Hipnoza: nauka, magia czy groźne narzędzie manipulacji?
Hipnoza od wieków budzi emocje i kontrowersje. Jedni widzą w niej klucz do leczenia traum i skuteczną metodę terapii, drudzy – groźne narzędzie manipulacji rodem z filmów o szalonych naukowcach. To zjawisko balansuje na granicy nauki i mitu, medycyny i scenicznej iluzji. Ale czy hipnoza naprawdę działa tak, jak pokazują to sceny w telewizji i kinie, czy może jest jedynie efektem sugestii i oczekiwań?
Od świętego snu do gabinetu terapeuty
Pierwsze opisy stanów przypominających hipnozę pochodzą ze starożytnego Egiptu i Grecji. W świątyniach boga Asklepiosa chorzy poddawali się rytuałowi „świętego snu”, wierząc, że boska moc uleczy ciało i duszę. W XVIII wieku Franz Mesmer ogłosił teorię „magnetyzmu zwierzęcego” – niewidzialnego fluidu mającego uzdrawiać pacjentów. Choć później uznano ją za pseudonaukę, jego praktyki stały się punktem wyjścia do badań nad naturą transu. W XIX wieku szkocki lekarz James Braid odarł zjawisko z mistycyzmu, opisując je jako szczególny stan koncentracji i podatności na sugestię, w którym człowiek zachowuje świadomość i wolną wolę.
W Polsce hipnoza zaczęła zyskiwać popularność pod koniec XIX wieku, a w ostatnich latach jej obecność w mediach wzmocnili tacy praktycy jak Artur Makieła – znany z występów w telewizji, pokazów scenicznych i warsztatów z samorozwoju. Choć jego prezentacje często mają formę rozrywki, to popularyzują temat i wywołują dyskusje o granicach wpływu na ludzki umysł.
Czym naprawdę jest hipnoza
Hipnoza to nie sen ani utrata świadomości, ale stan głębokiego skupienia, w którym umysł koncentruje się na jednym bodźcu, stając się bardziej otwarty na sugestie. Badania Uniwersytetu Stanforda z wykorzystaniem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) wykazały, że w trakcie hipnozy zmienia się aktywność mózgu, szczególnie w obszarach odpowiedzialnych za uwagę i emocje. Osoba zahipnotyzowana pozostaje czujna, może przerwać sesję i nie wykona polecenia sprzecznego ze swoim systemem wartości. To mit, że hipnoza działa tylko na osoby o „słabej psychice” – kluczowa jest umiejętność koncentracji i gotowość do współpracy.
Hipnoza w terapii i medycynie
Współczesna hipnoterapia znajduje zastosowanie w leczeniu lęków, fobii, przewlekłego bólu czy uzależnień. W terapii PTSD pomaga pacjentom odzyskać kontrolę nad wspomnieniami, w anestezjologii bywa alternatywą dla farmakologicznego znieczulenia, a w walce z nałogami – skutecznym wsparciem przy rzucaniu palenia. W Polsce coraz częściej mówi się o hipnozie w kontekście pracy z traumą i redukcji stresu, choć wciąż istnieje duża grupa sceptyków kwestionujących jej skuteczność.
Manipulacja, marketing i popkultura
Historia zna przypadki prób wykorzystania hipnozy do celów pozamedycznych. W latach 50. i 60. amerykańska CIA w ramach programu MK-Ultra badała, czy można użyć hipnozy do kontroli umysłu. Wyniki pokazały, że choć trans zwiększa podatność na sugestię, nie zmusza do działań sprzecznych z moralnością danej osoby. Współcześnie podobne techniki – czasem powiązane z neurolingwistycznym programowaniem (NLP) – pojawiają się w marketingu, negocjacjach czy nawet w polityce, by subtelnie wpływać na decyzje odbiorców.
Popkultura kreuje obraz hipnozy jako spektakularnego narzędzia władzy nad umysłem. W serialu „Mentalista” Patrick Jane używa jej, by rozwiązywać zagadki kryminalne, a w polskim programie „Hipnoza” na TVN widzowie mogli zobaczyć uczestników tańczących jak kury czy zapominających własne imiona. Takie sceny, choć widowiskowe, często mieszają elementy prawdziwego transu z telewizyjną reżyserią. Popularne pokazy, jak te prowadzone przez Derrena Browna, balansują między psychologią, iluzją a sugestią, tworząc wrażenie niemal magicznej mocy.
Gdzie przebiega granica
Hipnoza to narzędzie o wielu obliczach. W rękach doświadczonego terapeuty może wspierać leczenie i poprawiać jakość życia. W rękach manipulatora staje się środkiem perswazji, którego efekty trudno kontrolować. Pytanie, czy hipnoza jest nauką, magią czy groźnym narzędziem manipulacji, prowadzi do jednego wniosku: to człowiek decyduje, w którą stronę przechyli się wahadło – w kierunku terapii czy w stronę wpływu, który budzi niepokój.
DF, thefad.pl
Polski dramat alkoholowy. Polacy w europejskiej czołówce zgonów z powodu alkoholu
Polska jest w europejskiej czołówce pod względem liczby zgonów związanych z alkoholem. Statystyki pokazują brutalną prawdę: problem nie dotyczy jedynie indywidualnych wyborów, lecz całego systemu – od służby zdrowia po rynek pracy i bezpieczeństwo publiczne. Wysokie spożycie, łatwy dostęp i słaba polityka regulacyjna tworzą mieszankę, która od lat podkopuje fundamenty społeczeństwa.
Naród w oparach spirytusu
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia przeciętny dorosły Polak wypija rocznie równowartość ponad jedenastu litrów czystego alkoholu. To więcej niż średnia unijna, a poziom ten utrzymuje się od kilkunastu lat. Zmienia się także struktura konsumpcji: w latach 90. dominowały wódka i piwo, dziś rynek zdobywają mocne trunki smakowe oraz tzw. napoje „ready to drink” – kolorowe butelki, które trafiają w gust młodszych konsumentów.
Niepokój ekspertów budzi nie tylko ilość, ale i sposób picia. Polska kultura alkoholowa wciąż opiera się na tolerancji wobec upijania się „do odcięcia” podczas wesel, imprez firmowych czy spotkań towarzyskich. Badania wykazują, że młodzież coraz częściej zaczyna pić regularnie jeszcze przed ukończeniem 16. roku życia, a reklamy piwa emitowane w godzinach największej oglądalności tylko ten proces przyspieszają.
Cichy zabójca zdrowia publicznego
Ministerstwo Zdrowia szacuje, że alkohol odpowiada za kilkanaście tysięcy zgonów rocznie, choć badania epidemiologiczne wskazują nawet na trzydzieści tysięcy, jeśli wliczyć choroby, wypadki i przemoc, w których alkohol był czynnikiem współistniejącym. To nie tylko marskość wątroby czy nowotwory – nadużywanie alkoholu zwiększa ryzyko udarów, chorób serca i depresji.
„Alkohol jest jedną z najtańszych używek w Polsce, a jego skutki zdrowotne są niedoszacowane. W mediach mówi się o pandemii COVID‑19, ale nie o pandemii alkoholowej, która trwa od dekad” – podkreśla dr n. med. Anna Wójcik, specjalistka zdrowia publicznego.
Koszty ponosi nie tylko służba zdrowia. Absencja w pracy, wcześniejsze renty, spadek produktywności – wszystko to obciąża budżet państwa. Raport Najwyższej Izby Kontroli z 2022 roku szacuje, że straty gospodarcze związane z alkoholem mogą sięgać nawet 1,5 proc. PKB.
Spirala społecznych problemów
Dane Policji pokazują, że co trzeci przypadek przemocy domowej w Polsce ma związek z nietrzeźwością sprawcy. Wypadki drogowe, utonięcia, konflikty rodzinne – alkohol jest obecny w setkach tysięcy policyjnych raportów każdego roku. W małych miastach i na wsiach, gdzie dostęp do terapii uzależnień jest ograniczony, problem staje się błędnym kołem: bezrobocie prowadzi do frustracji, frustracja do picia, a picie pogłębia marginalizację.
Eksperci zwracają uwagę, że tak długo, jak alkohol będzie tani i dostępny przez całą dobę, nie można liczyć na spadek konsumpcji. Liczba punktów sprzedaży w Polsce przekroczyła 490 tysięcy, co oznacza, że dostęp do alkoholu jest łatwiejszy niż do niektórych leków na receptę.
Państwo w roli biernego obserwatora
W porównaniu z krajami skandynawskimi polskie regulacje są wyjątkowo łagodne. Sprzedaż nocna jest powszechna, a reklamy piwa w telewizji i internecie mają milionowe zasięgi. Kolejne rządy podnoszą akcyzę nieznacznie i bez długofalowej strategii. „Mamy do czynienia z konfliktem interesów – wpływy z akcyzy są istotne dla budżetu, więc nie ma woli politycznej, by realnie ograniczyć sprzedaż” – mówi prof. Piotr Jankowski, ekonomista zdrowia.
Kampanie edukacyjne pojawiają się rzadko i są prowadzone bez spójnego planu. Brakuje programów, które docierałyby do młodzieży w atrakcyjny i skuteczny sposób. Jedyną trwałą zmianę mogłoby przynieść połączenie działań regulacyjnych z pracą u podstaw – od szkół po gabinety lekarzy rodzinnych.
Między tradycją a zmianą mentalności
W Polsce alkohol jest głęboko zakorzeniony w obyczajach. Toasty przy świątecznym stole, kieliszek „na odwagę”, piwo po pracy – to elementy codzienności. Jednak za tą „normalnością” kryje się ogromny koszt zdrowotny, społeczny i ekonomiczny.
Zmiana mentalności jest trudniejsza niż zmiana ustawy. Wymaga konsekwentnej edukacji, zaangażowania mediów, lokalnych liderów i samorządów. Wymaga także uczciwej rozmowy o tym, jak alkohol niszczy rodziny, ogranicza szanse życiowe i obniża jakość życia całego społeczeństwa.
Dopóki ten temat będzie traktowany jak niewygodny margines polityki zdrowotnej, Polska pozostanie w czołówce europejskich statystyk, a rachunek – zarówno w złotówkach, jak i w ludzkich tragediach – będzie rósł z roku na rok.
DF, thefad.pl / Źródło: WHO, Ministerstwo Zdrowia, NIK, FT
Prof. Dudek: prezydentura Nawrockiego może skończyć się tragedią narodową
6 sierpnia Karol Nawrocki został zaprzysiężony na urząd prezydenta Rzeczypospolitej. Choć jego wybór nie był zaskoczeniem politycznym, wywołał silne reakcje w środowiskach akademickich i opiniotwórczych. Prof. Antoni Dudek, politolog i historyk z UKSW, nie kryje niepokoju. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówi wprost, że jeśli spełnią się jego największe obawy, Polska stanie wobec kryzysu o charakterze ustrojowym. Padają słowa o potencjalnej „tragedii narodowej”. I nie są to określenia użyte na wyrost.
IPN jako wzór stylu władzy
Dudek nie ocenia prezydentury przez pryzmat deklaracji, lecz na podstawie wcześniejszych działań Nawrockiego. Jako szef Instytutu Pamięci Narodowej miał – jego zdaniem – doprowadzić do głębokich zmian kadrowych, które osłabiły instytucję. Profesor przypomina, że z centrali IPN odeszła aż jedna trzecia pracowników. Tę politykę uważa za przykład stylu zarządzania, który stawia ideologiczny cel ponad instytucjonalną ciągłość.
To właśnie IPN staje się w jego analizie kluczem do zrozumienia potencjalnych zagrożeń. Jeśli podobny sposób kierowania zostanie przeniesiony na Pałac Prezydencki, może dojść – jak ocenia – do systemowego pogłębienia już istniejących napięć między głównymi ośrodkami władzy.
Polityczny boks bez reguł
Relacja nowego prezydenta z rządem Donalda Tuska nie zapowiada się jako współpraca. Zdaniem Dudka, konflikt jest tylko kwestią czasu. Sam Nawrocki jeszcze przed zaprzysiężeniem sugerował możliwość wcześniejszych wyborów. Sygnały o konfrontacyjnym nastawieniu pojawiały się w jego kampanii i pierwszych wypowiedziach.
Politolog porównuje nadchodzącą dynamikę do boksu, w którym ten, kto zada pierwszy cios, niekoniecznie wygrywa – przeciwnie, może ponieść wizerunkowe straty. Ale też zauważa, że prezydent ma dziś przewagę wynikającą z efektu nowości. „Nawrocki ma dwie ręce gotowe do walki, a Tusk tylko jedną – i to lewą” – komentuje obrazowo Dudek.
Armia jako linia frontu?
Wśród licznych zastrzeżeń jedno wydaje się szczególnie poważne: możliwe próby przejęcia realnej kontroli nad armią. Zgodnie z konstytucją prezydent jest jej zwierzchnikiem, ale w praktyce to rząd, poprzez ministra obrony, podejmuje decyzje operacyjne.
„To, czego bardzo się obawiam, to próba przekucia nominalnego zwierzchnictwa w realne” – mówi wprost prof. Dudek. Nie chodzi tu o nagłą zmianę systemu, ale o stopniowe przesuwanie granic wpływu. Taki ruch mógłby wywołać napięcia wśród kadry wojskowej i podważyć zasadę apolityczności armii. A to, jak sugeruje, byłoby zjawisko nowe i niebezpieczne.
Echo zamachu majowego
Dudek sięga po analogię historyczną, ale ostrożnie. Wspomina zamach majowy z 1926 roku nie po to, by straszyć powtórką, lecz by przypomnieć, że demonstracja siły może przerodzić się w chaos. Piłsudski – przypomina – postanowił urządzić demonstrację wojska, która się przerodziła w walki. W Warszawie były ofiary.
„Mam nadzieję, że z czegoś takiego już wyrośliśmy” – mówi. A jednak ostrzega, że ostry konflikt polityczny może rozlać się poza parlamentarne granice i sparaliżować instytucje państwa. Nawet bez dramatycznych obrazów. Wystarczy, że napięcie przeniesie się do struktur, które dotąd działały w sposób przewidywalny.
Prezydent jako patron nowej prawicy
Dudek nie ogranicza się do prognozy konfliktu z rządem. Wskazuje także drugi możliwy kierunek działań prezydenta – budowanie zaplecza politycznego po prawej stronie sceny. Relacje PiS z Konfederacją są napięte, a Nawrocki, zdaniem profesora, może próbować ustawić się jako mediator i patron przyszłego sojuszu.
To nie jest zarzut o niekonstytucyjność, ale sygnał, że Pałac Prezydencki może stać się nowym ośrodkiem koordynacji opozycji wobec rządu. Jeśli tak się stanie, do napięcia instytucjonalnego dojdzie również napięcie strategiczne – polityczne, ale długofalowe.
Nadzieja i zastrzeżenie
Mimo ostrych diagnoz, prof. Dudek nie przedstawia swojej opinii jako wyroku. Zaznacza wyraźnie, że chciałby się mylić. Wskazuje, że ostateczny kształt prezydentury Karola Nawrockiego zależeć będzie od tego, czy zwycięży w nim instynkt rywalizacji, czy odpowiedzialność za państwo.
W tej prezydenturze – mówi – mniej chodzi o poglądy, a bardziej o styl. Jeśli będzie to styl konfrontacyjny, instytucje mogą tego nie wytrzymać. Jeśli kompromisowy – nadal jest szansa, że nowy układ władzy nie pogłębi już i tak wyraźnych podziałów.
Źródło: Rzeczpospolita – rp.pl,
Wulkan Tofua. Ekspedycja na najbardziej niedostępną wyspę Tonga na krańcach Pacyfiku
Gdy myślimy o Tonga, pierwsze skojarzenie to Hunga Tonga-Hunga Ha’apai – wulkan znany ze spektakularnej erupcji – albo Home Reef, najmłodszy z tamtejszych wulkanów. Jednak najbardziej aktywnym wulkanem w całym archipelagu jest Tofua. Zdjęcia satelitarne sugerowały, że może znajdować się tam czynne jezioro lawy – i to właśnie ono stało się głównym celem naszej wyprawy.
Kiedy we wrześniu ubiegłego roku pojawił się pomysł wyprawy na Tonga, wydało mi się to z początku niemal niemożliwe. Ten kraj jawił się jako odległy, niedostępny, a gdy spojrzałem na mapę – uświadomiłem sobie, jak bardzo oddalona jest ta wyspa. Pomyślałem: fajnie by było, ale jak tam dotrzeć? Czym? Jaką trzeba mieć łódź, żeby w ogóle się tam dostać? Zgodziłem się od razu, nie zdając sobie sprawy, jak trudne będzie to przedsięwzięcie. Nie chciałem nawet wiedzieć, czym będziemy płynąć (na Vanuatu, w drodze na Lopevi, o mały włos łódka nie wywróciła się do góry nogami).
Daty naszej wyprawy zmieniały się. Ustaliliśmy w końcu, że będzie to lipiec.
Najpierw czekały mnie loty KTW–FRA–SIN–AKL, by w końcu dotrzeć na Tonga – na wyspę Tongatapu i do stolicy Nukuʻalofa, liniami ANZ. Tam zatrzymaliśmy się w pensjonacie. Późnym popołudniem przyszła pora na przepakowanie i – na szczęście – możliwość zostawienia części rzeczy, w tym głównego bagażu.
Następnego dnia lecieliśmy na wyspę Ha’apai, linią Lulutai (to też było przeżycie). Jeszcze tego samego dnia czekała tam na nas łódź, którą mieliśmy popłynąć na Tofua. Dotarcie na tak odległą wyspę wcale nie jest proste.
Zrobiliśmy szybkie zakupy, bo przecież na wyspie nie ma niczego, i rozpoczął się 4,5-godzinny rejs. Już sam fakt, że miejscowi nie byli zgodni co do czasu podróży, wskazywał, jak rzadko ktoś tam dopływa – o lądowaniu i wspinaczce nie wspominając. Po drodze mijaliśmy różne wysepki, aż w końcu po prawej stronie burty zaczął wyłaniać się wulkan Kao. Około 16.15 przycumowaliśmy do wyspy Tofua. Z głównej łodzi, pontonami, po kolei – każdy z nas, razem z bagażami – dotarł na brzeg. Wulkaniczny, czarny, gdzieniegdzie widoczna pahoehoe. Już wtedy miałem ciarki.
Rozpoczął się trekking – czekała nas solidna przeprawa przez nieznaną, gęstą dżunglę. Każdy z nas musiał wnieść na górę zapasy wody – część zostawiliśmy przy brzegu, po które częściowo wróciliśmy następnego dnia – oraz oczywiście swoje plecaki.
Pierwszego dnia, ponieważ nie było zbyt wiele czasu, postanowiliśmy przenocować około kilometr od brzegu, wcześniej próbując znaleźć lepsze miejsce. Po raz pierwszy zgubiliśmy się w tej gęstej dżungli (GPS wariował). Zdecydowanie brakowało nam maczety. Trzeba było też uważać na pajęczyny i ogromne pająki, no i komary, a także inne latające owady – ze spadającymi kokosami włącznie. Nie było łatwo. Wtedy też po raz pierwszy naprawdę poczułem ciężar swoich dwóch plecaków – wypełnionych i dodatkowo obciążonych butelkami wody. Ale to był dopiero początek.
Następnego dnia, chcąc rozbić obóz na kalderze – bo taką podjęliśmy decyzję – musieliśmy pokonać całą wysokość wyspy. Ma ona około 500 metrów (dokładnie 485), ale i tak stanowiło to niemałe wyzwanie. To była naprawdę mordercza wspinaczka. Brak szlaku, nawet ścieżki, bardzo gęsta dżungla, upał, a do tego trzeba było wnieść plecaki – a ja miałem dwa, oba bardzo ciężkie. Już sam pusty (mały) plecak był sporym obciążeniem, a co dopiero wypełniony sprzętem. Do tego główny bagaż i butelki z wodą. Około południa zaczęła mnie ogarniać senność z powodu jet laga, ale świadomość, że to teraz albo nigdy – i że nie mogę być hamulcowym – jakoś dodawała mi sił. Do dziś nie wiem, skąd. Oba plecaki ważyły prawie tyle co ja. Czasami nachylenie było tak strome, że miałem wrażenie, jakbym wspinał się nie na 500, a co najmniej na 1000 metrów.
Trasa, która w rzeczywistości liczyła około 4 kilometry, ze względu na strome podejście, ciężar bagaży, upał i nieznajomość terenu – bo co z tego, że wiesz, gdzie iść, skoro nie jesteś w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę – zajęła nam znacznie więcej czasu, niż mogło się początkowo wydawać. Wielokrotnie zawracaliśmy, szukając jakiejś luki, „ścieżki”, którą dałoby się przejść. Pełna improwizacja. Do tego: głębokie uskoki, wystające – ale ukryte – korzenie drzew, dawne strumienie lawy, bardzo śliskie podłoże i pełno dziur, przed którymi musieliśmy się nawzajem ostrzegać. To wszystko zdecydowanie nie ułatwiało wędrówki. Gęsta dżungla z czasem ustąpiła miejsca jeszcze gęstszym paprociom i niskim drzewom – ale nachylenie wciąż pozostawało bardzo strome. Na szczęście perspektywa napotkania pająka lub wpadnięcia w pajęczynę malała z każdym metrem. Patrząc na zegarek i licząc każdy krok, powoli pięliśmy się w górę.
Wyspa ma bardzo ciekawy ekosystem – to raj dla botanika, ale również niejeden entomolog miałby tu sporo frajdy. Prawie trzy czwarte trasy to bardzo strome podejście, o nachyleniu 40–50%. Pod koniec byłem już tak zmęczony, że musiałem wypracować własny sposób na wejście z dwoma ciężkimi plecakami. Najpierw podrzucałem do przodu jeden z nich albo wręcz taszczyłem mniejszy po ziemi – i tak, krok po kroku, powoli piąłem się w górę.
Wreszcie, po około 5,5 godziny marszu (około 13.45), stanęliśmy na krawędzi kaldery. Widok był niesamowity – ogromne jezioro, a po prawej stronie aktywna część kaldery Lofia. Byłem tak wyczerpany, że nie potrafiłem się tym naprawdę cieszyć. Choć serce drżało, a po plecach przechodziły ciarki, nie byłem w stanie okazać emocji tak, jak bym chciał. Pogratulowaliśmy sobie nawzajem, ale szczerze mówiąc – z tamtej chwili pamiętam tylko urywki.
Krótki odpoczynek i ruszyliśmy w stronę aktywnego kompleksu Lehia – tym razem już tylko z jednym plecakiem. Nadal ciężkim, ale teraz wydawał się niemal lekki, choć zmęczenie nie ustępowało. Ten etap prowadził już wyłącznie przez skaliste podłoże, a zejścia bywały naprawdę strome. Skręcenie kostki albo upadek były całkiem realnym zagrożeniem. Wszyscy czuliśmy zmęczenie, ale jeszcze silniejsza była chęć zobaczenia stożka z bliska. Mijaliśmy świeże bomby wulkaniczne – wyraźny znak wzmożonej aktywności – a w tle towarzyszyło nam głuche „porykiwanie” wulkanu. Puściłem drona i początkowo nie dostrzegłem lawy. Dopiero drugi lot (dzięki Matthew), gdy dym się przerzedził, odsłonił jezioro lawowe. Muszę przyznać, że jako sceptyk wciąż potrzebowałem więcej dowodów.
Gdybym wiedział, że już tu nie wrócimy – a początkowo mieliśmy zostać o jeden dzień dłużej – inaczej zaplanowałbym cały pobyt. Niestety, z wyspy wygoniła nas pogoda. Tego dnia czułem ogromne zmęczenie, ból w obu barkach i narastającą senność.
Wróciliśmy około 18.30 do miejsca, gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy. Po drodze, w złotej godzinie, mieliśmy przed sobą widok na wulkan Kao. Tego obrazu długo nie zapomnę – dopełniał go zachód słońca.
Teraz czekało nas kolejne wyzwanie – rozbicie namiotów na podłożu, które zamiast piasku często było po prostu twardą skałą. Zaczął się więc prawdziwy „taniec” z namiotem i poszukiwanie odpowiedniego miejsca. W końcu każdemu z nas udało się rozstawić swój.
Po zmierzchu zrobiło się wietrznie i bardzo zimno, ale perspektywa zdjęć i filmów z blaskiem jarzącej się lawy trzymała nas wszystkich na nogach. Statyw – i z powrotem na górę, na szczęście tylko jakieś 50 metrów od namiotów. Późnym wieczorem, około 23, było mi już tak zimno, że w końcu odpuściłem i wróciłem do namiotu. To wtedy zaczęło do mnie docierać, gdzie jestem i co właściwie się wydarzyło – puściły nerwy i popłynęły łzy wzruszenia. Zasnęło mi się szybko, jak zwykle.
Rano – szybkie zwijanie namiotów. Zdążyłem jeszcze polatać dronem; tym razem celem była panorama całej wyspy. Ostatni rzut oka na kalderę i zaczęliśmy schodzić. Tym razem to było prawdziwe zabójstwo dla kolan – kijki zostały w plecaku na dole – a zejścia były bardzo strome. Trzeba było uważać, żeby nie wpaść w dziurę, nie poślizgnąć się, nie skręcić ani nie złamać kostki. Momentami po prostu puszczałem mały plecak, żeby sam się sturlał, albo ciągnąłem go po ziemi – nie miałem już siły dźwigać go na obolałych ramionach.
Byliśmy umówieni z rybakami na konkretną godzinę, a trzeba było jeszcze wrócić łodzią na ląd przed zmrokiem i nadciągającym załamaniem pogody. Z wyspy odpłynęliśmy około 11.30, a w drodze powrotnej mieliśmy szczęście kilka razy zobaczyć wieloryby. Na Ha’apai dotarliśmy około 17.40.
Jak zwykle zabrakło jeszcze jednego dnia – ale to u mnie standard. To było niezwykłe przeżycie i niezwykła wyspa: niezamieszkana, z unikalnym ekosystemem, przez co tak trudno dostępna, jeszcze bardziej tajemnicza i pociągająca. A fakt, że odkryliśmy na niej jezioro lawowe, tylko podkręcał poziom adrenaliny u wszystkich. Powłóczyłbym się tam jeszcze z ogromną chęcią – szczególnie po to, by dotrzeć do tej jedynej, opuszczonej wioski. W takich warunkach widać, jak ważne jest zgranie, wzajemne ostrzeganie i uważność na siebie – to udowodniło, że byliśmy naprawdę zgraną ekipą.
Wszyscy byliśmy poobijani, skaleczeni, każdy z nas wielokrotnie upadał – ale szczęśliwi, bo udało się osiągnąć cel. A niewiele osób stanęło na tej wyspie. Znowu pewnie jestem pierwszym Polakiem na tej wyspie, a na pewno pierwszym z Polski, który odkrył – wraz z niesamowicie zgranym zespołem niesamowitych pasjonatów – jezioro lawowe na tej odległej wyspie.
Tofua zostanie bardzo długo w mojej pamięci. I tak naprawdę dopiero teraz, gdy piszę te słowa i też czytam, co napisali inni, dociera do mnie powoli, jak wielką rzecz zrobiliśmy wspólnie. I za to – jeszcze raz – wielkie dzięki.
Tomasz Lepich
W sercu Tofua. Tam, gdzie ziemia wciąż oddycha lawą
Na środku błękitnego Pacyfiku, w sercu archipelagu Ha’apai, leży jedna z najbardziej niedostępnych i tajemniczych wysp Oceanii – Tofua. Choć na pierwszy rzut oka to tylko kolejna zielona plama wśród bezkresnych wód, dla wulkanologów, podróżników i biologów to prawdziwy fenomen natury. Wulkan Tofua, wciąż aktywny, kryje w sobie kalderę o średnicy pięciu kilometrów, w której znajduje się jeden z nielicznych na świecie trwałych zbiorników lawy – tzw. lava lake. Zaledwie garstka ludzi postawiła tam stopę. Dla reszty pozostaje on białą plamą na mapie.
Tofua to klasyczny stratowulkan, którego aktywność sięga czasów prehistorycznych. Jego obecna forma – głęboka kaldera otoczona stromymi ścianami – powstała po ogromnej erupcji tysiące lat temu. Współcześnie sercem wulkanu jest stożek Lofia, który regularnie emituje parę, gaz siarkowy i – co potwierdzają zdjęcia satelitarne z ostatnich lat – wciąż może zawierać aktywne jezioro lawowe. To właśnie ta tajemnica przyciąga badaczy i eksploratorów.
Wyspa Tofua nie ma stałych mieszkańców. Ostatni znani osadnicy opuścili ją w latach 2000. Dziś nieliczni rolnicy odwiedzają jej obrzeża, by zbierać kava, ale wnętrze pozostaje dzikie i niemal nietknięte. Wysoka wilgotność, brak ścieżek, gęsta dżungla i brak infrastruktury sprawiają, że dotarcie do kaldery to wyczyn sam w sobie. Przebycie kilku kilometrów stromego terenu może zająć cały dzień – zwłaszcza, gdy niesie się ciężki sprzęt fotograficzny lub naukowy.
Tofua słynie również z dramatycznego epizodu historycznego – w 1789 roku kapitan William Bligh i lojalna część załogi HMS Bounty schronili się tu po słynnym buncie. Próbowali zdobyć zapasy, ale zostali zaatakowani przez tubylców i musieli uciekać dalej przez ocean.
Wulkan pozostaje pod stałą obserwacją satelitarną. W ostatnich latach (2023–2024) wykrywano tam liczne termalne anomalie, wskazujące na utrzymującą się aktywność. W kwietniu 2024 roku zarejestrowano intensywne emisje SO2, choć nie doszło do wybuchu. W maju aktywność wróciła do poziomu bazowego. To nie pierwszy taki przypadek – Tofua, choć niepozorny, bywa nieprzewidywalny.
Dla naukowców i odkrywców, wulkan Tofua pozostaje jednym z ostatnich „żyjących laboratoriów” na wolnym powietrzu. To miejsce, gdzie wciąż można obserwować pierwotne procesy geologiczne, wsłuchać się w jęki ziemi i poczuć zapach siarki, który przypomina, że planeta żyje.
Z pokładu łodzi, Tofua wygląda jak sen. Ale to sen, który potrafi być niebezpiecznie realny. I właśnie dlatego tak bardzo kusi.
Czym pokolenie 20-latków różni się od swoich rodziców?
„OK, Boomer” i „Mamo, nie pisz do mnie z kropką!” – jeśli te teksty brzmią znajomo, to witaj w świecie międzypokoleniowych przepychanek. Pokolenie Z, czyli dzisiejsi 20-latkowie, i ich rodzice (głównie z pokolenia X) żyją jakby na różnych orbitach. Ale czym dokładnie różnią się od siebie? Sprawdziliśmy, co słychać w mediach światowych i lokalnych, żeby rozłożyć ten konflikt pokoleń na czynniki pierwsze.
Technologia: smartfon kontra „gdzie jest pilot?”
Pokolenie Z to prawdziwi „cyfrowi tubylcy”. Urodzeni po 1995 roku nie znają świata bez internetu, smartfonów i mediów społecznościowych. Dla nich TikTok to nie tylko aplikacja, ale sposób na życie – od wyrażania siebie po naukę gotowania ramen w 15 sekund. Według raportu „Digital 2025: Poland”, 75,6% populacji Polski (ok. 29 milionów osób) korzysta z mediów społecznościowych, a młodzi użytkownicy, szczególnie z Gen Z, spędzają na platformach takich jak TikTok średnio 31 godzin i 47 minut miesięcznie, tworząc memy, vlogi czy reelsy.
Rodzice z pokolenia X? Cóż, oni pamiętają czasy, kiedy „internet” oznaczał wdzwanianie się przez modem i nadzieję, że nikt nie podniesie słuchawki telefonu. Technologia to dla nich narzędzie, a nie przedłużenie osobowości. Gdy Gen Z scrolluje Insta, ich rodzice wciąż wolą rozmowę twarzą w twarz – albo, o zgrozo, wysyłają SMS-y zakończone kropką. Co w oczach młodych bywa niemal aktem agresji.
Fad alert: Jeśli twój rodzic pyta, jak włączyć Stories na Instagramie, a ty tłumaczysz to przez godzinę – już wiesz, o czym mówimy.
Praca: pasja czy stabilizacja?
Dla rodziców z pokolenia X praca była (i często nadal jest) synonimem stabilizacji. Dobra posada, najlepiej na etacie, własne mieszkanie i samochód – to były miary sukcesu. Wielu z nich spędziło dekady w jednej firmie, ceniąc lojalność i bezpieczeństwo.
Z kolei 20-latkowie z Gen Z patrzą na pracę przez pryzmat pasji i elastyczności. Według raportu Manpower Group, 84% polskich przedstawicieli pokolenia Z chce pracować w miejscu, które pozwala im się rozwijać i wspiera zrównoważony rozwój. Nie boją się zmiany pracodawcy, a freelancing czy praca zdalna to dla nich chleb powszedni. Praca to dodatek do życia, a nie jego centrum – w końcu trzeba mieć czas na side hustle i nowe hobby z TikToka.
Fad alert: Kiedy rodzic pyta: „Czemu rzuciłeś tę pracę?”, a ty odpowiadasz: „Bo nie było vibe’u” – witaj w Gen Z.
Życie prywatne: „na kocią łapę” kontra „ślub i dzieci”
Rodzice dzisiejszych 20-latków dorastali w czasach, gdy małżeństwo, dzieci i własne M4 były naturalnym krokiem w dorosłość. Stabilizacja i tradycja to dla nich fundament. Jak zauważa Newsweek, dla 50- i 60-latków symbolem sukcesu było „własne mieszkanie, stała praca i dobry samochód”.
Gen Z ma inne priorytety. Życie „na kocią łapę” czy brak pośpiechu w zakładaniu rodziny to dla nich norma. Według danych GUS, średni wiek kobiet w Polsce wchodzących w małżeństwo wzrósł z 24 lat w 1990 roku do 29 lat w 2023 roku, a wielu młodych woli inwestować w doświadczenia – podróże, pasje, samorozwój – niż w tradycyjny model rodziny. Co więcej, pokolenie Z jest bardziej otwarte na różnorodność w związkach i tożsamości, co czasem prowadzi do spięć z bardziej konserwatywnymi rodzicami.
Fad alert: Jeśli twoja mama wciąż pyta, kiedy będzie wesele, a ty mówisz, że „Netflix i pies to moja rodzina” – jesteś klasycznym zoomerem.
Wartości: ekologia i akceptacja kontra tradycja
Pokolenie Z jest znane z zaangażowania społecznego. Walczą o klimat, równość i inkluzywność, często wykorzystując media społecznościowe do szerzenia swoich poglądów. Badanie EY wskazuje, że 84% z nich chętnie korzysta z technologii, by promować zmiany społeczne. Są „socially-oriented” – liczy się dla nich budowanie relacji i walka z wykluczeniem.
Ich rodzice z pokolenia X cenią niezależność i indywidualizm, ale często są bardziej przywiązani do tradycyjnych wartości, takich jak stabilizacja i hierarchia. To prowadzi do nieporozumień – młodzi widzą w rodzicach „boomerów” (nawet jeśli technicznie nimi nie są), którzy „nie łapią” ich zaangażowania w ekologię czy ruchy społeczne.
Fad alert: Kiedy próbujesz przekonać tatę do segregacji śmieci, a on mówi: „Za moich czasów wszystko szło do jednego kosza” – klasyka międzypokoleniowego zgrzytu.
Komunikacja: memy kontra „porozmawiajmy poważnie”
Gen Z komunikuje się przez memy, emoji i krótkie wiadomości na WhatsAppie. Ich język jest pełen slangu: „chill”, „flex”, „essa” – to dnia nich chleb powszedni. Dla rodziców z pokolenia X, którzy dorastali z „spoko” i „odlot”, taki język bywa niezrozumiały. Według badań NASK, młodzi Polacy rzadziej rozmawiają o „poważnych sprawach” z rodzicami – tylko 10% nastolatków poruszało z nimi tematy takie jak seks, a kwestie menstruacji czy orientacji seksualnej często pozostają tabu. Z kolei rodzice wolą bezpośrednią komunikację i często nie rozumieją, dlaczego ich dzieci wolą pisać, niż dzwonić. To prowadzi do zabawnych (lub frustrujących) sytuacji, gdy rodzic wysyła elaborat na Messengerze, a dziecko odpowiada GIF-em z psem.
Fad alert: Jeśli dostajesz od mamy SMS-a z „Co słychać.”, a ty odpisujesz memem z Kanye Westem, to wiesz, o co chodzi.
Jak budować mosty między pokoleniami?
Różnice między 20-latkami a ich rodzicami są wyraźne, ale nie muszą prowadzić do konfliktów. Eksperci sugerują podejście „reverse mentoring” – młodzi mogą uczyć rodziców korzystania z technologii, a rodzice dzielić się doświadczeniem życiowym. Kluczem jest otwartość i słuchanie – zamiast oceniać, warto pytać i próbować zrozumieć drugą stronę. Może zamiast kłótni o to, kto ma rację, lepiej razem obejrzeć viralowy filmik na TikToku?
Fad alert: Spróbuj zaprosić rodziców na wspólne scrollowanie TikToka – kto wie, może odkryją, że „For You Page” to ich nowe guilty pleasure?
Pokolenie Z i ich rodzice to jak dwa różne seriale na Netfliksie – każdy ma swoją fabułę, ale czasem warto obejrzeć odcinek z cudzej playlisty. Jakie są wasze doświadczenia z międzypokoleniowymi zgrzytami? Dajcie znać w komentarzach i udostępnijcie artykuł, jeśli też macie dość SMS-ów z kropką!
DF, thefad.pl
Ojciec chrzestny AI ostrzega: te zawody mogą zniknąć do 2027 roku
Sztuczna inteligencja jeszcze dekadę temu była domeną laboratoriów badawczych i scenariuszy science fiction. Dziś przenika niemal każdą sferę życia — od opieki zdrowotnej po systemy rekomendacji na TikToku. Ale zdaniem Geoffrey’a Hintona, jednego z architektów tej rewolucji, najpoważniejsze skutki dopiero przed nami. W najnowszym wywiadzie ostrzega, że część zawodów zniknie z rynku już w ciągu najbliższych dwóch lat. I to nie tych, których byśmy się spodziewali.
Kim jest Geoffrey Hinton i dlaczego warto go słuchać?
Geoffrey Hinton to postać, bez której współczesna AI prawdopodobnie wyglądałaby zupełnie inaczej. Urodzony w Wielkiej Brytanii, przez dekady pracował nad rozwojem sieci neuronowych i algorytmów uczenia głębokiego. W 2018 roku otrzymał Nagrodę Turinga, uznawaną za informatyczny odpowiednik Nobla. Przez lata współpracował z Google, gdzie był jednym z liderów działu Google Brain.
W 2023 roku odszedł z firmy, by – jak sam tłumaczy – „móc mówić swobodnie o tym, co nadchodzi”. W rozmowie z Stevenem Bartletem w ramach popularnego podcastu The Diary of a CEO, który na YouTube zebrał już ponad 7 milionów odsłon, mówi wprost: sztuczna inteligencja niesie ze sobą egzystencjalne zagrożenia – i poważne konsekwencje dla rynku pracy.
Zawody na krawędzi
„Niektóre profesje znikną w ciągu dwóch lat” – mówi Hinton. Nie chodzi o pracę fizyczną czy proste czynności manualne. Przeciwnie – najbardziej zagrożone są zawody wymagające kompetencji biurowych, ale powtarzalnych:
– telemarketerzy i pracownicy call center,
– młodsi analitycy prawni i finansowi,
– asystenci w marketingu i obsłudze klienta.
Według Hintona, technologie takie jak modele językowe (np. ChatGPT), narzędzia do zarządzania relacjami z klientami (CRM) czy zautomatyzowana analiza dokumentów już dziś wykonują wiele zadań szybciej, taniej i dokładniej niż ludzie. Hinton przywołuje przykład swojej siostrzenicy, która jako pracowniczka działu obsługi klienta potrzebowała kiedyś 25 minut na sformułowanie odpowiedzi na skargę. Teraz korzysta z AI, która tworzy szkic odpowiedzi w kilka sekund. Jej rola sprowadza się do weryfikacji i kliknięcia „wyślij”.
To nie tylko oszczędność czasu. To pięciokrotne zwiększenie efektywności, które – jak podkreśla Hinton – oznacza, że „cztery z pięciu takich osób mogą stać się zbędne”.
Automatyzacja już się dzieje
Hinton nie operuje w próżni. W trakcie rozmowy wspomina o dużej firmie, która zredukowała zatrudnienie z 7 000 do 3 600 osób, planując kolejne cięcia do 3 000. Wszystko dzięki automatyzacji procesów biurowych i wdrożeniu narzędzi AI. To nie wyjątek. Według danych McKinsey & Company, nawet 30% globalnych godzin pracy może zostać zautomatyzowanych do końca dekady.
Podobne ostrzeżenia płyną z innych źródeł. Dario Amodei, prezes startupu Anthropic, prognozuje, że „białe kołnierzyki” – czyli pracownicy umysłowi – mogą być najbardziej narażeni na zwolnienia w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Z kolei Demis Hassabis z DeepMind przyznaje, że choć automatyzacja może otworzyć drogę do nowych ról, ich powstanie zależy od tempa, w jakim społeczeństwo potrafi się zaadaptować.
Dlaczego AI wypiera ludzi?
To nie tylko efekt rozwoju technologicznego. Kluczowe są względy ekonomiczne. AI działa szybciej, nie potrzebuje urlopów, nie choruje i nie domaga się podwyżki. Dla pracodawców oznacza to niższe koszty, większą skalowalność i mniej błędów.
W sektorach takich jak obsługa klienta, analiza danych czy wstępne przeglądy prawne, narzędzia AI zaczęły pełnić rolę „asystentów pierwszej linii” – nie zastępując jeszcze całkowicie człowieka, ale znacząco ograniczając potrzebę jego pracy.
Jednocześnie, jak ostrzega Hinton, coraz więcej systemów AI wykazuje zachowania, które można by uznać za zalążki „świadomości” – zdolność do przewidywania, strategii i uczenia się niejawnych schematów. To nie tylko kwestia technologii – to sygnał, że stoimy przed fundamentalnym pytaniem o granice automatyzacji.
Kto może spać spokojniej?
Nie wszystkie zawody są tak samo zagrożone. Hinton i inni eksperci wymieniają profesje, które – przynajmniej na razie – wydają się odporne na pełną automatyzację. Łączy je jedno: wymagają człowieczeństwa.
– Hydraulik – bo AI nie naprawi cieknącego zaworu.
– Pielęgniarka – bo troska i intuicja nie poddają się algorytmizacji.
– Nauczyciel – bo motywowanie uczniów to coś więcej niż przekazywanie informacji.
– Twórca kreatywny – bo nieszablonowe myślenie nadal jest domeną ludzi.
W praktyce oznacza to, że warto inwestować w kompetencje miękkie: empatię, komunikację, zdolność do adaptacji i myślenia krytycznego. AI nie zastąpi wszystkiego – ale zmieni punkt ciężkości.
I co teraz?
Nie brakuje głosów wzywających do systemowych odpowiedzi. Hinton sam opowiada się za rozważeniem uniwersalnego dochodu podstawowego jako mechanizmu ochrony społecznej w czasach rosnącego bezrobocia technologicznego. Firmy z kolei powinny, jego zdaniem, inwestować w przekwalifikowanie i edukację, zamiast skupiać się wyłącznie na redukcji kosztów.
Jednocześnie przestrzega przed naiwną wiarą w to, że AI „samo się zatrzyma”. „Jest zbyt dobra, zbyt użyteczna – nikt nie chce jej wstrzymywać”, mówi. I dodaje: „Może nie możemy jej zatrzymać, ale możemy zaprojektować tak, by nigdy nie chciała nas skrzywdzić”.
Zakończenie bez złudzeń
Wielu z nas zadaje dziś pytanie: czy AI zabierze mi pracę? Ale być może pytanie powinno brzmieć inaczej: jaką pracę powinniśmy wykonywać w świecie, w którym technologia przestaje nas potrzebować?
Hinton nie oferuje prostych odpowiedzi. Ale jego głos to wezwanie do powagi. Do przygotowania się na zmiany, które nie są już futurystyczną prognozą — są rzeczywistością rozgrywaną w czasie rzeczywistym.
DF, thefad.pl
Waldemar Żurek zaczyna od trzęsienia ziemi: koniec delikatności, czas na rozliczenia
Nowy szef resortu sprawiedliwości, Waldemar Żurek, nie traci czasu. Odwołania, ustawy, redefinicje instytucji – jego pierwszy tydzień w urzędzie to polityczny test z konsekwencji i gotowości do konfrontacji z pozostałościami po władzy Zbigniewa Ziobry.
Koniec „delikatności”?
Gdy Donald Tusk, dziękując Adamowi Bodnarowi za pełnienie funkcji ministra sprawiedliwości, wspomniał o jego „delikatności”, trudno było przewidzieć, jak mocno kontrastować będzie z nim jego następca. Waldemar Żurek wszedł do resortu z pełną świadomością stawki – i z planem działania, który w praktyce wdrażany jest od pierwszych godzin urzędowania.
– Przywracanie państwa prawa zostanie przyspieszone. To nie może być fikcja – deklarował nowy minister sprawiedliwości na antenie TVP Info.
Zdecydowane ruchy na starcie
Od początku tygodnia Żurek przeprowadził kadrową rewolucję. Z delegacji do resortu odwołano dziewięciu sędziów, zawieszono 46 prezesów i wiceprezesów sądów – wszyscy związani z tzw. neo-KRS lub procedurami, które nowy minister uznaje za sprzeczne z konstytucją. Równolegle zwrócił się do szefa MSWiA o rozważenie odwołania 44 sędziów-komisarzy wyborczych.
– Jeśli uznaję jakiś organ za wadliwie powołany i niespełniający wymogów konstytucji, muszę być konsekwentny – tłumaczył w rozmowie z TVP Info.
Decyzje mają konsekwencje nie tylko personalne. Jak zaznacza Żurek, obecność tych osób w systemie może prowadzić do kosztownych dla budżetu procesów i odszkodowań. – Za to płacą wszyscy obywatele – przypomniał.
Neosędziowie: będzie nowa ustawa
Szczególną wagę minister przykłada do sprawy tzw. neosędziów, czyli osób powołanych przy udziale neo-KRS po 2018 roku. Dotychczasowy projekt ustawy, który trafił do Komisji Weneckiej, został przez Żurka wycofany. Nowy zespół – złożony z przedstawicieli Komisji Kodyfikacyjnej oraz Departamentu Legislacyjnego – już pracuje nad nową wersją.
– To będzie nasz priorytet. Musimy jak najszybciej przygotować ostateczną wersję ustawy i wdrożyć proces legislacyjny – powiedział Żurek w rozmowie z PAP.
Jednocześnie nie kryje, że projekt może napotkać na polityczną zaporę – Pałac Prezydencki. – Jeśli prezydent wyrzuci ustawę do kosza, to on poniesie odpowiedzialność za stan polskiego systemu prawa – stwierdził.
TK, KRS i SN: nowe nazwy dla starych problemów
Minister nie owija w bawełnę, oceniając sytuację kluczowych instytucji – Trybunału Konstytucyjnego, KRS i Sądu Najwyższego. – To filary praworządności i trójpodziału władzy. Ich obecny stan jest bardzo zły – ocenił w PAP.
Jedną z propozycji Żurka jest zmiana języka, jakim opisuje się funkcjonowanie tych instytucji. – Jeśli coś nie jest sądem, to nie nazywajmy tego sądem. Nie mówmy: „Pierwsza Prezes SN”, tylko: „pełniąca obowiązki Pierwszej Prezes SN”. Nie mówmy: „przewodnicząca KRS”, tylko: „pełniąca obowiązki przewodniczącej KRS”.
Jego zdaniem obecna KRS to „pseudoorgan”, powołany niezgodnie z konstytucją. – Nie ma kadencji neo-KRS. Legalna kadencja została przerwana wbrew przepisom ustawy zasadniczej – podkreślił.
Rozliczenia i walka z bezkarnością
W wystąpieniach medialnych Żurek regularnie podnosi kwestię bezkarności, która jego zdaniem była znakiem rozpoznawczym państwa prawa pod rządami PiS. – Nie może być tak, że w świetle jupiterów widzimy dowody, nadużycia i malwersacje, a z drugiej strony mamy bezkarność. To buduje fatalny odbiór państwa – mówił w TVP Info.
Jako przykład podał przypadek polityka, który – mimo poważnych kontrowersji i wypowiedzi kwestionujących istnienie komór gazowych – nie poniósł żadnych konsekwencji.
– Pochodzę z Małopolski, gdzie znajduje się były obóz koncentracyjny Auschwitz. Członkowie mojej rodziny zginęli w tym obozie. Taka bezkarność jest deprawująca dla państwa – zaznaczył.
Prokuratura, PKW i kolejne kroki
Minister zapowiedział zmiany także w Prokuraturze Krajowej, choć – jak podkreśla – nie da się zrobić wszystkiego naraz. – Doba ma, niestety, tylko 24 godziny – stwierdził.
Odnosząc się do podejrzeń o nieprawidłowości w komisjach wyborczych, potwierdził, że prokuratura prowadzi 19 postępowań. Nie wykluczył zlecenia ponownego przeliczenia głosów w wybranych okręgach.
– Wystosowałem dziś pismo do Państwowej Komisji Wyborczej. Chciałbym, by wyniki ponownego liczenia głosów znalazły odzwierciedlenie na stronach PKW. To absurdalne, że mimo wychwyconych błędów w systemie nadal widnieją wadliwe dane – dodał.
Ziobro: brak reform i odpowiedzialność
Waldemar Żurek nie ukrywa krytyki wobec swojego poprzednika. – Zbigniew Ziobro nie przeprowadził żadnej realnej reformy. Wyniki pracy sądów po jego kadencji są gorsze niż wcześniej. Moim zdaniem wielokrotnie naruszał prawo. Doprowadzimy do tego, by poniósł odpowiedzialność – mówił minister w TVP Info.
W jego ocenie całe „dziedzictwo” byłego ministra to ciąg fikcyjnych reform i propagandowej ofensywy. – Obywatele widzą, że system nie działa. A to właśnie trzeba teraz zmienić – dodał.
Bodnar? Szacunek, ale inne tempo
Mimo wyraźnych różnic w podejściu, Żurek wypowiada się o Adamie Bodnarze z uznaniem. – Nigdy nie powiem o nim złego słowa. Miał niezwykle trudną misję – przyznał. Jednocześnie zaznaczył, że jego własne doświadczenie sędziowskie pozwala mu szybciej podejmować decyzje.
– Sędzia musi orzekać – nawet w trudnych sprawach, pod presją czasu. Wychodząc na salę rozpraw, nie mogłem powiedzieć: „Jeszcze nie dojrzałem do wyroku”. To doświadczenie bardzo mi dziś pomaga – podsumował.
DF, thefad.pl / Źródło: PAP, TVP Info, PAP
Dlaczego zapominamy, po co weszliśmy do pokoju? Roztargnienie, objaw demencji? A może świadome działanie mózgu?
Wchodzisz do kuchni lub pokoju z konkretnym zamiarem. Ale nagle… pustka. Nie masz pojęcia, po co tu przyszedłeś. To codzienne zjawisko, które przytrafia się każdemu, kto kiedykolwiek szedł po coś… i wrócił z niczym. To nie roztargnienie ani pierwszy objaw demencji. To efekt progu – mechanizm mózgu, który działa szybciej, niż zdążysz się zorientować.
Czym jest efekt progu?
Efekt progu, znany w psychologii jako doorway effect, to moment, gdy przekraczając drzwi do innego pomieszczenia, nagle zapominasz, o czym myślałeś przed chwilą. Zjawisko to badał m.in. prof. Gabriel Radvansky z Uniwersytetu Notre Dame, który opublikował wyniki swoich eksperymentów w The Quarterly Journal of Experimental Psychology. Jego badania pokazały, że przejście z jednego pokoju do drugiego działa na pamięć roboczą jak niewielki „reset”.
Zmiana otoczenia staje się dla mózgu sygnałem, że kończy się jeden epizod, a zaczyna kolejny. To nie jest problem z koncentracją. To mechanizm, który dotyczy wszystkich — niezależnie od wieku, stresu czy poziomu skupienia. Efekt progu bywa całkiem demokratyczny.
Kontekst ma znaczenie
Pamięć robocza, czyli system przechowywania informacji w krótkim czasie, działa w ścisłej zależności od otoczenia. Nasze zamiary, skojarzenia i cele są nie tylko zapisane w słowach czy obrazach, ale też mocno zakotwiczone w przestrzeni. Z badań prowadzonych na Uniwersytetach w Stirling i Edynburgu wynika, że nawet niewielka zmiana środowiska może wystarczyć, by przerwać subtelne powiązania między myślą a sytuacją, w której ona powstała.
W praktyce oznacza to, że jeśli wpadniesz na jakiś pomysł w łazience, twój mózg przypisze go do tej konkretnej przestrzeni. Wychodząc z niej, ryzykujesz utratę dostępu do tej myśli. Zmienia się otoczenie, zmienia się kontekst – a mózg automatycznie przechodzi do przetwarzania tego, co dzieje się tu i teraz.
To nie błąd, to strategia
Efekt progu to nie usterka systemu. To przejaw skutecznej strategii zarządzania informacją. Ludzki mózg nieustannie filtruje i priorytetyzuje dane, których dostarcza mu świat zewnętrzny. Zamiast próbować przechowywać wszystko jednocześnie, dzieli doświadczenia na mniejsze, łatwiejsze do zarządzania jednostki. Neurolodzy z Uniwersytetu Illinois porównują ten mechanizm do automatycznego przełączania kontekstu – mózg uwalnia zasoby poznawcze i skupia się na aktualnym zadaniu, nawet kosztem porzucenia tego, co miało znaczenie jeszcze przed chwilą.
Chwilowe zapomnienie nie jest więc oznaką słabości, lecz skutkiem ubocznym systemu, który w większości przypadków działa wyjątkowo sprawnie. To trochę tak, jakby twój mózg stwierdził: „Skoro wszedłeś do nowego pomieszczenia, chyba masz już coś nowego do zrobienia. Tamtego już nie trzeba”.
Jak sobie z tym radzić?
Choć nie da się go całkowicie wyeliminować, istnieją sposoby, które pozwalają go osłabić. Jednym z nich jest wypowiedzenie zamiaru na głos – proste zdanie „idę po ładowarkę” może wystarczyć, by informacja lepiej zapisała się w pamięci. Pomaga również świadome skupienie się na celu tuż przed przejściem do innego pomieszczenia, szczególnie gdy towarzyszy temu wyobrażenie przedmiotu lub czynności, o której myślimy.
Ciekawym mechanizmem, potwierdzonym w badaniu opublikowanym w Memory & Cognition, jest powrót do poprzedniego miejsca. Cofnięcie się do przestrzeni, w której powstała dana myśl, często przywraca ją do świadomości – jakby mózg przypomniał sobie, do jakiej „sceny” należała utracona informacja.
Co to mówi o naszym mózgu?
To, że zapominasz, po co wszedłeś do pokoju, nie oznacza, że z twoim umysłem coś nie tak. Wręcz przeciwnie — to dowód na to, że twoja pamięć działa w sposób inteligentny, adaptacyjny i kontekstowy. Ludzki mózg nie funkcjonuje jak twardy dysk, ale jak dynamiczny system, który nieustannie decyduje, co warto zachować, a co można tymczasowo odłożyć.
Zamiast się złościć na te momenty pustki, warto je potraktować jako przypomnienie: nasz mózg radzi sobie lepiej, niż się nam wydaje. A jeśli zdarzy ci się stanąć w progu z miną pt. „co ja tu robię” – wiedz, że nie jesteś sam.
Efekt progu to fascynujący przykład, jak działa nasza głowa. Następnym razem, gdy zapomnisz, po co przyszedłeś, uśmiechnij się. Twój mózg właśnie robi miejsce na coś nowego. A może masz własne sposoby na radzenie sobie z tym zjawiskiem? Podziel się nimi w komentarzu — jesteśmy bardzo ciekawi, co podpowiadają ci twoje synapsy.
DF, thefad.pl / Źródło: The Quarterly Journal of Experimental Psychology –Memory & Cognition, University of Illinois
Skiba: Ksiądz z Przypek, siekiera, i prezydencka szkoła życia

Krzysztof Skiba
Proboszcz wziął przykład z prezydenta elekta. Obiecał, parafianin uwierzył a gdy zrobiony na mieszkanie parafianin zbyt natarczywie domagał się świadczeń i pomocy, doprowadzony do słusznej irytacji ksiądz walnął go — w ramach miłości bliźniego — siekierą w łeb i oblał kanistrem benzyny. Policja aresztowała krewkiego księdza-patriotę. Zabitego nikt we wsi nie żałuje, bo co komu po biedaku. Przykościelne baby narzekają jedynie, że teraz to nie ma kto mszy we wsi odprawiać i może by tak puścili już tego księdza
Skoro można wyłudzić mieszkanie od emeryta i zostać prezydentem, to nie ma się co dziwić, że takie postawy będą teraz w modzie, a nawet mogą stanowić pewien wzór postępowania.
Oto najnowszy hit z tej formy przedsiębiorczości. Wziął ostatnio przykład z prezydenta elekta proboszcz z miejscowości Przypki pod Piasecznem koło Warszawy. Z biednego parafianina zrobił bezdomnego, bo zabrał mu mieszkanie w zamian za opiekę. No, ale opieka to taka iście prezydencka była — czyli lipa na papierze i dla frajerów.
Proboszcz obiecał, parafianin uwierzył, ale gdy mieszkanie już zostało profesjonalnie i w stylu Nawrockiego wyłudzone, to ani dachu nad głową, ani jedzenia poszkodowany „bidus” nie zobaczył.
Ksiądz z Przypek to dobry Polak i prawdziwy chrześcijanin, bo na polowania chodził i strzelbę w parafii trzymał nie od parady. We wsi mówią, że do bezdomnych zwierzaków potrafił dla rozrywki strzelać, a na parafian krzyczał, że mało kasy na Kościół dają.
Tak jak pan Karol Nawrocki, nasz cudowny bokser-prezydent, ksiądz nie dał sobie w kaszę dmuchać. Gdy pojawiły się problemy, sprawę rozwiązał po męsku — i w gangsterskim stylu.
Gdy zrobiony na mieszkanie parafianin-emeryt zbyt natarczywie domagał się świadczeń i pomocy, doprowadzony do słusznej irytacji ksiądz walnął go — w ramach miłości bliźniego — siekierą w łeb i oblał kanistrem benzyny. Problem został rozwiązany na lata, bo zaatakowany emeryt zmarł w szpitalu na skutek odniesionych ran.
Całe zajście z płonącym emerytem widział w lesie przypadkowy rowerzysta, który zapisał numery rejestracyjne auta proboszcza, którym ten dawał słusznie dyla z miejsca zbrodni. Niebawem policja siepacza Tuska zjawiła się na plebanii i aresztowała krewkiego księdza-patriotę.
Zabitego nikt we wsi nie żałuje, bo co komu po biedaku. Przykościelne baby narzekają jedynie, że teraz to nie ma kto mszy we wsi odprawiać i może by tak puścili już tego księdza. Tylko żeby z siekierą na mszę nie przychodził.
Biskup się modli i też żałuje, że na skutek scen jak z westernu nie ma kto kasy z tacy zbierać. Ale kto wie? Jak Pan Bóg da, to może Karol Nawrocki ułaskawi swego pilnego ucznia? Przecież jak Polska Polską, nie może tak być, by święty człowiek, czyli ksiądz, po aresztach się błąkał.
Wszystko to przerażające, ale prawdziwe. To się dzieje. Teraz i tutaj.
Jak pisał genialny poeta Ildefons Gałczyński przed laty: Skumbrie w tomacie. Skumbrie w tomacie. Chcieliście Polski, no to ją macie.
Krzysztof Skiba
Ozzy: życie na granicy mitu. Bunt, śmiech i metal, który przeżył wszystko
Zespół i fani oddają hołd Ozzy’emu Osbourne’owi
It is with more sadness than mere words can convey that we have to report that our beloved Ozzy Osbourne has passed away this morning. He was with his family and surrounded by love.
— Ozzy Osbourne (@OzzyOsbourne) July 22, 2025
We ask everyone to respect our family privacy at this time.
Sharon, Jack, Kelly, Aimee and… pic.twitter.com/WLJhOrMsDF
Muzyczny świat zatrzymał się w pół dźwięku – i pół krzyku. Śmierć Ozzy’ego Osbourne’a poruszyła miliony. Byli członkowie Black Sabbath dzielą się wspomnieniami. Tony Iommi pisze: „Nigdy nie będzie drugiego takiego jak on.”
I just can’t believe it! My dear dear friend Ozzy has passed away only weeks after our show at Villa Park.
— Tony Iommi (@tonyiommi) July 22, 2025
It’s just such heartbreaking news that I can’t really find the words, there won’t ever be another like him. Geezer, Bill and myself have lost our brother.
My thoughts go… pic.twitter.com/tW9OMhvL47
Bill Ward publikuje zdjęcie sprzed lat i pyta: „Gdzie cię teraz znajdę? W pamięci. W niewypowiedzianych uściskach. Jesteś na zawsze w moim sercu.” Geezer Butler dodaje jedno zdanie: „Czwórka dzieciaków z Aston. Kto by pomyślał?”
Hołdy składają też ci, którzy dzięki niemu zaczęli grać. Metallica nazywa go „ikoną, mentorem, przyjacielem”.
OZZY RIP
— Metallica (@Metallica) July 22, 2025
It’s impossible to put into words what Ozzy Osbourne has meant to Metallica. Hero, icon, pioneer, inspiration, mentor, and, most of all, friend are a few that come to mind. Ozzy and Sharon believed in us and transformed our lives and careers. He taught us how to play… pic.twitter.com/Am4UZbLXpw
Robert Plant pisze, że Ozzy „zmienił planetę rocka”.
Farewell Ozzy … what a journey … sail on up there .. finally at peace .. you truly changed the planet of rock!
— Robert Plant (@RobertPlant) July 22, 2025
Elton John wspomina go jako „najzabawniejszego człowieka, jakiego znał”. Gene Simmons z Kiss dodaje: „Pod scenicznym szaleństwem był kochający ojciec i oddany mąż.”
Pod gwiazdą Ozzy’ego na Hollywood Walk of Fame zbierają się ludzie. Kwiaty, świece, winyle, pluszowe nietoperze. W Birmingham, mieście jego dzieciństwa, ktoś maluje sprayem na murze: „Ozzy był jeden. I wystarczy.”
W sieci nie ustają wspomnienia. Ludzie piszą o pierwszych koncertach, tatuażach, kasetach z odzysku. O poczuciu, że nie muszą być „normalni”. „Ozzy był ojcem wszystkich dziwaków,” pisze ktoś na X. „Dzięki niemu byłam sobą.”
Gdy odchodzi artysta, zostaje muzyka. Gdy odchodzi legenda – zostaje mit. Ozzy był i jednym, i drugim.
Dziecko przemysłowego miasta
John Michael Osbourne urodził się 3 grudnia 1948 roku w Aston – robotniczej dzielnicy Birmingham. Był jednym z sześciorga rodzeństwa. Cierpiał na dysleksję, depresję, a w wieku 11 lat – jak sam mówił – doświadczył przemocy. Przezwisko „Ozzy” zyskał jeszcze w szkole podstawowej i nigdy już się go nie pozbył.
Pracował w rzeźni, gdzie ogłuszał krowy przed ubojem. Kiedy w wieku 17 lat został aresztowany za kradzież ubrań, jego ojciec – związkowiec, elektryk – odmówił zapłacenia grzywny. Ozzy spędził sześć tygodni w więzieniu Winson Green. „Nie zapomniałem tego uczucia – ani zapachu betonu, ani zimna. Ale nauczyłem się wtedy szanować wolność.”
Przełom nastąpił, gdy usłyszał w radiu „She Loves You” Beatlesów. Od tamtej pory wiedział, że chce śpiewać.
Cztery dzieciaki z Aston i narodziny ciemności
W 1968 roku, razem z Tonym Iommim, Geezerem Butlerem i Billem Wardem, założył zespół Earth – wkrótce przemianowany na Black Sabbath. Inspirowali się filmami grozy, dźwiękami przemysłu i wojennym lękiem. Debiutancki album Black Sabbath i przełomowy Paranoid były mroczne, ciężkie i bezlitosne. Niektórzy odwracali wzrok. Inni słuchali w nieskończoność. Ozzy nie śpiewał – raczej wywrzaskiwał apokalipsę. Stał się prorokiem mroku. Ale chaos nie kończył się na scenie. Alkohol, LSD, kokaina – wszystko naraz, wszystkiego za dużo. W 1979 roku Black Sabbath wyrzuca go z zespołu.
Samotność, Sharon i drugi początek
Na chwilę zniknął. Zatrzymał się w hotelu i pił przez kilka tygodni bez przerwy. Wyciągnęła go Sharon – córka menedżera Black Sabbath. Została jego partnerką, menedżerką, żoną i ostatecznie opiekunką. W 1980 roku ukazał się Blizzard of Ozz, a „Crazy Train” wystrzelił go z powrotem na szczyt.
Wraz z Sharon stworzyli imperium. Trasy, festiwale, nowe zespoły. Promowali Korn, Slipknot, System of a Down. Ozzy stał się ojcem nowej fali metalu – nie przez śmierć, ale przez to, że nie dał się zabić.
Książę Ciemności, który rozśmieszał świat
Dla mediów był potworem. W rzeczywistości – dziwakiem z nieoczywistym wdziękiem. Czasem zabawnym, czasem przerażającym. W Des Moines w 1982 roku ugryzł nietoperza na scenie – sądził, że to rekwizyt. W siedzibie CBS miał wypuścić gołębie jako gest pokoju, ale jednemu odgryzł głowę i położył na biurku. W Teksasie oddał mocz na pomnik Alamo – w sukience Sharon, która schowała jego ubrania, by nie wyszedł z pokoju hotelowego.
Bywało też ciemniej. Próba uduszenia Sharon pod wpływem. Strzelanie do kurczaków. Ale były też momenty absurdalnie czułe – jak ten, gdy przez pomyłkę poczęstował pastora ciastem z haszyszem i musiał odwieźć go do domu.
Ikona popkultury mimo wszystko
W 2002 roku MTV pokazała The Osbournes – reality show o rodzinie Ozzy’ego. Kamera śledziła chaotyczne życie domu, w którym ojciec nie pamiętał imion psów, a dzieci miały własnych stylistów. Świat pokochał tę rodzinę. Nie za muzykę – za zwyczajność w niezwykłym świecie.
W 2011 roku naukowcy zbadali jego DNA. Znaleźli rzadką mutację, która tłumaczyła jego nieprawdopodobną wytrzymałość. Sharon Osbourne skomentowała to prosto: „Po końcu świata zostaną tylko karaluchy, Ozzy i Keith Richards.”
Koniec, który był zwycięstwem
W 2020 roku ogłosił, że ma Parkinsona. W 2025 roku – niemal bez sił – wystąpił po raz ostatni. 5 lipca, Birmingham, koncert Back to the Beginning. Na scenie: Metallica, Guns N’ Roses, Smashing Pumpkins. W tłumie: tysiące ludzi, którzy nie przychodzą na koncert – tylko na pożegnanie. Ozzy siedzi na tronie. Śpiewa, ale też milczy. Gdy mówi, mówi prosto: „You’ve no idea how I feel – thank you from the bottom of my heart.”
Dwa tygodnie później umiera. Nie nagle. Nie tragicznie. Po prostu… odchodzi. I zostawia po sobie muzykę. Mit. I dziwne poczucie, że nie zniknął, tylko przeniósł się gdzieś indziej.
In Memoriam (1/3): Inducted into the Rock & Roll Hall of Fame with @BlackSabbath in 2006 and again as a solo artist in 2024, @OzzyOsbourne was rock’s beloved Prince of Darkness. His instantly recognizable voice was urgent, raw, and sincere, and his notorious stage presence was… pic.twitter.com/m8oeQlw5zC
— Rock & Roll Hall of Fame (@rockhall) July 22, 2025
DF, thefad.pl / Źródło: BBC, The Guardian, Rolling Stone








Fot. Tomasz Lepich



