Szukaj w serwisie

×

Smartfon w twojej dłoni: Przyjaciel czy sabotażysta zdrowia psychicznego?

Wyobraź sobie chwilę ciszy: siedzisz przy stole, wokół rozchodzi się zapach świeżo zaparzonej kawy, a twoje myśli płyną swobodnie. Nagle dłoń odruchowo sięga po smartfon – powiadomienie, lajk, kolejny filmik. Zanim się zorientujesz, minęła godzina. Smartfon, nasz nieodłączny towarzysz, stał się czymś więcej niż narzędziem, stał się portalem do świata, który kusi, uwodzi, ale i wyczerpuje. Przyjrzyjmy się temu z bliska, łącząc naukowe fakty z refleksją nad współczesnym życiem.

Fot. thefad.pl / AI

Dopamina na zawołanie: Mechanizm cyfrowego uwodzenia

Każde dotknięcie ekranu to mikrochwila przyjemności. Powiadomienie o lajku, nowy post na X, zabawny filmik – wszystko to wyzwala w mózgu dopaminę, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za uczucie nagrody. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda porównują scrollowanie mediów społecznościowych do gry na automatach: nieprzewidywalność treści sprawia, że wracamy po więcej.

Statystyki są wymowne: przeciętny użytkownik dotyka smartfona ponad 2600 razy dziennie, a młodzi ludzie spędzają przed ekranami średnio siedem godzin. To czas, który mógłby być poświęcony na rozmowy, pasje czy sen.

Ta cyfrowa pętla przyjemności ma jednak swoją cenę. Badania opublikowane w The Lancet wskazują, że nadmierne korzystanie z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko lęku i depresji, szczególnie wśród młodzieży. Bezsenność, rozdrażnienie, trudności z koncentracją – to objawy, które coraz częściej łączymy z nieustannym byciem „online”. Smartfon, niczym absorbujący towarzysz, nieustannie przyciąga naszą uwagę, pozostawiając nas z uczuciem emocjonalnego zmęczenia. Czy naprawdę tego chcemy od relacji, która miała ułatwiać życie?

FOMO: Iluzja życia, którego nie masz

Przeglądanie mediów społecznościowych to jak spacer po galerii idealnych obrazów. Przyjaciel na egzotycznych wakacjach, koleżanka z perfekcyjnym makijażem, influencer z życiem jak z okładki magazynu. Ten wyreżyserowany świat budzi FOMO – lęk, że coś nas omija. Według raportu NASK, 68% młodych Polaków czuje się bardziej akceptowanych w sieci, ale jednocześnie presja idealnego wizerunku obniża ich samoocenę.

W Polsce, gdzie smartfony ma 97% dorosłych, porównywanie swojej codzienności do wyreżyserowanych zdjęć z wakacji czy kolacji staje się codziennością, szczególnie wśród młodych mieszkańców dużych miast, gdzie życie społeczne często toczy się także online.

To paradoks: szukamy połączenia, a znajdujemy poczucie niedostatku. Ten mechanizm dotyka także sfery intymnej. Media społecznościowe promują wyidealizowane ciała i związki, które wydają się nieosiągalne. Zamiast cieszyć się bliskością z partnerem, porównujemy się do wyretuszowanych zdjęć, zapominając, że prawdziwa więź rodzi się w autentyczności – w śmiechu, spojrzeniu, wspólnym milczeniu. Jak pisał filozof Zygmunt Bauman, współczesne relacje są „płynne”, a technologia tylko potęguje tę ulotność, oddalając nas od tego, co naprawdę ważne.

Phubbing: Cichy złodziej bliskości

Ta cyfrowa presja nie ogranicza się do samooceny – wkrada się także do naszych najbliższych relacji, gdzie ekran staje się nieproszonym gościem. Wyobraź sobie wieczór we dwoje: delikatne światło świec, cicha muzyka, a naprzeciwko ktoś, kto sprawia, że czas zwalnia. I nagle – brzęk powiadomienia. Partner sięga po telefon, a magia chwili pryska. To zjawisko, zwane phubbingiem, czyli ignorowaniem bliskiej osoby na rzecz ekranu, staje się plagą współczesnych relacji. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Kent wykazały, że 70% par odczuwa, że technologia zakłóca ich bliskość.

Phubbing to nie tylko problem romantycznych związków. Przyjacielskie rozmowy, rodzinne kolacje – wszędzie tam, gdzie powinien królować kontakt, ekran staje się barierą. A przecież prawdziwa bliskość wymaga obecności. Nie filtra na Instagramie, nie lajka, ale spojrzenia, które mówi więcej niż tysiąc słów. Technologia miała nas łączyć, a tymczasem często buduje niewidzialne mury.

Odzyskać siebie: Sztuka świadomego życia

Na szczęście smartfon nie musi być panem naszego życia. Droga do równowagi zaczyna się od małych kroków. Wieczorem odsuń telefon od łóżka – niech cię nie kusi przed snem. Spróbuj chwili bez ekranu: spaceru, podczas którego słyszysz szelest liści, albo rozmowy, w której nikt nie zerka na powiadomienia.

Niedawno znajoma opowiadała mi, jak jeden wieczór bez telefonu – spędzony na gotowaniu z partnerem, wśród śmiechu i przypadkowo rozsypanej mąki – przypomniał jej, jak smakuje prawdziwa bliskość. Takie momenty, choć proste, mają moc przywracania równowagi.

Badania z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że regularne przerwy od technologii poprawiają jakość snu, zmniejszają stres, a nawet wzmacniają więzi międzyludzkie. Warto też spojrzeć na siebie z łagodnością. Media społecznościowe mogą kusić obrazem perfekcji, ale prawdziwe życie to niedoskonałości – zmarszczki, które opowiadają historie, poranna kawa w niepasujących kubkach, ciche wieczory z bliską osobą. Zamiast gonić za lajkami, celebruj to, co masz. Może nie jesteś na okładce magazynu, ale masz historie, które czynią cię wyjątkowym.

Życie poza ekranem

Smartfon to niezwykłe narzędzie – łączy nas z odległymi światami, dostarcza wiedzy, inspiruje. Ale jak każdy dar, wymaga umiaru. Następnym razem, gdy poczujesz pokusę, by sięgnąć po ekran, zatrzymaj się na moment. Rozejrzyj się. Może obok jest ktoś, kto czeka na twoje spojrzenie? Może czeka na ciebie chwila, która nie potrzebuje hasztagu, by być niezapomnianą? Życie offline ma smak, którego żaden algorytm nie odda. Spróbuj go posmakować.


Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Stanford University, The Lancet, NASK

 


Krzysztof Skiba: Porzucona flaga Nawrockiego – symbol hipokryzji PiS w walce o władzę

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

„Porzucić to można idiotyczne towarzystwo, ale flagę?” – pyta Krzysztof Skiba, opisując skandal, gdy Karol Nawrocki zostawił flagę narodową po debacie w Końskich, traktując ją jak „zużyty rekwizyt”. Dla PiS, jak pisze Skiba, symbole narodowe to tylko narzędzia w walce o władzę, a Nawrocki, „oflagowany barwami narodowymi jak trybuna na 1 maja za komuny”, ma służyć Kaczyńskiemu do ułaskawiania partyjnych kolegów. Gdy Rafał Trzaskowski zaopiekował się porzuconą flagą, zadał cios kampanii rywala, ujawniając, że „skoro zostawił flagę, zostawi też Polskę” i wszystkie swoje obietnice

Karol Nawrocki, kandydat PiS na prezydenta, porzucił flagę narodową po debacie w Końskich, traktując ją jak zużyty rekwizyt w wyborczym spektaklu – pisze Krzysztof Skiba w tekście „Porzucona flaga”. Flaga, przyniesiona dla efektu, została zapomniana w ferworze powtarzania partyjnych sloganów, co obnaża prawdziwe oblicze populistów. Jak zauważa Skiba, dla PiS symbole narodowe nie mają wartości – liczy się tylko władza, a Nawrocki, „oflagowany barwami narodowymi jak trybuna na 1 maja za komuny”, ma służyć Kaczyńskiemu do ułaskawiania partyjnych kolegów oskarżanych o korupcję. Gest Rafała Trzaskowskiego, który zaopiekował się porzuconą flagą i przyniósł ją na debatę w Superekspressie, to „majstersztyk kampanii”, symbolizujący różnicę między autentycznością a cynizmem. Skiba podkreśla, że Nawrocki, porzucając flagę, pokazuje, że zostawi też Polskę i swoje obietnice, służąc jedynie „Prezesowi z Nowogrodzkiej”.

Fot. screenshot / youtube, se.pl

PORZUCONA FLAGA

Porzucić to można niezdrowy styl życia, nierealne marzenia, idiotyczne towarzystwo, ale flagę?
Porzucona przez Karola Nawrockiego na debacie w Końskich flaga narodowa znalazła się wczoraj podczas debaty w studiu Superekspressu. Flagą zaopiekował się Rafał Trzaskowski i przyniósł ją do studia.

To nie pierwszy przypadek, gdy flagi narodowe wykorzystuje się jako coś w rodzaju rekwizytu. W 2014 roku lokalni działacze PiS, odsłaniając pomnik smoleński w Sejnach, potraktowali flagę jako płótno do przykrywania obelisku. Po otwarciu pomnika flagę rzucono niczym niepotrzebną szmatę z tyłu za pomnik, razem z innymi „śmieciami”.

Po latach podobnie postąpił Karol Nawrocki, który w ferworze powtarzania napisanych mu sloganów zapomniał zupełnie o fladze, którą sam przyniósł do studia w Końskich. Flaga była mu potrzebna tylko na użytek wyborczego show. Gdy już odegrała swoją rolę, została porzucona niczym zużyty rekwizyt lub dwie pucie z Grand Hotelu w Sopocie.

Oto prawdziwe oblicze populistów, którzy na jękach i stękach narodowych budują swoją narrację, czują się lepszymi i jedynymi prawdziwymi Polakami, ale dla nich ani flaga, ani to, co naprawdę polskie, nie ma większego znaczenia, bo chodzi tylko o dorwanie się do władzy. Kaczyńskiemu Nawrocki na fotelu Pierwszego Obywatela potrzebny jest przecież nie do prowadzenia jakiejś polityki zagranicznej (której Kaczor i tak do końca nie rozumie), tylko do seryjnych ułaskawień jego ludzi, którym stawiane będą niebawem zarzuty o korupcję i złodziejstwa na masową skalę. A żeby ten kumpel kryminalistów mógł wygrać wybory, oflagowano go barwami narodowymi jak trybunę na 1 maja za komuny. W tamtych czasach sługusy Moskwy także udawały czasem patriotów.

Przejęcie porzuconej flagi przez jego konkurenta to majstersztyk tej kampanii. To wpadka większa niż gdyby specjaliście od robienia pompek spadły gacie w trakcie debaty z Senyszyn.
Trudno o lepszy symbol. Skoro zostawił flagę, zostawi też wszystkie swoje obietnice, zostawi Polskę, o której tak dużo mówi, i będzie służył tylko Prezesowi z Nowogrodzkiej, który jest autorem jego tymczasowej homologacji jako wyborczego robota.

Piję zdrowie tego, który zaopiekował się flagą zostawioną w studiu.

Krzysztof Skiba

opr. Dariusz Frach, thefad.pl

 


Debata prezydencka „Super Expressu” 2025: emocje, kontrowersje i historyczne starcie kandydatów

W poniedziałkowy wieczór, 28 kwietnia 2025 roku, Polska wstrzymała oddech. W studiu „Super Expressu” rozpoczęła się debata prezydencka, która już teraz zapisała się w historii jako jedno z najważniejszych wydarzeń kampanii przed wyborami zaplanowanymi na 18 maja. Po raz pierwszy na jednej scenie stanęli wszyscy trzynastu kandydatów na urząd prezydenta, od weteranów polityki po zaskakujących outsiderów. Nietypowa formuła, w której to oni sami zadawali sobie pytania, zamieniła debatę w polityczny teatr pełen emocji, merytorycznych wymian i momentów, które wstrząsnęły widzami. Od antysemickich wypowiedzi Grzegorza Brauna, przez szokującą deklarację Macieja Maciaka o admiracji dla Władimira Putina, po iskry lecące między Rafałem Trzaskowskim, Szymonem Hołownią i Sławomirem Mentzenem – to nie była zwykła dyskusja. To była opowieść o Polsce, jej podziałach i nadziejach, które wyborcy będą ważyć przy urnach.

DEBATA PREZYDENCKA SUPER EXPRESSU: 28.04

DEBATA PREZYDENCKA SUPER EXPRESSU: 28.04


Scena gotowa, światła włączone

O godzinie 18:00 studio „Super Expressu” rozbłysło światłami reflektorów. Transmisja na żywo ruszyła nie tylko w telewizji, ale i na YouTube oraz platformie X, gdzie widzowie już od 17:15 podglądali kulisy przygotowań. W studiu zasiedli: Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy i kandydat Koalicji Obywatelskiej, Szymon Hołownia, marszałek Sejmu z Polski 2050, Sławomir Mentzen, dynamiczny lider Konfederacji, Magdalena Biejat z Nowej Lewicy, Grzegorz Braun, kontrowersyjny poseł Konfederacji, Karol Nawrocki, historyk popierany przez PiS, oraz mniej znani, ale równie zdeterminowani kandydaci: Adrian Zandberg, Joanna Senyszyn, Krzysztof Stanowski, Artur Bartoszewicz, Marek Woch, Maciej Maciak i Marek Jakubiak.

Formuła debaty była odważnym eksperymentem. Zamiast pytań od dziennikarzy, kandydaci sami wybierali, komu i o co zapytają – dwa pytania kierowali do wybranych rywali, jedno do osoby wylosowanej. W drugiej części każdy miał 90 sekund na własne przesłanie. Moderatorzy, z wicenaczelnym „Super Expressu” Janem Złotorowiczem na czele, mieli tylko pilnować czasu i gasić pożary, gdy dyskusja wymykała się spod kontroli. Jak zauważył portal TVN24, taka konstrukcja faworyzowała medialnych weteranów, ale otworzyła też drzwi dla mniej znanych twarzy, które mogły zaskoczyć.

Napięcie w studiu było wyczuwalne od pierwszych sekund. Hołownia, wchodząc na scenę, wręczył Trzaskowskiemu symboliczną „torbę z prezentami od kontrkandydatów”, żartobliwie nawiązując do wcześniejszych debat. „Sławek, do zobaczenia wieczorem!” – rzucił wcześniej na X, szykując grunt pod starcie z Mentzenem. Trzaskowski, z kolei, nie tracił czasu i zaatakował Nawrockiego, przypominając o „porzuconej fladze” z debaty w Końskich. Symboliczne gesty, jak pisała „Gazeta Wyborcza”, stały się narzędziem budowania narracji, które miały zostać w pamięci wyborców.


Burza na scenie: Starcia, które wstrząsnęły Polską

Debata szybko przeszła od uprzejmości do ognia. Jednym z elektryzujących momentów było starcie Szymona Hołowni z Sławomirem Mentzenem. Wszystko zaczęło się od sporu o czas wystąpień, ale temperatura wzrosła, gdy Mentzen zarzucił marszałkowi zmienność poglądów. „Pan się zachowuje jak w podstawówce. Pan ciągle zmienia zdanie” – rzucił lider Konfederacji, wytykając Hołowni dawne poparcie dla euro i likwidacji gotówki. Hołownia nie pozostał dłużny: „Kłamie pan” – odparł, a jego riposta wywołała falę komentarzy na X. Mentzen, jak później pisał na platformie, widział w Hołowni polityka, który „wczoraj chciał euro, a dziś mówi, że czasy się zmieniły”. Marszałek tłumaczył, że Polska nie jest gotowa na wspólną walutę, a gotówka to fundament wolności Polaków, próbując ugasić pożar wśród konserwatywnych wyborców. „Interia” zauważyła, że to starcie pokazało Hołownię jako polityka gotowego na ostrą walkę, ale wciąż dbającego o wizerunek mediatora.

Jeszcze większy szok wywołał Grzegorz Braun. Jego antysemickie wypowiedzi, w których porównał politykę Izraela do działań Rosji i nazwał żółty żonkil – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim – „znakiem hańby”, wstrząsnęły studiem. Mówił o „judaizacji” i „ukrainizacji” Polski, atakując Trzaskowskiego za udział w obchodach rocznicy powstania w getcie. Prezydent Warszawy nie wytrzymał. „To są bohaterowie naszej historii! Ja tego nie będę słuchał!” – krzyknął, odchodząc od mównicy w geście protestu. Magdalena Biejat, kandydatka Nowej Lewicy, zapowiedziała zgłoszenie sprawy do prokuratury, pisząc na X: „Demokracja to przestrzeń dla poglądów, ale nie dla nienawiści”. Braun, nie zrażony, chwalił się na platformie, że „przeciągał pręt po kracie”, dziękując zwolennikom za wsparcie pod studiem. „TVN24” i „Onet” ostrzegały, że jego słowa mogą zaostrzyć debatę o mowie nienawiści, a wykluczenie Brauna z Konfederacji w styczniu 2025 tylko podkreśla jego radykalizm.

Chwilę później studio zamarło po raz kolejny. Maciej Maciak, niezależny kandydat, w odpowiedzi na pytanie Marka Jakubiaka przyznał, że „podziwia Władimira Putina”. Cisza, która zapadła, została przerwana ironicznym okrzykiem Krzysztofa Stanowskiego: „Brawo dla Putina!”. Trzaskowski nazwał deklarację „niebywałą”, a Adrian Zandberg pytał, dlaczego Maciak unika nazywania Putina zbrodniarzem. Kandydat tłumaczył, że antyrosyjskie nastroje są polityczną grą, ale jego słowa tylko dolały oliwy do ognia. „Super Express” relacjonował, jak memy o Maciaku zalały X, a internauci wyśmiewali jego kandydaturę jako „prorosyjską”. „Wprost” zauważył, że choć Maciak jest marginalnym graczem, zyskał chwilową rozpoznawalność, która może mu pomóc w budowaniu niszy.

Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki również nie szczędzili sobie ciosów. Prezydent Warszawy zarzucił kandydatowi PiS, że jest „pacynką w rękach Jarosława Kaczyńskiego” i pytał, czy zatrudniłby Antoniego Macierewicza w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Nawrocki, historyk i szef IPN, ripostował, że jest kandydatem obywatelskim, wspartym przez „Solidarność” i komitety lokalne, a Macierewicz to zasłużony opozycjonista. „Panie zastępco Donalda Tuska, nie rozumie pan logiki poparcia partyjnego?” – rzucił, próbując odwrócić narrację. „Newsweek” pisał, że to starcie było kwintesencją polaryzacji PO-PiS, która wciąż definiuje polską politykę.

Adrian Zandberg, lider Partii Razem, wniósł do debaty powiew merytoryczności. Krytykował duopol PO-PiS za rosnące kolejki do lekarzy i ceny mieszkań, pytając Trzaskowskiego o nepotyzm w spółkach Skarbu Państwa, a Brauna o jego stosunek do Putina. Trzaskowski odparł, że Zandberg „wygodnie recenzuje władzę”, zamiast wziąć odpowiedzialność w rządzie. „Polityka” chwaliła Zandberga za precyzyjne pytania, choć sondaże CBOS (marzec 2025) dają mu tylko 2% poparcia, co ogranicza jego szanse.


Głosy z drugiego planu

Nie tylko liderzy sondaży przyciągali uwagę. Joanna Senyszyn, reprezentująca Lewicę, pytała Mentzena o sprzedaż ziemi Kościołowi za ułamek wartości, zarzucając mu brak wiedzy o skali problemu. Mentzen tłumaczył, że kościoły powinny być traktowane jak NGO-sy, ale Senyszyn nie odpuściła, nazywając jego odpowiedź naiwną. Krzysztof Stanowski, dziennikarz i zaskakujący kandydat niezależny, zadał Trzaskowskiemu pytanie o wojnę hybrydową, wskazując na różnice między kryzysem migracyjnym z 2015 roku a presją na granicę w 2022. Trzaskowski bronił polityki rządu, zarzucając PiS „dziurawą granicę” i chaotyczne wizy. Magdalena Biejat rzuciła wyzwanie Nawrockiemu, pytając o sprzeciw wobec podatku katastralnego, i Mentzenowi, przywołując jego słowa o „hipotetycznych” ciążach z gwałtu. „Ta dziewczynka została zgwałcona przez wuja” – przypomniała, wywołując konsternację. Mentzen obstawał, że takie przypadki są rzadkie, ale jego słowa spotkały się z ostrą krytyką Biejat.

Każdy z kandydatów wnosił do debaty coś innego. Marek Woch, hydraulik i kandydat Bezpartyjnych Samorządowców, mówił o problemach wsi, które zna z autopsji. Artur Bartoszewicz, antysystemowy kandydat, krytykował partie za „botoks i logopedów”, obiecując demokrację bezpośrednią. Marek Jakubiak z Kukiz’15 apelował o „zejście na ziemię” i walkę z kłamstwami rządu. Ich głosy, choć mniej donośne, przypominały, że kampania to nie tylko pojedynek gigantów.


Kulisy: Logistyka i emocje za sceną

Za błyszczącą fasadą debaty kryła się machina logistyczna. „Wprost” szacuje, że koszty organizacji, transmisji i zabezpieczenia sięgnęły setek tysięcy złotych, podobnie jak debata w Końskich, która pochłonęła 600 tys. zł. Przygotowania trwały tygodnie, a „Super Express” relacjonował kulisy na X, pokazując kandydatów w garderobach i nerwową atmosferę przed wejściem na scenę. Formuła wzajemnych pytań, inspirowana debatami w USA, była ryzykowna – jak zauważył „TVN24”, groziła chaosem, co uwidoczniło się podczas wystąpień Brauna i Maciaka. Internauci chwalili profesjonalną scenografię, ale krytykowali moderację za zbytnią pobłażliwość wobec kontrowersyjnych wypowiedzi.


Echo w mediach i na ulicach

Debata przyciągnęła miliony widzów, a jej echo rozbrzmiewało w mediach i na platformie X. Donald Tusk, komentując na żywo, ogłosił: „Rafał Trzaskowski wygrywa tę debatę, i to w formule »wszyscy na jednego«”.

Wiesław Władyka w „Polityce” porównał wydarzenie do starć Wałęsy z Kwaśniewskim, sugerując, że może zmienić dynamikę kampanii. „Interia” ostrzegała, że skandale Brauna i Maciaka mogą przyćmić merytoryczne wątki, takie jak polityka migracyjna czy podatki. „Onet” spekulował, że antysemickie słowa Brauna mogą dotrzeć do Izraela, wywołując reakcje międzynarodowe.

Na X debata była prawdziwym fenomenem. Trzaskowski promował ją hasztagami #DebataSE i #Trzaskowski2025, Mentzen krytykował rywali za „prorosyjskość”, a memy o Maciaku i jego „podziwie dla Putina” zalały internet. „Torba Hołowni” stała się viralem, a internauci podzielili się na obozy: zwolennicy Trzaskowskiego chwalili jego emocjonalną reakcję na Brauna, fani Mentzena doceniali jego ciętą retorykę, a kibice Zandberga widzieli w nim głos rozsądku.


Debaty, które zmieniają historię

Debaty prezydenckie od dekad kształtują wybory. „Sprawdzam” Kwaśniewskiego w 1995 czy starcie Kennedy’ego z Nixonem w 1960 pokazały, że jeden moment może przechylić szalę. Debata „Super Expressu” przypominała pojedynek Wałęsy z Miodowiczem w 1988, gdzie emocje i bezpośrednie konfrontacje przyciągały miliony. Prof. Szymon Ossowski w „TVN24” zauważył, że formuła z wieloma kandydatami daje szansę outsiderom, jak Krzysztof Bosak w 2020 czy Adrian Zandberg w 2015. Czy Maciak lub Stanowski zapiszą się w pamięci wyborców? Czas pokaże.


Ostatnia prosta: Co przed nami?

Debata „Super Expressu” była trzecią w kampanii, po starciach w Końskich i Telewizji Republika. Przed kandydatami jeszcze trzy spotkania: 4 maja w wPolsce24, 9 maja w Telewizji Republika i wielki finał 12 maja w TVP, TVN i Polsacie. Wybory odbędą się 18 maja, a druga tura, jeśli potrzebna, 1 czerwca. W weekend przed debatą Trzaskowski mobilizował zwolenników w Poznaniu, a Nawrocki otrzymał poparcie Andrzeja Dudy w Łodzi. „Gazeta.pl” donosi, że Trzaskowski traci w sondażach, ale jego emocjonalne wystąpienie mogło wzmocnić go wśród centrowych wyborców. Mentzen i Hołownia walczą o niezdecydowanych, a Biejat i Zandberg mobilizują lewicę.


Polska patrzy w przyszłość

Debata „Super Expressu” była czymś więcej niż politycznym starciem. Była lustrem, w którym Polacy zobaczyli swoje podziały, nadzieje i lęki. Od merytorycznych pytań Zandberga po skandaliczne słowa Brauna – każdy znalazł w niej coś, co go poruszyło. Czy Trzaskowski utrzyma przewagę? Czy Mentzen przekona młodych? Czy Nawrocki zdobędzie serca wyborców PiS? Odpowiedź poznamy przy urnach. Jedno jest pewne: emocji w tej kampanii nie zabraknie.

DF, thefad.pl / Źródło: media

 


Bolesław Chrobry: Król, który stworzył Polskę

W wielkanocny poranek 1025 roku Gniezno wstrzymało oddech. W katedrze, spowitej zapachem kadzideł i śpiewem chórów, dokonywało się wydarzenie, które na zawsze miało zmienić losy ziem polskich. Bolesław, syn Mieszka I, klękał przed arcybiskupem Radzimem-Gaudentym. Gdy święte oleje spłynęły na jego skronie, a korona zabłysła w światłach świec, Polska narodziła się jako królestwo.

Rysunek Jana Matejki z cyklu Poczet królów i książąt polskich. Fot. domena publiczna

Wzbudziło to wielki gniew Niemców” — notował kronikarz Wipon. Ale dla Polaków był to znak: po dekadach walk, politycznych intryg i zbrojnych starć, ich państwo zostało oficjalnie uznane na arenie międzynarodowej.

Droga do korony

Bolesław Chrobry objął władzę nad krajem, który choć rozległy, był wewnętrznie niespójny i zagrożony przez potężnych sąsiadów: Niemcy, Czechy i Ruś Kijowską. Po śmierci Mieszka I w 992 roku sytuacja wewnętrzna wymagała zdecydowanych działań. Młody władca nie zwlekał: szybko rozprawił się z macochą Odą i jej synami, przejmując pełną kontrolę nad krajem. Według niektórych źródeł nakazał nawet oślepienie części doradców swojego ojca, lojalnych wobec Ody.

Już we wczesnej młodości wyróżniał się politycznym instynktem i żądzą władzy. Zarządzając Krakowem w imieniu księcia czeskiego, zdobywał cenne doświadczenie, które później wykorzystał, budując własną potęgę. Sojusz z Ottonem III oraz udział w walkach z Wieletami tylko umocniły jego pozycję w Europie.

Marzenie o nowym Świecie

Na przełomie X i XI wieku Europą zawładnęła idea odnowy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Otton III marzył o świecie czterech równorzędnych królestw: Italii, Galii, Germanii i Sklavinii — ziemi Słowian. Bolesław, widząc w tej wizji szansę dla Polski, aktywnie wspierał cesarza.

Kluczowym momentem stało się męczeństwo św. Wojciecha. W 997 roku biskup praski, pragnąc schrystianizować Prusów, poniosł śmierć z ich rąk. Bolesław, wykupując ciało męczennika i sprowadzając je do Gniezna, uczynił ze swojej stolicy centrum kultu świętego. Akt ten miał wymiar zarówno religijny, jak i polityczny: Świadczył o duchowej sile nowo powstałego państwa.

Niektórzy kronikarze podkreślają, że to właśnie Bolesław, a nie jego ojciec Mieszko I, rzeczywiście umocnił chrześcijaństwo w Polsce. Jego polityka zjednoczenia kościoła i utworzenie arcybiskupstwa w Gnieźnie przyczyniły się do trwałej zmiany duchowego oblicza kraju.

Zjazd Gnieźnieński: manifestacja siły

Wiosną 1000 roku Gniezno stało się sercem Europy. Otton III, pielgrzymując do grobu św. Wojciecha, przybył do stolicy Polan. Kronikarze, w tym Thietmar z Merseburga i Gall Anonim, opisywali sceny pełne przepychu: tysiące wojowników, chorągwie trzepoczące na wietrze, błyszczące zbroje.

Podczas uczty cesarz zdjął diadem i nałożył go na głowę Bolesława, nazywając go „bratem” i „współpracownikiem cesarstwa”. Wręczył mu kopię włóczni św. Maurycego, symbol władzy. W zamian otrzymał relikwię — ramię św. Wojciecha.

Zjazd zakończył się ustanowieniem niezależnej metropolii kościelnej w Gnieźnie oraz biskupstw w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu. Polska uzyskała duchową suwerenność, oddzieloną od niemieckiej prowincji kościelnej.

Wojna i legenda

Po nagłej śmierci Ottona III w 1002 roku wizja uniwersalnego cesarstwa upadła. Nowy cesarz, Henryk II, zmierzał ku konfrontacji. Bolesław, nie zamierzając ustępować, zbrojnie opanował Łużyce i Milsko oraz wmieszał się w walki dynastyczne w Czechach.

Wojny polsko-niemieckie przeciągały się latami. Kulminacyjnym momentem było oblężenie Niemczy w 1017 roku. „Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy z większą wytrwałością broniliby swoich murów” — pisał Thietmar.

W 1018 roku w Budziszynie podpisano pokój: Polska zatrzymała Łużyce i Milsko. W tym samym roku Bolesław ruszył na Kijów, by wesprzeć zięcia Świetopełka. Wyprawa zakończyła się zdobyciem miasta i legendarnym wyszczerbieniem miecza — Szczerbca — o bramę kijowską. Kroniki wspominają, że podczas zdobycia Kijowa Bolesław nie cofał się przed bezwzględnością, a jednym z najbardziej kontrowersyjnych czynów było uprowadzenie księżniczki Przedsławy.

Triumf w Gnieźnie

Śmierć Henryka II w 1024 roku otworzyła drogę do spełnienia marzeń Bolesława. W Wielkanoc 1025 roku, po uzyskaniu zgody papieża Jana XIX, został koronowany w Gnieźnie. Polska stała się królestwem, a korona nie była darem cesarskim, lecz symbolem suwerennej państwowości.

Niedługo potem Bolesław odszedł, pozostawiając koronę swojemu synowi, Mieszkowi II. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w legendzie Szczerbca czy polach Wielkopolski. Gall Anonim nadał mu przydomek „Magnus” — Wielki, a współcześni podkreślali jego odwagę i bezwzględność, która budziła podziw, ale i strach. Historia zapamiętała go jako człowieka, który potrafił zmieniać bieg dziejów.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: media

 


„Tutti Capri” – Skiba szydzi z patologii władzy Kaczyńskiego

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Z oburzeniem obejrzałem wystąpienie ministra Nitrasa, który w Sejmie zarzucił kumplowi Sasina panu Piesiewiczowi, że jego klika związana z PiS wyprowadziła z budżetu Komitetu 13 mln zł, a na sport zostawiła tylko 7 mln. Dawniej jak złodziej opuszczał ciupę, to dyskretnie wracał do społeczeństwa w nadziei, że nikt już nie będzie pamiętał, jak robił włamania. Teraz jest nowa moda. Złodziej po wyjściu z puszki urządza konferencję prasową.

W świecie polityki Prawa i Sprawiedliwości, gdzie skandale finansowe i osobiste dramaty przeplatają się z groteskowymi oskarżeniami, Krzysztof Skiba serwuje czytelnikom ostry, satyryczny koktajl. Jego najnowszy tekst, to błyskotliwa opowieść o kulisach władzy, w której cynizm i patologia nie mają granic, a ironia staje się jedynym sposobem na przetrwanie.

Nie brakuje też celnych uwag o hipokryzji elit. Opisując malwersacje w Funduszu Sprawiedliwości czy PCK, Skiba z gorzką ironią zauważa: „Owszem, ludzie Sasina okradli polskich sportowców i przez to ci tak słabo wypadli na Igrzyskach w Paryżu, ale ludzie Ziobry okradli ofiary przestępstw, a ludzie minister Zalewskiej podopiecznych PCK, a nikt się ich specjalnie nie czepia”.

Felieton to lektura dla tych, którzy w politycznych skandalach szukają nie tylko oburzenia, ale i gorzkiego śmiechu. Skiba wyolbrzymia, drwi i prowokuje. W świecie, gdzie „Capri” staje się w satyrze symbolem zarówno luksusu, jak i moralnego upadku, jedno jest pewne – dopóki Skiba trzyma pióro, nuda nam nie grozi.

Poniżej publikujemy felieton Krzysztofa Skiby – ironiczne spojrzenie na patologie władzy PiS

thefad.pl / AI

Tutti Capri

Z oburzeniem obejrzałem wystąpienie ministra Nitrasa, który w Sejmie zarzucił kumplowi Sasina, panu Piesiewiczowi z Polskiego Komitetu Olimpijskiego, że jego klika związana z PiS wyprowadziła z budżetu Komitetu 13 mln zł, a na sport zostawiła tylko 7 mln.

I jeszcze dowiedzieliśmy się, że Duda trzyma parasol ochronny nad Piesiewiczem wraz z Kaczyńskim, który jest Capo di tutti Capri, czyli szefem wszystkich szefów na Capri.

Zarzuty są śmieszne, bo gołym okiem widać, że pan prezes Kaczyński żadnych związków ze sportem nie ma. I nawet jego brat, gdy był prezydentem, jak służbowo szedł na mecz, to szalik z napisem „Polska” trzymał do góry nogami.

Co do Capri, to pan Jarosław nigdy tam nie był, a w domu ma tylko taki mały KAPownik, w którym wpisuje sobie ważne informacje, np. datę urodzin kota czy który z działaczy PiS był w SB lub zdradził żonę.

Zarzuty Nitrasa, że Piesiewicz wyprowadził te miliony do spółek zaprzyjaźnionych z działaczami PiS, są oczywiście bez sensu. A co, obcym firmom miał tę kasę przelewać?

Owszem, ludzie Sasina okradli polskich sportowców i przez to ci tak słabo wypadli na Igrzyskach w Paryżu, bo nie mieli warunków do przygotowań, ale ludzie Ziobry okradli ofiary przestępstw w ramach dojenia Funduszu Sprawiedliwości, a ludzie minister Zalewskiej — podopiecznych PCK, a nikt się ich specjalnie nie czepia.

Matecki ostatnio wyszedł nawet z więzienia za kaucją. Dawniej, jak złodziej opuszczał ciupę, to dyskretnie wracał do społeczeństwa w nadziei, że nikt już nie będzie pamiętał, jak robił włamania. Teraz jest nowa moda. Złodziej po wyjściu z puszki urządza konferencje prasowe i informuje wspólników (korzystając z usług dziennikarzy), że nikogo nie sypnął i ci dalej mogą się ukrywać.

Wracając do kapowniczka Prezesa — karteczki się w nim chyba już skończyły, bo notatek i tajnych informacji, szczególnie tych dotyczących zdrad małżeńskich wśród przykładnych rodzin katolickich, przybywa. A to wszystko za sprawą kochliwej Marianny, co to jest żoną jednego posła PiS, ale sypiała już z innym posłem PiS. Niestety ten drugi okazał się alkoholikiem i tak po katolicku ją bił i straszył, więc teraz jest z działaczem Konfederacji od Brauna. Ludzie od Brauna, którzy dowiedzieli się, że ich własny członek komitetu wyborczego „Szczęść Boże” kandydata macha członkiem poza świętym sakramentem małżeńskim, odcięli członka od wody święconej w mózgu swego pomazańca.

Odyseja erotyczna Marianny przebiła już zdecydowanie pamiętne burze romantyczne w ruskiej sekcie Ordo Szmulis i śmiało może stać się inspiracją dla nowej książki Blanki Lipińskiej w stylu „365 dni”, przy czym Mariannie wystarczy tydzień, bo ma wielkie potrzeby i temperament.

Z kolei wyszło na jaw, że księgowa z Pcimia od Obajtka potrzebowała aż trzech miesięcy, by zarobić w Enerdze 845 tys. zł. Ta to dopiero może sobie wyjeżdżać na Capri i pić martini. Kasa niby duża i może drażnić kobity pracujące przy kasie w Biedrze, ale zębów jak Obajtek to se księgowa nowych za to nie wstawi, bo te obajtkowe kosztowały podatników okrągły milion i dlatego zrobił je za służbowe Orlenu. Co powiedział Obajtek, gdy go dentysta zapytał:
— Panie Prezesie, ile zębów wymieniamy?
— Tutti.

I teraz Nitras łazi po Sejmie i wyzywa Kaczyńskiego po włosku. Coś tu chyba, panie ministrze, „Halo, nie Capri”?

Krzysztof Skiba, opr. DF, thefad.pl

 


Czy Konstytucja USA dopuszcza trzecią kadencję Trumpa?

W amerykańskiej polityce nawet drobny symbol może rozpętać burzę. Gdy czerwone czapki z napisem „Trump 2028” pojawiły się na stronie trump.com, wycenione na 50 dolarów, Ameryka wstrzymała oddech. A gdy Eric Trump, syn prezydenta, pochwalił się taką czapką na Instagramie, pytania o przyszłość Donalda Trumpa zalały media. Czy człowiek, który rządził w latach 2017–2021 i wrócił do Białego Domu w 2025 roku, może po raz trzeci sięgnąć po prezydenturę? Konstytucja USA, niczym starożytny strażnik, zdaje się mówić „nie”, ale w świecie polityki granice prawa bywają testowane. Oto opowieść o ambicjach, konstytucyjnych murach i hipotetycznych ścieżkach, które trzymają Amerykę w napięciu.

Konstytucja jak skała: Rola 22. poprawki

Amerykańska Konstytucja to więcej niż zbiór zasad – to fundament, na którym opiera się demokracja. Jej 22. poprawka, uchwalona w 1951 roku, jest jak niewzruszony strażnik, który ogranicza prezydenturę do dwóch kadencji. Powstała w odpowiedzi na niezwykłą prezydenturę Franklina Delano Roosevelta, który w latach 1933–1945 rządził przez cztery kadencje, aż do śmierci. Wcześniej George Washington ustanowił niepisaną regułę dwóch kadencji, wierząc, że dłuższe rządy pachną monarchią. Po Roosevelcie reguła stała się prawem, a Dwight Eisenhower jako pierwszy odczuł jej ciężar.

William Baude, konstytucjonalista z Uniwersytetu w Chicago, w rozmowie z NPR nie pozostawia wątpliwości. „Konstytucja jest jednoznaczna: dwie kadencje to kres. Nie ma miejsca na trzecią, niezależnie od przerw między nimi” – podkreśla. „Washington Post” dodaje, że kandydowanie Trumpa byłoby nie tylko naruszeniem prawa, ale i wyzwaniem dla ducha poprawki, stworzonej, by chronić Amerykę przed „monarchią elekcyjną”. Dla większości ekspertów sprawa jest jasna, ale polityka rzadko bywa prosta.

Nowelizacja Konstytucji: Misja niemal niemożliwa

By Trump mógł legalnie kandydować w 2028 roku, Konstytucja musiałaby zostać zmieniona. Proces nowelizacji, opisany na portalu Narodowej Administracji Archiwów i Akt, przypomina przeprawę przez polityczne bagno. Poprawkę może zaproponować Kongres, uzyskując dwie trzecie głosów w Izbie Reprezentantów i Senacie, lub konwencja konstytucyjna zwołana przez dwie trzecie stanów. Następnie 38 z 50 stanów musi ją ratyfikować. W dzisiejszej, podzielonej Ameryce to zadanie brzmi jak polityczna fantazja.

Mimo to pojawiły się pierwsze kroki. W styczniu 2025 roku republikański kongresman Andy Ogles z Tennessee złożył uchwałę, która pozwoliłaby na trzecią kadencję dla prezydenta z nieciągłymi kadencjami. Jak zauważa „The Hill”, propozycja wydaje się szyta na miarę Trumpa, którego prezydentury dzieli czteroletnia przerwa. Szanse na sukces są jednak znikome – republikanom brakuje głosów w Kongresie, a ratyfikacja przez stany to labirynt sprzecznych interesów. „Newsweek” przypomina, że od XVIII wieku żadna poprawka nie przeszła przez konwencję konstytucyjną, co pokazuje ogrom wyzwania.

Demokraci działają prewencyjnie. W listopadzie 2024 roku kongresman Dan Goldman zaproponował uchwałę, która potwierdza, że 22. poprawka obejmuje także kadencje z przerwą. To ruch obronny, mający zamknąć spekulacje. Obie uchwały tkwią w legislacyjnej stagnacji, odzwierciedlając głęboki podział w Ameryce.

Luki w prawie: Szachownica konstytucyjna

Choć Konstytucja wydaje się niewzruszona, niektórzy dostrzegają w niej szczeliny. W marcu 2025 roku Trump, pytany przez NBC, zasugerował, że „istnieją sposoby” na obejście ograniczeń. Jedna z hipotez, rozważana w kręgach akademickich, to kandydowanie na wiceprezydenta w 2028 roku. Zgodnie z 25. poprawką, jeśli prezydent zrezygnuje, umrze lub zostanie usunięty, urząd przejmuje wiceprezydent. Teoretycznie Trump mógłby uzgodnić z kandydatem, jak obecny wiceprezydent J.D. Vance, że ten ustąpi po zwycięstwie, oddając mu Biały Dom.

Taki manewr brzmi jak polityczny gambit, ale napotyka przeszkody. 12. poprawka mówi, że osoba, która nie może być wybrana na prezydenta, nie może być wiceprezydentem. Stephen Gillers z Uniwersytetu Nowy Jork, w rozmowie z NPR, sugeruje, że można by argumentować, iż wymogi dla wiceprezydenta ograniczają się do wieku, obywatelstwa i zamieszkania w USA. Jednak Derek Muller z Uniwersytetu Notre Dame, cytowany przez BBC, kontruje: „Dwie kadencje prezydenckie zamykają tę furtkę. To byłoby jak próba przechytrzenia Konstytucji”.

Inna, niemal fantastyczna ścieżka prowadzi przez urząd spikera Izby Reprezentantów, drugiego w linii sukcesji po wiceprezydencie. Gdyby prezydent i wiceprezydent nie mogli pełnić obowiązków, spiker przejąłby urząd. To scenariusz rodem z serialu „House of Cards”, ale w praktyce niewykonalny – Trump musiałby wygrać wybory do Izby i zdobyć poparcie jako spiker. Historia USA nie zna takiego przypadku, co pokazuje, jak daleko teoria odbiega od rzeczywistości.

thegad.pl / AI

Trump i jego retoryka: Teatr czy strategia?

Trump od lat igra z ideą trzeciej kadencji. W 2018 roku żartował o zniesieniu limitów kadencji, chwaląc Xi Jinpinga za rządy bez końca. W marcu 2025 roku, w rozmowie z NBC, mówił o „wielu ludziach”, którzy chcą jego ponownego startu. Z drugiej strony, w wywiadzie dla „Time” w 2024 roku obiecywał, że po drugiej kadencji odejdzie na emeryturę. Co kryje się za tymi słowami? Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt, pytana przez Axios, nazywa czapki „Trump 2028” „tylko czapkami”. Liderzy republikańscy, jak John Thune, widzą w tym żart, ale Steven Scalise dostrzega sposób na podtrzymanie medialnego szumu.

Nie jest to pierwsza taka debata. W 2000 roku „Slate” spekulował, czy Bill Clinton mógłby zostać wiceprezydentem, a w 2015 roku NPR rozważało podobny scenariusz dla Baracka Obamy. Za każdym razem konstytucjonaliści studzili emocje, wskazując na ducha 22. poprawki. W przypadku Trumpa jego retoryka może być bardziej grą o uwagę niż realnym planem, ale w podzielonej Ameryce takie słowa brzmią jak wyzwanie dla demokratycznych norm.

Demokracja na próbę

Debata o trzeciej kadencji Trumpa to coś więcej niż spekulacje o jego ambicjach. To pytanie o wytrzymałość amerykańskiej demokracji w czasach polaryzacji. 22. poprawka jest jak skała, która chroni przed koncentracją władzy, ale hipotetyczne luki przypominają, że nawet najsolidniejsze fundamenty można testować. Jeśli spór trafi do Sądu Najwyższego, sędziowie będą musieli rozstrzygnąć, czy Konstytucja dopuszcza kreatywne interpretacje.

Na razie czapki „Trump 2028” pozostają symbolem – być może żartem, być może prowokacją. W świecie, gdzie polityka coraz bardziej przypomina teatr, takie symbole mają moc. Czy Trump spróbuje przełamać konstytucyjne bariery? A może to tylko sposób, by pozostać w centrum uwagi? Odpowiedź nadejdzie w najbliższych latach, ale Konstytucja USA, niczym wiekowy dąb, wciąż stoi niewzruszona, gotowa stawić czoła kolejnym burzom.

DF, thefad.pl / Źródło: NPR, „Could Trump Run for a Third Term?”, 2025; „Washington Post”, „The Constitutional Barrier to a Trump Third Term”, 2025; „The Hill”, „Trump’s Third-Term Talk: Serious or Just a Stunt?”, 2025; „Newsweek”, „White House Downplays Trump 2028 Hats”, 2025; National Archives, „The Amendment Process”, archives.gov; BBC, „Trump’s 2028 Ambitions: Legal and Political Hurdles”, 2025; Axios, „Trump 2028: Symbol or Strategy?”, 2025


Plan Trumpa jak pakt Ribbentrop-Mołotow? Media ostrzegają przed katastrofą dla Europy

Jacek Lepiarz

Niemiecka prasa ostro krytykuje kontrowersyjny plan Donalda Trumpa dotyczący zakończenia wojny w Ukrainie. Padają porównania do paktu Ribbentrop-Mołotow i traktatu wersalskiego. Czy propozycja Trumpa zagrozi bezpieczeństwu Europy i wywoła nowy kryzys migracyjny?

thefad.pl / AI


Porównania do historii: pakt Ribbentrop-Mołotow i traktat wersalski

– W Europie mieliśmy już „plan pokojowy” podobny do propozycji Trumpa, który przyniósł kontynentowi wiele nieszczęść – pisze komentator w „Münchner Merkur”. Gazeta przypomina pakt Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku, który oznaczał podział Polski i zapoczątkował tragiczne wydarzenia II wojny światowej.

Obecnie – ostrzega komentator – Trump i Putin mogą próbować rozwiązać konflikt na Ukrainie w podobny sposób: Rosja zatrzyma zagrabione ziemie, USA zyskają dostęp do surowców, a Europa stanie przed nowym kryzysem migracyjnym.


Czy Trump i Putin mają wspólną strategię w wojnie na Ukrainie?

Według komentarza w „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, brutalność rosyjskich ataków na Kijów przeczy jakiejkolwiek woli negocjacji. – Moskwa rozpoczęła wojnę przeciwko Ukrainie i zamierza ją prowadzić aż do całkowitego podporządkowania napadniętego kraju lub jego zniszczenia – pisze publicysta FAZ Reinhard Veser.

Komentator przewiduje również, że w razie niepowodzenia rozmów, Trump obwini Ukrainę. – Trump i Putin wspólnie wierzą w prawo silniejszego. Jeżeli słabszy się nie podda, sam jest sobie winien, gdy spotka go krzywda – dodaje.


Zagrożenie dla Europy i rola Niemiec w konflikcie

Dziennikarze niemieckich mediów podkreślają, że Europa znalazła się w wyjątkowo niebezpiecznym położeniu. Trump – ich zdaniem – wprost „zaprosił” Putina do przetestowania odporności Zachodu poprzez nowe prowokacje i agresję.

Münchner Merkur apeluje o stworzenie „koalicji chętnych”, która wzmocniłaby Ukrainę militarnie i politycznie. Kluczową rolę powinny tu odegrać Niemcy. – W przeciwieństwie do zwlekającego Scholza, Friedrich Merz wydaje się gotowy do przejęcia tej roli – pisze dziennik.


Sigmar Gabriel: Trump reprezentuje interesy Rosji

Były szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel również nie kryje krytyki. Na łamach prasy porównuje amerykańskie propozycje do traktatu wersalskiego po I wojnie światowej. – Europejczycy dobrze wiedzą, jak słabe i kruche są narzucone z góry „traktaty pokojowe” – ostrzega.

Według Gabriela, plan Trumpa ma na celu jedynie szybkie zrzucenie odpowiedzialności z USA i „danie drapaka”. – W ten sposób administracja Trumpa mogłaby stać się reprezentantem interesów Rosji – podsumowuje polityk SPD.

Co sądzisz o planie Trumpa na zakończenie wojny w Ukrainie? Podziel się swoją opinią w komentarzu!

opracowanie: DF, thefad.pl

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

Klauzula sumienia kontra zdrowie kobiet. Adam Mazguła w obronie dr Gizeli Jagielskiej

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Lekarz powinien posługiwać się wiedzą, nie klauzulą sumienia narzuconą przez biskupów i wspieraną przez PiS oraz Konfederację. Ratuje życie kobiety, a nie najczęściej niezdolnego do życia płodu. Tymczasem klauzula sumienia coraz częściej staje się religijnym uzasadnieniem dla odmowy leczenia. To nie tylko moralna, ale i zawodowa dyskwalifikacja lekarza. Szpital nie jest kościołem – a jednak, w cieniu krzyża i politycznych wpływów, rozwija się system, który zamiast chronić pacjentki, chroni fanatyków i ideologię.

Adam Mazguła staje w obronie dr Gizeli Jagielskiej, ginekolożki z Oleśnicy, zabierając głos w toczącej się dyskusji o klauzuli sumienia i zdrowiu kobiet. W kwietniu 2025 roku Jagielska została przetrzymywana w gabinecie przez europosła Grzegorza Brauna po legalnej aborcji z powodu zagrożenia życia pacjentki. Incydent potępili ministrowie sprawiedliwości i równości. Mazguła przedstawia Jagielską jako symbol lekarza, który stawia wiedzę i etykę zawodową ponad naciski religijne. Krytykuje klauzulę sumienia jako sprzeczną z obowiązkami lekarza w publicznej służbie zdrowia i wzywa do oznaczania gabinetów medyków, którzy kierują się przekonaniami światopoglądowymi zamiast przesłankami medycznymi. Ostrzega przed rosnącym wpływem Kościoła oraz partii takich jak PiS i Konfederacja na medycynę. Apeluje o świeckość państwa i ochronę praw pacjentek.

Fot. thefad.pl / AI

Nie chcę lekarza z różańcem

Lekarz używa wiedzy, a nie PiS-owskiej i konfederackiej klauzuli sumienia, bo tak kazali biskupi. Lekarz ratuje życie kobiety, a nie najczęściej niezdolnego do życia płodu.

Tak, popieram lekarkę z Oleśnicy, Gizelę Jagielską, którą więził ruski łajdak Braun z immunitetem Europarlamentu, jak sam nazywa „kołchozowego”. Lekarska klauzula sumienia to zadziwiające prawo do odmowy pomocy lekarskiej w placówkach publicznej służby zdrowia. To religijne uzasadnienie braku leczenia i ratowania życia kobiet. Przecież to jest dyskwalifikacja zawodowa i moralna lekarza.
Dlatego ich gabinety powinny być natychmiast oznakowane, aby ludzie wiedzieli, który lekarz chce ratować ich zdrowie i życie, a który chce się za nich tylko modlić i umoralniać. Wynagrodzenie powinna wtedy lekarzowi wypłacać kuria.

W państwowych placówkach zdrowia, gdzie leczą ludzi za pieniądze podatników, nie powinno być żadnych krzyży, a księża tylko na zapotrzebowanie ciężko chorych. Tak jak wiernym mogą pomóc – to proszę bardzo – ale to sprawa wiernych religijnych, a nie państwa.

Służbę zdrowia powinno się opłacać za wiedzę i umiejętności zastosowania jej dla zdrowia pacjenta, a nie za wytyczne biskupów i fanatycznych partii politycznych.

Szpital to nie kościół

Klauzula sumienia to też kolejny przykład pełzającej klerykalizacji Polski. Niedługo możemy częściej usłyszeć, jak różni dewianci i fanatycy religijni będą się powoływać na nią, by czegoś nie wykonać, nie dostarczyć, nie zrobić. Nie przetoczą krwi, nie dokonają przeszczepu, nie będą leczyć ateistów albo, odwrotnie, wierzących – bo Bóg ich wyleczy. Nie czekajmy na absurdy. Znakować gabinety i tych, co są bardziej fanatykami religijnymi niż lekarzami – już, teraz!

Jeszcze jedna uwaga. Dlaczego lekarze, wzorem sędziów, nie protestują, że politycy wchodzą z butami w ich zawód? Bo tak wygodnie? Tak draństwo rozwija się powoli, tworzone w PiS-owskich, konfederackich i kościelnych gabinetach, zabija kobiety i chroni demonów śmierci pod hasłem „chronimy życie”. W rzeczywistości to gra na emocjach i wskazywanie, że jeśli oni chronią życie, to znaczy, że ich przeciwnicy chronią śmierć. Tymczasem wiemy, która religia jest oparta na męczeńskiej śmierci, jako symbol przyjęła krzyż – narzędzie męczeństwa i umartwiania się owieczek przed pasterzami.

Ja tam ich niewolnikiem krzyża nigdy nie będę. Dlatego popieram panią doktorkę Gizelę Jagielską z Oleśnicy. Ona ratuje zdrowie i życie kobiet. Bo oczywiste jest, że to nie chore płody, a kobiety mogą po leczeniu urodzić ponownie zdrowe dzieci.

Adam Mazguła

opr. DF, thefad.pl


Gretkowska o zmierzchu Kościoła: Rytuał hipokryzji

Gdy nad Kaplicą Sykstyńską unosi się biały dym, świat wstrzymuje oddech, oczekując nowego papieża. Ten pradawny rytuał, symbol odnowy dla niemal półtora miliarda katolików, wciąż fascynuje, ale w 2025 roku towarzyszy mu głęboki sceptycyzm. Kościół Katolicki, uwikłany w skandale i krytykowany za patriarchalne struktury, zmaga się z kryzysem zaufania. W tym kontekście głos Manueli Gretkowskiej, polskiej pisarki i ikony feministycznej publicystyki, wybrzmiewa z niezwykłą siłą. W swoim facebookowym wpisie z kwietnia 2025 roku, który zyskał szeroki rozgłos, Gretkowska bezlitośnie punktuje hipokryzję Watykanu. „Sądzę, że razem z JP2 zmarła wiara w Kościół. Nie w Boga, czy Jezusa, to osobna parafia” – pisze, oddając frustrację tych, dla których instytucja stała się symbolem sprzeczności. Czy Kościół to wciąż moralny autorytet, czy, jak sugeruje pisarka, jedynie „rytuał hipokryzji i mizoginii”?

Biały dym nad Watykanem symbolizuje wybór papieża

Watykan w cieniu skandali

Manuela Gretkowska nie owija w bawełnę, pisząc o Watykanie jako instytucji, która utraciła prawo do moralizowania. Jej wpis w mediach społecznościowych, pełen sarkazmu, celnie punktuje medialne próby wybielania Kościoła. „Orgazm śmiertelny katoholików relacjonujących 'istotę pontyfikatu’” – ironizuje, odnosząc się do narracji o wielkości papieży, która maskuje nieodpokutowane grzechy. Skandale pedofilskie, ujawniane od początku XXI wieku, to nie epizod, lecz rana, która nie chce się zagoić. Tuszowanie przestępstw przez hierarchów, od Australii po Polskę, podkopało zaufanie wiernych na całym świecie.

Papież Franciszek, ceniony za skromność i otwartość, podjął próbę reform, ale, jak zauważa Gretkowska, nie zdołał naprawić systemu. „Instytucja, mająca szerzyć dobro, czyni zło i nic z tym się nie da zrobić” – pisze, wskazując na paradoks Kościoła, który głosi miłość, a zmaga się z niemoralnością. Nieprzejrzystość finansowa Watykanu, w tym skandale związane z bankiem watykańskim, tylko pogłębia wrażenie, że instytucja ta bardziej chroni siebie niż swoich wiernych. Dla wielu, w tym Gretkowskiej, opowieści o „dobrym papieżu” brzmią jak puste frazesy w obliczu systemowych patologii.

Hipokryzja czy bezsilność?

Dlaczego skandale tak bardzo niszczą autorytet Kościoła? Chodzi nie tylko o same przestępstwa, ale o brak odpowiedzialności. Tuszowanie pedofilii przez dekady, przenoszenie księży między parafiami zamiast karania ich, to decyzje, które zdradziły wiernych. Gretkowska, znana z ciętego języka, nie kryje oburzenia: „Chyba trzeba mieć zwatykaniały umysł, żeby nie przełożyć tego na ludzki: instytucja, mająca szerzyć dobro, czyni zło”. Jej słowa oddają frustrację milionów, którzy oczekiwali od Kościoła moralnego kompasu, a dostali machinę władzy. Czy to cyniczna hipokryzja, czy może bezsilność wobec własnych struktur? Odpowiedź nie jest prosta, ale dla pisarki jedno jest jasne: Watykan stracił prawo do bycia nieomylnym.

Patriarchat w purpurze

Konklawe, tajemniczy rytuał wyboru papieża, to dla Gretkowskiej symbol anachronizmu. „137 facetów z torbami na głowach” – tak opisuje kardynałów, którzy w Kaplicy Sykstyńskiej decydują o przyszłości Kościoła. W świecie, który coraz głośniej domaga się równości, Watykan pozostaje bastionem męskiej władzy. Kobiety, choć stanowią większość z półtora miliarda wiernych, nie mają głosu w tych decyzjach. Gretkowska, od lat zaangażowana w walkę o prawa kobiet, nie kryje sarkazmu: „Parada bezsilności w insygniach, obciachowym przepychu”. Jej słowa to nie tylko krytyka, ale i wezwanie do zmiany struktur, które wykluczają połowę społeczeństwa.

Pisarka, która w 2007 roku założyła Partię Kobiet, od dekad piętnuje patriarchat, także w Kościele. W 2010 roku mówiła: „Gdyby była równość kobiet i mężczyzn, to dopiero byśmy im spuściły wpierdol”. Choć dosadne, jej słowa oddają gniew na system, który nie tylko marginalizuje kobiety, ale i oczekuje od nich posłuszeństwa. Watykańskie rytuały, pełne przepychu i symboliki, dla Gretkowskiej są jedynie fasadą, za którą kryje się głęboko zakorzeniona mizoginia. W dobie #MeToo i globalnych ruchów feministycznych takie podejście wydaje się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości.

Kobiety bez głosu

Wykluczenie kobiet to nie tylko problem Watykanu, ale i wyzwanie dla Kościoła w świecie, który stawia na równouprawnienie. Kobiety pełnią kluczowe role w parafiach, organizacjach charytatywnych i edukacji religijnej, ale w hierarchii pozostają niewidoczne. Gretkowska, której twórczość, od Polki po Posag dla Polki, celebruje kobiecą siłę, widzi w tym absurd. „Po odkryciu tylu skandali próby wykrzesania przez media sensacji ze śmierci Franciszka są próbami wskrzeszenia Watykanu” – pisze, sugerując, że Kościół desperacko trzyma się starego porządku, ignorując głos połowy swoich wiernych. W świecie, gdzie kobiety przewodzą rządom i korporacjom, brak ich wpływu w Kościele jest coraz trudniejszy do obrony.

Bóg osobisty, nie watykański

Gretkowska nie odrzuca wiary jako takiej – jej krytyka dotyczy instytucji, nie duchowości. „Razem z JP2 zmarła wiara w Kościół” – podkreśla, ale dodaje, że wiara w Boga to „osobna parafia”. W jej oczach wielu katolików odchodzi od Watykanu, szukając Boga na własnych zasadach. „Bóg katolicki jest coraz częściej Bogiem osobistym. Takim pecetem niepodłączonym do serwera Watykanu” – pisze, trafnie ujmując trend sekularyzacji i indywidualizacji wiary. W Polsce, gdzie Kościół przez dekady kształtował tożsamość narodową, młodzi coraz częściej odrzucają instytucjonalne ramy, wybierając duchowość bez rytuałów.

Ten proces nie jest nowy, ale nabrał tempa w obliczu skandali i anachronizmów Watykanu. Gretkowska, absolwentka filozofii i antropologii, widzi w tym szansę na autentyczniejszą wiarę, wolną od „białego dymku, z opium palonego dla ludu”. Jej ironia, porównująca watykański rytuał do „dymu puszczanego przez sexy cowboya z reklamy Marlboro”, oddaje pustkę instytucjonalnych gestów, które bardziej kuszą, niż prowadzą do prawdy. Dla pisarki wiara nie potrzebuje purpury ani konklawe – jest osobista, intymna i wolna od watykańskich serwerów.

Wiara bez rytuałów?

Czy wiara może istnieć bez instytucjonalnych ram? Gretkowska zdaje się sugerować, że tak. W świecie, gdzie ruchy duchowe, od mindfulness po neopogaństwo, zyskują popularność, Kościół traci monopol na sacrum. „Dlaczego mam w napięciu czekać na biały dymek, z opium palonego dla ludu?” – pyta retorycznie, odrzucając watykańskie spektakle. Jej słowa rezonują z tymi, którzy w Kościele widzą bardziej muzeum tradycji niż żywą wspólnotę. Jednak ta indywidualna wiara, choć wolna, stawia nowe wyzwania – jak budować wspólnotę bez instytucji? Gretkowska nie daje odpowiedzi, ale jej pytanie zmusza do refleksji nad duchowością XXI wieku.

Przyszłość bez złudzeń?

W oczekiwaniu na kolejny biały dym świat patrzy na Watykan z mieszanką fascynacji i zwątpienia. Czy nowy papież zdoła tchnąć życie w instytucję, która dla wielu stała się symbolem sprzeczności? Gretkowska, z właściwą sobie przenikliwością, każe nam zapytać: „Kościół powinien stuknąć się w głowę sam, czy jeszcze żyje, czy jest tylko rytuałem hipokryzji i mizoginii?”. Jej krytyka, choć ostra, jest wezwaniem do rachunku sumienia – nie tylko dla Watykanu, ale dla społeczeństwa, które wciąż daje instytucjom kredyt zaufania.

Mimo pesymistycznego tonu, Gretkowska nie traci nadziei na zmianę. Jej twórczość, od intymnej Polki po manifest kobiecej siły Przeprawę, pokazuje wiarę w jednostkową sprawczość. Porównując biały dym do „dymu puszczanego przez sexy cowboya z reklamy Marlboro”, pisarka przypomina, że złudzenia, choć kuszące, prowadzą do zguby. Czy Kościół zdoła się zreformować, czy wiara znajdzie drogę poza Watykanem? Odpowiedź zdefiniuje nie tylko przyszłość katolicyzmu, ale i jego miejsce w świecie, który coraz mniej czeka na sygnały z Kaplicy Sykstyńskiej.

Głos Gretkowskiej, pełen goryczy, ale i pasji, jest iskrą do debaty o wierze, władzy i równości. Jak pisała w innym kontekście: „Bóg katolicki jest coraz częściej Bogiem osobistym”. Może w tym tkwi przyszłość – wolna od złudzeń, bliższa człowiekowi niż watykańskim rytuałom.

Podziel się swoją opinią w komentarzach: czy Kościół to wciąż autorytet, czy „rytuał bez duszy”?


DF, thefad.pl / Źródło: Manuela Gretkowska (https://patronite.pl/manuelagretkowska)


Zmarł Papież Franciszek: Świat żegna pasterza ubogich i reformatora

W poniedziałkowy poranek świat na chwilę się zatrzymał. 21 kwietnia 2025 roku, o godzinie 7:35, w Domu Świętej Marty zmarł papież Franciszek. 88-letni Jorge Mario Bergoglio odszedł w ciszy, po długiej walce z obustronnym zapaleniem płuc. Watykan potwierdził wiadomość w poruszającym komunikacie wygłoszonym przez kardynała Kevina Farrella. Ojciec Święty – jak podano – zmarł w spokoju, otoczony modlitwą i miłością.

Pasterz z krańca świata

W 2013 roku świat powitał nowego papieża z zaskoczeniem i nadzieją. Jorge Mario Bergoglio – pierwszy jezuita, pierwszy Latynoamerykanin, pierwszy papież spoza Europy od ponad tysiąca lat – rozpoczął pontyfikat od słów „Buona sera!”, łamiąc dystans i pokazując, że jego posługa będzie inna. Przyjął imię Franciszek, na cześć św. Franciszka z Asyżu – symbolu prostoty i troski o ubogich.

Wybrał życie w skromnym Domu Świętej Marty zamiast Pałacu Apostolskiego. Unikał przepychu, stawiając na bliskość z ludźmi. Jego wizja „Kościoła wychodzącego” miała odnowić moralny autorytet wspólnoty katolickiej, czyniąc ją bardziej otwartą i służebną.

Głos sumienia globalnego świata

Pontyfikat Franciszka był odważny i wyrazisty. W encyklikach Laudato si’ i Fratelli tutti wyznaczał nowe priorytety: ochronę stworzenia, braterstwo ponad podziałami, walkę z nierównościami. Wzywał do „ekologicznego nawrócenia” i ostrzegał przed „globalizacją obojętności”.

Działał z zaangażowaniem na arenie międzynarodowej. Podpisał historyczny dokument o braterstwie z wielkim imamem Al-Azhar, odwiedzał kraje naznaczone wojną i ubóstwem, apelował o pokój na Ukrainie. Jego słowa o roli NATO w tym konflikcie wzbudziły kontrowersje, ale z czasem jasno potępił rosyjską agresję, błagając o przerwanie „spirali przemocy”.

Reformator wewnętrzny, krytykowany i podziwiany

Franciszek nie tylko mówił, ale działał. Zainicjował Synod o synodalności, dając głos świeckim i kobietom – czego symbolem było mianowanie siostry Nathalie Becquart na podsekretarz Synodu Biskupów. Zniósł sekrety papieskie w sprawach nadużyć seksualnych, wprowadził surowsze kary i reformy w Kurii Rzymskiej. Jego wizja dzieliła: dla jednych był prorokiem zmian, dla innych zbyt progresywnym liderem.

„Kościół nie jest muzeum, lecz żywym organizmem” – powtarzał, odpowiadając na kryzysy miłosierdziem i dialogiem.

Ostatnie miesiące – walka z chorobą i pożegnanie

Zdrowie papieża słabło od lat. Operacja jelita, zapalenie oskrzeli, a w lutym 2025 roku ciężkie obustronne zapalenie płuc wymagało długiej hospitalizacji. Gdy w marcu opuścił Poliklinikę Gemelli, mówiono o cudzie. Mimo kruchości, w Niedzielę Wielkanocną ostatni raz pobłogosławił wiernych na Placu św. Piotra.

Do końca służył światu. We wrześniu 2024 roku, w wieku 87 lat, odbył najdłuższą pielgrzymkę pontyfikatu, odwiedzając Indonezję, Timor Wschodni i Singapur – symboliczne pożegnanie z peryferiami, które tak ukochał.

Kościół w żałobie, świat w hołdzie

Watykan ogłosił dziewięciodniowy okres żałoby (novemdiales). Ciało papieża zostanie wystawione w Bazylice św. Piotra, a jego pogrzeb zgromadzi przywódców z całego świata. W Rzymie, mimo żałoby, odbędzie się jubileuszowa Procesja z Malagi i Sewilli – hołd dla papieża, który cenił ludową wiarę.

Świat oddaje cześć Franciszkowi. Ursula von der Leyen nazwała go „mostem między wiarą a współczesnością”, Emmanuel Macron – „sumieniem naszych czasów”, a prezydent Izraela Isaac Herzog wspomniał jego starania o pokój w Ziemi Świętej. Premier Indii Narendra Modi podkreślił jego oddanie dla włączenia społecznego.

Dziedzictwo, które trwa

Franciszek pokazał, że Stolica Apostolska może być otwarta, wrażliwa i gotowa na zmiany. Jego reformy, słowa i bliskość z ludźmi pozostaną inspiracją. Przed nadchodzącym konklawe, które wybierze nowego papieża – być może kardynała Parolina, Tagle lub Saraha – wspólnota wiernych staje przed wyzwaniem: jak kontynuować dzieło człowieka, który budował mosty w podzielonym świecie?

Niech spoczywa w pokoju.

 

DF, thefad.pl / Źródła: Vatican News, Reuters, BBC, CNN, AP News, Wikipedia, TVN24, rp.pl, Tygodnik Powszechny


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję