Szukaj w serwisie

×

Krzysztof Skiba: Wybory były rzeczywiście wolne. W tym sensie, że wolno było robić przekręty

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Już nie ma żadnych wątpliwości, że wybory zostały sfałszowane jak weselna wódka, do której dolano wody. To jakiś ponury kabaret, że szef PKW rozkłada ręce i twierdzi, że nie wie, kto wygrał wybory. Mamy taką cyrkową sytuację, że nie wiadomo dokładnie, kto ile otrzymał głosów, ale zaświadczenie o byciu prezydentem otrzymał facet, co to nie do końca wiadomo, kim jest i ile dostał głosów. Wybory były rzeczywiście wolne. W tym sensie, że wolno było robić przekręty.

OSZUKANY PREZYDENT

Już nie ma żadnych wątpliwości, że wybory zostały sfałszowane jak weselna wódka, do której dolano wody. W trzynastu komisjach, w których ponownie przeliczono głosy, aż w ośmiu były „pomyłki” na niekorzyść Trzaskowskiego.


Rozumiecie teraz panikę gangsterów z PiS, gdy pojawiają się wezwania, aby ponownie przeliczyć wszystkie oddane głosy. Kilka lat temu w Ameryce, gdy pojawiły się wątpliwości co do liczenia głosów, po prostu zrobiono to ponownie. To naprawdę możliwe i to w kilka dni.

To jakiś ponury kabaret, że szef PKW rozkłada ręce i twierdzi, że nie wie, kto wygrał wybory. No więc aktualnie mamy taką cyrkową sytuację, że nie wiadomo dokładnie, kto ile otrzymał głosów, ale zaświadczenie o byciu prezydentem otrzymał facet, co to nie do końca wiadomo, kim jest i ile dostał głosów.

Niech przy kolejnej okazji PKW wręcza zaświadczenia po rozpatrzeniu protestów wyborczych, których jest obecnie najwięcej w historii wolnych wyborów. Bo w przeciwnym wypadku takie zaświadczenia mogą wręczać co drugiemu pasażerowi w tramwaju.

Wybory były rzeczywiście wolne. W tym sensie, że wolno było robić przekręty. PiS ma czego się bać, bo to dla nich być albo nie być. To jest dla nich albo szansa na dalszy skok do koryta, albo zjazd do zajezdni.

Przez te osiem lat swojego panoszenia się i obsypywania Polski łupieżem Prezesa, tak nakradli, że perspektywa wieloletnich odsiadek stała się realna niczym skok Rynkowskiego na dno butelki.

To nie są żarty. Ziobro, Morawiecki, Błaszczak, Gliński i wielu innych są zagrożeni długoletnimi wczasami all inclusive w zakładach karnych. Tych wyborów Trzaskowski najzwyczajniej nie mógł wygrać.

Aby mieć zapewnione seryjne ułaskawienia, trzeba było na fotelu prezydenta zainstalować figuranta, który wykona każde polecenie Próchno Dziadka z Żoliborza. Najlepiej, aby to był ktoś bezwzględny, powiązany ze światem przestępczym i do tego sam umoczony w niejasne historie.

W castingu na pacynkę gangu wygrał uzależniony od używek Karol z Gdańska, którego mało kto znał i o którym do dziś niewiele wiadomo, kim tak naprawdę jest.

To, co myśmy naiwnie brali za obciążenia (wyłudzenie mieszkania od emeryta, organizowanie panienek do towarzystwa w Grand Hotelu, udział w chuligańskich bijatykach), to dla sitwy z ulicy Nowogrodzkiej były doskonałe atuty i, jak dawno temu mówił Lech Wałęsa, „plusy dodatnie”.

Musimy zrozumieć jedną, podstawową rzecz. PiS to nie jest żadna partia polityczna. To świetnie zorganizowana grupa przestępcza udająca ruch polityczny, która pod płaszczykiem patriotyzmu i z krzyżem w ręku realizuje mozolnie, ale konsekwentnie i wytrwale, coś na kształt polskiej wersji dyktatury w stylu Orbano-Putina. Szykują nam pikantny węgierski gulasz w mętnej ruskiej zalewajce.

Jeżeli nie przeliczą ponownie wszystkich głosów, obsadzony przez PiS Sąd Najwyższy, ze śpiochem Manowską, potwierdzi ważność wyborów, a dopychany kolanem i udowodnionymi przekrętami wyborczymi Nawrocki zostanie zaprzysiężony, to aby dobrać odpowiednią powagę do sytuacji, zaprzysiężenie powinno się odbyć albo w Grand Hotelu w Sopocie, albo na stadionie Lechii Gdańsk.

Krzysztof Skiba 


Ostrzeżenie z Brukseli: Odmrożenie środków z UE było błędem. Trzeba było czekać na reformy

Michał Gostkiewicz

Decyzja Komisji Europejskiej o odmrożeniu unijnych środków dla Polski tuż po objęciu władzy przez Donalda Tuska była przedwczesna – uważa niemiecki europoseł Moritz Körner z liberalnej frakcji Renew Europe. W korespondencji z Deutsche Welle polityk stwierdza, że Komisja popełniła błąd, wypłacając środki przed wprowadzeniem rzeczywistych reform przywracających rządy prawa.

Fot. screenshot / youtube

Ostrzeżenie Körnera nabrało nowego znaczenia po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta Polski. W swoim wpisie na platformie X europoseł nie ukrywał obaw, że jeśli nowy prezydent zablokuje planowane reformy, Unia Europejska będzie musiała ponownie zamrozić fundusze. – Okres karencji dla Polski dobiegł końca – podkreśla. – Teraz czas na konkretne działania legislacyjne.

Polska prawica reaguje: wojna, reparacje i narodowa duma

Komentarze Körnera spotkały się z ostrą reakcją ze strony polskich polityków, szczególnie z prawej strony sceny politycznej. W odpowiedzi zaczęły pojawiać się oskarżenia o niemiecką hipokryzję i brak rozliczenia za zbrodnie z czasów II wojny światowej. Wielu polityków przypominało, że Niemcy nigdy nie wypłaciły Polsce reparacji wojennych, a tym samym nie mają moralnego prawa do pouczania Warszawy w kwestiach praworządności.

Sam Körner nie pozostaje dłużny. – Sugerowanie, że jako Niemiec nie powinienem wypowiadać się o rządach prawa, dopóki nie zapłacę reparacji, jest po prostu prymitywne – pisze w odpowiedzi na pytania DW. – Takim tokiem rozumowania można by mi również zakazać wypowiedzi o konkurencyjności czy biurokracji w Unii.

Symboliczny raport i próba przeciągnięcia sporu na pole historyczne

W atmosferze rosnących napięć doszło do symbolicznego gestu. Arkadiusz Mularczyk, eurodeputowany z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, osobiście wręczył Körnerowi raport wyceniający polskie straty wojenne na ponad 6 bilionów złotych. Dokument powstał z jego inicjatywy i miał stanowić przypomnienie o nierozliczonej przeszłości niemieckiej okupacji.

Körner, urodzony w 1990 roku, odpowiedział apelem „do polskich przyjaciół”, podtrzymując swoje stanowisko i wyrażając zaskoczenie gestem Mularczyka. – To nie jest kwestia przeszłości, II wojny światowej ani dumy narodowej. Tu chodzi o przyszłość Europy – zaznacza. – O to, czy chcemy wspólnoty opartej na zaufaniu i zasadach, czy też kontynentu, gdzie umowy nic nie znaczą.

Dodaje, że Unia Europejska to nie tylko projekt polityczny, lecz rodzina, w której partnerzy są sobie równi i wzajemnie się zobowiązują. – Polska i Niemcy to równoprawni członkowie tej wspólnoty – podkreśla Körner.

Reparacje: temat wciąż dzielący Warszawę i Berlin

Choć rządy Niemiec od dekad uznają moralną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Polsce, to kwestia reparacji – jak zaznacza Berlin – jest prawnie zamknięta. Niemcy deklarują chęć większego zaangażowania we wspólne projekty pojednawcze, jednak gesty te – jak niedawno odsłonięty tymczasowy pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie – wciąż budzą mieszane reakcje po polskiej stronie.

Różnice zdań były wyczuwalne nawet podczas niedawnego spotkania Donalda Tuska i kanclerza Niemiec Friedricha Merza w Warszawie. Choć Merz otwarcie mówił o „niezmierzonym cierpieniu” Polaków i „ogromnej winie” Niemiec, to w kwestii reparacji powtórzył oficjalne stanowisko Berlina: sprawa jest prawnie zamknięta.

Zamiast tego niemiecki kanclerz akcentował przyszłość i współpracę w zakresie bezpieczeństwa – przypominał m.in. o wspólnych patrolach polskich i niemieckich pilotów oraz systemach obrony przeciwrakietowej Patriot rozmieszczonych w Rzeszowie.

W Warszawie wciąż jednak liczy się na gest, który – bez podważania porządku prawnego – pozwoliłby wesprzeć żyjące ofiary wojny. Według szacunków, to dziś około sześciu tysięcy osób.

Körner: jeśli nie będzie reform, Parlament znów pozwie Komisję

Moritz Körner sygnalizuje, że sprawa może mieć dalszy ciąg na forum unijnym. Jak przypomina, Parlament Europejski już raz pozwał Komisję Europejską – w sprawie Węgier – za przedwczesne odblokowanie środków mimo braku rzeczywistych efektów reform.

– Jeśli Polska nie spełni warunków, a Komisja odmówi ponownego zamrożenia funduszy, Parlament będzie działał. Nie po to, by karać Polskę, ale by chronić zaufanie, które scala Unię – zapowiada.

Jako członek parlamentarnej komisji LIBE, zajmującej się m.in. praworządnością, Körner zaznacza, że wypłata środków powinna być możliwa wyłącznie tam, gdzie istnieje gwarancja, że zostaną one właściwie wykorzystane. – Z szacunku dla europejskich podatników nie zgodzę się na odblokowanie funduszy, jeśli warunki nie zostaną spełnione – podsumowuje.

opr. DF, thefad.pl / Źródło: dw.de

REDAKCJA POLECA

 

script type=’text/Javascript’>

Karol Nawrocki z dostępem do tajemnic NATO? ABW potwierdza, ale sprawa kawalerki budzi pytania

Z chwilą objęcia urzędu prezydenta Karol Nawrocki stanie się nie tylko głową państwa, lecz także – zgodnie z polskim prawem – jedną z nielicznych osób w kraju z dostępem do informacji objętych najwyższymi klauzulami tajności. W tym także dokumentów NATO, Unii Europejskiej oraz Europejskiej Agencji Kosmicznej. To prerogatywa wynikająca nie z zaufania służb, lecz z samego faktu sprawowania urzędu.

Karol Nawrocki – kandydat PiS na prezydenta

Jak wyjaśniła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, prezydent RP z mocy ustawy nie podlega procedurze sprawdzającej, która obowiązuje w przypadku zwykłych obywateli, urzędników czy posłów. Prawo zakłada tu pełne zaufanie do wyniku demokratycznego wyboru i instytucji państwowych. Nawrocki – niezależnie od toczących się wokół niego kontrowersji – uzyska więc pełen wgląd w ściśle tajne informacje przekazywane Polsce przez sojuszników.

Wątpliwości ABW i kontekst historyczny

W tym kontekście warto przypomnieć, że w 2021 roku, gdy Nawrocki pełnił funkcję prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, ABW miała zastrzeżenia wobec jego osoby. Jeden z funkcjonariuszy Agencji wydał negatywną rekomendację dotyczącą dostępu do informacji niejawnych. Mimo to, Nawrocki ostatecznie otrzymał poświadczenie bezpieczeństwa. To zdarzenie nie wywołało wówczas większego rezonansu, ale dziś nabiera nowego znaczenia.

Sprawa kawalerki i ochrona konstytucyjna

Na tym tle szczególne znaczenie zyskuje toczące się od czerwca śledztwo w sprawie tzw. kawalerki. Prokuratura bada okoliczności przejęcia przez Nawrockiego i jego żonę mieszkania w Gdańsku, należącego wcześniej do starszego mężczyzny. Sprawa wzbudziła medialne zainteresowanie po ujawnieniu, że Jerzy Ż. sporządził testament i zawarł umowę dożywocia, na mocy których para weszła w posiadanie nieruchomości. Śledczy prowadzą postępowanie przygotowawcze, ale – jak sami zaznaczają – ma ono charakter ogólny, bez wskazywania konkretnego podejrzanego.

Zmieni się to jednak już 6 sierpnia. Wraz z zaprzysiężeniem Nawrockiego na urząd prezydenta wejdą w życie zapisy konstytucyjne, które przewidują immunitet głowy państwa. Oznacza to, że nie może być on pociągnięty do odpowiedzialności karnej, chyba że zostanie na to wyrażona zgoda przez Zgromadzenie Narodowe, czyli połączone izby Sejmu i Senatu. Wymagana większość dwóch trzecich głosów czyni tę ścieżkę raczej teoretyczną niż praktyczną.

Tym samym, nawet jeśli prokuratura chciałaby sformułować zarzuty, nie będzie mogła tego zrobić. Śledztwo będzie mogło trwać nadal, ale wyłącznie w formie tzw. postępowania in rem – czyli wobec czynu, a nie osoby. Wszelkie konkretne działania wobec prezydenta będą zawieszone do czasu zakończenia kadencji lub – co mało prawdopodobne – decyzji parlamentu.

Społeczny rezonans i odpowiedzialność instytucji

Sytuacja ta wywołuje uzasadnione pytania o przejrzystość i odpowiedzialność na najwyższych szczeblach władzy. Nawrocki, jako postać stosunkowo nowa w wielkiej polityce, obejmuje najważniejszy urząd w państwie z bagażem sprawy, która w innych warunkach mogłaby skutkować poważnym kryzysem wizerunkowym. Teraz jednak znajduje się pod ochroną jednego z najsilniejszych immunitetów przewidzianych w systemie prawnym.

W międzyczasie debata nie cichnie także w przestrzeni publicznej. Na platformie X i w innych mediach społecznościowych pojawiają się głosy domagające się pełnej transparentności wobec przyszłego prezydenta. Krytycy zarzucają politycznym elitom brak reakcji, zwolennicy – próbę dezawuowania wyboru obywateli. To pokazuje, że spór o przyszłość prezydentury Nawrockiego toczy się nie tylko na salach sejmowych, ale też w świadomości społecznej.

Międzynarodowe implikacje i pytania na przyszłość

Nie zmienia to faktu, że od dnia zaprzysiężenia będzie miał dostęp do materiałów, których charakter wymaga najwyższej ostrożności – zarówno w kontekście bezpieczeństwa narodowego, jak i relacji z partnerami międzynarodowymi. System oparty na zaufaniu do urzędu prezydenckiego zdaje egzamin tylko wtedy, gdy instytucje kontrolne działają sprawnie, a opinia publiczna ma pełną wiedzę o ewentualnych wątpliwościach.

W przypadku Karola Nawrockiego pytania pozostają bez odpowiedzi, a odpowiedzialność za ich rozwianie spada na demokratyczne mechanizmy. Jeśli te zawiodą, konsekwencje sięgną dalej niż jedna prezydencka kadencja.

DF, thefad.pl / Źródło: Rzeczpospolita, Gazeta.pl, Radio ZET

 


Czy jedząc mniej, możemy żyć dłużej? Najnowsze badania przynoszą intrygujące odpowiedzi

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak kolejna modna dieta: jedz mniej, żyj dłużej. Ale to nie poradnik z kolorowego magazynu, lecz wynik kilkuletnich, rygorystycznych badań nad starzeniem się komórek. Naukowcy z amerykańskiego Penn State College of Health and Human Development, przy wsparciu Narodowego Instytutu Starzenia (NIA), postanowili sprawdzić, czy ograniczenie kalorii a starzenie rzeczywiście mają ze sobą związek.

dieta: jedz mniej, żyj dłużej

Fot. thefad.pl / AI

Badanie CALERIE: ograniczenie kalorii a tempo starzenia komórek

W badaniu CALERIE (Comprehensive Assessment of Long-term Effects of Reducing Intake of Energy) wzięło udział 175 zdrowych dorosłych osób. Przez dwa lata uczestnicy badania jedli średnio o 12% mniej kalorii dziennie, choć początkowo planowano ograniczenie o 25%. Naukowcy oceniali zmiany m.in. w długości telomerów, czyli struktur chroniących końce chromosomów, które skracają się z wiekiem i są uznawane za jeden z biomarkerów starzenia się komórek. Szczegółowe dane nt. pomiarów telomerów opublikowano również w Aging Cell (2024).

Co pokazały wyniki?

Telomery uczestników grupy z ograniczeniem kalorycznym nie wydłużyły się, ale ich tempo skracania zwolniło się w drugim roku badania. To subtelna, lecz istotna zmiana. W praktyce oznacza to, że organizm przestawił się na bardziej oszczędną gospodarkę energią i zaczął wolniej „zużywać” swoje komórkowe zasoby. Badacze podejrzewają, że pierwszy rok redukcji kalorii wywołał stres metaboliczny, a dopiero z czasem organizm odnalazł nową równowagę. Komunikat Penn State wskazuje, że efekt ten był widoczny dopiero w drugiej fazie badania.

Korzyści zdrowotne umiarkowanego ograniczenia kalorii

To niejedyny korzystny efekt. Wcześniejsze analizy z projektu CALERIE wykazały, że już niewielkie ograniczenie kalorii – rzędu 12% – może poprawić podstawowe wskaźniki zdrowia: obniżyć ciśnienie krwi, poprawić profil lipidowy, zmniejszyć insulinooporność i stany zapalne. Oznacza to, że nie trzeba radykalnych diet, by organizm odpowiedział pozytywnymi zmianami. Szczegóły publikacji dostępne są w The Lancet Diabetes & Endocrinology.

Styl życia ma znaczenie

Ograniczenie kalorii to coś więcej niż tylko matematyka. To zmiana codziennych nawyków, stosunku do jedzenia i gotowość do bardziej świadomego stylu życia. Niektórzy eksperci sugerują łagodniejsze strategie, takie jak tzw. „post przerywany” – np. 13 godzin bez jedzenia między kolacją a śniadaniem – albo dni o niższej kaloryczności. Inni preferują bardziej intuicyjne podejście: wybór mniej kalorycznych produktów albo po prostu lepszą kontrolę porcji.

Szczególnie interesującym podejściem jest tzw. „jazda na rowerze kalorycznym” – sposób odżywiania, który polega na naprzemiennym zmniejszaniu i zwiększaniu liczby spożywanych kalorii w ciągu tygodnia. Chodzi o to, by organizm nie przyzwyczaił się do stałego deficytu energetycznego, co mogłoby spowolnić metabolizm i ograniczyć efekty diety. Przykładowo: przez pięć dni w tygodniu jemy mniej, a przez dwa dni – nieco więcej. Można też stosować cykle dwutygodniowe lub miesięczne. Kluczowe jest to, by unikać monotonii i pozwolić organizmowi zachować elastyczność metaboliczną.

Z kolei metoda kontroli porcji opiera się na prostych nawykach: mniejsze talerze, celowe zmniejszanie porcji o około 20%, odczekanie kwadransa po posiłku, by leptyna – hormon sytości – miała czas zadziałać. Takie podejście może być skuteczne nawet bez drastycznych zmian w jadłospisie.

Warto też wspomnieć o innym mechanizmie związanym z długowiecznością – autofagii. To proces oczyszczania organizmu z uszkodzonych komórek, aktywujący się po około 12 godzinach postu. W tym czasie organizm przełącza się z metabolizowania glukozy na tłuszcze, wspomagając regenerację komórkową i produkcję białek. Badania na ten temat potwierdzają wpływ postu na poprawę zdrowia metabolicznego i redukcję stanów zapalnych. Cleveland Clinic również opisuje autofagię jako kluczowy element zdrowego stylu życia.

Indywidualne podejście i ograniczenia

Największym wyzwaniem jest znalezienie właściwej równowagi. Choć wyniki badań są obiecujące, ograniczenie kalorii nie jest rozwiązaniem uniwersalnym. Osoby z zaburzeniami odżywiania, kobiety w ciąży, seniorzy czy osoby z chorobami przewlekłymi powinny zawsze konsultować takie zmiany z lekarzem lub dietetykiem. Warto też pamiętać, o czym wspomina się na Wikipedii o możliwych skutkach ubocznych postu przerywanego, takich jak bóle głowy, wahania nastroju czy trudności z koncentracją – zwłaszcza u osób wrażliwych na wahania poziomu cukru. Dlatego decyzja o zmianie sposobu żywienia powinna być dobrze przemyślana i dostosowana do indywidualnych potrzeb. Współczesna dietetyka coraz częściej odchodzi od uniwersalnych schematów, promując elastyczne, dopasowane do stylu życia strategie zdrowotne. W tym kontekście warto odnotować, że jak podaje Longevity Technology, ograniczenie kalorii niekoniecznie wydłuża życie, ale może spowolnić tempo biologicznego starzenia się organizmu.

Biologia młodości pod mikroskopem

Nie wiemy jeszcze na pewno, czy długość telomerów przekłada się bezpośrednio na długość życia. Ale jedno jest jasne: są one jak biologiczne wskaźniki, które informują, że w naszym ciele zachodzą zmiany. Gdy organizm przestaje być stale przeciążany kaloriami, a zaczyna funkcjonować w trybie większej oszczędności i regeneracji, zmienia się również jego wewnętrzne tempo starzenia. To nie gwarancja długowieczności, ale realny krok w stronę zachowania zdrowia i młodszej biologii na dłużej.

DF, thefad.pl / Źródło: CALERIE – Wikipedia, Aging Cell, Penn State University, National Institute on Aging, The Lancet, Longevity Technology

 

 


Krzysztof Bielejewski: Kiedy drugi krzyżyk ratuje świat, czyli jak nie przegrać wyborów na ostatniej prostej

Krzysztof Bielejewski

Krzysztof Bielejewski

Jeden krzyżyk więcej może oznaczać koniec demokracji, a jednocześnie... jej ocalenie. Cezary Tomczyk ogłasza protest, dane z tysięcy komisji „mówią jasno: coś tu nie gra”, a głosy nieważne rosną jak po dotknięciu magicznego długopisu. Czy 13 komisji może uratować kraj? Nie wiemy. Ale wiemy jedno: ludziom nie wystarczy już „klik, klik, przegraliśmy, idziemy spać”.

Są takie chwile w życiu politycznym narodu, kiedy jeden krzyżyk więcej może oznaczać koniec demokracji, a jednocześnie… jej ocalenie. Brzmi paradoksalnie? Witamy w Polsce 2025, gdzie wybory to już nie święto demokracji, tylko raczej jej wieczór kawalerski – emocjonalny, chaotyczny i zakończony z kimś, z kim nikt nie planował budować wspólnej przyszłości.

DEBATA PREZYDENCKA 2025 | KAROL NAWROCKI – RAFAŁ TRZASKOWSKI, Fot. screen shot / youtube, @tvpinfo

Sztab Rafała Trzaskowskiego ogłosił, że będzie protestował. No i super – w końcu coś się dzieje! Po tygodniach powyborczej nudy, kiedy wszyscy już tylko scrollowali memy z „drugą turą frustracji”, nagle znów poczuliśmy elektryczność w powietrzu. Cezary Tomczyk zapowiedział oficjalny protest wyborczy. Dane z ponad 31 tysięcy komisji mówią ponoć jasno: coś tu nie gra, zwłaszcza tam, gdzie Trzaskowski był górą w pierwszej rundzie. A tu nagle – jak za dotknięciem magicznego długopisu – wzrost głosów nieważnych z podwójnym X. Jakby ludzie nagle nie mogli się zdecydować, czy są bardziej za Rafałem, czy może za ruchem sejsmicznym ręki.

Czy to wystarczy, by podważyć wybory? Pytanie brzmi: czy jesteśmy w Hollywood, czy w Warszawie? Bo tylko w pierwszym przypadku można sobie wyobrazić, że 13 komisji uratuje cały kraj. Eksperci studzą emocje – żeby odwrócić wynik, potrzeba by przeliczyć głosy w tysiącach komisji. I to nie z ciekawości, tylko z realną szansą na korektę rzędu 185 tysięcy głosów. To nie jest korekta – to już nowy egzamin.

Ale wiesz co? Nie szkodzi. Bo właśnie w tej gorączce protestów jest coś pięknego – dowód na to, że nam jeszcze zależy. Że ludziom nie wystarczy „klik, klik, dobra, przegraliśmy, idziemy spać”. Nie. Ludzie chcą sprawiedliwości. Albo przynajmniej – dobrego uzasadnienia, dlaczego jej znowu zabrakło.

Trzaskowski nie rzuca się z widłami na system. On chce – przynajmniej oficjalnie – „bronić demokracji”. Można się śmiać, można przewracać oczami, ale jeśli nawet jedna komisja rzeczywiście zamieniła kandydata A z kandydatem B, to zasługuje to na analizę. Albo chociaż – na porządną kartkę w historii, podpisaną „ups, nasz błąd”.

Nie wiemy, jak to się skończy. Może nic się nie zmieni, może SN pokiwa głową i powie „procedury zachowane, żyjcie dalej”. Ale może – naprawdę może – ten protest otworzy oczy i oczyści sumienia. Jak w teatrze, gdzie finał nie polega na tym, kto kogo pokona, tylko kto zrozumiał więcej.

Więc trzymajmy się tej nadziei, nawet jeśli jest oparta na krzyżyku zrobionym w złym miejscu. Bo może to właśnie ten drugi krzyżyk przypomni nam, że demokracja to nie tylko wybór. To też odpowiedzialność. I trochę szczęścia z długopisem.

Krzysztof Bielejewski 


Operacja „Powstający Lew”: Bliski Wschód na krawędzi wojny totalnej

Wieloletnia, asymetryczna wojna cieni między Izraelem a Iranem przerodziła się w otwarty, bezpośredni konflikt. Izraelska operacja o kryptonimie „Powstający Lew”, wymierzona w irański program nuklearny, wywołała natychmiastową i zmasowaną odpowiedź Teheranu. Bliski Wschód stanął na krawędzi wojny totalnej, a społeczność międzynarodowa z przerażeniem obserwuje spiralę eskalacji, która może na zawsze zmienić układ sił w regionie.

Noc z czwartku na piątek zapisała się jako jedna z najbardziej niespokojnych w najnowszej historii Bliskiego Wschodu. Syreny alarmowe rozbrzmiewały w całym Izraelu, od Tel Awiwu po Jerozolimę, zmuszając mieszkańców do szukania schronienia. To była odpowiedź Iranu na zuchwały i precyzyjny atak, jakiego kilka godzin wcześniej dokonało izraelskie lotnictwo. W kierunku Izraela pofrunęło ponad 150 rakiet balistycznych i setki dronów-kamikadze typu Shahed. Chociaż izraelska obrona przeciwlotnicza, wspierana przez sojuszników, przechwyciła większość pocisków, niektóre zdołały się przebić.

Według wstępnych doniesień, w atakach rannych zostało ponad 70 osób. Niestety, odnotowano również ofiary śmiertelne – jedna kobieta zmarła w wyniku odniesionych ran, a dwie inne osoby zginęły w centralnym Izraelu po bezpośrednim uderzeniu rakiety. Zniszczenia budynków i infrastruktury są znaczące, będąc ponurym dowodem na to, że nawet najszczelniejszy system obrony ma swoje granice.

Cios za cios: Eskalacja, która wymknęła się spod kontroli

Wszystko zaczęło się od izraelskiej operacji „Powstający Lew”. Jak oświadczyły Izraelskie Siły Zbrojne (IDF), jej celem było zniszczenie irańskiego programu nuklearnego i uniemożliwenie Teheranowi wejścia w posiadanie broni jądrowej. Według ocen izraelskiego wywiadu, Iran posiadał już wystarczającą ilość wzbogaconego uranu, by w ciągu kilku dni wyprodukować nawet 15 głowic.

Skala izraelskiego ataku była bezprecedensowa. Ponad 200 samolotów uderzyło w blisko setkę celów na terytorium Iranu. Potężne eksplozje wstrząsnęły Teheranem, a nad stołecznym lotniskiem Mehrabad unosiły się kłęby dymu. Atakowano ośrodki nuklearne w Natanz i Fordow, bazy wojskowe oraz kluczowe elementy programu balistycznego. Irańskie media donoszą o tragicznych stratach: śmierć mieli ponieść czołowi naukowcy nuklearni, a także, co byłoby wstrząsem dla reżimu, dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Hossein Salami oraz szef sztabu Mohammed Bagheri. Ambasador Iranu przy ONZ poinformował o co najmniej 78 zabitych i 320 rannych w wyniku izraelskich nalotów.

Odpowiedź Teheranu była natychmiastowa i brutalna. Ajatollah Ali Chamenei zapowiedział ataki odwetowe, grożąc, że jego kraj „nie zadowoli się półśrodkami”. W odpowiedzi Iran odpalił setki dronów Shahed i rakiet balistycznych, które uderzyły w bazy lotnicze Nevatim i Tel Nof oraz okolice siedzib IDF i Mossadu. Według IRNA, ataki były częścią „miażdżącej odpowiedzi” na izraelskie bombardowania.

Nowe ciosy i rozszerzony zakres ataków

W piątkowe popołudnie Izrael przeprowadził kolejne uderzenia na systemy obrony powietrznej Iranu. Według informacji Reutersa, zniszczono kilkanaście wyrzutni rakiet i radarów, co znacząco ograniczyło możliwości odwetowe Iranu. Dodatkowo pojawiły się doniesienia o pożarze na jednym z głównych złóż gazowych w Iranie, co może świadczyć o rozszerzaniu zakresu operacji IDF o cele infrastrukturalne.

Wielka gra o Bliski Wschód: Motywy i sojusze

Decyzja premiera Benjamina Netanjahu o ataku była kulminacją wielomiesięcznych przygotowań. Ostateczna zgoda miała zapaść w listopadzie 2024 roku po zabójstwie lidera Hezbollahu, Hasana Nasrallaha. Netanjahu określił operację jako niezbędną, by zapobiec „nuklearnemu Holokaustowi” i zapewnić bezpieczeństwo nie tylko Izraelowi, lecz także Europie i USA. W piątkowe popołudnie premier oświadczył, że naloty będą kontynuowane „tak długo, jak trzeba”, sugerując możliwość bezpośredniego ataku na Teheran.

Dyplomacja w odwrocie

Międzynarodowa społeczność reaguje z niepokojem. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał do deeskalacji: „Izraelskie bombardowania irańskich instalacji nuklearnych. Irańskie ataki rakietowe na Tel Awiw. Dość eskalacji” – napisał na platformie X. Katar, Arabia Saudyjska i ZEA potępiły działania Izraela jako „rażące naruszenie suwerenności Iranu”.

Rozmowy USA z Iranem, planowane na 15 czerwca w Omanie, zostały oficjalnie odwołane. Jak podała omańska telewizja państwowa, kolejne rundy nie są przewidziane w najbliższym czasie. Dyplomacja zeszła na dalszy plan, a kontrola nad dalszym biegiem wydarzeń wymyka się międzynarodowym instytucjom.

Region na krawędzi

Sytuacja pozostaje dynamiczna i nieprzewidywalna. Iran grozi dalszymi atakami, a Izrael zapowiada kontynuację operacji do czasu „całkowitego zniszczenia” programu nuklearnego przeciwnika. Po raz pierwszy od dekad konflikt między tymi dwoma krajami nie jest już konfliktem przez pośredników. To otwarta wojna, której skutki mogą rezonować daleko poza regionem. Analitycy ostrzegają, że obecny stan może utrzymywać się przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, prowadąc do coraz szerszej destabilizacji Bliskiego Wschodu.

DF, thefad.pl / Źródło: Reuters, The Guardian, AFP

 


Krzysztof Bielejewski: Sondażowy kabaret, czyli polityczny talent show bez talentów

Krzysztof Bielejewski

Krzysztof Bielejewski

Tak więc, drodzy Państwo, oto nasza polityczna scena: kabaret pomyłek, burleska błędów, teleturniej dla ludzi, którzy nie znają zasad. Gdyby ktoś kiedyś postanowił nakręcić reality show o polskim Sejmie, Netflix by tego nie wziął. Za głupie.

Szanowni Państwo, oto najnowszy ranking sympatii politycznych: PiS i KO ex aequo na prowadzeniu, Konfederacja trzepocze czarnym skrzydełkiem wolności, a na czwartym miejscu – tak, nie śniło się to nawet Braunowi – jego własna partia, Konfederacja Korony Polskiej. Ktoś z Państwa odczuwa jeszcze zaskoczenie? Gratuluję odporności na toksyny.

Jarosław Kaczyński – niegdyś król bagien, teraz najwyraźniej przekształcony w lokalnego satrapę, którego najwyższym celem jest doprowadzenie wszystkich przeciwników do stanu półświadomości. Nie rządzi już, ale z uporem godnym japońskich robaków drąży polityczne truchło PiS-u. Gdyby PiS był piosenką, byłby „Cichym Zapleczem” – nikt go nie słucha, ale każdy się go boi.

A obok niego – Karol Nawrocki, prezydent z siłowni i ustawki. Jego kampania przypominała występ w programie „Mam Talent”, w kategorii „agresywne cardio z elementami nikotynowego stand-upu”. Facet, który był ochroniarzem i teraz udaje, że zna konstytucję. To jakby kucharz z baru mlecznego ogłosił się nowym Gordonem Ramsayem i chciał zarządzać Michelinami. Ale przynajmniej się nie poci. Jego program wyborczy to coś pomiędzy „Światem według Kiepskich” a instrukcją montażu mebli z IKEA – niby coś tam jest, ale nie wiadomo co.

Szymon Hołownia? Coś pomiędzy laleczką Kenem a zakłopotanym kierownikiem działu papierniczego w hipermarkecie. Po raz kolejny potwierdził, że jego strategia polityczna to: „nie wiem, może zapytajmy kogoś?”. Odważny niczym jogurt naturalny, przegrywa w sondażach nawet z upośledzoną wersją Konfederacji, którą kieruje człowiek, co niszczy wystawy w Sejmie, bo nie zgadzają się z jego horoskopem.

A co na to Lewica? Partia Razem, czyli akademickie kółko dyskusyjne dla ludzi, którzy wybrali etat w rozczarowaniu. Zandberg to taki polityczny Gandalf, który zgubił mapę do Mordoru i teraz prowadzi swoich hobbitów do wyjścia z Sejmu. Przekroczyli 4,6%, co pokazuje, że wciąż jest w Polsce garść ludzi, którzy mylą program polityczny z manifestem z wykładu filozofii społecznej.

Konfederacja? Mentzenowi właśnie chcą zdelegalizować partię, ale on i tak prowadzi kampanię pod hasłem „Zdelegalizować wszystko – łącznie z logiką”. Jego główny punkt programu to: „Wszyscy nas oszukują, więc róbmy to samo, tylko bardziej”.

I na tle tego wszystkiego, jak jedyny trzeźwy człowiek na weselu – Donald Tusk. Mimo prób zepchnięcia go ze sceny, nadal trzyma pion, zaskakująco nieustępliwy, jakby powiedział: „Jeśli nie ja, to kto? Słucham. Naprawdę chcę usłyszeć wasze propozycje.” I zapadła cisza.

Tak więc, drodzy Państwo, oto nasza polityczna scena: kabaret pomyłek, burleska błędów, teleturniej dla ludzi, którzy nie znają zasad. Gdyby ktoś kiedyś postanowił nakręcić reality show o polskim Sejmie, Netflix by tego nie wziął. Za głupie.

Donaldzie, nie odwracaj się. Nawet jak wszyscy siedzą w piaskownicy i rzucają w siebie łopatkami, to ktoś musi trzymać łopatę z instrukcją obsługi.

Krzysztof Bielejewski

 


Tykająca bomba pod Londynem. Nowy raport ostrzega przed eksplozją wraku SS Richard Montgomery

U ujścia Tamizy, w spokojnych wodach niedaleko Sheerness w hrabstwie Kent, spoczywa wrak, który przez ekspertów od lat nazywany jest najniebezpieczniejszym na świecie. Amerykański frachtowiec SS Richard Montgomery, zatonął w sierpniu 1944 roku z ładunkiem 1400 ton amunicji. Po blisko 81 latach spoczynku na dnie, jego struktura gwałtownie się rozpada. Brytyjski rząd właśnie opublikował nowy raport. I brzmi on jak ostrzeżenie przed katastrofą.

Wrak, który się rozpada

SS Richard Montgomery to jednostka typu Liberty, która transportowała uzbrojenie dla aliantów w czasie II wojny światowej. Osiadł na mieliźnie podczas sztormu i przełamał się na pół niedaleko ujścia Tamizy — zaledwie półtorej godziny jazdy od Londynu. Choć część amunicji udało się wówczas wyładować, na pokładzie pozostały setki ton bomb, min morskich, granatów i TNT.

Wrak leży na głębokości 15 metrów, a jego maszty wciąż wystają ponad powierzchnię wody, tworząc ponure przypomnienie o zagrożeniu, które nigdy nie zniknęło. Teraz jednak, jak pokazuje raport opublikowany na początku czerwca przez brytyjskie Ministerstwo Transportu, stan wraku pogarsza się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

W ciągu zaledwie dwóch lat jego przednia część przesunęła się o pół metra na wschód. Górna lewa burta pękła, dolna prawa uległa wygięciu, a kadłub coraz wyraźniej dzieli się na dwie części. Erozja dna pod dziobem i rufą sprawia, że struktura wraku traci stabilność i może się w każdej chwili zawalić.

Skutki trudne do wyobrażenia

Według wojskowego raportu z 1970 roku, ewentualna eksplozja całego ładunku spowodowałaby słup wody i gruzu o wysokości trzech kilometrów. Fala tsunami, która mogłaby osiągnąć pięć metrów, zalałaby pobliskie Sheerness i inne przybrzeżne miejscowości. Fala uderzeniowa dotarłaby do Londynu, powodując rozległe zniszczenia w infrastrukturze i potencjalne straty ludzkie.

Skala eksplozji mogłaby być porównywalna z wybuchem małej bomby atomowej – bez promieniowania, ale z równie niszczącym efektem. To nie jest hipoteza rodem z filmu katastroficznego, lecz wniosek z analiz sporządzonych przez brytyjskie służby.

Działania władz: zbyt mało, zbyt późno?

W maju 2025 roku wprowadzono strefę zakazu lotów wokół wraku. Samoloty nie mogą przelatywać niżej niż 4000 metrów w promieniu jednej mili morskiej od miejsca zatonięcia. Planowana jest także operacja usunięcia masztów, które — jeśli się zawalą — mogą uszkodzić kadłub i sprowokować eksplozję.

Ale sam ładunek pozostaje nietknięty. Od dekad żadna brytyjska administracja nie podjęła się jego wydobycia. Po części dlatego, że próba neutralizacji podobnego wraku w 1967 roku na Bałtyku zakończyła się eksplozją i śmiercią kilku osób. Od tego czasu dominuje doktryna „nie ruszać”.

Sabotaż? Nowe ryzyko w czasach wojny hybrydowej

W ostatnich miesiącach pojawiły się również głosy ekspertów ds. bezpieczeństwa, że SS Richard Montgomery może stać się celem sabotażu. Przypadek statku towarowego, który niedawno przepłynął niebezpiecznie blisko wraku, wywołał obawy, że incydent mógł być testem systemów reagowania.

W dobie wojny informacyjnej, ataków na infrastrukturę podmorską i destabilizacji energetycznej, wrak u wybrzeży Wielkiej Brytanii może stać się elementem strategicznym — nie tylko reliktem przeszłości, ale punktem zapalnym przyszłości.

Pytanie o czas

SS Richard Montgomery od ponad 80 lat pozostaje milczącym świadkiem historii, lecz jego obecność staje się coraz bardziej niewygodna. Nie chodzi już tylko o przeszłość, ale o realne zagrożenie dla bezpieczeństwa współczesnej Wielkiej Brytanii. Nikt nie ma pewności, kiedy natura, przypadek lub człowiek przerwą ciszę nad Tamizą. Ale jedno jest pewne: czas na działanie nieubłaganie się kończy.

Źródło: The Guardian, LBC, GOV.UK


Tusk z wotum zaufania. Zachód ostrzega przed paraliżem: czeka go klincz z prezydentem

Katarzyna Domagała-Pereira

„Zwycięstwo w głosowaniu nad wotum zaufania niczego nie zmieni” – komentują niemieckie media, relacjonując decyzję Sejmu o poparciu rządu Donalda Tuska. Według nich, rząd szykuje się do długotrwałego klinczu z prezydentem-elektem Karolem Nawrockim.

Fot. screen shot / youtube, sejm

Niemieckie media: klincz z prezydentem Nawrockim

Zagraniczne serwisy odnotowały, że polski parlament „zgodnie z oczekiwaniami” udzielił wotum zaufania proeuropejskiemu gabinetowi Donalda Tuska. Niemiecka agencja prasowa zauważa, że „rząd przygotowuje się teraz do stałego klinczu z przyszłym prezydentem Nawrockim”.

Komentatorzy przypominają, że premier zapowiedział głosowanie po porażce Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich. Przegrana kandydata Koalicji Obywatelskiej była poważnym ciosem dla obozu rządzącego.

„Wraz ze zwycięstwem Nawrockiego stało się jasne, że centrowo-lewicowy rząd Tuska nie będzie w stanie realizować kluczowych reform, takich jak liberalizacja prawa aborcyjnego czy odpolitycznienie sądownictwa” – oceniają niemieckie media.

Tusk w Sejmie: zapowiedź zmian i kontrole na granicy

Komentatorzy z „Der Spiegel” i niemieckiej telewizji publicznej podkreślili „bojową” postawę Tuska w Sejmie, jego zapowiedzi zmian w składzie rządu oraz ewentualnego wprowadzenia kontroli granicznych z Niemcami.

Zwrócono też uwagę, że „podstawowy problem Tuska” pozostaje – chodzi o prezydenckie weto, którego może używać Karol Nawrocki, by blokować liberalne inicjatywy ustawodawcze. Koalicji rządzącej brakuje obecnie większości kwalifikowanej, by takie weto odrzucać.

„Zwycięstwo w głosowaniu nad wotum zaufania niczego tu nie zmienia” – podsumowują niemieckie media.

Większość za rządem Tuska

11 czerwca Sejm udzielił wotum zaufania rządowi Donalda Tuska. W głosowaniu uczestniczyło 453 posłów. Za było 243, przeciw – 210. Nikt nie wstrzymał się od głosu.

Głosowanie było polityczną odpowiedzią na wybór Karola Nawrockiego na urząd prezydenta. Premier zapowiedział je, jako formę odnowienia mandatu wobec niekorzystnych wyników wyborów prezydenckich.

Zapowiedź działań na granicy z Niemcami

Przed głosowaniem Tusk odpowiadał na pytania posłów, odnosząc się m.in. do sytuacji na granicy z Niemcami. Nowy rząd w Berlinie, kierowany przez kanclerza Friedricha Merza, zaostrzył kontrole graniczne, co – zdaniem polskiego rządu – uderza w mieszkańców regionów przygranicznych.

– Poinformowałem naszych sąsiadów, nie tylko Niemców, że jeśli presja na granicy się nie zmieni, nie zawaham się podjąć decyzji o czasowym wprowadzeniu kontroli również po naszej stronie – powiedział Tusk w Sejmie. – Jest bardzo prawdopodobne, że jeszcze tego lata częściowe kontrole zostaną wprowadzone – dodał.

Premier zaznaczył, że uprzedził o tej możliwości kanclerza Merza podczas wcześniejszych rozmów.

opr. Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: dw.de

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Czyj jest Twój nos? O wyborach, Twardochu i Emmie z Wiednia

Kilku znajomych, tych odważniejszych w pytaniach i bardziej uważnych w lekturze, zapytało mnie ostatnio wprost: dlaczego nic nie napisałeś o wyborach? O tej całej hucpie z liczeniem głosów? Mówili, że z chęcią przeczytaliby mój tekst, że liczyli na jakiś komentarz, może nawet na gest niezgody, choćby na kiwnięcie głową. Dziękuję im za to – za uwagę, za zaufanie. Ale gdybym rzeczywiście zabrał wtedy głos – szybko, jasno i stanowczo – to pewnie natychmiast zostałbym zaszufladkowany. Konformista. Nie chcę nim być. Ale nie mogę też milczeć.

Wybory

Fot. DF, thefad.pl

Znam takie dwie historie, które, choć pozornie niewielkie i oddalone od siebie, splecione są w cieniu prawdziwych wydarzeń i fantastycznie oddają tę przedziwną atmosferę, jaka zawisła nad nami wszystkimi. Historie, które niepostrzeżenie przemykają pod radarem wielkich mediów, a jednak – odnaleźć w nich można wszystkie emocje tego politycznego spektaklu: niedowierzanie, znużenie, ironię. Dziś spróbuję je opowiedzieć. Tak, jak je zapamiętałem. Tak, jak się wydarzyły naprawdę.

Resztę zostawiam Tobie, Czytelniku. Ty sam zdecydujesz, czy dokończyć tę opowieść. Albo ją urwiesz – jak tysiące tych, którzy wolą nie widzieć i nie pytać.


Więc wyobraźcie sobie, że wszystko miało swój początek w roku 2015, gdzieś na przedziwnie cudnym biwaku w stanie Wisconsin, pod namiotem, przy ognisku, w blasku spadających gwiazd i tych nieprzyzwoicie ciepłych nocy, w namiocie, pod śpiworem. W takie noce dziś się niemal nie wierzy, a zaledwie kilka lat temu były normalnością. Więc ze znajomymi przy ognisku toczyliśmy, Polacy, długie rozmowy.

Takie o jedzeniu, trunkach i książkach. Znaliśmy się tam wszyscy, wierzyliśmy sobie i ufaliśmy. Łatwo w takim niezwykłym czasie otworzyć się przed znajomymi i powiedzieć coś od serca, po prostu z głowy, kierując się emocjami, dodać coś przejmującego. Byłem wtedy już po lekturze Dracha Szczepana Twardocha, powiedziałem o tym. O książce, która mnie poruszyła i wypchnęła nieco z wygodnych życiowych kolein. Opowiadałem o granicach, których nie ma.

I wtedy ktoś rzucił pytanie – niby żartem, ale z tym błyskiem, co zdradza, że pod powierzchnią wrze, że zaraz wybuchnie: „To powiedz, jaka będzie Polska za dziesięć lat?” Zmierzchało. W rękach mieliśmy butelki z piwem i ślady po komarach. A jednak wszyscy na moment zamilkli. Jakby to było ważne. Jakby te śmiechy, kiełbasa i ognisko były tylko zasłoną dymną dla czegoś większego – lęku, sam nie wiem. Nienawiść była ogromna. Odepchnięcie i napad na mnie, na autora, na książkę. Nikt jej nie czytał. Twardoch był zły, pojawił się nie w tym miejscu.

Potem były inne książki, inni autorzy, inne wieczory – ale tamten biwak pozostał we mnie jak znak wodny na kartce, który widoczny jest tylko w odpowiednim świetle. Nie zmieniły się moje emocje, nie wygasło to pierwotne zdziwienie. Zmienili się tylko znajomi. Aż któregoś dnia wpadł mi w ręce Chołod.

Wojna w Ukrainie już trwała – pełnoskalowa, bezczelna i naga. Ruskie, pewni swojej racji i krwi, rozpełzli się po mapie jak karaluchy po starej kuchni. A ja, z niepokojem, ale i ciekawością, zacząłem wgryzać się w kolejne rozdziały tej książki. Nie było łatwo. Czasem musiałem się zatrzymać na kilka dni, przełknąć rozdział, dać sobie czas, by to wszystko się we mnie ułożyło.

I tu zaczyna się moja historia, ta związana z wyborami. Ta, która długo dojrzewała.

Doskonale rozumiem, że ani Hartman, ani Gretkowska – choć krzyczeli, tłumaczyli, apelowali – nie poruszyli niczyjego sumienia po drugiej stronie. Nie zmienili nastawienia, nie złagodzili wrogości. Ich słowa spłynęły jak deszcz po blaszanym dachu. To fakt. Ale we mnie wciąż siedziała zadra tamtego spotkania przy ognisku i tamtych słów.

W Chołodzie Konrad Widuch relacjonuje z chłodnym dystansem: „Chyba że w wieczną ciemność, jak nieszczęsny entomolog profesor na ławie przez Gabaidzego z Rebanem rozciągnięty.” To zdanie, niemal rzucone mimochodem, zawiera w sobie jedną z najbardziej brutalnych scen powieści – gwałt w rosyjskim więzieniu. Ale ta scena nie istnieje dla samego efektu szoku. Wpisana jest w większy kontekst, w pejzaż systemowej przemocy, który nie rozróżnia między wykształconym a prostym, między godnym a upadłym.

To moment, w którym człowiek, niezależnie od tytułów, statusu czy dokonań, może zostać sprowadzony do roli ciała – udręczonego, zbezczeszczonego, milczącego. Profesor, entomolog, człowiek nauki – staje się w tej scenie nie tylko ofiarą, ale i symbolem: bezradności rozumu wobec brutalnej siły.

I niech nikt nie zrozumie mnie opacznie. To nie jest literackie „pornograficzne okrucieństwo”. To zimne światło rzucone na mechanizm dehumanizacji, w którym gwałt staje się nie aktem pożądania, lecz narzędziem kontroli, upodlenia, strachu. To scena, która odsłania głęboką ranę, jaką taki system zadaje całemu społeczeństwu. Ranę, która owocuje takimi komentarzami.


A teraz czas na drugą część tej opowieści. Tamta pierwsza zakończyła się głosem kobiety – takiej prawdziwej, cielesnej, obecnej w mediach społecznościowych – a ta kolejna otwiera się historią innej kobiety, z innego czasu i świata, ale wciąż z krwi i bólu. Emma Eckstein. Rok 1895. Wiedeń.

Emma cierpiała na chroniczne bóle brzucha, stany depresyjne, może coś jeszcze, czego nie da się teraz nazwać. Zgłosiła się po pomoc. I trafiła na doktora Wilhelma Fliessa – bliskiego współpracownika Zygmunta Freuda, człowieka pełnego teorii, przekonań i ostrych narzędzi chirurgicznych.

Fliess gorliwie wierzył w istnienie tzw. odruchu nosowo-płciowego – teorii, według której nos i genitalia są ze sobą ściśle powiązane, niemal jak naczynia połączone. Uważał, że wiele kobiecych dolegliwości – od problemów menstruacyjnych po stany nerwicowe – da się leczyć właśnie przez nos. Dosłownie. Chirurgicznym usunięciem małżowin nosowych. Albo kokainą.

Jak się pewnie domyślacie, Emma poddała się operacji. W tamtych czasach zaufanie do lekarza było niemal świętością – a Fliess, choć nie był laryngologiem, miał teorię, miał koneksje i miał Freuda za plecami. Po zabiegu Emma cierpiała coraz bardziej. Ból, krwawienie, gorączka. W końcu okazało się, że w jej nosie pozostawiono… pół metra gazy. Zwykły, ludzki błąd. Tylko że w tym wypadku – błąd kosztował zdrowie, zaufanie, godność.

Mimo tego incydentu Fliess nie zrezygnował. Freud również nie. Teoria nasogenitalna, choć z dzisiejszej perspektywy absurdalna, przez jakiś czas funkcjonowała całkiem poważnie w medycznych kręgach. Bo kiedy coś zaczyna się wpisywać w dominujący paradygmat – wystarczy, że powtórzy się to kilka razy, opublikuje, powtórzy na konferencji, powie z przekonaniem – a staje się „prawdą”. Przynajmniej na chwilę.

I właśnie dlatego te dwie historie – profesora z rosyjskiego więzienia i Emmy z gabinetu w Wiedniu – wracają do mnie teraz, w tej przedziwnej atmosferze wyborczego wrzenia. Bo pokazują, jak łatwo ulec błędnym teoriom, kiedy są wygodne. Jak łatwo dać się przekonać, gdy mówi do nas ktoś pewny siebie, w garniturze, z mikrofonem albo z tytułem naukowym. Jak łatwo przyjąć, że oni wiedzą lepiej, że to już wszystko zostało przemyślane.

Tyle że historia – zarówno ta medyczna, jak i polityczna – pełna jest takich właśnie ślepych zaułków. Teorii, które miały być zbawieniem, a okazały się farsą. Obietnic, które miały uleczyć kraj, a doprowadziły do jego gorączki.

Wybory prezydenckie to nie test na lojalność wobec partii. To nie egzamin z powtarzania haseł z billboardów lub ich zrywania. To nie konkurs piękności, w którym wygrywa ten, kto mówi najgłośniej i najprościej.

To chwila – może jedna z niewielu – kiedy naprawdę warto być Emmą, ale taką, która zada pytanie, zanim się położy na stole. Taką, która sprawdzi ręce, zanim zaufa. Taką, która nie odda własnego nosa w cudze ręce – niezależnie, czy to ręce lekarza, polityka czy medialnego kaznodziei.

Bo prawem każdego obywatela – i jedyną gwarancją, że nie zostanie użyty – jest myśleć samodzielnie. Kwestionować. Pytać. I wybierać – nie według partyjnej instrukcji, lecz według sumienia.

Dariusz Lachowski, dariusz.us

 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję