetny sposób na wejście w świat napędów elektronicznych.

Jeśli lubisz jazdę z wiatrem we włosach, cenisz natychmiastową reakcję i chcesz roweru, który aż prosi o przyspieszenie, Reacto 5000 będzie strzałem w dziesiątkę.

Podsumowanie – aero z charakterem

Po dłuższych testach można powiedzieć jedno: Merida Reacto 5000 to świetne połączenie szybkości, wygody i stylu. Ma swoje minusy – nie jest najlżejsza, a koła mogłyby być lepsze – ale na drodze spisuje się fantastycznie.

To rower, który motywuje, dodaje energii i sprawia, że chcesz jeździć więcej.

Ocena: 9/10 – za dynamikę, wygląd i charakter.

Największe plusy:

  • aerodynamika i świetny design
  • Shimano 105 Di2 – bezproblemowa, szybka praca
  • wysoki komfort jak na aero
  • stabilność i pewne prowadzenie
  • bardzo dobra jakość wykonania

Wady:

  • nie należy do najlżejszych
  • agresywna pozycja może męczyć początkujących
  • seryjne koła nie oddają pełni możliwości ramy

Włoskie śledztwo w sprawie „snajperskich safari”. Czy bogaci cudzoziemcy płacili za strzelanie do cywilów w Sarajewie?

Prokuratura w Mediolanie bada głośne zarzuty, że w czasie oblężenia Sarajewa zamożni cudzoziemcy mieli płacić ludziom związanym z siłami bośniackich Serbów za możliwość strzelania do cywilów. Sprawa wróciła po filmie „Sarajevo Safari” i zawiadomieniu dziennikarza Ezia Gavazzeniego. Śledczy podkreślają: to wciąż weryfikowane twierdzenia, ale zbrodnie wojenne w prawie włoskim nie ulegają przedawnieniu.

Fot. Autorstwa Paalso – Praca własna, CC BY-SA 3.0, commons.wikimedia

Jak doszło do wszczęcia śledztwa we Włoszech

Mediolańska prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie tak zwanych „weekendowych snajperów” po 17-stronicowym zawiadomieniu złożonym przez Ezia Gavazzeniego, pisarza i dziennikarza, który zebrał materiały po premierze filmu „Sarajevo Safari” Mirana Zupanicia. Dochodzenie dotyczy domniemanych wyjazdów w latach 1992–1995, podczas których obcokrajowcy mieli płacić za możliwość strzelania do mieszkańców oblężonego miasta. Wśród badanych wątków są rzekome trasy przez Triest i Belgrad oraz logistyka wyjazdów na pozycje ogniowe w górach wokół Sarajewa.

Co twierdzą świadkowie i autorzy „Sarajevo Safari”

Film Zupanicia z 2022 roku zebrał anonimowe relacje osób opisujących obecność bogatych cudzoziemców na stanowiskach snajperskich. To one zainspirowały Gavazzeniego do systematycznego zbierania zeznań i dokumentów, które dziś analizują śledczy w Mediolanie. Media relacjonujące sprawę przytaczają relacje o „cenniku”, według którego dzieci miały być „najdroższymi celami”, a następnie kobiety i mężczyźni; starszych można było rzekomo zabijać „za darmo”. Te twierdzenia pozostają przedmiotem weryfikacji prokuratury.

Sporne wątki: „cennik”, trasy i rola służb

Włoskie i międzynarodowe redakcje opisują hipotezy dotyczące zorganizowanej trasy z Włoch do Serbii i dalej na pozycje wokół Sarajewa. Pojawia się też wątek roli służb, które miały dowiedzieć się o procederze w końcówce 1993 roku i w krótkim czasie go przerwać — to element historii wymagający dodatkowych dowodów. Na tym etapie śledztwa kluczowe jest trzymanie się języka atrybucji: „według zeznań”, „według zawiadomienia”, „według relacji mediów”, a nie formuł kategorycznych.

Głosy sceptyczne i pytania bez odpowiedzi

Część korespondentów i ekspertów zajmujących się wojną w Bośni ostrzega przed pochopnym uogólnianiem. Zwracają uwagę na ograniczenia materiału dowodowego i możliwość „miejskich legend”, które przez dekady narosły wokół Sniper Alley. To ważny element kontekstu: siłą tej historii nie jest szybki wyrok wydany w mediach, lecz transparentne wyjaśnienie, co da się potwierdzić, a czego nie. Dlatego mediolańskie śledztwo — jeśli doprowadzi do identyfikacji sprawców — może stać się pierwszym przypadkiem, w którym tego rodzaju zabójstwa cywilów zostaną rozpatrzone przed sądem we Włoszech.

Kontekst prawny: dlaczego sprawa wraca po trzech dekadach

Zarzuty, które bada prokuratura, dotyczą morderstw z premedytacją popełnionych ze szczególnym okrucieństwem i z niskich pobudek. Włoskie media i międzynarodowe serwisy podkreślają, że w systemie prawnym Włoch zbrodnie wojenne nie ulegają przedawnieniu. Stąd determinacja śledczych, by po latach ocenić wiarygodność zeznań i materiałów zgromadzonych przez Gavazzeniego i innych. Równocześnie w Bośni pozostaje nierozwiązanych tysiące spraw z okresu wojny, co podkreśla skalę trudności w dochodzeniu do prawdy.

Sarajewo pamięta

Relacje rodzin ofiar i świadków codziennej przemocy z lat oblężenia przypominają, że mówimy o konkretnych ludziach. W przywoływanych przez redakcje historiach pojawia się m.in. Irina, roczna dziewczynka zabita przez snajpera w kwietniu 1993 roku, oraz inni cywile, którzy ginęli na przejściach przez ulice i skrzyżowaniach osławionej Sniper Alley. To właśnie dla takich rodzin toczące się we Włoszech postępowanie oznacza nie tylko szansę na sprawiedliwość, lecz także na odpowiedź na pytanie, czy ich bliscy zostali zamordowani dla czyjejś rozrywki.

Co wiemy dzisiaj, a czego wciąż nie wiemy

Na dziś nie ma publicznie ogłoszonej listy podejrzanych. Media informują o „zidentyfikowanych osobach”, w tym o Włochach, ale prokuratura nie podaje nazwisk. Wspominane wątki o „cenniku”, o trasie z Triestu przez Belgrad czy o udziale obywateli innych państw są relacjonowane z zastrzeżeniem, że to twierdzenia z zawiadomienia i zeznań — i tak należy je przedstawiać. Jeśli zarzuty się potwierdzą, sprawa może stać się precedensem i symbolem długiego dochodzenia do prawdy po wojnie w Bośni.

DF, thefad.pl / Źródło: ANSA; El País; RFE/RL; Al Jazeera; The Guardian; France 24


Dlaczego tracimy najwcześniejsze wspomnienia? Przełomowe odkrycie Yale

Nasze pierwsze kroki, pierwsze słowo, pierwsze urodziny – rodzice pamiętają je doskonale. My sami? Prawie nigdy. Najnowsze badanie zespołu z Yale, opublikowane w „Science”, podważa wygodne wyjaśnienie, że wina leży wyłącznie w niedojrzałym mózgu. Wszystko wskazuje na to, że niemowlęta potrafią już kodować ślady pamięci, a „amnezja dziecięca” częściej rozbija się o późniejszy brak dostępu do tych zapisów.

amnezja dziecięca

Fot. Gift Habeshaw /Unsplash

Hipokamp niemowlęcia naprawdę pracuje

W eksperymencie przeprowadzonym przez zespół prof. Nicka Turk-Browne’a przebadano 26 dzieci w wieku od około czterech miesięcy do niespełna dwóch lat. W skanerze fMRI pokazywano im twarze, przedmioty i sceny, a następnie sprawdzano rozpoznanie w klasycznym paradygmacie „preferencji patrzenia” – jeśli maluch dłużej wpatrywał się w wcześniej widziany obraz, uznawano to za ślad pamięci. Krytyczny był moment pierwszego kontaktu: im silniejsza aktywność hipokampa przy „premierze” obrazu, tym większa szansa, że dziecko rozpozna go później. Najmocniej efekt ujawniał się po 12. miesiącu życia i dotyczył przede wszystkim tylnej części hipokampa – tej samej, którą u dorosłych wiąże się z pamięcią epizodyczną.

To nie jest pojedynczy wybryk aparatury. Wcześniejsze prace tej samej szkoły badawczej pokazywały, że hipokamp niemowląt potrafi uczyć się statystycznie – wychwytywać wzorce w otoczeniu – zanim pojawi się dojrzała pamięć epizodyczna. Nowe dane dopisują do tej układanki brakujący element: mechanizm kodowania konkretnych zdarzeń uruchamia się wcześniej, niż sądzono.

„Nie neurochirurg, ale…” – kim są autorzy i co naprawdę twierdzą

Nick Turk-Browne jest profesorem psychologii i dyrektorem Wu Tsai Institute na Yale, z dodatkowymi afiliacjami w Child Study Center, neurochirurgii i psychiatrii. To ważne o tyle, że jego zespół od lat rozwija metody prowadzenia fMRI u czuwających niemowląt – co w tej dziedzinie bywa kluczem do wiarygodności. Pierwszą autorką pracy jest Tristan S. Yates, dziś postdoc na Columbia University.

Co konkretnie mówią badacze? Że niemowlęta kodują wspomnienia, a siła tego kodowania przewiduje późniejsze rozpoznanie. To nie znaczy jednak, że dotychczasowe wyjaśnienia upadają. Raczej przesuwa się akcent: zamiast niedojrzałości samego mechanizmu zapisu, większą rolę mogą odgrywać procesy późniejszej konsolidacji i odtwarzania. Tak interpretują te wyniki także wiodące serwisy naukowe.

Gdzie znikają wspomnienia z kołyski

Jeśli niemowlę coś zapisało, dlaczego dorosły niczego nie pamięta? Jedna hipoteza mówi, że ślady po prostu gasną – nie trafiają do trwałego magazynu. Druga, coraz popularniejsza, że wspomnienia trwają, ale są dla nas niedostępne. Na rzecz tej drugiej opcji przemawiają badania na modelach zwierzęcych: u młodych gryzoni „zapomniane” doświadczenia można było przywrócić, pobudzając odpowiednie engramy w hipokampie. To sugestywne, choć wciąż dotyczy myszy, nie ludzi.

Zespół Yale sygnalizuje już kolejne kroki: badanie podłużne z domowymi nagraniami „z perspektywy dziecka”. Wstępne wyniki sugerują, że najwcześniejsze ślady mogą przetrwać do wieku przedszkolnego, zanim wyblakną albo staną się nieosiągalne. To na razie pilotaż, ale kierunek jest jasny.

Hipokamp rośnie szybko, ale to nie cała historia

Przez lata tłumaczono amnezję dziecięcą surowym faktem rozwoju mózgu. Rzeczywiście, w pierwszych latach życia struktury skroniowe – w tym hipokamp – intensywnie dojrzewają, a cały mózg podwaja objętość już w pierwszym roku. Nie oznacza to jednak, że wcześniej „nie ma czym pamiętać”: prace obrazowe pokazują, że mimo gwałtownych zmian anatomicznych hipokamp od wczesnego okresu życia obsługuje różne formy uczenia.

Pamięć jest rekonstrukcją. A wspomnienia – czasem zapożyczamy

Czy da się ufać „najwcześniejszym” wspomnieniom opowiadanym przez dorosłych? Neuropsycholożka Catherine Loveday od lat przypomina, że pamięć autobiograficzna jest rekonstrukcyjna i podatna na wpływ narracji rodzinnych; z wiekiem częściej przyjmujemy „perspektywę obserwatora”, co bywa mylone z autentycznym przeżyciem z kołyski. To ważny kontekst dla medialnych historii o pamiętaniu pierwszych miesięcy życia.

Co z tego wynika

Nowe wyniki nie zamykają sporu o amnezję dziecięcą, ale przestawiają wajchę. Zamiast pytać, czy niemowlę potrafi coś zapisać, sensowniej pytać, jak te ślady są później wzmacniane, integrowane z językiem i tożsamością oraz dlaczego – w dorosłości – bywają poza naszym zasięgiem. Konsekwencje są szersze niż akademicka ciekawość: inaczej myślimy o wczesnych doświadczeniach, o ich wpływie na rozwój i o tym, jak mózg w ogóle buduje naszą autobiografię.


Nawrocki idzie na totalne starcie z rządem. Waldemar Żurek: Tak działał Król Słońce, mogę tylko przyklasnąć

Środowy ruch prezydenta wstrząsnął środowiskiem prawniczym i polityką rządu. Nawrock ogłosił, że odmówił nominacji 46 sędziów i przez pięć lat nie będzie awansować tych, którzy, w jego ocenie kwestionują porządek konstytucyjny. Wieczorem do Ministerstwa Sprawiedliwości dotarło pismo z listą nazwisk, ale bez uzasadnienia decyzji. Resort zapowiada analizę dokumentu i ocenę podstaw prawnych.

Waldemar Żurek. Fot. screen shot, KPRM

Co dokładnie ogłosił prezydent

Karol Nawrocki poinformował, że nie zgodził się na nominację 46 sędziów i że w najbliższych pięciu latach nie będzie awansował ani powoływał osób, które – jak mówi – podważają konstytucyjne uprawnienia głowy państwa oraz obowiązujący porządek prawny. W wystąpieniu powoływał się na art. 179 Konstytucji i wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 5 czerwca 2012 roku, które traktują powołanie sędziego jako osobistą prerogatywę prezydenta, niewymagającą kontrasygnaty premiera. Zapowiedź potwierdziła Kancelaria Prezydenta, a napięcie polityczne odnotowały również agencje międzynarodowe.

Reakcja Ministerstwa Sprawiedliwości i rządu

Jeszcze tego samego dnia Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało, że otrzymało pismo z Kancelarii Prezydenta dotyczące odmowy powołania 46 sędziów, ale dokument nie zawiera uzasadnienia. Resort zapowiedział zajęcie stanowiska po przeanalizowaniu imiennej listy. W przekazie rządowym wybrzmiewa teza o przekroczeniu przez prezydenta konstytucyjnych uprawnień. Część konstytucjonalistów podkreśla, że zakres uznania głowy państwa nie jest absolutny.

Waldemar Żurek: mogę tylko przyklasnąć

Minister sprawiedliwości wyjaśnił, jak wygląda prawidłowa procedura: „Pierwszy etap to konkurs przed legalną KRS. Gdy konkurs jest zakończony, jest uchwała wskazująca osoby aspirujące do stanowiska sędziego i ona jest zaskarżalna do SN. A później jest akt nominacji wręczany przez prezydenta”. Dodał, że „jeśli między etapem zakończenia konkursu w KRS a wręczeniem nominacji wyjdą nowe okoliczności, prezydent może cofnąć wniosek do KRS i wtedy Rada proceduje ponownie”.

Odnosząc się do możliwych motywów odmów, Waldemar Żurek stwierdził: „Wypowiedzi przedstawicieli Kancelarii Prezydenta wskazują – moim zdaniem – na pozamerytoryczne przesłanki do takiej odmowy”. Zaznaczył jednak, że „jeżeli te 46 osób przeszło przez ‘neoKRS’, a prezydent odmówił im dlatego, że była wadliwie ukształtowana Krajowa Rada Sądownictwa, to mogę tylko przyklasnąć”.

Minister podkreślił potrzebę kontroli prawnej: „Ta decyzja powinna być traktowana jako akt administracyjny, powinna podlegać kontroli sądowej”. I doprecyzował granice uznania głowy państwa: „Prezydent w Polsce nie ma takiej władzy, żeby powiedział, że Kowalskiego nominuje, a Nowaka nie – bez uzasadnienia. Każdy, kto ubiega się o urząd publiczny, musi wiedzieć, na jakiej podstawie prawnej odmówiono mu dostępu do tego urzędu”.

Wskazał również potencjalny kierunek skarg: „Po odmowie prezydenta, w mojej ocenie przysługuje droga do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Komentując styl decyzyjny, zakończył ostrą metaforą: „Nie wiemy, czy te indywidualne odmowy będą w jakiś sposób uzasadniane, czy po prostu prezydent da nam listę i powie: ‘tych chcę, tych nie chcę’. Tak działał Król Słońce, a my jesteśmy republiką, która ma konstytucję”.

Prawnokonstytucyjne tło sporu

Art. 179 Konstytucji stanowi, że sędziowie są powoływani przez Prezydenta RP na wniosek KRS. W wyroku z 2012 roku (sygn. K 18/09) TK uznał ten akt za prerogatywę, a więc kompetencję osobistą, która nie wymaga kontrasygnaty i nie sprowadza się do automatycznego wykonania wniosku KRS. Spór nie dotyczy więc samego istnienia prerogatywy, lecz jej granic: czy i w jakich okolicznościach prezydent może odmówić, jak należy uzasadniać odmowę i czy taka odmowa podlega kontroli sądowej.

Co wiemy o liście i praktycznych skutkach

Według komunikatów rządowych lista obejmuje osoby na różnych etapach ścieżki zawodowej, zarówno kandydatów do pierwszej nominacji, jak i wnioski awansowe. W środę, 12 listopada, po godzinach popołudniowych ministerstwo potwierdziło odbiór dokumentów, zastrzegając brak uzasadnienia. Jeżeli wstrzymanie obejmuje obsadę etatów w sądach powszechnych, skutkiem mogą być kolejne opóźnienia w sprawach i wzrost zaległości.

Granice uznania: możliwe scenariusze

Rządowa narracja sugeruje, że odmowa powołania, jeśli zostanie potraktowana jako akt władzy publicznej o charakterze administracyjnym lub w inny sposób zaskarżalny powinna podlegać kontroli sądowej, a w dalszej kolejności może prowadzić do skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka po wyczerpaniu środków krajowych. Z kolei zwolennicy szerokiej interpretacji prerogatywy wskazują, że decyzja prezydenta jest w zasadzie uznaniowa. Dzisiejszy spór toczy się więc nie tylko o listę 46 nazwisk, lecz o model równowagi władz w państwie prawa.

To kolejny punkt zapalny po sygnałach blokowania przez Nawrockiego nominacji w innych służbach i instytucjach. W ocenie obserwatorów może to przełożyć się na wielomiesięczny impas legislacyjny i ustrojowy.

Źródło: PAP, Reuters, TVN24, ONET

 


Nawrocki żąda przeprosin od szefów służb. Siemoniak: To pierwsza porażka Prezydenta

Karol Nawrocki ostro skrytykował premiera Donalda Tuska i szefów służb specjalnych, żądając od nich przeprosin i stawienia się w Pałacu Prezydenckim. W poniedziałkowym wywiadzie dla Telewizji Republika Nawrocki oskarżył rząd – jak twierdzi – o blokowanie kontaktów ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego, co miało uniemożliwić podpisanie nominacji oficerskich przed Świętem Niepodległości. Strona rządowa przedstawia to inaczej. Wskazuje na obowiązujące procedury i konieczność uzgodnień z premierem. Zaznacza również, że prezydent – wbrew zarzutom – otrzymuje materiały na piśmie z odpowiednimi klauzulami.

Prezydent: Szefowie służb odmówili mi spotkania

Karol Nawrocki w rozmowie z TV Republika nie krył oburzenia sytuacją, która miała miejsce dwa tygodnie wcześniej. Jak podkreślił, po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej – jak twierdzi – szefowie służb specjalnych odmówili spotkania z demokratycznie wybranym prezydentem. „Zaprosiłem wszystkich czterech szefów służb: wojskowych i cywilnych. Zaproszenia wysłano z tygodniowym wyprzedzeniem” – powiedział.

Według jego relacji, informację o przyczynie niestawiennictwa funkcjonariuszy otrzymał dopiero po czasie. „Tylko po jakimś czasie poinformowano mnie, że zabronił im tego premier Donald Tusk” – dodał.

Nawrocki nie szczędził krytycznych słów pod adresem szefów służb. „Niech rozważą w swoim sercu, czy tak się zachowuje wysoki oficer państwa polskiego, że odmawia spotkania z prezydentem. Czekam na przeprosiny i stawienie się szefów służb u prezydenta, żeby rozmawiać także o awansach oficerskich” – oświadczył stanowczo.

Premier zarzuca Nawrockiemu wojnę z rządem

Spór rozpoczął się 7 listopada, gdy Donald Tusk w nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych ostro skrytykował decyzję Karola Nawrockiego o niepodpisaniu nominacji dla 136 funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

„Wszyscy czekali. Oni, przyszli bohaterowie, ich rodziny. Prezydent uznał, że nie podpisze tych promocji. To taki dalszy ciąg jego wojny z polskim rządem. Żeby być prezydentem, nie wystarczy wygrać wyborów” – stwierdził premier. Podkreślił, że młodzi funkcjonariusze to patrioci, którzy chcą służyć Polsce, a decyzja prezydenta uderza w system bezpieczeństwa państwa.

Siemoniak: To pierwsza porażka prezydenta

Minister-koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak w programie „Kropka nad i” TVN24 ostro odniósł się do stanowiska prezydenta.

„To pierwsza porażka prezydenta” – ocenił, nalegając na podpisanie listy nominacji. „Apeluję, proszę, panie prezydencie, niech pan podpisze tę listę, a potem się spierajmy, mówmy sobie różne rzeczy”. Zaprzeczył, aby odwołano jakiekolwiek spotkania z prezydentem. „Nikt ich nie odwołał, bo nikt ich nie zwołał. Nie może być tak, że sekretariat prezydenta dzwoni i wzywa szefów służb, wyznacza im godzinę za dwa tygodnie. Muszą mieć zgodę premiera”.

Dodał, że prezydent jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP, ale nie ma zwierzchnictwa nad służbami specjalnymi, które podlegają odpowiednio Prezesowi Rady Ministrów (ABW) oraz ministrowi obrony narodowej w strukturze resortu (SKW). Siemoniak zdementował również informacje o odcinaniu prezydenta od ważnych materiałów.

„Kłamstwem jest to, co mówią wszyscy urzędnicy prezydenta, że prezydent jest odcinany od jakichkolwiek informacji. Jest praktyka przekazywania dokumentów na piśmie z odpowiednimi klauzulami. To wszystko prezydent dostaje. Mało tego, tego dnia, kiedy miały być te spotkania, od służb otrzymał pełne materiały w tych tematach”.

Konstytucyjne kompetencje pod lupą

W centrum sporu znalazła się kwestia konstytucyjnych kompetencji prezydenta i premiera. Donald Tusk podkreślał, że w Polsce istnieją określone procedury współpracy, takie jak Rada Bezpieczeństwa Narodowego czy Rada Gabinetowa. „Prezydent w Polsce nie jest od tego, żeby wzywać ministrów czy urzędników państwowych, którzy są podlegli rządowi” – argumentował szef rządu.

Tusk zapewnił, że „nikomu niczego nie zakazuje”, ale szefowie służb mogą spotykać się z prezydentem tylko po uprzednim zwróceniu się głowy państwa do premiera z wyjaśnieniem celu spotkania. Z kolei Karol Nawrocki zarzucił premierowi łamanie zasad współpracy między najważniejszymi organami państwa. „Pan premier Tusk musi zrozumieć, że nie jest królem, ale szefem rządu. A to oznacza obowiązek współpracy z prezydentem wybranym przez Polaków, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa państwa” – podkreślił prezydent.

Bezpieczeństwo państwa zakładnikiem sporu?

Nawrocki oskarżył premiera o „politykę twitterową” w kwestiach bezpieczeństwa. „Nie zamierzałem być małostkowy jak pan premier i uznałem, że ta sytuacja z odmową spotkania ze mną nie powinna być częścią debaty w opinii publicznej” – mówił. Dodał, że szef rządu zachował się „nieodpowiedzialnie”, nagłaśniając sprawę publicznie. „Mam nadzieję, że pan premier wyciągnie z tego konsekwencje i jest to pierwszy i ostatni raz, gdy posuwa się do polityki twitterowej wokół kwestii bezpieczeństwa, nie zostawiając mi możliwości, żebym również odniósł się do tego publicznie”.

Według Nawrockiego, w czasie gdy za wschodnią granicą Polski trwa wojna, premier zadecydował, że głowa państwa i zwierzchnik sił zbrojnych ma być pozbawiony dostępu do najważniejszych informacji o bezpieczeństwie. „W ten sposób po raz kolejny premier wykorzystał służby specjalne w walce politycznej” – ocenił.

Strona rządowa odpowiada, że dostęp do informacji jest zapewniany na bieżąco w formie pisemnej, zgodnie z procedurami.

Tradycja nominacji oficerskich przerwana

Zgodnie z obowiązującymi przepisami, pierwszy stopień oficerski nadaje w Polsce prezydent na wniosek ministra obrony narodowej lub ministra spraw wewnętrznych i administracji. W tym roku spór dotyczy nominacji na pierwszy stopień w ABW i SKW w okolicach Narodowego Święta Niepodległości 11 listopada. Tradycyjnie promocje odbywają się przy okazji najważniejszych świąt państwowych, w tym często 11 listopada.

Tomasz Siemoniak podkreślił, że nigdy wcześniej nie doszło do sytuacji, w której prezydent odmówiłby podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski, nawet gdy relacje między rządem a głową państwa były napięte.

„Są sprawy, którymi się po prostu nie gra. Wywoływanie nagłego kryzysu wokół ściągania podległych premierowi szefów służb specjalnych na indywidualne rozmowy z prezydentem oraz blokowania awansów na pierwszy stopień oficerski absolutnie nie służy państwu” – ostrzegał minister.

DF, thefad.pl / Źródło: RMF24, Wprost, TVN24


Uważaj na oszustwo „na lusterko” we Włoszech. Jak działa i jak się nie dać nabrać

Włoskie wakacje, wynajęty samochód i malownicza trasa. Nagle słyszysz głośny stukot, a obok pojawia się auto sygnalizujące, że właśnie urwałeś mu lusterko. To nie wypadek, to perfidne oszustwo, przed którym ostrzega nawet niemiecki automobilklub ADAC. Turyści, w tym Polacy, regularnie tracą w ten sposób pieniądze.

Fot. thefad.pl / AI

Włochy to jeden z ulubionych kierunków wakacyjnych Polaków, a wynajęty samochód wydaje się idealnym sposobem na zwiedzanie. Trzeba jednak zachować czujność, bo na drogach, zwłaszcza w pobliżu popularnych kurortów i na autostradach, nasila się proceder znany jako „truffa dello specchietto”. Ofiarami padają niemal wyłącznie zagraniczni turyści, którzy nie znają lokalnych realiów i chcą uniknąć problemów na urlopie.

Jak działa „truffa dello specchietto”?

Scenariusz jest niemal zawsze ten sam i zaskakująco skuteczny. Oszuści wybierają miejsca, gdzie ruch jest spowolniony – zjazdy z autostrad, okolice stacji paliw czy MOP-ów. Gdy ich wyprzedzasz, jadąc często prawym pasem, rzucają w twój samochód mały kamień lub inny twardy przedmiot. Słyszysz wyraźne uderzenie i to jest kluczowy moment. Chwilę później oszust zrównuje się z tobą, trąbi, miga światłami i wskazuje na swoje rzekomo uszkodzone lusterko, zmuszając cię do zatrzymania się na poboczu lub parkingu.

Teatr jednego aktora na poboczu

Po zatrzymaniu rozpoczyna się przedstawienie. Z drugiego auta wysiada zazwyczaj jeden lub dwóch mężczyzn. Podchodzą zdenerwowani, twierdząc, że uderzyłeś w ich lusterko i pokazują „dowód” – starą rysę lub pęknięcie. Aby uwiarygodnić historię, często dyskretnie pocierają obudowę twojego lusterka kredą lub innym materiałem, zostawiając ślad. Turyści, zdezorientowani hałasem, który wcześniej słyszeli, i presją chwili, często zaczynają wierzyć, że faktycznie ponoszą winę.

Propozycja „polubownego” załatwienia sprawy

Zwykle następuje szybka propozycja „rozsądnego” rozwiązania. Oszust nie chce wzywać policji ani zgłaszać sprawy do ubezpieczyciela. Twierdzi, że to „zbyt wiele formalności”, zwłaszcza dla turysty. Zamiast tego pokazuje w telefonie ogłoszenie z ceną używanej części i proponuje rozliczenie gotówką. Kwoty są na tyle niskie, by ofiara wolała zapłacić i mieć spokój, niż ryzykować wielogodzinne procedury z lokalnymi służbami w obcym języku.

Jak się bronić? Eksperci radzą: nie zatrzymuj się

Eksperci z ADAC radzą, co robić w takiej sytuacji. Jeśli masz pewność, że zachowałeś bezpieczny odstęp i do żadnej kolizji nie doszło, najlepszą reakcją jest… brak reakcji. Nie zjeżdżaj na wezwanie innego kierowcy. Jeśli jednak zdecydujesz się zatrzymać, bo masz wątpliwości, twoim pierwszym ruchem powinno być wyjęcie telefonu i poinformowanie, że dzwonisz na policję (Carabinieri, numer 112). Jak donoszą specjaliści, taka deklaracja zazwyczaj kończy dyskusję, a oszuści szybko odjeżdżają. Niezwykle pomocny okazuje się też wideorejestrator, który jest najlepszym dowodem na to, że do żadnego kontaktu między pojazdami nie doszło.

DF, thefad.pl / Źródło: ADAC

 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję