Polska w stanie dualizmu konstytucyjnego. Prof. Piotr Tuleja: „Cofnęliśmy się do XIX wieku”
Konstytucja obowiązuje tylko na papierze, a Trybunał Konstytucyjny jest sparaliżowany i niepełni swojej roli. „Żyjemy w dualizmie konstytucyjnym” – mówi prof. Piotr Tuleja w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zdaniem byłego sędziego TK Polska cofnęła się do realiów XIX wieku, a narastający chaos prawny może prowadzić do wzrostu oczekiwań wobec autorytarnej władzy.
Konstytucja jako dekoracja
Prof. Tuleja, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego i prezes Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego, w wywiadzie opublikowanym 20 lipca 2025 r. wskazuje na zjawisko, które określa mianem dualizmu konstytucyjnego. Oznacza ono sytuację, w której konstytucja formalnie obowiązuje, ale w praktyce nie wyznacza rzeczywistych granic władzy. W opinii Tulei dokument ten stał się „programem politycznym” pozbawionym mocy nadrzędnej.
To stan przypominający XIX-wieczne monarchie konstytucyjne, gdzie ustawy zasadnicze istniały, ale były systematycznie obchodzone lub ignorowane. Jak zauważa Tuleja, polskie instytucje coraz częściej działają tak, jakby konstytucja była jedynie deklaracją, a nie źródłem prawa najwyższego rzędu.
Sparaliżowany Trybunał Konstytucyjny
Centralnym elementem kryzysu jest sytuacja w Trybunale Konstytucyjnym. Po wyborach w 2015 roku doszło do unieważnienia wyboru legalnych sędziów i powołania w ich miejsce tzw. sędziów dublerów. Andrzej Duda odmówił zaprzysiężenia trzech sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, co przez wielu prawników zostało uznane za niezgodne z konstytucją.
W kolejnych latach wprowadzone zostały przepisy, które de facto podporządkowały Trybunał władzy wykonawczej. Obniżono standardy orzekania, zmieniono procedury, a obsada personalna Trybunału zdominowana została przez osoby lojalne wobec partii rządzącej. Dziś TK przestał być niezależnym arbitrem w sprawach konstytucyjnych, a jego orzeczenia często nie są publikowane w Dzienniku Ustaw, co uniemożliwia ich stosowanie.
Chaos prawny zamiast rządów prawa
Prof. Tuleja ostrzega, że narastający chaos prawny podważa podstawy państwa prawa. Jeśli wyroki TK nie są publikowane, a sądy nie mają jasności co do obowiązującego stanu prawnego, cierpi nie tylko system, ale też zwykli obywatele. Przestaje obowiązywać zasada pewności prawa, a w jej miejsce wchodzi arbitralność i uznaniowość.
Tuleja zaznacza, że sądy zaczynają pełnić rolę „ust ustawy” – mają jedynie stosować prawo stanowione, bez możliwości jego oceny w kontekście konstytucji. To sprzeczne z ideą sądownictwa konstytucyjnego i podważa nadrzędność ustawy zasadniczej.
Autorytaryzm jako pokusa
W takich warunkach rośnie niebezpieczeństwo. Obywatele zmęczeni chaosem, konfliktami i nieprzewidywalnością prawa mogą coraz chętniej spoglądać w stronę silnej, scentralizowanej władzy.
Jak podkreśla Tuleja, historia pokazuje, że w momentach kryzysów konstytucyjnych społeczeństwa bywają gotowe poświęcić wolności obywatelskie w zamian za poczucie porządku. To droga prowadziąca do autorytaryzmu, nawet jeśli na początku utrzymującego pozory demokracji.
Czy naprawa jest możliwa?
Naprawa obecnej sytuacji wymagałaby nie tylko woli politycznej, ale przede wszystkim społecznego konsensusu wokół znaczenia konstytucji. Prof. Tuleja nie kryje pesymizmu: w jego ocenie żadna siła polityczna nie ma interesu w odbudowie niezależnego Trybunału, który mógłby realnie ograniczać jej władzę.
Na poziomie międzynarodowym Polska od lat pozostaje w konflikcie z instytucjami UE. Krytyczne raporty Komisji Europejskiej, orzeczenia TSUE czy opinie Komisji Weneckiej wskazują jednoznacznie: sytuacja w Polsce stanowi zagrożenie dla rządów prawa i demokratycznego ładu w całej Unii.
DF, thefad.pl
Artykuł powstał na podstawie publicznej wypowiedzi prof. Piotra Tulei opublikowanej przez „Rzeczpospolitą” w dniu 20 lipca 2025 roku. Wypowiedź została zsyntetyzowana i omówiona zgodnie z zasadami dozwolonego użytku cytatu oraz analizy publicystycznej
Siemoniak publikuje dane MSWiA. Rekordowa liczba przestępstw cudzoziemców za rządów PiS
Tomasz Siemoniak, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, opublikował 19 lipca 2025 roku na platformie X dane dotyczące przestępstw popełnianych przez cudzoziemców w Polsce. Wykazał, że w ciągu ostatnich 15 lat (2010–2025) najwięcej zabójstw, o które podejrzani byli cudzoziemcy, miało miejsce w 2021 roku – za rządów PiS. „Gdzie wtedy byli działacze PiS?” – pytał, zarzucając poprzedniej ekipie hipokryzję i zaniedbania.
Wpis pojawił się w szczególnym momencie – dokładnie w dniu, w którym Konfederacja zorganizowała ogólnopolskie protesty pod hasłem „Stop imigracji!”. Odpowiedź ministra nie była przypadkowa. Ale dane, na które się powołuje, otwierają nieco szerszy obraz niż ten, który próbują dziś nakreślić politycy – po obu stronach sporu.
Rekord z 2021 roku
Z opublikowanych przez Siemoniaka informacji wynika, że w 2021 roku w Polsce doszło do 634 zabójstw, a 43 podejrzanych to cudzoziemcy – to najwyższy odsetek w ostatnich 15 latach. Minister zestawił te dane z tzw. aferą wizową, która według prokuratury objęła nielegalne przyspieszanie procedur wizowych dla obywateli Azji i Afryki. Zarzuty usłyszało w tej sprawie dziewięć osób, w tym były wiceminister. „Demonstrowali? Ostrzegali? Nic z tych rzeczy. Na masową skalę wydawali polskie wizy w procederze, którego korupcyjny charakter podejrzewa prokuratura. Obłuda bez granic!” – napisał Siemoniak.
Ważne dane o rządach PiS. Najwięcej zabójstw (w okresie 2010-2025), o które byli podejrzani cudzoziemcy było w 2021. Gdzie byli wtedy działacze PiS? Demonstrowali? Ostrzegali? Nic z tych rzeczy. Na masową skalę wydawali polskie wizy w procederze, którego korupcyjny charakter… https://t.co/sHuk9NFBJW
— Tomasz Siemoniak (@TomaszSiemoniak) July 19, 2025
Więcej niż jeden rok
Dane, które przytoczył minister, nie są nowe. Już wcześniej publikował je rzecznik MSWiA, Jacek Dobrzyński. Wynika z nich, że liczba przestępstw z udziałem cudzoziemców rosła w latach 2015–2021, a następnie zaczęła spadać. Widać to wyraźnie zarówno w kategorii zabójstw, jak i gwałtów.
Zabójstwa (liczba ogółem / podejrzani cudzoziemcy):
- 2015: 502 / 4
- 2020: 645 / 33
- 2021: 634 / 43
- 2023: 565 / 40
- 2024: 503 / 32
- 2025 (I półrocze): 272 / 13
Gwałty – podejrzani cudzoziemcy:
- 2023: 58
- 2024: 48
- 2025 (I półrocze): 30
Dobrzyński, komentując te dane, nie pozostawił wątpliwości: „Ci, którzy twierdzą, że cudzoziemcy najczęściej popełniają zabójstwa i gwałty, perfidnie kłamią, siejąc dezinformację.”
Rzecznik dodał, że od 2024 roku widoczna jest poprawa, która – jego zdaniem – wynika z nowego podejścia do polityki migracyjnej. MSWiA podaje m.in., że liczba decyzji o ochronie specjalnej dla cudzoziemców spadła o 40% w porównaniu z 2021 rokiem (z 1019 do 591).
Dane nie zawsze mówią to, co myślisz
Zaraz po publikacji wypowiedzi Siemoniaka pojawiły się głosy krytyczne. Bartosz Michalski z Wprost oskarżył ministra o manipulację. W jego ocenie dane nie uwzględniają najważniejszego czynnika: efektu skali. Po 2022 roku liczba cudzoziemców w Polsce gwałtownie wzrosła – głównie w wyniku wojny w Ukrainie.
Z raportu Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wynika, że w latach 2015–2024 podejrzanych o przestępstwa było około 90 tys. cudzoziemców, z czego 74% stanowili obywatele Ukrainy, Białorusi i Gruzji.
W 2021 roku – roku „rekordowym” – wskaźnik zabójstw z udziałem cudzoziemców wyniósł około 2,1 na 100 000 osób, co nie odbiega znacząco od średniej krajowej. Co więcej, w kolejnych latach dane pokazały stopniowy spadek.
Protesty, kontrprotesty i zderzenie opowieści
Debata o migracji znów została wciągnięta w wir kampanijnych emocji. Konfederacja – która zorganizowała demonstracje w 80 miastach – ostrzegała przed „powtórką z Niemiec i Szwecji”, gdzie – jak twierdzi poseł Bartłomiej Pejo – migranci odpowiadają za wzrost przestępczości.
W odpowiedzi, w wielu miastach odbyły się kontrmanifestacje środowisk lewicowych i antyrasistowskich, krytykujące retorykę nienawiści i straszenie społeczeństwa.
Głos zabrał także europoseł PiS Waldemar Buda, który – paradoksalnie – również sięgnął po dane. Wskazał, że w 2024 roku liczba przestępstw popełnionych przez cudzoziemców wyniosła 26 266, wobec 24 240 rok wcześniej. Zdaniem Budy to dowód, że obecny rząd nie radzi sobie z napływem migrantów.
Polityka nie zastąpi analizy
Ostateczny obraz nie jest ani prosty, ani jednoznaczny. Z jednej strony – mamy fakty: rekordowy udział cudzoziemców w ciężkich przestępstwach w 2021 roku, polityczne zaniedbania w systemie wizowym, śledztwa i zarzuty.
Z drugiej – liczby bez kontekstu demograficznego mogą być łatwo wykorzystywane do budowania uproszczonych narracji. Wzrost liczby cudzoziemców oznacza również wzrost liczby podejrzanych – niekoniecznie wskaźników przestępczości.
Migracja to proces złożony – powiązany z polityką, wojną, rynkiem pracy i decyzjami kolejnych rządów. Przestępczość – podobnie.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Antyniemiecka narracja w sieci. Prawica w Polsce wykorzystuje migrantów do zaostrzania relacji z Berline

Jacek Lepiarz
W sieci mnożą się nagrania, które mają rzekomo dowodzić, że niemieccy policjanci przerzucają migrantów przez granicę do Polski. Według dziennika „Tagesspiegel”, stoją za nimi anonimowe konta powiązane z polską prawicą. Eksperci ostrzegają: to element szerszej kampanii dezinformacyjnej, nakierowanej na eskalację napięć między Warszawą a Berlinem.
Jasny przekaz prosto z niemieckiej granicy!
— Ruch Obrony Granic (@ROGranic) May 29, 2025
Jeśli chcemy Polski bezpiecznej, suwerennej i wolnej od masowej imigracji, to wybór jest tylko jeden – Karol Nawrocki.#RuchObronyGranic #ByleNieTrzaskowski #Nawrocki2025 #BezpiecznaPolska pic.twitter.com/JCfVRrDZok
Kampania antyniemiecka w mediach społecznościowych
Nagrania pojawiają się niemal codziennie na Facebooku, platformie X (dawniej Twitter) oraz YouTube. Ich wspólnym mianownikiem jest brak jednoznacznych dowodów – wiele z nich jest nieostrych, nagrywanych nocą lub bez widocznych znaków identyfikacyjnych. „Nagrania są rozpowszechniane od tygodni w zawrotnym tempie, a wspiera je kampania dezinformacyjna, prowadzona częściowo z anonimowych kont polskiej prawicy” – pisze Julius Geiler w „Tagesspieglu”.
Zdjęcia i filmy „żyją dzięki podpisom”, których celem – zdaniem dziennika – jest wywołanie skandalu politycznego i emocjonalnego oburzenia.
Visegrad24 i zasięgi milionowe
Na przykładzie konta Visegrad24 widać, jak potężne mogą być zasięgi tego typu materiałów. Konto, działające jako platforma informacyjna, opublikowało na początku lipca nagranie z niemieckimi policjantami rzekomo wykonującymi obraźliwy gest. Wideo opatrzono niezweryfikowanym komentarzem – materiał obejrzało ponad trzy miliony użytkowników. „W komentarzach była mowa o wypowiedzeniu Polsce wojny” – relacjonuje Geiler.
Absurdalna eskalacja
Do dalszej eskalacji doszło, gdy materiał powieliło lewicowe niemieckie konto UnionWatch, pisząc: „Niemieccy policjanci próbują nielegalnie przekroczyć polską granicę, aby wyładować tam ludzi. Nic dziwnego, że polski rząd jest wkurzony”.
W efekcie spór wokół nagrań nabrał nie tylko wymiaru politycznego, ale również symbolicznego. Jak zauważa „Tagesspiegel”, narracja w mediach społecznościowych zaczęła przyjmować cechy historycznej analogii – internauci coraz częściej porównują obecną sytuację do agresji Trzeciej Rzeszy na Polskę w 1939 roku.
Dezinformacja i pamięć historyczna
Tego rodzaju porównania – według autora materiału Juliusa Geilera – trafiają na podatny grunt, ponieważ antyniemieckie nastroje są w polskim dyskursie prawicowym obecne od lat. – Polska prawica od dawna prezentuje postawę antyniemiecką – twierdzi Geiler.
Dziennik przypomina choćby wydarzenia z Marszu Niepodległości w 2021 roku, podczas którego spalono niemiecką flagę. Nikt nie próbował temu zapobiec; przeciwnie – scena została nagrana przez uczestników i szeroko rozpowszechniona w sieci. „Trudno się dziwić, że sytuacja na niemiecko-polskiej granicy stała się dogodną okazją do kolejnej kampanii polskiej prawicy” – czytamy w „Tagesspieglu”.
Główne media trzymają dystans
Jak zaznacza autor, zarzuty wobec niemieckiej policji pojawiają się niemal wyłącznie w mediach społecznościowych. W renomowanych polskich redakcjach – zarówno konserwatywnych, jak i liberalnych – temat migracji na granicy z Niemcami jest obecny, ale bez udziału w kampanii insynuacji i dezinformacji.
REDAKCJA POLECA
„Ja tu jeszcze wrócę”. Kulisy burzliwego przemówienia Andrzeja Dudy do ambasadorów
Zamiast dyplomatycznego przesłania – polityczny manifest. Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy podczas zamkniętego spotkania z ambasadorami 8 lipca odbiło się szerokim echem. Padły słowa, które zaskoczyły uczestników: „Ja tu jeszcze wrócę”. W tle: konflikt kompetencyjny z MSZ i napięcia wewnątrz struktur państwa.
Zaskoczenie zamiast strategii
8 lipca 2025 roku w Warszawie odbyło się coroczne, zamknięte spotkanie prezydenta z kierownikami polskich placówek dyplomatycznych. Według relacji Wirtualnej Polski, potwierdzonych przez sześć niezależnych źródeł, przemówienie Andrzeja Dudy miało charakter politycznego wystąpienia, a nie analizy strategicznej.
Zamiast merytorycznego podsumowania priorytetów polskiej dyplomacji, uczestnicy usłyszeli ostre, emocjonalne przemówienie, zakończone zdaniem: „Ja tu jeszcze wrócę!”
To właśnie te słowa, wypowiedziane przez prezydenta pod koniec jego drugiej kadencji, wywołały największe poruszenie wśród uczestników i komentatorów. Wielu odebrało je jako zapowiedź powrotu Andrzeja Dudy na scenę polityczną – być może w roli przyszłego premiera.
Napięcia z MSZ i personalne aluzje
Treść wystąpienia zawierała również otwartą krytykę działań Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a szczególnie polityki kadrowej prowadzonej przez ministra Radosława Sikorskiego. Duda miał wyrażać rozczarowanie sposobem nominacji ambasadorów oraz zarzucać części dyplomatów brak lojalności wobec państwa.
Według jednego z uczestników, prezydent posłużył się mocnym sformułowaniem: „Niektórzy kandydaci na ambasadorów wygłaszali paszkwile na Polskę – to otarło się o zdradę.”
W wypowiedziach pojawiły się również odniesienia do Konferencji Ambasadorów RP, która w przeszłości krytykowała zarówno politykę rządu PiS, jak i Pałacu Prezydenckiego.
Sikorski odpowiada: „To nieprawda”
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski był obecny na spotkaniu i – jak podają źródła WP.pl – od razu odniósł się do zarzutów prezydenta. Określił je jako „totalnie nieprawdziwe” i przypomniał, że ograniczenie kompetencji głowy państwa w procesie mianowania ambasadorów wynika z nowelizacji ustawy autorstwa PiS, którą sam Duda podpisał.
Sikorski podkreślił również, że obecna procedura uzgadniania kandydatów odbywa się z udziałem Pałacu Prezydenckiego – zgodnie z zasadami przyjętymi jeszcze za poprzedniej władzy.
Napięta atmosfera i milczenie sali
Według relacji kilku uczestników, atmosfera w sali była wyraźnie napięta. Po wystąpieniu Dudy zapanowało milczenie, a nieliczne oklaski pochodziły głównie od dyplomatów blisko związanych z Kancelarią Prezydenta. Przemówienie określano jako skrajnie emocjonalne i bezprecedensowe w historii podobnych spotkań.
– Zamiast merytoryki było polityczne rozliczenie – mówi jeden z rozmówców portalu Onet.
Dyskusja w mediach społecznościowych
Informacje o spotkaniu, choć nieoficjalne, błyskawicznie przedostały się do opinii publicznej i wywołały szeroką dyskusję w mediach, a także na platformie X (dawniej Twitter). Komentatorzy polityczni i internauci dzielili się swoimi ocenami: od poważnych analiz po żartobliwe porównania prezydenta do… Terminatora.
Słowa „Ja tu jeszcze wrócę” szybko stały się przedmiotem licznych memów, a sam styl przemówienia uznano za kolejny dowód na narastające napięcia między Pałacem Prezydenckim a rządem Donalda Tuska.
Polityczny sygnał czy osobista frustracja?
Przemówienie z 8 lipca to nie tylko kontrowersyjny incydent w relacjach z MSZ, ale również sygnał o chęci powrotu Andrzeja Dudy do aktywnej roli po zakończeniu kadencji.
DF, thefad.pl, Źródło: WP.pl, Onet, Radio ZET
Prokuratura ściga Manowską: Historyczny wniosek o uchylenie immunitetu prezes SN
Sprawa Małgorzaty Manowskiej to jeden z najgłośniejszych tematów dnia w polskich mediach. Jej konsekwencje mogą być dalekosiężne – nie tylko dla samej Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, ale też dla architektury polskiego wymiaru sprawiedliwości.
16 lipca 2025 roku Prokuratura Krajowa złożyła dwa formalne wnioski o uchylenie immunitetu Manowskiej – jako Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego oraz Przewodniczącej Trybunału Stanu. To efekt śledztwa wszczętego we wrześniu 2024 roku, po zawiadomieniach złożonych m.in. przez członków Trybunału Stanu i pełnomocników sędziego Pawła Juszczyszyna.
Wnioski skierowano równolegle do dwóch organów – Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego oraz do Trybunału Stanu. Ten drugi to specjalny organ konstytucyjny, który może sądzić osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie. Manowska jako sędzia i przewodnicząca Trybunału korzysta z tzw. podwójnego immunitetu, który chroni ją przed pociągnięciem do odpowiedzialności bez zgody obu instytucji.
To pierwszy przypadek w historii III RP, gdy prokuratura wnioskuje o uchylenie immunitetu urzędującej Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego.
Zarzuty wobec Manowskiej
Prokuratura zamierza postawić Małgorzacie Manowskiej trzy zarzuty o charakterze urzędniczym. Pierwszy dotyczy przekroczenia uprawnień – jako przewodnicząca Kolegium SN miała uznać za ważne 24 uchwały podjęte między październikiem 2021 a lipcem 2022 roku, mimo że nie było kworum. Milczenie części członków Kolegium potraktowano jako „wstrzymanie się od głosu”, co umożliwiło przyjęcie uchwał.
Drugi zarzut odnosi się do niedopełnienia obowiązków – Manowska nie zwołała posiedzenia pełnego składu Trybunału Stanu, mimo że 20 marca 2024 roku sześciu jego członków złożyło formalny wniosek. Posiedzenie nie odbyło się w ustawowym terminie 45 dni.
Trzeci zarzut dotyczy niewykonania prawomocnego orzeczenia. Chodzi o brak publikacji na stronie SN informacji o wstrzymaniu zawieszenia sędziego Pawła Juszczyszyna, do czego obligowało Manowską postanowienie Sądu Okręgowego w Olsztynie. Według prokuratury działania te nie były przypadkowe – stanowiły świadome decyzje administracyjne.
Procedura uchylenia immunitetu
Małgorzata Manowska objęta jest podwójnym immunitetem – jako sędzia SN oraz przewodnicząca Trybunału Stanu. W związku z tym konieczne było złożenie dwóch osobnych wniosków. Dopiero pozytywne decyzje obu instytucji umożliwią formalne postawienie zarzutów.
Rzecznik Prokuratury Krajowej, Przemysław Nowak, podkreślił, że decyzję o złożeniu wniosków podjęto dopiero po zakończeniu przez SN badania ważności wyborów parlamentarnych, by uniknąć zarzutów o wpływ na proces demokratyczny. Samo śledztwo trwa od września 2024 roku i opiera się na zawiadomieniach obywatelskich oraz instytucjonalnych.
Kontekst ustrojowy
Małgorzata Manowska została powołana na stanowisko I prezes Sądu Najwyższego przez prezydenta Andrzeja Dudę w maju 2020 roku. Wcześniej, w 2007 roku, pełniła funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, gdy resortem kierował Zbigniew Ziobro. W ostatnich latach jej nazwisko wiązano głównie z kontrowersyjną reformą sądownictwa wdrażaną przez środowisko ministra sprawiedliwości.
Choć jej kadencja kończy się dopiero w 2026 roku, od miesięcy pojawiały się głosy krytyczne – zarówno ze strony środowisk sędziowskich, jak i organizacji pozarządowych oraz instytucji europejskich. Obecne wnioski mogą otworzyć drogę do przełamania dotychczasowej nietykalności najwyższych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości.
Głos w dyskusji
Sprawa natychmiast wywołała silne reakcje. Minister sprawiedliwości Adam Bodnar zapewnił, że działania prokuratury są efektem konkretnych zawiadomień, a nie elementem gry politycznej. Zupełnie innego zdania jest rzecznik SN prof. Aleksander Stępkowski, który określił działania śledczych jako próbę destabilizacji sądownictwa.
W obronie Manowskiej wystąpiło stowarzyszenie „Prawnicy dla Polski”, nazywając sprawę „aktem politycznego terroru”. Z kolei sędzia Dorota Zabłudowska z Iustitii stwierdziła, że „sprawa Manowskiej pokazuje, jak daleko zaszły nadużycia wewnątrz Sądu Najwyższego – nie tylko prawne, ale i etyczne”.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka wezwała w oświadczeniu do „pełnej przejrzystości procedur” i unikania nacisków politycznych na sędziów rozpatrujących sprawę.
Co dalej?
Oba wnioski – do SN i do Trybunału Stanu – muszą zostać formalnie rozpoznane. Choć procedury nie mają ustawowych terminów, presja opinii publicznej może przyspieszyć decyzje. Jeśli oba organy wyrażą zgodę, prokuratura będzie mogła oficjalnie postawić zarzuty.
W szerszym wymiarze sprawa ta może wyznaczyć nowy standard odpowiedzialności konstytucyjnej i urzędniczej. To również test dla instytucji sądowych – czy są w stanie rozliczać własne środowisko, gdy stawką są nie tylko przepisy, ale zaufanie publiczne.
DF, thefad.pl
Ułaskawienie Bąkiewicza: Duda rozgrzewa Polskę do czerwoności na finiszu kadencji
15 lipca 2025, Warszawa – Andrzej Duda, na kilka tygodni przed końcem drugiej kadencji, podpisał akt łaski wobec Roberta Bąkiewicza – nacjonalistycznego aktywisty i byłego lidera Marszu Niepodległości. Ułaskawienie dotyczy wyłącznie darowania kary ograniczenia wolności w postaci prac społecznych. Pozostałe elementy wyroku – w tym 10 tys. zł nawiązki oraz obowiązek ogłoszenia wyroku – pozostają w mocy. Decyzja wywołała falę oburzenia, ostrą krytykę polityczną i emocjonalne reakcje opinii publicznej.
Skazanie i przebieg sprawy
Bąkiewicz został prawomocnie skazany w listopadzie 2023 roku za naruszenie nietykalności cielesnej Katarzyny Augustynek, znanej jako „Babcia Kasia”, podczas demonstracji Strajku Kobiet w 2020 roku. Wyrok obejmował m.in. rok ograniczenia wolności, grzywnę oraz koszty postępowania. Do chwili ułaskawienia żadna z kar nie została wykonana.
Decyzję o ułaskawieniu Duda podpisał 11 lipca, co potwierdziła rzeczniczka Prokuratora Generalnego, Anna Adamiak. Kancelaria Prezydenta uzasadniła ją „pozytywną opinią środowiskową” i „ustabilizowanym trybem życia”. Nie ujawniono jednak żadnych szczegółów postępowania, zasłaniając się jego niejawnością.
Krytyka, gniew, oskarżenia
Premier Donald Tusk napisał wprost: „Jest to polityczny sygnał, że ta ekipa, razem z Nawrockim, Kaczyńskim i Braunem, nie cofnie się przed niczym, byle odzyskać władzę.”
Ułaskawienie Bąkiewicza przez prezydenta Dudę jest nie tylko skandalem w ludzkim, moralnym wymiarze. Jest też politycznym sygnałem, że cała ta ekipa, razem z Nawrockim, Kaczyńskim i Braunem nie cofnie się przed niczym, byle odzyskać władzę. Czas, aby wszyscy to zrozumieli.
— Donald Tusk (@donaldtusk) July 15, 2025
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Lewica) mówiła o „zacieśnianiu więzi patoprawicy z PiS” i sugerowała inspirację Jarosławem Kaczyńskim. Adam Bodnar, Prokurator Generalny, ocenił, że prezydent „podważył społeczne poczucie sprawiedliwości”. „Prezydent RP ma konstytucyjne prawo łaski i należy je respektować.” – napisał Bodnar – „Uważam jednak, że ułaskawienie R. Bąkiewicza, winnego dokonania bulwersującego przestępstwa – co stwierdziły sądy obu instancji – godzi w społeczne poczucie sprawiedliwości. Zwłaszcza na tle czynów i wypowiedzi skazanego, które obserwujemy także w ostatnich dniach. Jest to kolejny gest Prezydenta pokazujący jego prawdziwą twarz jako osoby, która zamiast stać na straży Konstytucji RP, regularnie podważa jej podstawowe wartości. Szkoda tylko wielomiesięcznej pracy i zaangażowania prokuratorów i sędziów, którzy doprowadzili do udowodnienia winy i w efekcie – skazania R. Bąkiewicza.” – dodał
Prezydent RP ma konstytucyjne prawo łaski i należy je respektować.
— Adam Bodnar (@Adbodnar) July 15, 2025
Uważam jednak, że ułaskawienie R. Bąkiewicza, winnego dokonania bulwersującego przestępstwa – co stwierdziły sądy obu instancji – godzi w społeczne poczucie sprawiedliwości. Zwłaszcza na tle czynów i wypowiedzi…
Równie ostro wypowiadali się inni politycy i komentatorzy. Gen. Stanisław Koziej w rozmowie z Polsat News ocenił, że prezydent „skompromitował instytucję prawa łaski, używając jej do celów politycznych”. Joanna Scheuring-Wielgus w wypowiedzi dla Radia ZET nazwała Roberta Bąkiewicza „kryminalistą zrzucającym kobiety ze schodów”, a Maciej Konieczny (Razem) w rozmowie z OKO.press określił ułaskawienie jako „symbol partyjniactwa i wstydu”.
Z kolei sam Bąkiewicz przedstawił się jako ofiara politycznych sądów, dziękując prezydentowi za „obronę ładu i zasad”. Jego zwolennicy w mediach społecznościowych mówili o „politycznych prześladowaniach”, przeciwnicy – o „haniebnym końcu marnej prezydentury”.
Kontekst polityczny i publiczny wydźwięk
Ułaskawienie wpisuje się w ciąg kontrowersyjnych gestów prezydenta Dudy podjętych w ostatnich miesiącach urzędowania – takich jak ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. W ocenie komentatorów to próba mobilizacji radykalnego elektoratu prawicy i polityczny hołd złożony najbardziej radykalnym środowiskom.
Brak przejrzystości postępowania, brak skruchy ze strony Bąkiewicza, a także rażący charakter przestępstwa (przemoc wobec starszej kobiety podczas manifestacji) sprawiają, że sprawa ta rezonuje wyjątkowo silnie, także poza tradycyjnymi podziałami partyjnymi.
Polaryzacja i konsekwencje
Ułaskawienie Roberta Bąkiewicza staje się symbolem upolitycznienia prawa łaski i jego oderwania od idei sprawiedliwości. Krytycy mówią o końcu autorytetu prezydentury jako instytucji, która miała stać na straży porządku konstytucyjnego.
Dla części opinii publicznej to kolejny dowód na instrumentalne traktowanie prawa – i na to, że dla ludzi bliskich władzy obowiązują inne standardy. Dla zwolenników – gest odwagi wobec „politycznego polowania na patriotów”.
Decyzja prezydenta nie kończy tej sprawy. Ułaskawienie Bąkiewicza już teraz kształtuje polityczny pejzaż – będzie powracać w debatach publicznych, kampaniach wyborczych i analizach przyszłości instytucji prezydentury w Polsce.
DF, thefad.pl / Źródło: PAP, Onet, Polsat News
Rosjanie stworzyli supernarzędzie do inwigilacji?
W mediach społecznościowych zaczęły krążyć doniesienia, że moskiewska firma technologiczna NtechLab opracowała system AI zdolny do rozpoznawania twarzy w masce, a nawet identyfikowania osoby po sześciu dekadach – wyłącznie na podstawie zdjęcia z dzieciństwa. Brzmi jak science fiction? A może to realne zagrożenie? Sprawdzamy.
Prawda i mit o technologii NtechLab
NtechLab to jedna z najbardziej rozpoznawalnych firm zajmujących się rozpoznawaniem twarzy. Ich flagowa technologia – FindFace – pzdobyła rozgłos nie tylko w Rosji, ale też na całym świecie. Testy amerykańskiego instytutu NIST wskazywały, że algorytmy NtechLab należą do najdokładniejszych na świecie.
Rosyjska firma dostarcza rozwiązania dla systemów bezpieczeństwa publicznego, zwłaszcza w Moskwie, gdzie monitoring miejski i system Face Pay w metrze opierają się na jej technologiach. AI analizuje rysy twarzy, wykrywa obecność masek, ocenia wiek i emocje. W niektórych wdrożeniach system potrafi rozpoznać osobę nawet wtedy, gdy część twarzy – np. nos i usta – jest zakryta. To już samo w sobie budzi pytania o prywatność. Ale identyfikacja twarzy po kilku dekadach? To już zupełnie inna skala wyzwania.
Od dziecięcego zdjęcia do identyfikacji
Twierdzenie, że NtechLab potrafi rozpoznać dorosłego człowieka na podstawie zdjęcia z dzieciństwa, nie ma obecnie żadnego potwierdzenia w wiarygodnych źródłach. Żadna publikacja naukowa, raport branżowy ani renomowane medium – takie jak BBC, Reuters czy The New York Times – nie wskazuje, by firma rzeczywiście dysponowała taką technologią.
Rozpoznawanie twarzy po dekadach to jeden z największych nierozwiązanych problemów w dziedzinie biometrii. Do tego potrzebne byłyby algorytmy potrafiące realistycznie przewidzieć, jak twarz zmienia się przez dziesięciolecia – uwzględniających nie tylko uwarunkowania genetyczne, ale też styl życia, choroby, ekspozycję na słońce, przyrost lub utratę wagi. Nawet algorytmy używane przez służby specjalne opierają się na uproszczonych symulacjach i zdjęciach pośrednich – nie na bezpośrednim dopasowaniu dziecięcej twarzy do osoby dorosłej.
Systemy takie jak FaceAge czy niektóre sieci GAN potrafią oszacować wiek lub stworzyć prawdopodobną symulację tego, jak ktoś będzie wyglądał za kilka dekad. Ale to nadal nie jest narzędzie do pewnej identyfikacji tożsamości po 60 latach.
Co mówią źródła?
W najnowszych doniesieniach (lipiec 2025) NtechLab testuje systemy rozpoznawania twarzy na rosyjskich lotniskach. Celem jest analiza monitoringu w czasie rzeczywistym, integracja z bazami danych i wykrywanie podejrzanych zachowań. Nie wiadomo jednak, czy technologia obejmuje analizę osób w maskach czy modelowanie procesu starzenia.
Prawdopodobne jest, że sensacyjne doniesienia pochodzą z niezweryfikowanych przekazów medialnych, błędnie zinterpretowanych prezentacji technologicznych albo celowego PR-u. W dobie dezinformacji – również technologicznej – tego typu historie rozprzestrzeniają się błyskawicznie.
Granica technologii i prywatności
Równie ważna jak zdolność systemu, jest jego etyka. NtechLab znajduje się na listach sankcyjnych UE i USA. Zarzuca się firmie współpracę z rosyjskimi służbami i wspieranie państwowego systemu inwigilacji obywateli, w tym przeciwników politycznych i uczestników protestów. Organizacje broniące praw człowieka – jak Roskomsvoboda – od lat alarmują, że technologia ta wymyka się spod demokratycznej kontroli.
Zdolność rozpoznawania twarzy po dziesięcioleciach mogłaby zrewolucjonizować kryminalistykę i systemy bezpieczeństwa. Ale w niewłaściwych rękach łatwo zmieni się w narzędzie masowej kontroli.
Współczesna mitologia AI
Nie ma dziś dowodów na to, że NtechLab potrafi rozpoznać człowieka po kilku dekadach na podstawie zdjęcia z dzieciństwa. Nie ma też żadnych dowodów na to, że system potrafi skutecznie identyfikować twarze całkowicie zasłonięte. Technologia ta jest niewątpliwie zaawansowana – ale część przypisywanych jej możliwości należy raczej do sfery cyfrowych mitów niż naukowej rzeczywistości.
Być może pewnego dnia stanie się to możliwe. Ale zanim uwierzymy w każdą rewelację o rosyjskiej superinteligencji, lepiej zastanowić się, kto na tym zyskuje – i komu to ma służyć.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Adam Mazguła: Wstydliwe geny Polaków. Dlaczego PiS tak skutecznie trafia do wyborców?

Adam Mazguła
Dlaczego poparcie dla PiS nie spada, mimo oczywistego posługiwania się kłamstwami i oszustwami, skoków na publiczną kasę i bezkarności bohaterów afer? Czy to możliwe, że rodzimi złodzieje popierają PiS i czekają cierpliwie na swoją kolej? Umiemy szczuć, kombinować, walczyć na wyolbrzymiane zasługi – a nie poprzez prawdę i przyzwoitość. Walka z PiS-em wymaga świeżego spojrzenia na polskich obywateli i na ich reprezentację. Dziś walczy się liderami wodzowskich partii. Dlatego to oni układają listy wyborcze tak, aby ich wierni i mierni, nic nierozumiejący cisi zwolennicy wspierali ich siłę sprawczą. Liderzy potrzebują niedyskutujących żołnierzy – a nie mądrych reprezentantów narodu.
Przebywając w publicznej stołówce, wspomniałem przy stole o usłyszanej antyinformacji propagandowej PiS o złodziejach z PO. Pani siedząca z boku obruszyła się, inna zaczęła kręcić głową. Potem usłyszałem długi monolog walecznych starszych osób, z którego wynikało, że na szczęście jest PiS, bo to okropne „Żydostwo”, niemieckie cwaniarki… To PO okradło Polaków na potęgę, a teraz to przynajmniej my, „prawdziwi Polacy”. Następnie usłyszałem, że ona też by kradła, jakby była przy władzy, ale nie dla siebie, tylko dla swoich dzieci. Ona jest cierpliwa, bo przyjdzie i na nią kolej, że: „Jeszcze sobie nakradnie”.
Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego poparcie dla PiS-u nie spada, mimo oczywistego posługiwania się kłamstwami i oszustwami, skoków na publiczną kasę, wszechobecną drożyznę i bezkarność bohaterów afer? Czy znalazłem odpowiedź w ustach tej pani, że rodzimi złodzieje popierają PiS i czekają cierpliwie na swoją kolej? Czy to możliwe, że jest ich tak wielu?
Poniżani Polacy od wieków uczyli się kraść. Kradli podczas zaborów, bo zaborcę okradać to obowiązek patrioty. Kradli po odzyskaniu niepodległości, bo trzeba było jakoś przeżyć. Uczyli się kombinować i kraść podczas okupacji, bo trzeba było utrzymać się przy życiu. Podobnie było po wojnie w zrujnowanej Polsce. W czasach PRL nasi rodacy wydawali więcej, niż zarabiali, bo wzmacniali się tym, co przynieśli z zakładu pracy czy PGR-u.
Czasy Solidarności też nauczyły ludzi, że dobrze było tylko tym, którzy byli głośnymi bohaterami przemian i załapali się do władzy. Pozostali czekali, aby przyszła na nich pora. Czy każdy Polak czeka na swój skok na kasę?
Całe pokolenia żyły z okradania państwa. Nauczyliśmy się więc kombinować, eliminować konkurencję do władzy poprzez donosicielstwo płynące z zazdrości. Umiemy szczuć, walczyć na wyolbrzymiane zasługi, a nie poprzez prawdę i przyzwoitość. Opowiadanie o zasługach, chwalenie się, stało się w Polsce cechą człowieka sukcesu, a ciągła promocja – niezbędna, aby nikt i pod tym względem nie wyprzedził „prawdziwego Polaka”.
Przykładem takiego patologicznego człowieka, który odpowiada całemu zapotrzebowaniu na kłamstwo, złodziejstwo zuchwałe i promocję swojej osoby, jest Mateusz Morawiecki. Nie bez powodu Kaczyński zrobił go przedstawicielem tego parafialnego polskiego grajdołka.
Dlatego PiS nie ściga korupcji i złodziejstwa, szczególnie wśród swoich, bo to jest ich system zdobywania fortun i każdy z nich powinien zdążyć z niego skorzystać. Obecnie PO też boi się rozliczeń i niepokojów społecznych, gdy złodziejski gen Polaków zostanie zatrzymany. Co wtedy z tymi, co czekają na swoją szansę?
Tymczasem media ujawniają, że sam najwyższy prezes jest pod tym samym wpływem zarazy oszustwa i złodziejstwa. To wielka tajemnica PiS-u, że każdy członek partii, a szczególnie ci, którzy pełnią wysokie funkcje z rekomendacji partii, opłacają wysokie składki specjalne na prezesa, któremu się przede wszystkim należy.No cóż, „prawdziwy Polak!”
Nie wiadomo jednak, gdzie prezes inwestuje te miliardy. Kiedyś się pewnie dowiemy – jak o złotej wyspie Putina, który oficjalnie ma tylko starego Moskwicza. Dopóki nie wygasną wpływy PiS, zawsze znajdzie on dostateczną liczbę takich parafialnych rodaków, których geny złodzieja i kariery za wszelką cenę będą prowadzić do urn wyborczych. Nie kultura osobista, merytoryczna znajomość rzeczy i uczciwość, a złodziejska szansa.
Pewnie znajdzie się jeszcze kilka powodów, dla których Polacy tak licznie popierają PiS, ale opisana sytuacja z pewnością ma swoje znaczenie.
Myśląc o zwycięstwie nad tymi wstydliwymi genami Polaków, musimy mieć świadomość potrzeby nie tylko wygrania ze złem, ale też oczyszczenia społeczeństwa z cech zuchwałych oszustw, prostytucji politycznej, złodziejstwa, z którego zyski się należą, oraz z zajmowania wysokich stanowisk bez odpowiedzialności. Ten proces potrzebuje swoich wzorców, czasu i determinacji pokoleń.
Dzisiaj dokładnie widać, kto ma rację i kto zmierza w dobrym kierunku. Trzeba rozumieć, że w wyborach nie chodzi o to, kto jest uzbrojony w lepszy program, kto bardziej myśli o przyszłości, a nie o średniowiecznej roli wiary… Chodzi o to, kto trafia do serca wyborców, kto ratuje ich przed strachem, zemstą Boga, rewolucją techniczną i cybernetyczną. Nie chcą – jak to jest ze starszymi ludźmi – przenosić się na nowe miejsce życia, bo takimi są zmiany cywilizacyjne. Stają więc w obronie tego, co mają, kogo znają, kto im może coś załatwić i boi się tak jak oni. Mają swoje znaczenie i te swojskie, i historycznie ukształtowane wstydliwe geny Polaków, zawsze gotowych do spisków, korupcji, złodziejstwa i oszustwa.
Czy może zatem dziwić to, że podoba im się oszukujący po polsku były premier, prezes „stary pierdoła”, czy przykładnie klęczący prezydent – jeśli dają kasę i swojski „chleb narodowy”, oraz popiera ich proboszcz?
Kluczem do przyszłości jest świadomość społeczna. Budzi się młodzież i oskarża naszą historię, chociaż jej zupełnie nie zna, oskarża wszystkich i idzie w nacjonalizm. Będą walczyć ze wszystkimi, bo oni chcą dawno nieprzelewanej w Polsce krwi. Ludzie starsi umierają szczególnie szybko, bo mają problemy, aby skorzystać z porady lekarza. To ich nie przeraża, bo wiedzą, że są starzy i w tym wieku zawsze coś boli. Większą jednak troską napawa ich myśl, czy zdążą zasłużyć się Bogu, którego biskupi zapisali do PiS-u, a na wsi jest tylko cmentarz zarządzany przez księdza.
Nie rozumieją tego wyzwania partie polityczne, które są zbudowane najczęściej ze zmanierowanych działaczy, leniwych i uważających siebie za zasłużonych dla społeczeństwa, zamkniętych na cywilizacyjne zmiany i nowych członków. Oni również nie chcą zmian i nowych kandydatów do przejęcia ich przywilejów. Nie chce im się też pracować, bo i tak na listy wyborcze wpisze ich lider, któremu należy się wazelina, a nie praca. Dlatego w partiach brakuje autentycznych działaczy, ludzi z różnych środowisk, o różnym doświadczeniu i wykształceniu, którzy swoją inicjatywą i zaangażowaniem, a nie miejscem na liście wyborczej, będą czytać ludzkie pragnienia i je kształtować poprzez świadomość.
Rafał Trzaskowski nie wygrał z Dudą przez oszustwa PiS-u, ale i dlatego, że poparły go inne partie polityczne tylko formalnie, bez entuzjazmu oraz zaangażowania działaczy. Rafała przede wszystkim poparli ludzie świadomi. Stanęli za nim autentyczni działacze opozycji ulicznej, KOD-u, dziewuch Strajku Kobiet, Obywatele RP, prawnicy, lekarze, nauczyciele, samorządowcy, naukowcy, artyści… Tymczasem nawet PO było podzielone entuzjazmem.
Dzisiaj nasz rząd uczy, że wybory też można w Polsce fałszować – i to bezkarnie. To kolejny wzorzec ogłupionego Polaka.
Walka z PiS-em wymaga świeżego spojrzenia na polskich obywateli i na ich reprezentację. Dzisiaj walczy się liderami wodzowskich partii. Dlatego to oni układają listy wyborcze tak, aby ich wierni i mierni, nic nierozumiejący cisi zwolennicy wspierali ich siłę sprawczą. Liderzy potrzebują więc niedyskutujących żołnierzy, a nie mądrych reprezentantów narodu – w tym takich, którzy będą reprezentować ten strach przed zmieniającym się życiem.
Dla partii politycznych musimy poszukiwać nowego spojrzenia. Oprócz wielkich celów ideologicznych, wzniosłych inicjatyw, których boi się część społeczeństwa, partie muszą być bardziej obywatelskie, wyluzowane, otwarte i aktywne – szczególnie poza czasem wyborów.
Muszą zapewnić bezpieczeństwo Polakom – nawet tym, najbardziej zagrożonym rozwojem cywilizacji, bojących się zmian komputerowych, internetowych i słów, których nie rozumieją. Jeśli prości ludzie poczują się bezpieczni, poszukają nowych bohaterów, idoli ich życia. Zawrócenia Kościoła z drogi podłości politycznej. W tej atmosferze rozliczyć zdrajców, kłamców i złodziei.
Pamiętamy obietnicę Donalda Tuska: zwyciężymy, rozliczymy, naprawimy szkody i pojednamy.
Wciąż jednak tylko czekamy. Nie wiem, czy na naprawę Rzeczypospolitej, czy na powrót partii wstydliwych genów, strachu i korupcji. Partii wersji nazizmu agresywnego, rasizmu, walki z kulturą, cywilizacją, z prawdą, ze spokojem społecznym, z prawem dla wszystkich – ale zawsze z fundamentalizmem religijnym, bezkarnością i złodziejstwem zuchwałym.
Adam Mazguła
Krzysztof Skiba: Nie podobają mi się te ataki na Bąkiewicza. Facet robi dobrą robotę

Krzysztof Skiba
Nie podobają mi się te wściekłe ataki na Roberta Bąkiewicza. Facet robi naprawdę dobrą robotę. Zawsze otoczony jest grupą młodych, silnych mężczyzn. Gdy zbiorowo przychodzą do kościoła, wielu księży nie może potem zasnąć. Także starsi politycy PiS na widok oddziałów Roberta mają wzwody, co jest powodem ich małych, ale zawsze pięknych chwil i drobnych życiowych radości. Ma długi, nie płacił pracownikom, ZUS-owi ani fiskusowi, ale za to ma coś znacznie cenniejszego – lojalność swoich osiłków i zdolność do wywoływania zadym
Nie podobają mi się te wściekłe ataki na Roberta Bąkiewicza. Facet robi naprawdę dobrą robotę.
Zawsze otoczony jest grupą młodych, silnych mężczyzn. Gdy zbiorowo przychodzą do kościoła, wielu księży nie może potem zasnąć. Mają mokre sny i krew im szybciej krąży, co w wypadku księży seniorów jest niezwykle wskazane.
Także starsi politycy PiS (w tym sam Prezes) na widok oddziałów Roberta mają wzwody, co jest powodem ich małych, ale zawsze pięknych chwil i drobnych życiowych radości, gdyż te narzędzia przez lata były już w uśpieniu i nawet, zdaniem najlepszych specjalistów, uznawane za martwe lub w stanie spoczynku.
Chłopaki od Bąkiewicza nakręcają także gospodarkę. Tureckie bary z kebabami oraz sklepy monopolowe mają dzięki nim zwiększone obroty.
Czy tak trudno zrozumieć, że Robert jest klasycznym polskim patriotą?
Prowadził firmę budowlaną i mimo że nie płacił pracownikom, miał zaległe podatki i zalegał z ZUS-em, to dorobił się pięknych milionowych długów. Wzorem innych wielkich patriotów przepisał wszystko na żonę i córkę, po czym się rozwiódł, by banki nie mogły niczego mu zabrać.
Zarzuca mu się, że jest chuliganem i został wpuszczony do Sejmu. Co prawda tylko jako gość, bo posłem – mimo wysiłków osiłków – nie został.
A kogo wybraliście na prezydenta? A kto wpuścił do Sejmu Mejzę, który okradał niepełnosprawnych?
Przy nich Bąkiewicz, który pobił i popchnął dziewczynę na schodach, obrażał powstańców warszawskich oraz zdewastował napisami kamienicę w Warszawie, to prawdziwy gołąbek pokoju.
A już te żarty z nazwiska są po prostu niedopuszczalne. Ileż można się śmiać z dowcipu, że Prezes ma najdroższe pierdy w Warszawie, bo puszcza sobie co jakiś czas Bąkiewicza.
Dzięki zadymom Roberta społeczeństwo zapomniało już o aferach finansowych PiS. Wszyscy wiedzą, że Ruch Obrony Granic służy do wywoływania sztucznych zagrożeń, po to, by zbudować profesjonalną zasłonę dymną nad prawdziwymi zagrożeniami płynącymi ze strony Rosji.
Tak, Robert to prawdziwy patriota. Sporo kosztuje, ale ci, którym zależy, by w Polsce był chaos, zamieszanie, sztuczny strach, nigdy nie żałowali pieniędzy.
Krzysztof Skiba
Iga Świątek wygrywa Wimbledon 2025. Historyczny finał bez straty gema
Iga Świątek jako pierwsza polska tenisistka w historii triumfowała w wielkoszlemowym Wimbledonie. W finale rozegranym 12 lipca 2025 roku na trawiastych kortach All England Club w Londynie pokonała Amerykankę Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. To szósty tytuł wielkoszlemowy w karierze 24-letniej zawodniczki z Raszyna.
The Venus Rosewater Dish is all yours, @iga_swiatek 🏆#Wimbledon pic.twitter.com/b1iowvAckY
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Finał bez precedensu
Sobotni mecz trwał zaledwie 57 minut. Świątek od pierwszych piłek dominowała na korcie centralnym, nie pozwalając rywalce na zdobycie ani jednego gema. Taki wynik w finale Wimbledonu kobiet zdarzył się po raz pierwszy od 1911 roku, kiedy Dorothea Lambert Chambers pokonała Dorę Boothby tym samym stosunkiem. W świecie nowożytnego tenisa był to dopiero drugi finał wielkoszlemowy zakończony wynikiem 6:0, 6:0 – poprzedni raz miało to miejsce w 1988 roku, gdy Steffi Graf rozbiła Nataszę Zwieriewą w finale French Open.
A #Wimbledon champion she will always be ♥️ pic.twitter.com/Imxu0e8iAA
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Kompletna dominacja
Polka już w pierwszym gemie przełamała serwis Anisimovej. Kolejne gemy przebiegały pod pełną kontrolą Świątek, która wykorzystywała każdą słabość przeciwniczki. Statystyki pierwszego seta mówią same za siebie: Anisimova wygrała tylko 9 piłek. W drugiej partii obraz gry nie uległ zmianie. Świątek zachowała precyzję i intensywność, konsekwentnie powiększając przewagę.
A new Wimbledon champion is crowned 🇵🇱
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Iga Swiatek defeats Amanda Anisimova 6-0, 6-0 to win the 2025 Ladies' Singles Trophy 🏆#Wimbledon pic.twitter.com/ZnznTxwO5A
Sukces o historycznym znaczeniu
Zwycięstwo w Londynie to pierwsza wygrana Świątek w Wimbledonie i szósty wielkoszlemowy tytuł w karierze. Wcześniej triumfowała czterokrotnie w Roland Garros (2020, 2022, 2023, 2024) oraz raz w US Open (2022). Co istotne, pozostaje niepokonana we wszystkich finałach turniejów wielkiego szlema, w których wystąpiła.
To również trzeci w historii polski triumf na kortach Wimbledonu. Wcześniej sukcesy odnieśli jedynie Łukasz Kubot (w deblu w 2017 roku) oraz Jan Zieliński (w mikscie w 2024 roku). W singlu kobiet Polki dwukrotnie przegrywały finały: Jadwiga Jędrzejowska w 1937 i Agnieszka Radwańska w 2012 roku.
Grass, mastered. 🏆
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Iga Swiatek is Poland's first Wimbledon singles champion 🇵🇱 pic.twitter.com/5fsPpX4ANC
„Jeszcze nie wiem, ile to dla mnie znaczy. To marzenie było zbyt odległe”
„Jeszcze nie wiem, ile to dla mnie znaczy, bo to jest surrealistyczne. Nigdy nawet o tym nie marzyłam. To marzenie było zbyt odległe” – powiedziała Świątek tuż po meczu. „Z trenerem mieliśmy wzloty i upadki, ale pokazaliśmy, że to działa” – dodała.
Wzruszający był też moment, gdy zwróciła się do swojego ojca, Tomasza Świątka: „Dziękuję tacie, który zawsze mnie wspierał, zwłaszcza wtedy, gdy byłam zbyt młoda, by wszystko rozumieć”.
"I hope we're going to play many more finals here" 🤝
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Nothing but class from Iga Swiatek as she congratulates 2025 runner-up Amanda Anisimova ♥️#Wimbledon pic.twitter.com/EsKv3XXoBD
Przegrana finalistka, Amanda Anisimova, nie kryła łez: „Dziękuję za ten mecz. Jesteś niesamowitą zawodniczką i inspirujesz mnie” – powiedziała podczas ceremonii dekoracji.
It wasn't the day Amanda Anisimova dreamed of, but she spoke with class and grace as she thanked her team and in particular her mum for being there 💚💜#Wimbledon pic.twitter.com/T2dUThqq1Q
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Symboliczne zamknięcie kręgu
Dla Świątek to zwycięstwo ma wymiar szczególny. Jeszcze rok temu Wimbledon pozostawał jej najsłabszym wielkoszlemowym turniejem. Nigdy wcześniej nie przeszła tam dalej niż ćwierćfinał. W sezonie 2025 miała długą serię bez tytułów, a jej forma była szeroko komentowana. Tym bardziej zaskakująca okazała się jej forma w Londynie, gdzie od pierwszej rundy wygrywała mecze z rosnącą pewnością.
Zwycięstwo w najbardziej prestiżowym turnieju tenisowym świata symbolicznie dopełnia jej wielkoszlemowego portfolio i potwierdza pozycję jednej z najważniejszych postaci współczesnego tenisa.
The moment Iga Swiatek received the #Wimbledon trophy from The Princess of Wales 🏆 pic.twitter.com/Gvy9UCqzMK
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
The new #Wimbledon champion soaking in every single moment 🥹 pic.twitter.com/rV419BKHyH
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
DF, thefad.pl / Źródło: BBC – https://www.bbc.com/sport/tennis, Wimbledon.com – https://www.wimbledon.com, AP News – https://apnews.com





