Bójka „70 na 70”, gangi i tatuaże. Kandydat PiS na celowniku mediów
25 października 2009 roku, na polu pod Gdańskiem, rozegrała się jedna z najsłynniejszych kibolskich ustawek w historii Polski. Jak ustaliła Wirtualna Polska, wśród uczestników bójki, w której starło się po 70 pseudokibiców Lechii Gdańsk i Lecha Poznań, był Karol Nawrocki – obecny kandydat na prezydenta Polski popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. Obok Nawrockiego walczyli groźni przestępcy, w tym Daniel U., pseudonim „Dzidek”, skazany w 2023 roku za brutalne zabójstwo maczetą. Temat wrócił na czołówki mediów po niedawnym wywiadzie Nawrockiego u Sławomira Mentzena, lidera Konfederacji, gdzie kandydat PiS nie zaprzeczył udziałowi w „szlachetnych walkach”.
Ustawka pod Gdańskiem: Kulisy starcia
Jak wynika z ustaleń Szymona Jadczaka z Wirtualnej Polski, do bójki doszło po meczu Ekstraklasy Lechia Gdańsk – Lech Poznań, zakończonym remisem 0:0. Po spotkaniu, w okolicach Rębiechowa, na polu niedaleko Gdańska, naprzeciw siebie stanęły dwie grupy pseudokibiców – każda licząca po 70 osób. Walka trwała około sześciu i pół minuty, a zwycięstwo odnieśli kibole Lechii. Wśród nich, jak podaje WP, znajdował się Karol Nawrocki, wówczas początkujący pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.
Po stronie Lecha Poznań walczyli członkowie bojówki Young Freaks, wspierani przez kibiców Arki Gdynia. Grupą dowodzili Mirosław „Olaf” O. oraz Przemysław „Żaba” Ż., którzy później zostali skazani za działalność w zorganizowanej grupie przestępczej, zajmującej się m.in. handlem narkotykami. Po stronie Lechii, obok Nawrockiego, walczył m.in. Olgierd L., obecnie aresztowany za podżeganie do podpalenia i handel bronią, oraz Daniel U. „Dzidek” – jeden z najgroźniejszych przedstawicieli kibolskiego półświatka.
Nawrocki o „szlachetnych walkach”
Temat ustawki powrócił za sprawą rozmowy Nawrockiego z Mentzenem. Lider Konfederacji zapytał kandydata PiS o udział w bójce „70 na 70”. Nawrocki nie zaprzeczył, określając swoje działania jako „różne moduły szlachetnych walk”. – Lubiłem aktywność sportową i lubię dalej, cały czas trenuję – stwierdził, odwołując się do swojej przeszłości bokserskiej, w tym tytułu mistrza Pomorza w wadze ciężkiej. Jego sztab w nieoficjalnych rozmowach potwierdził udział w ustawce, jednak rzeczniczka Emilia Wierzbicka nie udzieliła oficjalnego komentarza.
Słowa Nawrockiego o „szlachetnych walkach” spotkały się z krytyką. – Ustawki są nielegalne. Jego tłumaczenia są śmieszne – podkreśla źródło Onetu związane z kibolami Lecha Poznań. Z kolei Donald Tusk, komentując sprawę na antenie TVN24, wezwał Nawrockiego do wyjaśnień, pytając o inne ustawki, w tym starcie z kibicami Odry Opole.
Zorganizowana przestępczość w tle
Według informacji „Gazety Policyjnej” z 2011 roku, bójka z 2009 roku była działaniem zorganizowanej grupy przestępczej. Zbigniew Maj, ówczesny zastępca szefa CBŚ, opisał pseudokibiców jako liderów bojówek, zaangażowanych w handel narkotykami i nielegalny obrót gadżetami klubowymi. – To byli zawodowi bandyci, działający na poziomie mafii z Wołomina czy Pruszkowa – mówił Maj. Policjanci podkreślali, że do takich struktur nie trafia się przypadkiem, a uczestnicy ustawek często łączyli sportową agresję z przestępczymi interesami.
Źródła WP wskazują, że w tamtym okresie kibole Lechii, Wisły Kraków i Śląska Wrocław współpracowali w narkotykowym biznesie, z Gdańskiem jako kluczowym punktem dystrybucji. Obecność Nawrockiego w takim środowisku budzi pytania o jego związki z pseudokibicami, zwłaszcza że źródła Onetu sugerują, iż kandydat PiS ma tatuaże związane z bojówką „Chuligani Wolnego Miasta”.
Reakcje i pytania bez odpowiedzi
Sztab Nawrockiego stara się bagatelizować sprawę. – Karol Nawrocki nie wstydzi się tego epizodu. Nie kłamie, jak inni kandydaci – powiedział Paweł Szefernaker, szef sztabu PiS. Jednak brak oficjalnego stanowiska i wymijające odpowiedzi Nawrockiego podsycają kontrowersje. Pytania o bilans jego walk, ewentualne tatuaże czy stanowisko wobec legalizacji ustawek pozostają bez odpowiedzi.
Zgodnie z polskim prawem, udział w bójce grozi karą do 5 lat pozbawienia wolności, choć w przypadku wydarzeń z 2009 roku sprawa uległa przedawnieniu. Niemniej, obecność Nawrockiego wśród przestępców stawia pod znakiem zapytania jego wizerunek jako kandydata na prezydenta.
Źródło: Wirtualna Polska, Onet, TVN24
Gretkowska: Jeśli pół Polski pragnie moralnego dna, trzeba to uszanować
„Dlaczego gardzę wyborcami Nawrockiego? Powinnam się nad nimi pochylić z wyrzutami sumienia, że naszą–moją inteligencką winą jest ich gorliwa akceptacja dla kandydata alfonsa, oszusta. Głosujący na niego, albo nie chcą znać prawdy, albo popierają gangusów. Wybory prezydenckie pokazują nasze aspiracje i uprzedzenia. Jeśli pół Polski pragnie moralnego dna, trzeba to uszanować” – pisze Manuela Gretkowska w swoim wpisie w mediach społecznościowych.
Polityka to dziś bardziej sztuka iluzji niż rządzenia. Rozmowa Mentzena z Nawrockim – jak komentuje Gretkowska – była pokazem politycznego wyciągania królika z kapelusza. „Mentzen go wyjmował, Nawrocki go znikał połykając. Potem wyciągał sobie z tyłka upieczonego, udając, że to ten sam królik co w postulatach”. Trudno o celniejsze podsumowanie spektaklu, w którym prawda jest jedynie rekwizytem, a realna wizja państwa – zaledwie scenografią.
Gretkowska nie pozostawia złudzeń: to nie programy decydują dziś o polityce, lecz widowisko, które zaspokaja emocjonalne potrzeby wyborców. W opublikowanym poście bezlitośnie punktuje nie tylko kandydatów, ale i społeczeństwo, które – jak sugeruje – samo wybrało cynizm zamiast przyzwoitości. Głosujący na Nawrockiego, jej zdaniem, nie są ofiarami dezinformacji. Są współtwórcami nowego porządku, w którym liczy się zaradność, nie moralność. „Jeśli pół Polski pragnie moralnego dna, trzeba to uszanować” – powtarza z goryczą.
Wybory prezydenckie – jak zauważa – nie są konkursem kompetencji, lecz plebiscytem na najbardziej wiarygodny archetyp. Portrety ostatnich prezydentów wpisuje w narodową psychodramę: „Prawdziwy Polak ma w sobie coś z każdego z nich” – pisze, zestawiając kolejne głowy państwa w brutalnej ironii:
**„Polskie prezydentury według kolejności:
- Fanatyczny Katolik
- Pijak
- Samobójca
- Myśliwy
- Debil.
Na koniec Alfons?”**
A dalej: „Wałęsa darował wolność. Kwaśniewski wprowadził do Unii. Dobrotliwy ojciec narodu Komorowski miał wąsy. Kaczyński – prawdziwy patriota zginął dla Polski. Duda – chronił nas przed degeneracją Zachodu. Nawrocki? Zaradny biznesmen z pistoletem gotowym bronić nas przed Rosją”.
Tę wyliczankę Gretkowska konfrontuje z kandydaturą Trzaskowskiego, który – jak pisze – „wywyższa się uczciwością i profesjonalizmem”. Kontrast nie jest tylko retoryczny. Odzwierciedla głębszy konflikt kulturowy: państwo silne i cyniczne kontra państwo przyzwoite i odpowiedzialne. „Narodu być może nie stać na Trzaskowskiego, wywyższającego się uczciwością i profesjonalizmem. 45% dla niego w najnowszym sondażu, 47% woli kandydata podobnego do nich” – stwierdza.
To właśnie ten wybór – między uczciwością a skutecznością, między prawem a bezwzględnością – stanie się prawdziwym testem przyszłej prezydentury. Nie tylko dla kandydatów, ale dla nas wszystkich. Polityka to iluzja – powtarza Gretkowska. Pytanie tylko, ilu z nas naprawdę chce zobaczyć, co jest za kurtyną.
opr. Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Manuela Gretkowska (Będę wdzięczna za https://patronite.pl/manuelagretkowska)
Orbán kontra Bruksela. Europosłowie chcą całkowitego odcięcia funduszy dla Węgier

Katarzyna Domagała-Pereira
Europosłowie różnych frakcji apelują o całkowite odcięcie Węgrom funduszy unijnych – informuje niemiecka telewizja ARD.
Posłowie do Parlamentu Europejskiego z różnych frakcji we wspólnym liście apelują do Komisji Europejskiej o wstrzymanie wszystkich funduszy unijnych dla Węgier – informuje niemiecka telewizja publiczna ARD.
Wśród sygnatariuszy listu znajdują się chadecy, socjaldemokraci, liberałowie oraz zieloni. Celem apelu jest wywarcie większej presji na Węgry i trwałe zablokowanie finansowania rządu Viktora Orbána. – Każdy, kto wykazuje zerową troskę o poszanowanie wartości UE, zasługuje na zero euro z budżetu Unii – mówi ARD niemiecki liberał Moritz Körner.
Jak podkreśla Daniel Freund z niemieckiej partii Zielonych, inicjator listu, chodzi o ochronę interesów finansowych UE, a tym samym europejskich podatników.
Przybywa ataków
Z powodu szerzącej się na Węgrzech korupcji i braku niezależnego sądownictwa w ostatnich latach zamrożono już miliardy euro z funduszy unijnych należnych temu krajowi.
– Widzimy jednak, że przez dwa i pół roku obowiązywania sankcji nic się nie poprawiło – mówi Freund, cytowany przez ARD. Wręcz przeciwnie, „co tydzień dochodzi do kolejnych ataków na niezależne społeczeństwo obywatelskie, wolne media, wolność słowa, a także na niezależność sądownictwa” – wylicza niemiecki europoseł. – I właśnie dlatego mówimy teraz bardzo, bardzo wyraźnie: to musi się skończyć – dodaje.
Przeciwko mniejszościom i NGO-som
Premier Węgier Viktor Orbán podejmuje coraz bardziej rygorystyczne działania wobec mniejszości oraz organizacji pozarządowych. W połowie marca jego rząd przyjął ustawę poważnie ograniczającą wolność zgromadzeń, zakazując jednocześnie czerwcowej Parady Równości, której celem jest m.in. demonstracja na rzecz praw osób LGBT+.
Kilka dni temu partia Orbána, Fidesz, przedstawiła projekt ustawy o „przejrzystości życia publicznego”. Nowe przepisy – inspirowane rosyjskimi rozwiązaniami – przewidują surowe działania wobec organizacji, które rzekomo „naruszają suwerenność Węgier”, prowadząc działalność publiczną z zagranicznym wsparciem.
REDAKCJA POLECA
Karol Nawrocki przed drugą turą. Prof. Dudek: „To Nikodem Dyzma naszych czasów”
W miarę zbliżania się decydującej fazy kampanii prezydenckiej 2025, postać Karola Nawrockiego – kandydata Prawa i Sprawiedliwości – budzi coraz większe emocje. W programie „Najważniejsze Pytania” na antenie Polsat News, politolog prof. Antoni Dudek przedstawił szereg gorzkich refleksji na temat politycznej drogi Nawrockiego, jego szans w wyborach i niewygodnych wątków, które mogą jeszcze wypłynąć przed drugą turą.
Karol Nawrocki: Szczęściarz czy polityczny buldożer?
Kariera Karola Nawrockiego – jeszcze jesienią 2024 roku niemal niezauważalnego w przestrzeni politycznej – dziś znajduje się w samym centrum gry o najwyższy urząd w państwie. W ocenie Antoniego Dudka to nie tyle efekt determinacji, co splotu korzystnych okoliczności. „Karol Nawrocki jest szczęściarzem. Jego kariera przypomina Nikodema Dyzmę. Splot sprzyjających okoliczności wypromował tę osobę, która w oryginalnej scenie zostaje kandydatem na premiera. Teraz jesteśmy w tej scenie” – stwierdził profesor.
Zdaniem politologa, ten gwałtowny awans powinien budzić poważne pytania o kompetencje i motywacje kandydata. Nawrocki – jak zauważył – był marginalizowany nawet w PiS. Dziś natomiast, po pierwszej turze wyborów prezydenckich, staje się „lekkim faworytem”.
Kontrowersje, kawalerka i „kawalerkowe do kwadratu”
Największe zastrzeżenia wobec kandydatury Nawrockiego nie dotyczą jednak jego strategii wyborczej, a kwestii moralnych. „W tej chwili pokaźna część społeczeństwa wierzy, że Karol Nawrocki nie ma elementarnych kwalifikacji moralnych, by być kandydatem na prezydenta” – zauważył Dudek.
Choć najgłośniejszym wątkiem stała się sprawa mieszkania w Gdańsku, które Nawrocki ostatecznie ponoć przekazał na cele charytatywne, profesor nie ma wątpliwości, że to jedynie początek. „Znam taką liczbę plotek na temat Karola Nawrockiego, że gdyby tylko połowa z nich się potwierdziła, to mielibyśmy kawalerkę do kwadratu” – powiedział.
Dudek odmówił jednak ujawnienia szczegółów. Jak zaznaczył, weryfikacja takich informacji należy do dziennikarzy. Sam ograniczył się do oceny politycznej: „W grudniu ubiegłego roku mówiłem, że Karol Nawrocki jest jednym z najbardziej niebezpiecznych ludzi, jacy weszli do polskiej polityki. I to się na naszych oczach potwierdza”.
Trzaskowski i przekleństwo lidera sondaży
Rafał Trzaskowski, który w pierwszej turze był typowany jako zdecydowany lider, dziś musi zrewidować strategię. „Problem polegał na tym, co nazywam przekleństwem bycia liderem sondaży. To usypia i czyni sztab mało aktywnym” – ocenił Dudek.
Wyniki pierwszej tury pokazały, że różnica między kandydatami jest minimalna, a prawica – wbrew wcześniejszym prognozom – zmobilizowała znaczącą część elektoratu. Trzaskowski staje dziś przed wyborem: budować pozytywny program czy grać ostrzej i dezawuować przeciwnika.
Profesor nie ma wątpliwości: „Trzaskowski powinien mówić, co chce zrobić jako prezydent i jak to się różni od Donalda Tuska. Krytykować Nawrockiego mogą dziennikarze. On nie powinien tego podgrzewać”.
Wizerunki rodzinne i ukryta walka o władzę
Dudek zwrócił uwagę na jeszcze jeden wątek – coraz większą rolę, jaką mogą odegrać małżonki kandydatów. „Pewnie nie dojdzie do debaty między nimi, ale oczy wielu mediów teraz skoncentrują się na tym” – zauważył.
Najbardziej zaskakujące w rozmowie profesora były jednak sugestie dotyczące przyszłości wewnątrz samego PiS. „Tu się prezes Kaczyński może zdziwić” – powiedział. Zdaniem Dudka, jeśli Nawrocki zostanie prezydentem, jego pierwszym celem będzie destabilizacja rządu Tuska, co może prowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Ale to dopiero początek. „Nie wiemy, jaki będzie stan zdrowia Kaczyńskiego za rok czy dwa. A wyrósł w jego otoczeniu człowiek, który bardzo mocno wspiera Nawrockiego – Przemysław Czarnek” – mówił profesor. „Wyobraźmy sobie, że Nawrocki myśli tak: jak będę prezydentem, chcę mieć premiera, z którym jest chemia”.
Na pytanie, czy kandydat PiS może chcieć „wykolegować” Jarosława Kaczyńskiego, odpowiedział: „To możliwe. Nie twierdzę, że mam rację. Ale to gra, która dopiero się zaczyna”.
DF, thefad.pl / Źródło: Polsat News
Roman Giertych: Trzeba rozliczyć PiS. I dlatego głosuję na Trzaskowskiego

Roman Giertych
„Dlaczego ja, katolik, głosuję na Trzaskowskiego?” – pytają mnie znajomi. Odpowiadam, że mam bardzo ważne powody: nie chcę prezydenta zdemoralizowanego, wykonującego wolę Kaczyńskiego. Nie chcę powrotu PiS do władzy ze wszystkimi złodziejstwami i izolacją międzynarodową. Trzaskowski to człowiek uczciwy, skromny i bardzo wykształcony – nie będziemy się go wstydzić. Wspiera proces rozliczenia PiS i daje gwarancję współpracy z demokratycznym rządem. Dlatego 1 czerwca zagłosuję właśnie na niego.
Roman Giertych tłumaczy, dlaczego jako katolik – i zarazem były krytyk części postulatów liberalnej lewicy – odda głos na Rafała Trzaskowskiego. Wbrew pozorom nie chodzi o aborcję, światopogląd czy kwestie obyczajowe. Chodzi o coś znacznie bardziej fundamentalnego: uczciwość, bezpieczeństwo państwa i wiarygodność reprezentacji Polski na arenie międzynarodowej.
Giertych powołuje się na dokumenty watykańskie, ostrzega przed powrotem układów z czasów rządów PiS i nie szczędzi mocnych słów pod adresem kandydata obozu Kaczyńskiego. Opisuje wybór nie jako ideologiczną deklarację, ale jako moralny obowiązek wobec kraju. Dla wielu czytelników jego stanowisko może być zaskakujące – dla innych stanie się punktem odniesienia w coraz bardziej spolaryzowanej debacie przed wyborami prezydenckimi.
Poniżej publikujemy pełny tekst Romana Giertycha w oryginalnej wersji.
Dlaczego ja, katolik, głosuję na Trzaskowskiego?
Wielu moich katolickich znajomych zadaje mi to pytanie i przypomina, że przecież zostałem odwołany z funkcji wiceszefa klubu KO za to, że nie chciałem poprzeć projektu Anny Marii Żukowskiej o aborcji, a Trzaskowski ten projekt popiera.
Zawsze im wtedy przypominam to, co napisał Joseph Ratzinger jeszcze gdy był prefektem Kongregacji Doktryny Wiary u Jana Pawła II. 1 lipca 2004 roku w liście do biskupów amerykańskich napisał tak:
„Jeśli natomiast katolik nie podziela stanowiska kandydata popierającego aborcję i/lub eutanazję, ale głosuje na niego z innych powodów, jest to uznawane za daleką współpracę materialną, która może być dopuszczalna w obecności proporcjonalnie ważnych powodów.”
Otóż ja mam bardzo „ważne powody”, aby głosować na Trzaskowskiego.
Po pierwsze, nie chcę Prezydenta Nawrockiego. Nie chcę, aby mój kraj był reprezentowany przez człowieka do szpiku kości zdemoralizowanego, oszusta, lichwiarza, kłamcę i przyjaciela gangsterów zajmujących się handlem ludźmi. I to, że deklaruje on wierność nauce Kościoła, ma dla mnie zerowe znaczenie w sytuacji, gdy nie żyje swoimi deklaracjami.
Po drugie: nie chcę, aby moją Ojczyznę reprezentowała taka „decyzja prezesa”, która będzie we wszystkim wykonywać wolę Kaczyńskiego. Oznaczać to bowiem będzie powrót PiS do władzy – ze wszystkimi złodziejstwami, masowym rabunkiem mienia państwowego oraz izolacją międzynarodową.
Po trzecie, Trzaskowski jest człowiekiem skromnym, uczciwym i bardzo wykształconym. To człowiek, którego nie będziemy się wstydzić. Będzie świetnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej.
Po czwarte, to nie Prezydent w Polsce stanowi prawo, ale Sejm. Jak już powiedział premier Donald Tusk – w tym Sejmie nie ma większości na radykalną zmianę prawa aborcyjnego.
Może znajdzie się większość na jakąś wersję kompromisową (może ma szansę mój projekt, który zakłada, że do 12. tygodnia życia płodu to tylko kobieta, która dokonała aborcji, może zainicjować ściganie karne pomocników czy podżegaczy, a bez jej wniosku postępowania nie ma).
Zresztą trudno sobie wyobrazić jakąś radykalną zmianę w tym temacie, gdy we wczorajszych wyborach większość obywateli poparła kandydatów, którzy opowiadali się za zaostrzeniem i tak bardzo surowego prawa aborcyjnego. A nawet wśród kobiet większość opowiedziała się za kandydatami, którzy nie chcą liberalizacji.
Głosując na Prezydenta RP, wybieramy przede wszystkim reprezentanta, a nie prawodawcę. A w tym obszarze Trzaskowski bije na głowę Nawrockiego.
Po piąte. Rząd potrzebuje współpracującego Prezydenta RP. Jesteśmy dzisiaj o krok od stania się regionalną potęgą. Wybór Trzaskowskiego taką współpracę gwarantuje.
Po szóste, wreszcie – uważam, że PiS trzeba rozliczyć, bo taki rażący brak sprawiedliwości jest dla społeczeństwa demoralizujący. Trzeba ich rozliczyć do szpiku kości.
Bez Prezydenta okazało się to niemożliwe. Wybór Nawrockiego oznaczałby praktyczny koniec albo bardzo duże utrudnienie rozliczeń PiS. Kogo sądy by skazały, to on by ich – na polecenie Kaczyńskiego – ułaskawiał.
Trzaskowski natomiast publicznie i na spotkaniu Zespołu ds. Rozliczenia PiS deklaruje pełne wsparcie dla procesu rozliczenia. Moim zdaniem jest w tym wiarygodny.
Z tych powodów zagłosuję 1 czerwca na Rafała Trzaskowskiego. Jestem przekonany, że większość Polaków uczyni podobnie.
Roman Giertych, opr. Dariusz Frach, thefad.pl
Dlaczego Braun i Nawrocki zyskują kosztem Trzaskowskiego i Hołowni? Skiba o prezydenckich preferencjach Polaków
Wyniki ostatnich wyborów w Polsce ukazują paradoksy narodowej duszy – tęsknotę za silną ręką, nieufność wobec „pięknoduchów” i fascynację tymi, którzy budzą kontrowersje. Wynik Grzegorza Brauna to nie tylko kolejna karta w politycznym teatrze absurdu, ale i bolesne lustro – pokazujące, kim naprawdę chcemy być jako społeczeństwo. Polska, choć coraz bardziej nowoczesna na papierze, wciąż potrafi głosować sercem pełnym resentymentu i głową odwróconą od przyszłości. Wybieramy ludzi, którzy gardzą kobietami, święcą granaty, a za cnotę uważają umiejętność unikania konsekwencji.
Nie chodzi już o programy wyborcze – te dawno przestały być istotne. Liczy się charyzma spod sutanny, chłopski spryt i pogarda dla słabszych.
Grzegorz Braun, z jego radykalną retoryką i wizją Polski pod sztandarem tradycji, zdobywa serca tych, którzy – jak ironicznie zauważa Krzysztof Skiba – chętnie oddaliby głos na „katolickich talibów”. Skiba portretuje wyborczy krajobraz jako przestrzeń, w której kobieta najlepiej wygląda w kuchni, a Kościół w centrum państwa. Magdalena Biejat, mimo politycznej sprawności, przegrywa z własną płcią.
Ci, którzy próbują uprawiać politykę w oparciu o uczciwość i kompetencje, w tym krajobrazie wypadają blado. Wygrywają natomiast ci, którzy ucieleśniają spryt, bezczelność i dobrze znany Polakom etos „kombinatora” – jak choćby tajemniczy „Prezes Nawrocki”, człowiek z przeszłością pełną cieni i wpływowych znajomości. Na ich tle Szymon Hołownia, z nieskazitelnym życiorysem i poetyckim wizerunkiem, wydaje się zbyt „miękki”, by wzbudzać zaufanie. Nawet Rafał Trzaskowski – wykształcony, europejski, bez skandali – budzi podejrzliwość. Bo, jak prowokacyjnie pyta Skiba: po co nam lepsi od nas samych?
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
KOC GAŚNICA ZAKONNICA
Cieszy świetny wynik wyborczy Grzegorza Brauna, który potwierdza, że Polacy uwielbiają zamordyzm i polską odmianę talibów. Za mało mamy wtrącania się Kościoła do polityki. Chcemy więcej tuszowania afer kościelnych i przywilejów dla czarnych sukienek.
Wielu Polaków nie lubi też kobiet. Kobieta zawsze narzeka i stęka, za dużo ględzi, gdy idziemy z kumplami na piwo. A ostatnio to już w ogóle kobietom odbiło, bo zabierają głos i się buntują, tak więc każdy polityk, który widzi rolę kobiety w kuchni, a najlepiej z kocem na twarzy i na kolanach, ma głos kochającego tradycję i ojczyznę Polaka.
Taka na przykład Magdalena Biejat, gdyby była facetem, miałaby o wiele większe szanse, bo mówiła sensowniej niż Zandberg. Biejat to polityk z krwi i kości. Ale niestety baba.
Tak naprawdę to szkoda, że nie startował jakiś muskularny proboszcz o niebieskich oczach, z krzyżem na piersiach i z kropidłem w dłoni oraz z programem „To co nas podnieca, to kościelna świeca”, bo zdobyłby jeszcze więcej głosów niż poczciwy Grigorij, miłośnik demolki i zadymy, czyli Naczelny Mufti Katolickich Talibów Braun.
Wybory potwierdzają też, że Polacy kochają osoby umoczone. Decyzja Prezesa, zwanego Nawrockim, facet z rozległymi kontaktami w półświatku, były załatwiacz panienek z sopockiego Grandu, oszust naciągający emeryta, to są cechy, które powodują, że ten dresiarz przebrany w garnitur, spodobał się wielu naszym rodakom. Lubimy bowiem ludzi skutecznych, sprytnych i śliskich.
Nie cierpimy za to pięknoduchów. Ten Hołownia to powinien tomiki poetyckie wydawać, a nie pchać się do polityki. On nie nadaje się na prezydenta Polaków, bo od razu widać, że niczego ani nie ukradł, ani w życiu nie dał żadnej babie w pysk, a pewnie też nie chleje, ani nawet nie przeklina. To po co nam taki wymoczek?
Dziwi za to spora liczba głosów na Rafała Trzaskowskiego. Dobrze wykształcony, przystojny facet z normalną rodziną i bez powiązań z kryminalistami, mówiący biegle w pięciu językach i opowiadający bajki o tolerancji i o wspólnej Polsce, wydał się wielu podejrzany. Nie chcemy tu nad Wisłą lepszych od siebie.
Krzysztof Skiba, op. Dariusz Frach, thefad.pl
Wybory prezydenckie 2025. Mała różnica, wielkie emocje. Trzaskowski i Nawrocki w drugiej turze
Niewielka różnica, wysoka frekwencja i dwie wizje Polski na kursie kolizyjnym – tak kończy się pierwsza tura wyborów prezydenckich 2025. Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki zmierzą się w decydującym starciu 1 czerwca.
Wieczór wyborczy przyniósł potwierdzenie tego, co od tygodni zapowiadali analitycy: starcie dwóch obozów – liberalno-centrowego i konserwatywno-narodowego – jest nieuniknione. Z badania exit poll przeprowadzonego przez Ipsos dla TVN24, Polsat News i TVP Info wynika, że Rafał Trzaskowski zdobył 30,8 procent głosów. Tuż za nim, z wynikiem 29,1 procent, uplasował się Karol Nawrocki. Różnica zaledwie 1,7 punktu procentowego oznacza, że o wyniku pierwszej tury mógł zadecydować margines błędu statystycznego. Druga tura będzie politycznym referendum nad przyszłością kraju.
Przepustka do drugiej rundy
Trzaskowski, powtórzył wynik z 2020 roku i znów znalazł się w finale. – „Bardzo się cieszę, że wygrałem I turę, ale dużo pracy przed nami. Potrzebna jest determinacja, wasze głosy, przekonywanie wszystkich” – mówił w wieczór wyborczy w Sandomierzu.
Po stronie Prawa i Sprawiedliwości Karol Nawrocki – choć nie był postacią szeroko rozpoznawalną na początku kampanii, w pierwszej turze zebrał poparcie na poziomie 29,1 procent i to on dziś urasta do głównego rywala obozu liberalnego.
Mentzen na trzecim miejscu, lewica podzielona
Trzecia pozycja przypadła Sławomirowi Mentzenowi, kandydatowi Konfederacji, który uzyskał 15,4 procent. To wynik znaczący – potwierdza silną obecność nastrojów antysystemowych, zwłaszcza wśród młodszych wyborców. Mentzen, dystansujący się zarówno od Trzaskowskiego, jak i Nawrockiego, może w nadchodzących dwóch tygodniach odegrać kluczową rolę w redystrybucji poparcia.
Kolejne miejsca pokazują rozdrobnienie lewicy. Grzegorz Braun, znany z kontrowersyjnych wypowiedzi i radykalnego przekazu, zdobył 6,2 procent. Adrian Zandberg (5,2 proc.) i Magdalena Biejat (4,1 proc.) nie zdołali zbudować wspólnego frontu, co prawdopodobnie kosztowało ich miejsce w górnej połowie stawki. Szymon Hołownia zakończył wyścig z wynikiem 4,8 procent. W porównaniu z wyborami z 2020 roku to dramatyczny spadek i potwierdzenie słabnącej pozycji Polski 2050.
Hołownia popiera Trzaskowskiego
Po ogłoszeniu wyników exit poll, Szymon Hołownia wyraził swoje poparcie dla Rafała Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich. – „Rafałowi trzeba życzyć powodzenia, trzeba go wspierać. Będę gorąco zachęcał wszystkich, którzy mi zaufali, żeby w II turze zaufali Rafałowi” – powiedział Hołownia podczas wieczoru wyborczego. Dodał również, że obecne wyniki nie są zgodne z jego oczekiwaniami i patrzy na nie z dużym niepokojem, zwłaszcza w kontekście wysokiego poparcia dla kandydatów głoszących nienawiść i agresję .
Głos ludu, głos protestu
Na dalszych miejscach znaleźli się Joanna Senyszyn i Krzysztof Stanowski (po 1,3 proc.), Marek Jakubiak (0,8 proc.), ekonomista Artur Bartoszewicz (0,5 proc.), youtuber Maciej Maciak (0,4 proc.) i Marek Woch (0,1 proc.). Choć ci kandydaci nie odegrali kluczowej roli w tej turze, ich obecność odzwierciedla pluralizm i frustrację części wyborców.
W sumie w wyborach startowało 13 kandydatów. Exit poll wskazuje na rekordową frekwencję – 66,8 procent. To wynik najwyższy w historii wyborów prezydenckich w Polsce po 1989 roku. Oznacza to nie tylko silne zaangażowanie obywateli, ale też rosnącą polaryzację społeczeństwa.
Dwie Polski, jedno pytanie
Zarówno Rafał Trzaskowski, jak i Karol Nawrocki mają teraz dwa tygodnie, by przekonać Polaków niezdecydowanych oraz elektoraty pozostałych kandydatów. Kluczowe będą nie tylko debaty, ale też retoryka – czy pójdzie w stronę mobilizacji własnych, czy prób pojednania.
Druga tura – zaplanowana na 1 czerwca – nie będzie wyłącznie starciem dwóch polityków. To moment, w którym Polacy odpowiedzą sobie na pytanie, w którą stronę powinna zmierzać ich demokracja.
Wyniki badań exit poll przeprowadzonego przez ośrodek Ipsos na zlecenia TVN24, Polsat News i TVP Info:
Rafał Trzaskowski – 30,8%
Karol Nawrocki – 29,1%
Sławomir Mentzen – 15,4%
Grzegorz Braun – 6,2%
Adrian Zandberg – 5,2%
Szymon Hołownia – 4,8%
Magdalena Biejat – 4,1%
Joanna Senyszyn – 1,3%
Krzysztof Stanowski – 1,3%
Marek Jakubiak – 0,8%
Artur Bartoszewicz – 0,5%
Maciej Maciak – 0,4%
Marek Woch – 0,1%
Co dalej? Late poll i dane PKW
Przypomnijmy, że zgodnie z danymi Państwowej Komisji Wyborczej, do godziny 17:00 zagłosowało 50,69 procent uprawnionych. Dla porównania, pięć lat temu o tej porze frekwencja wynosiła 47,89 procent. To wyraźny sygnał rosnącego zainteresowania obywateli wynikiem wyborów, który może wpłynąć na rozstrzygnięcia w drugiej turze.
W najbliższych godzinach pracownia Ipsos opublikuje także tzw. late poll – prognozy tworzone na podstawie danych z komisji wyborczych. W ich przypadku błąd pomiaru spada stopniowo: najpierw do 1 punktu procentowego, później nawet do 0,5 punktu. Pierwszy late poll może zostać opublikowany jeszcze w poniedziałek w nocy, kolejny – we wtorek rano.
Na oficjalne wyniki I tury przyjdzie nam poczekać nieco dłużej. – „Mam nadzieję, że te ostateczne wyniki głosowania w I turze wyborów prezydenckich poznamy we wtorek rano. Jest jednak niewykluczone, że wyniki będą znane już w poniedziałek, ale jeśli tak, to późno, około północy. Wszystko zależy od zagranicy” – przekazał w rozmowie z Onetem przewodniczący PKW Sylwester Marciniak.
Ponieważ żaden z kandydatów nie uzyskał bezwzględnej większości głosów, zgodnie z konstytucją odbędzie się druga tura – w niedzielę, 1 czerwca. Wygra ten, kto zdobędzie zwykłą większość głosów. Ważność wyboru prezydenta stwierdzi Sąd Najwyższy.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Czy AI zastąpi Boga i terapeutę? Eksperci o duchowej roli sztucznej inteligencji
Coraz więcej osób zwraca się po wsparcie do algorytmów — wszechobecnych, coraz bardziej zaawansowanych, a dla niektórych niemal wszechmocnych. Sztuczna inteligencja nie tylko pomaga w codziennych sprawach, ale coraz częściej pełni rolę duchowego przewodnika czy powiernika. Filozofka i terapeuta zwracają uwagę na nowe rytuały i możliwości, jakie oferuje popularyzujący się ChatGPT — zarówno w momentach kryzysu, jak i w poszukiwaniu sensu.
Sztuczna inteligencja jako nowy bóg?
Zdaniem filozofki Claudii Paganini wiele przemawia za takim poglądem. – Wiele osób postrzega aplikacje AI jako coś więcej niż tylko techniczne rozwiązanie codziennych problemów – powiedziała w niemieckim radiu Deutschlandfunk. Coraz częściej słychać, że na przykład ChatGPT staje się preferowanym rozmówcą w sytuacjach kryzysowych.
Zamiast porannej modlitwy lub medytacji można zacząć dzień od zapytania sztucznej inteligencji, jaka będzie pogoda albo co wydarzyło się w nocy na świecie. – W ten sposób powstają nowe rytuały – wyjaśnia. Nabierają one wymiaru duchowego zawsze wtedy, gdy nie chodzi tylko o uzyskanie informacji, lecz o „znalezienie orientacji i sensu w trudnym położeniu”.
Claudia Paganini zwraca uwagę również na mniej oczywiste konsekwencje korzystania z AI. Podkreśla, że nawet banalna komunikacja z chatbotami wiąże się z realnym zużyciem energii — co w dobie kryzysu klimatycznego i ograniczonych zasobów powinno skłaniać do refleksji. Zwraca też uwagę, że rozwój tych technologii często opiera się na pracy wykonywanej w trudnych warunkach w krajach Globalnego Południa. To tzw. „praca klikowa” — żmudne ręczne szkolenie modeli AI, z którego korzystają m.in. użytkownicy w Europie.
Papież Leon XIV oświadczył niedawno, że rozwój sztucznej inteligencji niesie ze sobą „nowe wyzwania dla obrony godności ludzkiej, sprawiedliwości i pracy”. Zdaniem badaczki kwestia egzystencjalnego zagrożenia dla ludzkości nie jest dziś paląca. Spodziewa się jednak, że w przyszłości AI może stać się konkurencją dla wielkich religii.
Paganini mówi o „nowej fazie historii religii”: po tym, jak w epoce Oświecenia przyjęto założenie, że ludzka racjonalność i odpowiedzialność za siebie zwyciężą, nadzieja ta spełniła się tylko częściowo. – Bez transcendentnego poszukiwania sensu, boskości i pewnych nieracjonalnych elementów człowiek nie jest w stanie poradzić sobie z życiem – podkreśla.
Według autorki książki Nowy Bóg klasyczne atrybuty boskości „z przerażającą dokładnością” odnoszą się do zastosowań AI: jest wszechobecna i dostępna, a jej zdolność do analizy danych graniczy z wszechwiedzą. Dotyczy to m.in. diagnostyki chorób, które wcześniej pozostawały nierozpoznane, ponieważ człowiek nie był w stanie dostrzec ich złożonych powiązań.
Sztuczna inteligencja jako terapeuta
Terapia komputerowa brzmi dla wielu osób zbyt śmiało lub wręcz odstraszająco. Jednak po przeprowadzeniu testów terapeuta Klaus Bernhardt jest przekonany, że chatboty mogą być pomocne w niektórych problemach psychicznych – choć z wyraźnie określonymi ograniczeniami.
AI jako pierwszy punkt kontaktu? Klaus Bernhardt dostrzega w tym duży potencjał. – W leczeniu zaburzeń lękowych, łagodnej depresji i wypalenia zawodowego chatbot może osiągnąć naprawdę zadziwiające rezultaty – powiedział w wywiadzie dla specjalistycznego magazynu Psychologie Heute (wydanie czerwcowe). Dotyczy to zwłaszcza aplikacji dostosowanych do indywidualnych potrzeb, zaprogramowanych z myślą o konkretnych przypadkach.
AI może odegrać dużą rolę w przełamywaniu negatywnych przekonań, takich jak: „spotyka mnie tylko samo zło” czy „do niczego się nie nadaję”. To one często stanowią podstawę wielu zaburzeń psychicznych – wyjaśnia Bernhardt, autor książki Terapeuta AI, która niedawno trafiła na rynek. Chatboty mogą prowadzić użytkowników krok po kroku przez proces zmiany, trwający różną ilość czasu – np. gdy chodzi o „wdrożenie niezbędnych zmian, takich jak zmiana pracy”.
Oprócz nieograniczonej dostępności chatboty mogą też zapewnić praktyczne wsparcie – dodaje Bernhardt, który wraz z żoną prowadzi Instytut Nowoczesnej Psychoterapii w Berlinie. – Nawet do tego stopnia, że będą w stanie profesjonalnie sformułować list motywacyjny. Warunkiem jest łatwość obsługi i to, by porady opierały się na solidnej wiedzy terapeutycznej. Bernhardt przez ponad rok testował popularne modele AI i twierdzi, że nie uzyskał od ChatGPT-4 ani jednej odpowiedzi, która byłaby bezsensowna czy niebezpieczna.
Jednocześnie zaznacza, że w wielu przypadkach kontakt z człowiekiem jest nieodzowny – np. przy ostrych kryzysach życiowych, myślach samobójczych, ciężkiej depresji, kompulsjach, schizofrenii, zaburzeniach osobowości typu borderline oraz ciężkich formach hipochondrii i zaburzeń afektywnych dwubiegunowych. Tam, gdzie to możliwe, terapia prowadzona przez człowieka i wsparcie AI mogą się uzupełniać. – Niestety nie jest to regułą – zauważa, wskazując na długi czas oczekiwania na terapię.
Czy Rumunia wybierze chaos? Skrajna prawica kontra proeuropejski liberał w decydującej turze wyborów

Keno Verseck
W drugiej turze wyborów prezydenckich w Rumunii zmierzą się skrajnie prawicowy George Simion i proeuropejski liberał Nicusor Dan. Jeśli Simion wygra, może to pogrążyć całą Europę w kryzysie.
„Demokracja czy nieliberalizm”, „Europa czy izolacja”, „Matematyk kontra chuligan” –Takie nagłówki i podziały dominują dziś w niemal wszystkich niezależnych rumuńskich mediach. Na kilka dni przed drugą, decydującą turą wyborów prezydenckich w Rumunii, która odbędzie się w najbliższą niedzielę (18 maja 2025 r.), nastroje społeczne są bardziej napięte niż kiedykolwiek w ostatnich dekadach. Bez wyjątku, wszyscy komentatorzy i obserwatorzy widzą kraj na rozdrożu, w ważnym momencie historycznym.
W rzeczywistości żadne wybory prezydenckie od upadku dyktatury komunistycznej w latach 1989/90 nie cechowały się tak radykalnym kontrastem między kandydatami i tak głębokimi podziałami społecznymi jak obecne. Rzadko też wynik głosowania był tak trudny do przewidzenia. Obaj kandydaci podkreślają, że nie są częścią „systemu” i nie reprezentują tradycyjnych rumuńskich partii postkomunistycznych.
W stronę chaosu
Z jednej strony George Simion, 38 lat, lider skrajnie prawicowej, prorosyjskiej partii Sojusz na rzecz Zjednoczenia Rumunów (AUR), były chuligan piłkarski, obecnie zdeklarowany „suwerenista” i zwolennik Donalda Trumpa oraz Viktora Orbána. Wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich 4 maja 2025 r. z dużą przewagą, zdobywając niemal 41 procent głosów.
Jego rywalem jest Nicusor Dan, 55 lat, bezpartyjny burmistrz Bukaresztu, matematyk, były działacz antykorupcyjny i zwolennik wyraźnie proeuropejskiego, liberalnego (choć częściowo umiarkowanie konserwatywnego) kursu. W pierwszej turze uplasował się daleko za Simionem, zdobywając jedynie 21 procent głosów.
Stawka tych wyborów jest wysoka – zarówno dla Rumunii, jak i dla Europy. Rumunia to szósty co do wielkości kraj UE i największe państwo Europy Południowo-Wschodniej. Ma najdłuższą granicę UE z Ukrainą, najważniejszą bazę NATO i najistotniejszą tarczę antyrakietową w regionie. Dotychczas była wiarygodnym i przewidywalnym partnerem w UE i NATO. Z prorosyjskim prezydentem o skrajnie prawicowych poglądach sytuacja może diametralnie się zmienić – Rumunia może pogrążyć się w chaosie przypominającym sytuację USA za czasów Trumpa.
Niepewne sondaże
Prezydent nie sprawuje w Rumunii silnej władzy wykonawczej, ale pełni funkcję głównodowodzącego sił zbrojnych oraz przewodniczącego Najwyższej Rady Obrony Narodowej (CSAT). Mianuje premiera, szefów dwóch najważniejszych służb specjalnych i niektórych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a także reprezentuje Rumunię w UE i NATO. Może uczestniczyć w posiedzeniach rządu. Wszystko to sprawia, że wywiera istotny wpływ zarówno na politykę wewnętrzną, jak i zagraniczną.
W większości sondaży z ostatnich dwóch tygodni Simion prowadził – raz nieznacznie, innym razem wyraźnie. W jednym z najnowszych badań wynik był remisowy. Prognozy wyborcze w Rumunii są jednak wyjątkowo zawodne – żaden instytut nie przewidział tak wyraźnego zwycięstwa Simiona w pierwszej turze.
Nagły zwrot Simiona
W ostatnich latach lider AUR trafiał na pierwsze strony gazet dzięki radykalnym, niekiedy fizycznie agresywnym wystąpieniom. Regularnie zapowiadał, że „zniszczy system”. Czasem wprost, czasem nieco mniej bezpośrednio, sugerował opuszczenie UE i NATO, a także przyłączenie Mołdawii oraz południowo-zachodnich terytoriów Ukrainy do Rumunii. Jego prorosyjskie sympatie i nacjonalistyczna retoryka wobec węgierskiej mniejszości narodowej wywoływały szerokie kontrowersje.
Ostatnio Simion niespodziewanie się wyciszył. Jak na swoje standardy – zachowuje spokój, unika wulgaryzmów i krzyków. Nie mówi już o wyjściu z UE i NATO, lecz o „szacunku i godności Rumunii”, która – jak twierdzi – będzie partnerem „na poziomie oczu, a nie na kolanach”.
Pozostała jednak antyukraińska propaganda – m.in. rozpowszechnianie kłamstw o rzekomym faworyzowaniu uchodźców z Ukrainy. Nie zmienił się także fakt, że Simion ma ograniczoną wiedzę o administracji, gospodarce, polityce UE, sprawach zagranicznych i obronnych.
Orban, Węgrzy i paradoks historii
Zaskakująco, Simion uzyskał wsparcie od Viktora Orbána, który w kampanijnym wystąpieniu pochwalił go za politykę suwerenności. Po raz pierwszy od lat wywołało to napięcie z węgierską partią mniejszości narodowej w Rumunii – UDMR. Ugrupowanie ostro zdystansowało się od Simiona ze względu na jego wcześniejsze ataki na Węgrów i wezwało około 1,2 mln rumuńskich Węgrów do głosowania na Nicusora Dana.
Nienawiść do systemu
Dan obiecuje kurs proeuropejski, oparty na praworządności, przejrzystości i wsparciu dla Ukrainy. Jako burmistrz Bukaresztu pokazał, że potrafi przeprowadzać reformy – choć nie spełnił wszystkich zapowiedzi. Problemem jest jego nadmierna ostrożność. W debatach z Simionem bywa błyskotliwy, ale często unika konfrontacji.
Zapowiedział, że jeśli wygra, na premiera mianuje Ilie Bolojana – doświadczonego samorządowca, byłego burmistrza Oradei. Problem w tym, że Bolojan jest wieloletnim działaczem Partii Narodowo-Liberalnej (PNL), a więc częścią znienawidzonego przez wielu Rumunów establishmentu. To może osłabić szanse Dana.
Tymczasem Simion – choć przedstawia się jako „pogromca systemu” – w rzeczywistości reprezentuje kontynuację narodowo-stalinowskiego modelu władzy odziedziczonego po Ceausescu, którego echa trwają w strukturach partii AUR. Mówi się, że miał mianować na premiera Calina Georgescu – prorosyjskiego ezoteryka i byłego współpracownika reżimu.
Georgescu, skrajnie prawicowy polityk, miał zakaz ubiegania się o urząd prezydenta. Karierę zawdzięcza dawnym dyplomatom Ceausescu i byłym agentom Securitate. Sam wskazuje Mirceę Malitę – wieloletniego ambasadora Rumunii przy ONZ i w USA – jako jednego ze swoich mentorów. Według doniesień, Georgescu utrzymywał także powiązania z siecią generała Securitate Mihaia Caramana – byłego szefa wywiadu zagranicznego i szpiega NATO.
Obywatelski działacz i były opozycjonista Gabriel Andreescu podsumowuje w eseju: „Zwycięstwo George’a Simiona byłoby ostatnim etapem wskrzeszenia dawnych komunistycznych sieci władzy”.
REDAKCJA POLECA
Czy mówienie w kilku językach czyni nas mądrzejszymi? Oto, co mówi nauka
Już od najmłodszych lat słyszymy, że nauka języków obcych rozwija umysł. Czy jednak wielojęzyczność naprawdę czyni nas inteligentniejszymi? A może to tylko mit, podsycany ambicjami rodziców i aspiracjami edukacyjnymi społeczeństw? Badania naukowe rzucają nowe światło na ten fascynujący temat, ukazując, jak języki zmieniają nasz mózg i otwierają nowe horyzonty.
Mózg wielojęzyczny: neuroplastyczność w akcji
Nauka nowego języka to nie tylko zdobywanie słówek – to prawdziwy trening dla mózgu. Neurobiolodzy z Uniwersytetu w Toronto odkryli, że osoby dwujęzyczne wykazują wzmożoną aktywność kory przedczołowej, odpowiedzialnej za kontrolę poznawczą, rozwiązywanie problemów i elastyczność myślenia. Co więcej, badania z 2024 roku przeprowadzone w Niemczech na syryjskich uchodźcach pokazały, że nauka języka niemieckiego fizycznie zmienia strukturę mózgu, zwiększając objętość istoty szarej w obszarach związanych z językiem i funkcjami wykonawczymi.
Wyobraźmy sobie Martę, młodą programistkę z Krakowa, która biegle mówi po polsku, angielsku i niemiecku. Każdego dnia, przełączając się między językami, jej mózg żongluje dźwiękami, gramatyką i znaczeniami. Obszar Broca, kluczowy dla budowania zdań, współpracuje z obszarem Wernickego, który pomaga rozumieć słowa, tworząc nowe połączenia neuronowe. Jak wyjaśnia Jennifer Wittmeyer, neuronaukowiec z Elizabethtown College, takie zmiany poprawiają łączność między regionami mózgu, co ułatwia koncentrację, zapamiętywanie i kreatywne myślenie.
Jednak wielojęzyczność nie jest magicznym kluczem do wyższego IQ. – To nie tak, że nauka języków automatycznie czyni nas mądrzejszymi – mówi Arturo Hernandez, neuronaukowiec z University of Houston. – Zwiększa się nasz repertuar językowy, ale to nie to samo co inteligencja.
Psycholodzy z Harvardu dodają, że choć języki wspierają pamięć roboczą i umiejętności analityczne, inteligencja to złożony konstrukt, na który wpływają także genetyka i środowisko.
Przewaga dwujęzyczności: od dzieciństwa po starość
Dzieci, które uczą się dwóch języków od najmłodszych lat, rozwijają się w sposób szczególny. Badania Ellen Bialystok pokazują, że osiągają lepsze wyniki w testach funkcji wykonawczych, takich jak planowanie czy empatyczne rozumienie perspektywy innych. Kuba, pięciolatek z polsko-hiszpańskiej rodziny, wykazuje większą zdolność do zrozumienia, że inni mogą myśleć inaczej niż on sam. Dlaczego? Mózgi dzieci cechują się większą plastycznością, co ułatwia im przyswajanie nowych dźwięków i struktur gramatycznych bez potrzeby tłumaczenia na język ojczysty.
Zdolności rozwinięte w dzieciństwie mogą procentować przez całe życie. Według wyników opublikowanych w „Neurology” (2013), u osób wielojęzycznych demencja rozwija się średnio o 4,5 roku później niż u osób jednojęzycznych – prawdopodobnie dzięki lepiej rozwiniętej rezerwie poznawczej. Ich mózgi, przyzwyczajone do ciągłego przełączania języków, lepiej radzą sobie z uszkodzeniami związanymi z wiekiem. Badania z Uniwersytetu w Reading sugerują, że jeśli języki nie są używane na co dzień, ich korzystny wpływ na funkcje poznawcze może się z czasem osłabiać.
Więcej niż IQ: pomosty między kulturami
Wielojęzyczność to nie tylko korzyści poznawcze, ale także społeczne i emocjonalne. Osoby posługujące się kilkoma językami lepiej rozumieją niuanse kulturowe i są bardziej elastyczne w kontaktach międzykulturowych.Marta, biegle mówiąca po niemiecku, bez trudu odnajduje się w pracy z berlińskim start-upem, a jej hiszpańscy znajomi cenią to, że potrafi mówić ich językiem. Każdy język to nowe okno na świat: angielski uczy precyzji, hiszpański – ekspresji, a japoński – subtelności.
Nauka języków poszerza horyzonty, łącząc ludzi ponad granicami. Jak mówi Hernandez, „więcej języków to więcej pojęć i pomysłów”, co wzbogaca nie tylko umysł, ale i życie.
Języki jako inwestycja w przyszłość
Czy wielojęzyczność czyni nas inteligentniejszymi? Nie ma prostej odpowiedzi. Nauka języków zmienia mózg, wzmacnia elastyczność umysłu i buduje odporność poznawczą, ale nie zastąpi innych czynników, jak edukacja czy ciekawość świata. To jednak inwestycja, która procentuje: od lepszych wyników w nauce po głębsze relacje i dłuższą sprawność umysłową.
W świecie, który staje się coraz bardziej współzależny, umiejętność komunikowania się w wielu językach przestaje być luksusem, a staje się narzędziem codziennego funkcjonowania. Warto z niej korzystać – nie tylko dla kariery, ale i dla lepszego zrozumienia samego siebie i innych.
Dariusz Frach, thefad.pl / media











