Roman Giertych:e-maile Epsteina: Trump, Musk i szokujący polski wątek Nawrockiego

Roman Giertych
Lektura ujawnionych e-maili Jeffreya Epsteina przeraża. Dokumenty te sugerują istnienie światowego klanu pedofili, w który zamieszani mają być Donald Trump, Elon Musk i Bill Gates. Co najbardziej zdumiewające, nitki tej mrocznej historii prowadzą do Polski – do Adama Bielana i kampanii Karola Nawrockiego. Czy polska polityka opiera się na patronacie ludzi uwikłanych w najgorsze zbrodnie?
Całą noc czytam ujawnione e-maile Epsteina. To coś nieprawdopodobnego. W najgorszych snach nie sądziłem, że mógł istnieć światowy i ponadpartyjny klan pedofili wykorzystujących dzieci. Z tych materiałów ma wynikać, że niektóre z nich były torturowane, a nawet zabijane. Te wszystkie bestie powinny do końca życia siedzieć w najgorszych więzieniach.
Najbardziej szokujące jest dla mnie to, że z tych e-maili ma wynikać w sposób oczywisty, iż prezydent Stanów Zjednoczonych Donald J. Trump był bliskim przyjacielem pedofila Epsteina i wiedział o jego praktykach, a wiele wskazuje na to, że w nich uczestniczył. To samo ma dotyczyć Elona Muska i Billa Gatesa oraz wielu innych, w tym byłego księcia Andrzeja – brata króla Karola. Miliarderzy torturujący i gwałcący dzieci mieli urządzić sobie z wyspy Epsteina raj z horroru.
Będę z całych sił przekonywał nasz rząd do ograniczenia do absolutnego minimum kontaktów z osobami, które mogły uczestniczyć w tym horrorze, nawet jeżeli oznaczałoby to pogorszenie relacji z administracją Trumpa.
Polskim wątkiem tej historii są zadziwiające relacje Adama Bielana z administracją Trumpa. Trump miał zaangażować się z całą mocą w wybór Karola Nawrockiego. Miał wesprzeć go osobiście, wesprzeć go oficjalnie na kongresie CPAC, a także dostarczać mu doradztwa wyborczego przez osoby blisko związane z partią Republikańską. Algorytmy Muska miały wspierać Nawrockiego tak, jak mogły. Te wszystkie nitki miał trzymać Adam Bielan. Administracja Donalda Trumpa miała zrobić wszystko, aby Nawrocki wygrał wybory i został zaprzysiężony.
W zamian Karol Nawrocki miał próbować wciągnąć Polskę do Rady Pokoju stanowiącej prywatną organizację Trumpa i jego rodziny. Nawrocki i Kaczyński mają próbować wymusić na rządzie zapłatę miliarda dolarów do de facto prywatnej kieszeni Trumpa. Pomysł jest tak absurdalny, że jego poparcie przez nich jest zadziwiające. Gdy Trump znieważył polskich żołnierzy, Karol Nawrocki nie miał odwagi powiedzieć ani słowa. Nawet prezydent Litwy upomniał się o honor swoich żołnierzy. Nawrocki zaatakował Tuska i rząd.
To jest coś więcej niż sojusz z Trumpem: to jest patronat. A teraz dowiadujemy się, że patron ma lubić pedofilów, zboczeńców i zbrodniarzy. Ta historia ma opisywać też rolę rosyjskich prostytutek, które szantażowały miliarderów. To może stanowić ślad odpowiedzi na pytanie, czy Trump jest szantażowany przez Putina. Wówczas rodzi się oczywiste pytanie: czy poparcie Trumpa dla Nawrockiego nie zostało zasugerowane przez Rosję? Jak się popatrzy na ludzi wokół Nawrockiego, to jest to bardzo prawdopodobne. Nasze służby mają teraz co robić. I wszyscy będziemy oczekiwać na efekty tej pracy. Szybkie efekty.
Nie wierzę, aby ta historia nie wstrząsnęła Ameryką. Jeżeli w tamtejszym społeczeństwie jest jeszcze jakaś wspólna sprawa, to jest to ochrona dzieci. Mordowanie, gwałcenie i torturowanie dwunastolatek – jeżeli to się potwierdzi – wstrząśnie USA i, uważam, doprowadzi do upadku Trumpa.
Oby jak najszybciej.
Roman Giertych
Krzysztof Skiba: Wszystko gnije
Blondyna w taxi
Hitem internetu jest filmik, jak patusiara z Łodzi, 32-letnia Ewelina R., atakuje nożem taksówkarza. Młody taksówkarz z Ukrainy zachowuje anielski spokój, uspokaja i wykonuje polecenia wściekłej napastniczki.
Wykorzystując chwilę nieuwagi, wyskakuje z samochodu i zamyka ją w aucie, po czym dzwoni na policję. Kobieta ucieka z taksówki z drugiej strony i krzyczy, że kierowca próbował ją zgwałcić.
Wszystko jednak nagrała kamera w aucie i na filmie dokładnie widać, kto przykłada komu nóż do gardła. Blondyna z nożem znana jest policji, gdyż była już w przeszłości karana za oszustwa i nosiła na nodze policyjną obrączkę.
Na koniec tej historii okazuje się, że pani z nożem to wielka fanka Grzegorza Brauna i Konfederacji, która policjantom tłumaczyła się, że ten zaatakowany taksówkarz to przecież… zwykły Ukrainiec i o co im chodzi? Systemowe szczucie na Ukraińców, jak widać, przynosi efekty.
Skrajna, brunatna prawica wie, że spora część polskiego społeczeństwa to zwykła patologia i do niej adresuje swój zakłamany i nienawistny przekaz. Ujadanie na Ukraińców, plucie na Unię, zasiewa tam odpowiednie, zgniłe jak wąsy Hitlera, ziarno. Filmik z wściekłą blondyną ciekawszy niż hity z Netflixa.
Hybrydowy agent wpływu
Działalność internetowa posła PiS Dariusza Mateckiego, orła w szambie internetowym Partii, stała się przedmiotem analiz służb NATO i UE.
Okazuje się, że 43 procent publikowanych na licznych kontach Mateckiego materiałów to powielanie wprost rosyjskiej propagandy. W raporcie dotyczącym aferzysty z PiS (pan Darek obok dzielnej funkcji propagandowej uwikłany jest w liczne malwersacje finansowe, od afery Funduszu Sprawiedliwości po wyłudzanie nienależnych pieniędzy z przedsiębiorstwa Lasy Państwowe) określa się go mianem „hybrydowego agenta wpływu”.
Skoro tak określają jego działalność służby NATO, to nic tylko pogratulować Jarosławowi Kaczyńskiemu wspaniałych, partyjnych kadr na miarę amerykańskich filmów szpiegowskich i powieści Kena Folletta.
Tak na zdrowy rozum zastanawiam się, na cholerę oni takie coś jak Matecki trzymają jeszcze w swej Partii? Powody są dwa. Matecki zna mechanizmy netu i jest mistrzem w hejtowaniu i manipulacjach, a Jarosław nie potrafi samodzielnie nawet wysłać SMS-a. Drugi powód jest taki, że PiS to nie jest zwykła partia, tylko rodzaj schorzenia psychicznego.
Są też mniejsi
PiS ma w swych szeregach całą galerię osób uwikłanych w milionowe przekręty. Na liście głównych bohaterów afer królują giganci szemranej kasy, czyli Ziobro, Obajtek czy Morawiecki. Ci maczali swe lepkie paluchy w przekrętach, w których ilość zer nie ma prawie końca, a sumy nie są wyobrażalne dla normalnych ludzi.
Dawno temu nasz wielki poeta Mikołaj Rej pisał w swej fraszce: „Małych złodziei wieszają, wielkim się kłaniają”.
Na szczęście dzięki ministrowi Żurkowi wielkim przestali się już kłaniać, ale przyszedł też czas na tych mniejszych. Prokuratura właśnie wystąpiła do Sejmu z wnioskiem o odebranie immunitetu posłowi PiS Tadeuszowi Chrzanowi z Podkarpacia.
Ten wielki patriota i były starosta w latach 2018–2019 za państwową kasę zbudował sobie prywatny obiekt komercyjny. Suma jak na PiS niewielka, bo chodzi o zaledwie 130 tys. zł. Ludzie szeryfa Ziobry (który wrzeszczał o ściganiu wszystkich aferzystów) zamietli sprawę pod dywan, ale teraz służby wrednego Tuska dorwały i małego miłośnika przekrętów.
Podkarpacie! Piękna kraina. To tam były te słynne agencje towarzyskie, do których chodzili biskupi, notable PiS, policjanci, a pewien marszałek latał służbowym odrzutowcem.
Krzysztof Skiba
Badacze z Harvardu: mniej monotonii, więcej lat życia
Przez lata liczyliśmy minuty i kalorie, zamiast myśleć o tym, jak w tygodniu łączyć aerob, siłę i ćwiczenia sprawnościowe. Analiza przeprowadzona przez ekspertów z Harvard T.H. Chan School of Public Health dowodzi, że to właśnie różnorodność jest kluczem: osoby łączące kilka form aktywności rzadziej umierały przedwcześnie niż te, które trzymały się jednego schematu, nawet przy zbliżonym łącznym czasie ćwiczeń. Dane gromadzone przez ponad trzy dekady wskazują, że najwyższy wskaźnik zróżnicowania ruchu wiązał się z obniżeniem ryzyka zgonu o blisko 19 procent.
Co wnosi nowe badanie
Nie chodzi tylko o to, ile czasu spędzasz na ćwiczeniach, lecz o to, jak w tygodniu łączysz różne rodzaje ruchu. Po osiągnięciu umiarkowanego poziomu zyski z samego dokładania minut maleją; dodatkową korzyść daje miks bodźców: wysiłek tlenowy, trening siłowy i aktywności wymagające koordynacji. To spójne z fizjologią: serce, mięśnie i układ nerwowy adaptują się do różnych wymagań, więc naprzemienne ich angażowanie wspiera długowieczność funkcjonalną. Co ważne, działanie tej różnorodności widać niezależnie od łącznego czasu treningów.
Granice uogólnień i praktyczna wymowa
Autorzy rzetelnie wskazują na ograniczenia płynące z metodologii: poziom aktywności oparto na subiektywnych deklaracjach uczestników, a grupę badawczą stanowili głównie pracownicy sektora medycznego, co sprawia, że wyników nie można bezkrytycznie przekładać na całą populację. Ponieważ jest to analiza obserwacyjna, naukowcy wskazują na istotne korelacje, a nie na bezsporny związek przyczynowo-skutkowy. Mimo to uzyskany obraz pozostaje spójny z dotychczasową wiedzą medyczną: trening oporowy hamuje naturalny zanik mięśni, wysiłek tlenowy wzmacnia serce, a dyscypliny techniczne wspierają koordynację nerwowo-mięśniową. Dla czytelnika płynie stąd konkretna lekcja: warto porzucić „monokulturę” biegania na rzecz planu, w którym obok roweru czy spaceru pojawi się regularna praca z ciężarem oraz aktywności wymagające zręczności. Warto jednak pamiętać, by w przypadku chorób przewlekłych wszelkie zmiany w intensywności ruchu konsultować z lekarzem lub fizjoterapeutą.
Ostateczny wniosek wykracza poza suche statystyki: choć każda minuta ruchu jest cenna, to dopiero ich inteligentne zróżnicowanie staje się prawdziwą polisą na długowieczność. Odchodząc od monotonii na rzecz urozmaiconego tygodnia, zyskujemy podwójnie. Nie tylko chronimy się przed nudą i wypaleniem, ale – jak sugerują dane z Harvardu – realnie oddalamy od siebie widmo przedwczesnej śmierci. W świecie ruchu jakość i różnorodność to nowa waluta, którą warto zacząć płacić za swoje dodatkowe lata życia.
DF, thefad.pl / Źródło: Harvard T.H. Chan School of Public Health
Trump zaprasza Putina, Nawrockiego, Orbana do kontrowersyjnej Rady Pokoju. Cena członkostwa szokuje
Światowa dyplomacja stanęła w obliczu niewyobrażalnego wstrząsu, który może pogrzebać dotychczasowy porządek międzynarodowy. Donald Trump, w typowym dla siebie stylu, rozesłał zaproszenia do nowo powstającej „Rady Pokoju”. Zaproszenia do ‘Rady Pokoju’ wysłano do około 60 państw; na liście są m.in. Władimir Putin, Viktor Orbán i Karol Nawrocki. Najwięcej emocji budzi miliardowy próg utrwalenia członkostwa. Szok wywołuje nie tylko skład personalny, ale przede wszystkim statutowy „paywall”, aby zasiąść przy stole decyzyjnym na stałe, państwa muszą wyłożyć miliard dolarów.
Geopolityczny hazard pod szyldem Waszyngtonu
Inicjatywa „Board of Peace”, która w założeniu ma zająć się stabilizacją Strefy Gazy, a docelowo wyjść poza ramy Bliskiego Wschodu, stała się faktem politycznym, obok którego nie da się przejść obojętnie. Donald Trump nie buduje kolejnej jałowej instytucji doradczej, lecz tworzy format równoległy do ONZ, w którym reguły gry pisane są wyłącznie w Waszyngtonie.
Największe oburzenie budzi fakt, że zaproszenie trafiło na Kreml. Oficjalne potwierdzenie z Moskwy, że Władimir Putin „analizuje” propozycję, wywołało wściekłość w stolicach europejskich. Krytycy alarmują: to nic innego jak legitymizacja agresora w czasie, gdy na Ukrainie wciąż giną ludzie, a fundamenty zachodniej moralności zostają wystawione na sprzedaż w imię „skuteczności”.
Miliard dolarów za bilet do elity władzy
Najbardziej kontrowersyjnym elementem projektu, który dzieli nawet najbliższych sojuszników USA, jest finansowy próg wejścia. Zgodnie z wyciekami dotyczącymi projektu statutu, państwa, które chcą uzyskać realny wpływ i przedłużyć swój mandat w Radzie poza pierwotny okres, muszą wpłacić co najmniej miliard dolarów w pierwszym roku działalności. To rozwiązanie przez wielu nazywane jest wprost „prywatyzacją pokoju”. Choć zwolennicy Trumpa przekonują, że bez potężnego kapitału odbudowa zniszczonych wojną regionów pozostanie mrzonką, opozycja widzi w tym niebezpieczny precedens: dyplomację, w której głos mają nie ci, którzy mają rację, lecz ci, którzy mają najgłębsze portfele. Taki model stawia pod znakiem zapytania suwerenność mniejszych państw i oddaje prawo weta w ręce najbogatszych graczy.
Warszawa w kleszczu wielkiej polityki
Dla Polski zaproszenie prezydenta Karola Nawrockiego to scenariusz skrajnie trudny. Z jednej strony Kancelaria Prezydenta potwierdza odbiór pisma, widząc w nim szansę na realną obecność przy stole, gdzie zapadają decyzje o nowej architekturze bezpieczeństwa, od logistyki po zabezpieczenie rozejmów. Z drugiej strony, pałac prezydencki staje przed dramatycznym dylematem: jak współtworzyć format z Białym Domem, nie rozrywając ostatecznie więzi z Unią Europejską i nie legitymizując obecności Putina. W tle tli się potężny konflikt wewnętrzny, gdyż rząd Donalda Tuska z pewnością nie będzie chciał finansować inicjatywy, która omija klasyczne instytucje międzynarodowe.
Przystąpienie Polski do organizacji międzynarodowej wymaga zgody Rady Ministrów i ratyfikacji przez Sejm. Rząd kierować się będzie wyłącznie interesem i bezpieczeństwem państwa polskiego. I nikomu nie damy się rozegrać.
— Donald Tusk (@donaldtusk) January 19, 2026
Orbán już gra, Europa wciąż się zastanawia
Podczas gdy większość stolic wstrzymała oddech, Viktor Orbán wykonał ruch wyprzedzający. Premier Węgier nie tylko przyjął zaproszenie, ale upublicznił list od Trumpa, stawiając się w roli głównego pośrednika między Waszyngtonem a Moskwą. To klasyczna, cyniczna gra Budapesztu, która ma zmusić resztę Europy do zajęcia stanowiska. Stolice takie jak Berlin czy Paryż stoją teraz przed wyborem: wejść do Rady, by próbować temperować projekt od środka, czy stać z boku i patrzeć, jak Donald Trump buduje nowy światowy ład za miliardy dolarów, ignorując dotychczasowe traktaty. Jedno jest pewne, „Board of Peace” to nie widowisko, to brutalna realpolitik, która sprawdza, ile warta jest dzisiejsza dyplomacja.
DF, thefad.pl / Źródło: Reuters; The Guardian; Sky News; ABC News
Piers Morgan: Wielka Brytania powinna odkupić Amerykę. W końcu kiedyś do nas należała
Jedno zdanie wystarczyło, by rozgrzać debatę po obu stronach Atlantyku do czerwoności. Gdy Donald Trump ponownie rozkręcił spór o Grenlandię i dołożył do tego groźbę potężnych ceł uderzających w europejskich sojuszników, Piers Morgan nie bawił się w dyplomację. Brytyjski showman odpalił na platformie X ripostę, która w kilka godzin stała się symbolem oporu wobec „biznesowego” stylu uprawiania polityki: „Wielka Brytania powinna odkupić Amerykę. W końcu kiedyś do nas należała”. To żart, który w genialny sposób punktuje logikę świata sprowadzonego do tabel w Excelu i bezwzględnych deali.
Britain should repurchase America. After all, it was ours once, and it would enhance our North Atlantic security. If you don’t sell it to us, President Trump, we’re going to impose tariffs on the U.S. and any country who supports you in resisting this very good deal. Fair?
— Piers Morgan (@piersmorgan) January 17, 2026
Wojna o Grenlandię: 10-procentowe taryfy i groźba eskalacji
W tle tego internetowego starcia nie stoją jednak wyłącznie memy, lecz realne i bardzo wysokie stawki. Wydarzenia z 17 i 18 stycznia 2026 roku postawiły Europę w stan gotowości. Biały Dom oficjalnie zagroził wprowadzeniem 10-procentowych taryf na kluczowe sektory europejskich gospodarek, w tym Wielkiej Brytanii, z zapowiedzią ich podniesienia do aż 25 procent od czerwca. Warunek Trumpa jest prosty i brutalny: albo Dania i sojusznicy „dogadają się” w sprawie statusu Grenlandii, albo transatlantycki handel czeka trzęsienie ziemi.
Wspólna odpowiedź europejskich stolic była wyjątkowo szybka i stanowcza. Liderzy potępili to, co nazwali wprost „szantażem”, i zapowiedzieli uruchomienie unijnych narzędzi antyprzymusowych. Rząd w Londynie również nie pozostawił złudzeń, podkreślając, że przyszłość autonomicznej wyspy nie jest i nigdy nie będzie przedmiotem negocjacji handlowych. To właśnie w tej dusznej atmosferze Morgan postanowił obrócić lornetkę i sparodiować transakcyjny język Waszyngtonu. Skoro administracja Trumpa uważa, że suwerenne terytoria można wyceniać i kupować, to Morgan logicznie pyta: czy USA też można wziąć „z powrotem”?
Satyrą w logikę transakcji: Dlaczego Piers Morgan uderzył tak celnie?
Riposta brytyjskiego dziennikarza zadziałała tak mocno, ponieważ dotknęła sedna problemu, jakim jest traktowanie sojuszy jak subskrypcji, które można odciąć w razie braku „płatności” w naturze. Morgan, który w przeszłości bywał oskarżany o nadmierną sympatię do trumpizmu, tym razem uderzył w sam fundament tej polityki. Sprowadzenie geopolityki do prostego rachunku zysków i strat podkopuje nie tylko stabilność rynków, ale przede wszystkim spójność NATO w kluczowym regionie Arktyki. Żart o odkupieniu kolonii działa tu jak lustro, pokazując absurd mowy o „kupowaniu” suwerenności w świecie opartym na porządku prawnym.
Wykorzystanie historii przez Morgana to oczywiście prowokacyjny skrót myślowy. Trzynaście kolonii było brytyjskich do 1776 roku, a ogromne połacie kontynentu należały do Francji czy Hiszpanii, nie wspominając o prawach rdzennych narodów. Jednak autor wpisu nie zamierzał pisać podręcznika do historii i użył jej jak igły do przebicia balonu amerykańskiego patosu. Jego pointa nie jest realną propozycją polityczną, lecz brutalną demaskacją języka, który myli mapę świata z katalogiem nieruchomości komercyjnych.
Londyńska arytmetyka ryzyka i realna cena politycznego spektaklu
Z perspektywy Downing Street sytuacja jest daleka od żartu. To równanie z wieloma niewiadomymi, w którym po jednej stronie mamy relacje z najważniejszym partnerem handlowym, a po drugiej realne koszty, jakie poniosą brytyjskie firmy i konsumenci po 1 lutego, jeśli dodatkowe stawki celne wejdą w życie. Policzek wymierzony Trumpowi przez Morgana jest więc dzwonkiem alarmowym dla opinii publicznej. Pod błyskotliwą ironią kryje się bowiem pytanie o to, ile ostatecznie zapłacimy za te geopolityczne igrzyska.
W epoce, w której wszystko próbuje się wycenić i wystawić na licytację, ironia okazuje się najskuteczniejszym narzędziem oporu. Piers Morgan jednym zdaniem porozcinał pozę „wielkiego negocjatora” i przypomniał światu, że istnieją wartości, których nie da się kupić, sprzedać ani oclić – nawet za 25-procentową stawkę taryfową.
DF, thefad.pl
Sikorski sonduje Grenlandię. Konsulat zamiast żołnierzy
Arktyka przestała być szkolnym obrazkiem z atlasu. Dla Polski to dziś realne sąsiedztwo, w którym krzyżują się interesy mocarstw, szlaki handlowe i wyzwania klimatyczne. Zapowiedź Radosława Sikorskiego z 16 stycznia, że ambasador RP w Kopenhadze sprawdzi sens uruchomienia konsulatu na Grenlandii (najpewniej honorowego), dobrze ten zwrot porządkuje: instytucjonalna obecność zamiast militarnych gestów.
Arktyczny kontekst, europejska arytmetyka
Minister przypomniał o polskiej społeczności na wyspie i dawnych wątkach gospodarczych z udziałem naszych firm. To przesuwa akcent z „arktycznego patosu” na pragmatykę: kogo obsłużyć, z kim rozmawiać, jakie procedury uprościć. W tle rośnie zainteresowanie regionem po stronie sojuszników i samej Danii, dla której Grenlandia pozostaje strategicznym węzłem. Premier Donald Tusk uciął spekulacje o wysyłaniu polskich żołnierzy, akcentując prymat prawa międzynarodowego i lojalności sojuszniczej. Na tym tle konsulat jawi się jako „bezpiecznik” — sygnał polityczny wysłany bez podkręcania militarnej temperatury.
Po co konsulat honorowy — praktycznie
Pierwszy wymiar to obywatele: sprawy paszportowe, poświadczenia i wsparcie w nagłych przypadkach na ogromnym, słabo skomunikowanym terytorium. Drugi to instytucje: kontakt operacyjny przy projektach naukowych i edukacyjnych; tu warto oprzeć się na polskich tradycjach polarnych (choćby doświadczeniach Hornsundu), ale przenieść ciężar na logistykę i dyplomację w Nuuk. Trzeci to biznes: filtr informacji i pomoc proceduralna, które oddzielą realne okazje od folderowej egzotyki. To także klasyczne „ucho przy ziemi” — miękka wiedza o nastrojach, regulacjach i ograniczeniach.
Granice i warunki skuteczności
Konsulat honorowy nie zastąpi ambasady ani nie stanie się narzędziem twardej polityki bezpieczeństwa. Ma ograniczone zasoby i mandat, więc nie rozwiąże sporów o przyszłość Arktyki. Jego skuteczność zależy od osoby konsula i współpracy z placówką w Kopenhadze. Jeśli potrzeby Polaków i naszych instytucji będą stałe, placówka dostarczy wartości ponad swoją skromną skalę; jeśli incydentalne — racjonalna będzie powściągliwość.
Polityka sekwencji, nie fajerwerków
Kolejność ruchów rządu — wygaszenie spekulacji o wojsku, potem rekonesans konsularny — porządkuje przekaz do sojuszników i opinii publicznej. Polska wspiera Danię i szanuje autonomię Grenlandii, ale nie gra pustymi symbolami. Jeśli konsulat w Nuuk powstanie, będzie miał sens jako narzędzie cierpliwej pracy: ułatwiania życia obywatelom, łączenia instytucji i zbierania wiarygodnych informacji. Arktyka nie potrzebuje patosu — potrzebuje kompetencji.
Trump chce przejąć Grenlandię. Symboliczny ruch Niemiec: Bundeswehra wysyła wojsko

Anna Widzyk
Trzynastu żołnierzy Bundeswehry rozpoczyna od 15 stycznia 2026 r., misję rozpoznawczą na Grenlandii na zaproszenie Danii. Berlin przedstawia to jako szybki i właściwy sygnał polityczny, a równolegle dołączają kolejni europejscy sojusznicy. Tłem jest spór z Białym Domem: Donald Trump zapowiada przejęcie wyspy, uzasadniając to bezpieczeństwem USA.
„To słuszne, że Niemcy szybko zareagowały na zaproszenie rządu duńskiego” — mówi Thomas Erndl z CDU/CSU, odpowiedzialny w klubie chadecji za sprawy obrony. Według niego Europejczycy pokazują, że traktują poważnie obawy USA, ale zarazem wyznaczają granice: każda nieuzgodniona akcja prezydenta USA groziłaby sytuacją bez wyjścia. W środę wieczorem niemiecki resort obrony potwierdził wysłanie 13-osobowego zespołu, który w dniach 15–17 stycznia ma rozpoznać ramy ewentualnego wkładu w morski i powietrzny nadzór regionu. Francja informuje, że 15 jej żołnierzy jest już na miejscu; podobne kroki zapowiedziały Szwecja i Norwegia.
Symboliczne wsparcie
Udział Bundeswehry popierają także opozycyjni Zieloni. Posłanka Sara Nanni przekonuje, że Dania potrzebuje dziś widocznego, wspólnotowego gestu solidarności. Jej zdaniem sam ruch wojsk nie wystarczy i powinien iść w parze z jednoznaczną presją dyplomatyczną wobec Białego Domu. Kanclerz Friedrich Merz, przebywając z wizytą w Indiach, zasygnalizował możliwość wzmocnienia niemieckiej obecności w regionie polarnym i dodał, że w tej sprawie trwają rozmowy z Kopenhagą; nie wykluczył również roli USA w rozwiązaniu uzgodnionym z Danią.
Szybka reakcja i stawka strategiczna
Dania rozesłała zaproszenia do udziału w wielonarodowej misji rozpoznawczej w środę, a odpowiedzi europejskich stolic przyszły niemal natychmiast. NATO od lat traktuje szlaki morskie na północ i południe od Grenlandii jako krytyczne. Tędy biegną zarówno linie przerzutu sił z Ameryki do Europy, jak i potencjalne trasy rosyjskich okrętów podwodnych. Minister obrony Boris Pistorius przypomniał, że mowa o kluczowej luce GIUK — pasie między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią — której kontrola decyduje o bezpieczeństwie północnego Atlantyku.
Co dalej
Kopenhaga i Nuuk kontynuują rozmowy z Amerykanami, ale coraz wyraźniej widać fundamentalną różnicę zdań. Trump nie rezygnuje z planu podporządkowania wyspy USA, zaś Dania odpowiada mobilizacją sojuszników i wzmacnianiem zdolności w regionie. W tym układzie misja rozpoznawcza ma znaczenie testowe: pokaże, jak szybko i sensownie Europa zorganizuje nadzór, logistykę i ćwiczenia w Arktyce — zanim spór o status Grenlandii wejdzie w ostrzejszą fazę. Jeśli test wypadnie pozytywnie, w ślad za symboliką pójdą realne zdolności, a cena jednostronnych ruchów znacząco wzrośnie.
REDAKCJA POLECA
Ziobro ucieka do Orbána. Niemiecka prasa: „To groteska i farsa”

Monika Stefanek
Decyzja Węgier o przyznaniu azylu byłemu polskiemu ministrowi sprawiedliwości jest groteskowa – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
Jak relacjonuje we wtorek, 13 stycznia, dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”), Unia Europejska postrzega siebie jako wspólnotę demokracji. „Oznacza to, że prześladowania z powodów politycznych nie mogą mieć miejsca w żadnym z jej państw członkowskich. Pomysł, aby były minister państwa członkowskiego UE otrzymał azyl polityczny w innym państwie UE, powinien być zatem nie do pomyślenia” – czytamy.
Udzielenie przez Węgry azylu byłemu ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze komentator „FAZ” Reinhard Veser nazywa „farsą” i dodaje, że to właśnie Ziobro „pozbawił polskie sądownictwo niezależności”.
Ziobro może liczyć na sprawiedliwy proces
Dziennik przypomina, że byłemu ministrowi rzeczywiście grozi długoletni wyrok więzienia, a zarzuty obejmują „defraudację” na dużą skalę i nielegalny zakup oprogramowania, które było wykorzystywane do szpiegowania opozycji.
„Gdy Ziobro narzeka teraz na brak niezależności sądownictwa w Polsce, brzmi to groteskowo. W końcu to on, za rządów PiS, przewodził transformacji polskiego sądownictwa w narzędzie polityczne klasy rządzącej” – pisze publicysta. Jednak – jak zauważa Veser – Ziobro może liczyć na sprawiedliwy proces, w przeciwieństwie do swoich wcześniejszych oponentów.
Zdaniem komentatora „węgierskich dobroczyńców” łączy z Ziobrą nie tylko ideologia i autorytarne tendencje, ale także instrumentalne rozumienie prawa. „A w otoczeniu Viktora Orbána jest wielu, którzy po utracie władzy muszą obawiać się trudności związanych z odpolitycznionym sądownictwem” – uważa publicysta „FAZ”.
Wyjątkowa sytuacja
Z kolei, jak pisze agencja prasowa DPA, w Warszawie spodziewano się, że Zbigniew Ziobro otrzyma ochronę na Węgrzech, szczególnie po tym, jak Budapeszt udzielił już w 2024 r. azylu jego zastępcy, Marcinowi Romanowskiemu.
DPA podkreśla, że sytuacja, gdy państwo członkowskie UE przyznaje azyl osobie z innego państwa unijnego, jest „wyjątkowa”. „Były prezydent regionu Katalonii, Carles Puigdemont, uciekł do Belgii, aby uniknąć hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości, ale nie ubiegał się wówczas o azyl” – informuje DPA.
REDAKCJA POLECA
Czy Europa wyśle wojska, by uratować Grenlandię przed Trumpem?
Sobotni tekst „Telegrapha” rozpalił wyobraźnię: europejscy dowódcy mieli szkicować warianty misji NATO na Grenlandii, by „postawić buta na ziemi” zanim zrobią to Amerykanie. Londyn studzi emocje, mówiąc o rutynowym planowaniu na wypadek kryzysu, ale polityczna stawka jest realna. Arktyka staje się polem testowym: czy Europa potrafi działać, zanim zostanie zepchnięta do roli komentatora cudzych faktów dokonanych.
Co jest w planach, a co w nagłówkach
„Telegraph” informuje o rozmowach roboczych wokół operacji w Arktyce, z komponentem morskim i lotniczym oraz potencjalnym udziałem brytyjskich żołnierzy. To ważne, bo przesuwa środek ciężkości z ćwiczeń na stałe „ramy obecności”. Równolegle rząd w Londynie podkreśla, że nie ma decyzji o wysłaniu sił na wyspę, mowa o wariantach leżących „na półce”, typowych dla NATO. Tę rozbieżność trzeba czytać trzeźwo: planowanie nie jest rozkazem marszu, ale samo jego tempo sygnalizuje, że Arktyka awansowała do pierwszej ligi priorytetów.
Nowe fakty z ostatnich dni
W ciągu dwóch tygodni przyspieszył wątek amerykański. Donald Trump ogłosił wysłanie specjalnego wysłannika ds. Grenlandii, argumentując, że wyspa jest „niezbędna dla bezpieczeństwa” USA. Wypowiedzi o „działaniu po swojemu” i wcześniejsze sugestie, że nie wyklucza użycia siły, wywołały ostrą odpowiedź Kopenhagi. Premierka Mette Frederiksen nazwała ten moment „przełomowym” i ostrzegła, że zbrojna akcja USA na terytorium Królestwa Danii podkopałaby sens sojuszu. Równocześnie pięć głównych partii Grenlandii wydało wspólne oświadczenie: chcemy decydować o sobie i nie będziemy „ani amerykańscy, ani duńscy”. Ten polityczny chór nie zamyka kanałów współpracy, lecz jasno wyznacza granice.
„Arctic Sentry”: europejski pomysł na wyjście z narożnika
Na stole jest europejska odpowiedź, która nie eskaluje konfliktu, a jednocześnie ogranicza ryzyko amerykańskiej gry na fakt dokonany. Belgijski minister obrony publicznie wezwał do uruchomienia operacji NATO w Arktyce, roboczo porównywanej do stałych misji na wschodniej flance. Chodzi o połączenie rotacji lotniczych, nadzoru morskiego, dronów i ściślejszej wymiany danych.
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte rozmawiał w ostatnich dniach z Waszyngtonem o wzmocnieniu „High North”, co wpisuje się w trend instytucjonalizowania obecności, a nie w ad hoc „desant”. Europejski cel jest czytelny: pokazać sprawczość bez wchodzenia w kolizję z zasadą, że o terytorium gospodarza decyduje gospodarz.
Narzędzia nacisku i granice fikcji
W przestrzeni medialnej wraca surowcowa opowieść o „wojnie o iPhone’y”: ziemie rzadkie, kobalty, lit. Warto uporządkować fakty. Grenlandia ma potencjał, ale projekty wydobywcze od lat grzęzną w realiach klimatu, logistyki i polityki lokalnej. Co więcej, sam Trump ostatnio akcentuje raczej argument bezpieczeństwa: obronę przed Rosją i Chinami, niż zysk z metali. Tu wchodzą Nordycy, którzy publicznie prostują: nie ma dowodów na „okrążenie” Grenlandii przez rosyjskie i chińskie jednostki. To nie znaczy, że Arktyka jest wolna od ryzyka, lecz że strach nie może zastępować analizy. Narracje o rzekomych superprojektach obronnych, jak „złote kopuły” nad wyspą, zostawmy popkulturze nie potwierdzają ich żadne poważne źródła.
Co najbardziej realne „tu i teraz”
Najbliższe tygodnie to raczej architektura odstraszania niż lądowanie piechoty morskiej w Nuuk. Realny jest wzrost liczby lotów patrolowych, intensywniejszy nadzór GIUK, więcej ćwiczeń z Nordykami i formalizacja wymiany danych o ruchu morskim i podwodnym. Ta ścieżka spełnia trzy warunki: daje Europie inicjatywę, nie wywraca stołu z Kopenhagą i nie prowokuje oskarżeń o militaryzację wyspy. Fundament prawny pozostaje ten sam: obecność USA w Thule/Kangerlussuaq wynika z umowy z 1951 r., a każdy nowy krok na terytorium Grenlandii wymaga gry w jednej drużynie z Danią i samymi Grenlandczykami.
Dlaczego to jest test dla Europy
Spór o Grenlandię nie jest „o kawałek lodu”. To sprawdzian, czy Europa potrafi zsynchronizować politykę bezpieczeństwa z surowcami i klimatem oraz czy umie rozmawiać z Waszyngtonem językiem interesów, a nie emocji. Jeśli odpowiedź ograniczy się do reakcji na cudze ultimata, finał zobaczymy na cudzych warunkach. Jeśli uda się szybko domknąć „arktyczny parasol” formalny, przewidywalny i uzgodniony z gospodarzami, będzie to pierwszy od dawna moment, kiedy Europa nie tylko komentuje scenariusz, ale go współtworzy.
DF, thefad.pl / Źródło: The Telegraph; Reuters; The Guardian; Financial Times
Atak USA na Wenezuelę: Maduro schwytany! Fakty i konsekwencje
W nocy z soboty na niedzielę Stany Zjednoczone przeprowadziły skoordynowaną operację na terytorium Wenezueli, uderzając w cele w Caracas i kilku innych miastach. Prezydent USA Donald Trump ogłosił, że Nicolás Maduro i jego żona Cilia Flores zostali zatrzymani i przewiezieni do Nowego Jorku, gdzie mają usłyszeć zarzuty.
Nicolas Maduro on board the USS Iwo Jima. pic.twitter.com/omF2UpDJhA
— The White House (@WhiteHouse) January 3, 2026
Co wydarzyło się tej nocy
Relacje z Caracas mówią o serii eksplozji, przerwach w dostawach prądu i atakach na obiekty militarne oraz zaplecze władzy. Władze wenezuelskie ogłosiły stan nadzwyczajny i wezwały struktury lojalistyczne do „mobilizacji obronnej”. Waszyngton twierdzi, że operacja była przygotowywana od miesięcy i miała charakter „precyzyjny”, a zatrzymanie Maduro nastąpiło w toku działań specjalnych. W sieci zaczęły krążyć dezinformacyjne nagrania i zdjęcia, część generowana przez narzędzia AI, co dodatkowo zaciemnia obraz pierwszych godzin po ataku.
W trybie pilnym zwołano posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. W stolicach regionu trwa nerwowa dyplomacja kryzysowa, a europejskie rządy publikują stanowiska mieszczące się między wezwaniami do politycznego rozwiązania a krytyką użycia siły. Dla obywateli kluczowe pozostają bezpieczeństwo, dostęp do paliw oraz ciągłość usług publicznych w miastach dotkniętych uderzeniami.
Dlaczego teraz: prawo karne, ropa i geopolityka
Wątek prawny był gotowy od lat. Amerykańskie organy ścigania utrzymują wobec Maduro akty oskarżenia związane z narkotykami i przestępczością transnarodową. To dało polityczną ramę do operacji „snatch and grab”, choć z punktu widzenia prawa międzynarodowego pozostaje to konstrukcja skrajnie kontrowersyjna. W wymiarze energetycznym Wenezuela dysponuje największymi udokumentowanymi zasobami ropy, a jej eksport – po okresach sankcji i częściowego luzowania – wrócił do gry w globalnym miksie. W Waszyngtonie narastało przekonanie, że „polityka sankcji bez końca” nie przynosi efektu, a okno możliwości domyka się wraz z gęstniejącą siecią wsparcia dla Caracas ze strony Rosji i Iranu.
Geopolitycznie operacja ma wymiar sygnałowy. USA dają do zrozumienia, że skończyła się epoka wyłącznie finansowych batów i not dyplomatycznych. Stąd tak ostre reakcje w Ameryce Łacińskiej i Europie, gdzie wraca fundamentalne pytanie: czy zwalczanie transnarodowej przestępczości i obrona ładu regionalnego mogą uzasadnić naruszenie zakazu użycia siły wobec suwerennego państwa. Ta sprzeczność będzie przez tygodnie paliwem sporów na forum ONZ i w parlamentach.
Live updates: Trump says the U.S. is "going to run" Venezuela until transition of power. There are no visible signs the U.S. is controlling the country. https://t.co/gJnqxnoujN
— The Associated Press (@AP) January 3, 2026
Cień Pekinu i „armia cieni”
Choć uwaga Waszyngtonu skupia się na Moskwie i Teheranie, najtrudniejsza partia szachów rozegra się z Pekinem. Chiny są największym wierzycielem Caracas; dług spłacany ropą był filarem relacji i zabezpieczeniem wielomiliardowych pożyczek. Deklarowana przez USA kontrola nad eksportem to uderzenie w chińskie interesy energetyczne i finansowe. Logiczna odpowiedź Pekinu nie będzie militarna, lecz dyplomatyczno-gospodarcza: presja w Radzie Bezpieczeństwa, ostrożność w uznaniu nowej administracji oraz sygnały na rynkach, że kontrakty zabezpieczające dostawy do Azji pozostają wiążące. Jeżeli Waszyngton w praktyce utrudni odbiór „ropo-rat”, spór przeniesie się do sądów i na fora arbitrażowe.
Równocześnie usunięcie lidera nie demontuje systemu. „Colectivos” – uzbrojone, półlegalne grupy lojalne wobec rewolucji boliwariańskiej – kontrolują część barrios i potrafią sparaliżować metropolie. Każda próba instalacji „zarządzania przejściowego” bez neutralizacji tych struktur grozi przekształceniem stolicy w teatr długotrwałych walk miejskich. W takich warunkach przewaga technologiczna szybko się kurczy, a „precyzyjna operacja” zamienia się w krwawą stabilizację.
Legalność: między Kartą NZ a War Powers
Artykuł 2(4) Karty Narodów Zjednoczonych zakazuje groźby i użycia siły przeciw integralności terytorialnej i politycznej niezależności państw. Wyjątkiem jest samoobrona lub mandat Rady Bezpieczeństwa. Waszyngton może próbować oprzeć się na rozszerzonej interpretacji samoobrony wobec zagrożeń transnarodowych oraz na amerykańskich aktach oskarżenia, lecz w świetle prawa międzynarodowego to grunt grząski. Z punktu widzenia prawa USA otwarty pozostaje spór o mandat prezydenta: obowiązujące AUMF nie obejmują Wenezueli, a War Powers Resolution wymaga notyfikacji i ogranicza czas działań bez zgody Kongresu. W praktyce zapowiada się batalia o legalność, która szybko stanie się sporem politycznym.
Humanitarny rachunek i migracja
Wenezuela już przed operacją była w kryzysie humanitarnym: zapaść usług publicznych, niedobory leków, wieloletnia ucieczka obywateli. Każde naruszenie dostaw energii i łańcuchów żywnościowych może wywołać nowy impuls migracyjny. Najbardziej obciążone będą Kolumbia i Brazylia, potem Trynidad i Tobago, a dalej Ameryka Środkowa. To argument, którym przeciwnicy operacji posługują się najgłośniej: destabilizacja jednego państwa może w ciągu dni przełożyć się na presję na granicach całego kontynentu. Jeśli plan „przejścia” nie uwzględni korytarzy humanitarnych i finansowania usług podstawowych, fala ucieczek stanie się politycznym faktem.
Mgła wojny 2.0: AI, deepfake’i i pierwsze 48 godzin
Dezinformacja nie jest już „szumem tła”, lecz narzędziem operacyjnym. Gdy wciąż brak twardych dowodów z sądu, a pierwsze zdjęcia „z zatrzymania” okazują się generowane przez AI, pojedyncze deepfake’i mogą uruchamiać realne reakcje na ulicach: od pozornych wezwań do oporu po fałszywe „oświadczenia o kapitulacji”. Pierwsze 48 godzin to czas, gdy dowódcy terenowi i cywile najbardziej polegają na mediach społecznościowych; tu decyduje przewaga informacyjna i wiarygodne źródła. Każde kolejne dementi przychodzi za późno, a korekta rzadko goni wrażenie.
Wenezuela po Maduro? Siła instytucji kontra siła ulicy
Wywiezienie przywódcy nie rozwiązuje kryzysu instytucji. Gospodarka pozostaje krucha, aparat bezpieczeństwa – poszatkowany lojalnościami, a państwowe PDVSA od lat boryka się z inwestycyjną zapaścią. Konstytucyjna sukcesja prowadzi formalnie do wiceprezydent, lecz realny układ sił zależeć będzie od postawy armii i służb. W scenariuszu pęknięcia mogą pojawić się lokalne bunty i sabotaż infrastruktury energetycznej. W scenariuszu lojalności – przeciągający się impas, partyzantka i ryzyko politycznego „zamrożenia” pod parasolem zagranicznej obecności.
Ropa i rynki: premia ryzyka i spór o tytuły
Sama zapowiedź, że USA „tymczasowo pokierują” eksportem wenezuelskiej ropy, podbija premię ryzyka. W praktyce oznacza to spór o tytuły własności, immunitet państwowy i egzekwowalność kontraktów, od Pasma Orinoko po rafinerie w Zatoce Meksykańskiej. Traderzy będą reagować na każdy incydent w Wenezueli i na wodach Karaibów, a firmy czarterowe zaczną kalkulować ryzyko sankcyjne i ubezpieczeniowe. Jeżeli dojdzie do prób użycia aktywów powiązanych z CITGO jako dźwigni politycznej, czeka nas długa wojna prawników, która utrzyma podwyższoną zmienność notowań.
Region i świat: test reguł
Kolumbia i Brazylia obawiają się rozlania chaosu na granice, a karaibskie państwa wracają do sporów o granice „wojny z narkotykami” i obecność flot USA. Europa staje wobec dylematu: jak łączyć niechęć do reżimu Maduro z obroną reguł prawa międzynarodowego. Rosja i Iran potępiają atak i sygnalizują wsparcie dla Caracas, zaś Pekin kalkuluje, jak zabezpieczyć swoje należności bez eskalacji. Niezależnie od deklaracji, to nie będzie krótka historia; jej długość wyznaczą zdolność do zbudowania szerokiego mandatu oraz tempo realnej odbudowy instytucji państwa.
Co dalej: trzy scenariusze i jedna stała
Pierwszy scenariusz to szybkie przejście polityczne z umiędzynarodowionym nadzorem i „pakietem stabilizacyjnym” dla sektora naftowego. Drugi to przeciągająca się gra nerwów: spór o legalność w ONZ i w Kongresie USA, negocjacje z częścią elit w Caracas oraz utrzymująca się niestabilność na ulicach. Trzeci to eskalacja: sabotaż infrastruktury, ataki odwetowe i powstanie szarej strefy, która utrudni jakiekolwiek wybory. Stała jest jedna: bez planu politycznego i finansowego ten kryzys nie zakończy się szybkim zwycięstwem, a koszt błędów poniosą przede wszystkim Wenezuelczycy.
DF, thefad.pl / Źródło: Reuters; Associated Press; The Guardian; CBS News; Sky News; EBU/AFP fact-check







