Szukaj w serwisie

×

Tusk do Nawrockiego: „Nie jesteśmy tu dla debaty.” Starcie na szczycie podczas Rady Gabinetowej

W środę 27 sierpnia, tuż po godzinie 9:00, w Pałacu Prezydenckim odbyło się pierwsze w kadencji prezydenta Karola Nawrockiego posiedzenie Rady Gabinetowej. Spotkanie z udziałem premiera Donalda Tuska i członków rządu miało być konsultacją „w sprawach szczególnej wagi”, jak stanowi konstytucja. Szybko jednak przybrało formę politycznego starcia: z jednej strony pytania i alarmujące diagnozy, z drugiej — dane, wykresy i deklaracje kontynuacji.

Konstytucja i kompetencje. Tusk: „Nie jesteśmy tu dla debaty”

Premier Donald Tusk już na otwarciu przypomniał, że Rada Gabinetowa to konstytucyjny instrument, ale bez funkcji decyzyjnej. „Z całą pewnością nie jest to klub dyskusyjny, tylko są to obrady Rady Ministrów prowadzone przez pana prezydenta w sprawach szczególnej wagi” – powiedział. Dodał, że rząd jest gotów dostarczać informacji i wyjaśnień, ale nie oddaje prezydentowi roli recenzenta działań władzy wykonawczej.

Prezydent Nawrocki z kolei apelował o „usystematyzowanie współpracy” i zaproponował stworzenie wspólnej „mapy drogowej” między rządem a Pałacem Prezydenckim. Wskazał na rosnący deficyt (ok. 150 mld zł) oraz problemy z wpływami z VAT, CIT i akcyzy jako „sygnały alarmowe”.

Twarde dane kontra wątpliwości. Premier: „My robimy, nie gadamy”

Tusk nie tylko bronił rządowej polityki, ale też nadał obradom wymiar prezentacji działań: „Inwestycje, za które odpowiada minister infrastruktury, w ciągu dwóch lat wzrosły o 100 proc. W przyszłym roku wydamy na kolej, lotniska i drogi blisko 100 mld złotych. My robimy, nie gadamy”.

Premier wskazał na kluczowe wskaźniki gospodarcze:

  • inflacja: 3,1%,
  • wzrost PKB: ok. 3,8%,
  • rekordowo niskie bezrobocie.

Odnosząc się do deficytu, podkreślił, że budżet państwa pozostaje pod kontrolą: „Podjęliśmy decyzję — i jej nie zmienimy — żeby docierając, ale nie przekraczając granicy ryzyka, nie tylko utrzymać, ale radykalnie zwiększyć ambitne projekty Polski”.

CPK, energia, wołowina — spór o priorytety

Wśród tematów posiedzenia znalazły się Centralny Port Komunikacyjny, energetyka jądrowa i ochrona rolnictwa. Tusk przyznał, że niektóre projekty infrastrukturalne mogły być niedostatecznie komunikowane, ale zapewnił, że są kontynuowane.

Gdy poruszył temat rozwoju energetyki wiatrowej, prezydent przerwał mu: „Nie po to was zaprosiłem”. W sali zapanowała chwilowa cisza, ale premier, nie tracąc rezonu, podkreślił: „I tak będziemy radykalnie zwiększać moc wiatraków na lądzie – to dziś najtańsze i najszybsze źródło energii”.

W kwestii rolnictwa Nawrocki zapowiedział zdecydowane działania na forum Rady UE, by zablokować napływ taniego drobiu i wołowiny w ramach umowy Mercosur oraz ograniczyć import zbóż z Ukrainy, który zagraża polskim rolnikom. Tusk odpowiedział, że rząd pracuje nad mechanizmem korekcyjnym, który ochroni unijne rynki przed destabilizacją.

Rola Rady Gabinetowej w realiach polityki

Choć Rada Gabinetowa nie ma mocy decyzyjnej, jej przebieg ujawnił istotną dynamikę: w relacji prezydent–rząd wciąż nie ma pełnego zaufania, a polityczne napięcia przenikają także spotkania formalne. Prezydent próbował narzucić agendę – rząd odpowiadał faktami i precyzyjnym przekazem. Tusk momentami był konfrontacyjny, ale merytoryczny. Nawrocki – bardziej ogólnikowy i pełen rezerwy.

Nie padły deklaracje zmiany polityki, ale ton rozmowy jasno pokazał: kohabitacja będzie trudna, a instytucjonalny dialog — jeśli w ogóle możliwy — będzie wymagał więcej niż wzajemnych grzeczności.

DF, thefad.pl / Źródło: PAP, Onet, gazeta.pl

 


Krzysztof Skiba: Pod ruski but

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Sami pchamy się pod ruski but. Tęsknimy, widać, do rządów Moskwy. Polakom znudziła się już demokracja, dobrobyt i wakacje w Chorwacji. Na topie jest teraz głupie, absurdalne i samobójcze opluwanie wszystkiego, co ukraińskie. Ruska propaganda i ruscy trolle, a także tacy wybitni ściemniacze jak sprzedawca piwa Sławek Hulajnoga czy Grzegorz Gaśnica Braun zrobili wam wszystkim niezły kisiel w mózgu. Jeśli Ukraina przegra tę wojnę, to my przegramy zaraz po nich.

Sami pchamy się pod ruski but. Tęsknimy, widać, do rządów Moskwy, od których ponad trzydzieści lat temu uwolnił nas Wałęsa na spółkę z Reaganem.

Polakom znudziła się już demokracja, dobrobyt i wakacje w Chorwacji. Ponownie marzymy o tym, by zamienić Polskę w ruski kołchoz, krainę biedy i zacofania oraz zachodnią prowincję imperium Stalina.

To nie jakieś fantazje, a realna ocena tego, co się OBECNIE DZIEJE. Nastroje antyukraińskie, a wręcz moda na atakowanie Ukrainy, przybliża nas każdego dnia do paszczy i sowieckiego gnoju oferowanego przez Putina.

Żeby wygrać wojnę albo chociaż w warcaby, należy zrobić dobre rozpoznanie. Kto przyjaciel, a kto wróg. Jedyny kraj, który czynnie walczy z Putinem, czyli Ukraina, która od trzech lat stawia skuteczny opór i krwawi, przestała się Polakom podobać. Na topie jest teraz głupie, absurdalne i samobójcze opluwanie wszystkiego, co ukraińskie.

Koncert białoruskiego rapera Maxa Korża, na który przyjechali Białorusini, Gruzini i Ukraińcy z całej Europy, stał się detonatorem nastrojów antyukraińskich. Bo co? Bo kilka dziewczyn przeskoczyło przez barierki? Bo kilka tysięcy osób biegało pod sceną gołych do pasa? Bo na 70 tysięcy widzów jeden koleś przyniósł flagę UPA?

To nazywacie zadymą? Serio? W tym samym czasie kibice Lecha Poznań zupełnie bez powodu wybijali szyby i bili przechodniów w Belgradzie. To była prawdziwa chuligańska zadyma. Ale o tym cisza. Nikt się nie przejął. Bo to nasi. A naszym wolno.

Przeszkadza wam facet z flagą UPA na koncercie, a nie przeszkadza wam kumpel prezydenta Nawrockiego z tatuażami Hitlera? Zrozumcie, że UPA to dla wielu (nie dla wszystkich) Ukraińców jest czymś takim jak nasza Armia Krajowa dla Polaków. To jest ich partyzantka narodowa z czasów wojny. Tak, to straszni sprawcy mordów na Wołyniu. To dla nas zbrodniarze. I tu nie ma co dyskutować. Ale to było 80 lat temu. Trzeba o tym mówić i pamiętać o zbrodniach, ale trzeba pamiętać, że nasze AK w odwecie też mordowało i paliło ukraińskie wioski. Też nasi chłopcy mordowali ich kobiety i dzieci.

Te zaszłości historyczne są umiejętnie podpalane i sterowane przez rosyjskie wydziały propagandy. Tak jakby nie było Katynia i mordowania Polaków od zaborów po „utrwalanie Polski Ludowej”.

Ruscy nagle są święci i kochani. Tylko Ukraińcy źli. Tylko ten Bandera i Bandera, a Armia Czerwona gwałcąca Polki poszła jakoś dziwnie w zapomnienie?

Pamięcią można sterować i to się ruskim w Polsce wyśmienicie udaje, w czym pomaga im cała armia Kamratów i sługusów od Brauna.

Równości w tych dawnych dramatach oczywiście nie ma, bo czystki etniczne zaczęli Ukraińcy. Ale po oddaniu hołdu ofiarom, weźcie odważnie jak mądrzy ludzie na klatę fakt, że TERAZ Ukraina to nasz sprzymierzeniec. Walczy z potworem. Miała być pokonana w trzy dni, a mijają trzy lata, a wielki Putin nie może sobie z nimi poradzić.

Priorytetem naszej polityki zagranicznej powinna być pomoc Ukrainie i lobbowanie za tym, aby Ukraina została członkiem NATO. Tego zresztą chciał sam Lech Kaczyński, ale dziś nikt o tym nie pamięta.

Paradoksalnie, dzięki wojnie NATO jest wzmocnione i silniejsze. Szwecja i Finlandia wstąpiły ze strachu do paktu i potencjał militarny Sojuszu się zwiększył i obecnie przekracza wielokrotnie potencjał Rosji.

Dzięki uchodźcom wojennym z Ukrainy WZROSŁA polska gospodarka. O 15 mld rocznie. Fundusze, które wydajemy na pomoc Ukrainie, to przy tym marne grosze.

To Ukraińcy sprzątają i remontują wam domy, budują osiedla, pielą trawniki, zbierają śmieci, przywożą pizzę i paczki jako kurierzy, podają żarcie i piwo w knajpach jako barmani i kelnerki. To pracownicy z Ukrainy wykonują pracę, na którą po prostu nie ma chętnych wśród Polaków. Bo płaca jest za niska.

Zachowujemy się jako naród jak naćpany i ślepy kot w worku. Ruska propaganda i ruscy trolle, a także tacy wybitni ściemniacze jak sprzedawca piwa Sławek Hulajnoga czy Grzegorz Gaśnica Braun zrobili wam wszystkim niezły kisiel w mózgu.

Te hasła, że to nie nasza wojna, to przecież bajki dla dzieci. Przez Polskę od trzech lat jedzie cała pomoc militarna do Ukrainy. My na tej wojnie z Rosją też jesteśmy, tylko mamy o wiele wygodniej niż Ukraińcy, bo nam nie bombardują jeszcze osiedli mieszkaniowych. My jesteśmy tylko szlakiem do przewozu broni i schroniskiem dla uchodźców.

Najgorzej, że tym podsycanym przez putinowską propagandę nastrojom antyukraińskim ulega nie tylko prezydent Nawrocki (zabrał kobietom z Ukrainy 800+, obciął kasę na Starlinka, czyli szkodzi armii walczącej z Putinem), ale także rząd Tuska.

Ekipa Rudego, chcąc się taktycznie przypodobać prawicy i kibolom, deportuje uczestników koncertu Maxa Korża, którzy na Stadionie Narodowym skakali przez barierki. Serio? Jako małolat rozwaliłem ławkę na koncercie Republiki w 1982 roku i nawet Jaruzel mnie wówczas nie deportował. Wsadził mnie dopiero do pierdla, jak rozrzucałem antykomunistyczne ulotki.

Miałem tego Kierwińskiego za rozsądnego chłopa. A to jakiś tani populista z ruskiego cyrku jest. Popisuje się tymi deportacjami jak silikonowe gwiazdy internetu swoimi cyckami. Panowie politycy z Platformy, wbijcie sobie do głowy dwie rzeczy.

  1. Koalicja z prorosyjską Konfederacją jest niemożliwa, bo oni wami gardzą i mają was za podopiecznych Ursuli von der Bayer. Każdy gest typu „pod publiczkę Konfy” (np. głupie deportacje za koncert) to stracona energia i głosy tych, którzy jeszcze wam wierzą. Zysk w gangu piwosza z Torunia zerowy.
  2. I druga rzecz. Miliony Polaków głosowały na was nie dlatego, żeście tacy piękni, rozumni, światowi i świetni, a tylko dlatego, żeście trochę MNIEJ OBRZYDLIWI niż PiS.

Jedyni w tym rządzie, którzy mają jeszcze jaja i rozsądek, to minister Żurek i Sikorski. Oni wiedzą, że podlizywanie się prawicy prowadzi donikąd.

Ten lekarz udający wojskowego, czyli Kosiniak-Kamysz, reprezentuje upadłą partię z 2-procentowym poparciem. Sprzeda was za obietnice bycia ministrem byle czego u Jarosława. Więc podlizywanie się PSL, rolnikom i lobby myśliwskiemu to też ślepa uliczka. Wieś jest stracona i pożarta przez Kaczora na śniadanie.

Niestety prezydent Nawrocki okazał się politycznym amatorem. Miałem nadzieję, że zajmie się wesołą zabawą w pałacu, ale on chce na serio być aktywny i na razie udaje podróbę Trumpa, czyli idzie na rękę Putinowi, płynąc decyzjami na mocno antyukraińskiej fali.

Rosji brakuje amunicji, brakuje żołnierzy (biorą najemników od Kima z Korei), Rosja rozkracza się gospodarczo jak stara lampucera po denaturacie, jeszcze kilka lat wojny i Rosja będzie miała potencjał militarny Księstwa Monako, no ale narcyz z USA uwierzył, że Władimir chce pokoju. I dostał przedpokój plus figę za makiem.

I za to NIC pomaga teraz Rosji przetrwać. A na dodatek prezydent Snus idzie w jego ślady. Już wesoło podłączył polską kroplówkę dla dawnego agenta KGB i jego szajki.

To rosyjscy sabotażyści podpalają polskie bazary, firmy i magazyny. Takich podpaleń było już kilkanaście. Na Marywilskiej w Warszawie spłonęło kilka tysięcy sklepów. Kilka miliardów złotych poszło z dymem. Udowodniono, że to robota ruskich agentów. A widzieliście antyrosyjskie hasła na stadionach? Nie. Są tylko antyukraińskie. Ciekawe czemu?

Każdy zabity w Ukrainie Rosjanin z bronią w ręku nie wejdzie już na teren Polski. Każdy rozbity przez Ukraińców czołg, zniszczony dron, zatopiony okręt nie zaatakuje Polski. Powinniśmy im za to podziękować. I rzeczywiście pięknie dziękujemy. Deportacjami, wyzwiskami i codzienną nienawiścią.

Sami pchamy się pod ruskie buty. Sami, z pomocą naszych polityków. Równia pochyła. Szaleństwo. Absurd i dno.

Jeśli Ukraina przegra tę wojnę, to my przegramy zaraz po nich. A ci, co za dziesięć lat będą stali w kolejce po ruski cukier na kartki, tego wam nie wybaczą.

Krzysztof Skiba 


Weto Nawrockiego. Wiatraki szkodliwe czy potrzebne? Naukowcy rozwiewają mity

21 sierpnia 2025 r. prezydent Karol Nawrocki zawetował tzw. „ustawę wiatrakową” – nowelizację prawa mającą ułatwić rozwój elektrowni wiatrowych na lądzie, przy jednoczesnym przedłużeniu zamrożenia cen energii dla gospodarstw domowych do końca 2025 roku. Prezydent zawetował ustawę, wskazując na brak konsultacji społecznych i wpływ wiatraków na krajobraz.

Ustawa wiatrakowa i weto Karola Nawrockiego

Fot. thefad.pl / AI

Decyzja ta wywołała gorącą debatę: czy Polska rezygnuje z taniego, czystego źródła energii, czy chroni interesy lokalnych społeczności? W tle pozostaje pytanie – czy wiatraki są szkodliwe dla zdrowia i środowiska, czy może są nieodzownym elementem transformacji energetycznej? Przyjrzyjmy się, co mówi nauka i jakie są realia w Polsce.

Kontekst weta i „ustawy wiatrakowej”

„Ustawa wiatrakowa” miała znieść rygorystyczną zasadę 10H, wprowadzoną w 2016 roku, która wymagała, by turbiny wiatrowe były oddalone od zabudowań mieszkalnych o co najmniej dziesięciokrotność ich wysokości (często 1,5 km lub więcej). Nowelizacja proponowała skrócenie minimalnej odległości do 500 metrów, co miało odblokować inwestycje w lądową energetykę wiatrową, zwiększając dostępny obszar pod farmy wiatrowe z 2% do 4% powierzchni kraju.

Dodatkowo ustawa wprowadzała fundusz partycypacyjny, oferujący gospodarstwom domowym w promieniu 1000 m od turbin nawet 20 000 zł rocznie, co miało zwiększyć akceptację społeczną. Prezydent zawetował ustawę, wskazując na brak konsultacji społecznych i wpływ wiatraków na krajobraz.

Hałas, sen i zdrowie – co pokazują badania?

Największe obawy dotyczące wiatraków wiążą się z ich potencjalnym wpływem na zdrowie. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) w wytycznych z 2018 roku zaleca, by poziom hałasu generowanego przez turbiny nie przekraczał 45 decybeli w nocy, aby zapewnić komfort snu.

Badanie Health Canada z 2014 roku, jedno z największych badań terenowych, nie wykazało związku między hałasem z farm wiatrowych a nadciśnieniem, hormonami stresu czy innymi diagnozami medycznymi. Odnotowano jednak, że u niektórych osób mieszkających w pobliżu turbin występuje irytacja i pogorszenie jakości snu, zwłaszcza przy poziomie hałasu powyżej 40 decybeli.

W Polsce badania nad wpływem hałasu wiatraków są ograniczone, ale Instytut Medycyny Pracy w Łodzi w raporcie z 2019 roku potwierdził, że przy zachowaniu norm (40 dB w nocy, 50 dB w dzień) turbiny nie powodują trwałych szkód zdrowotnych. Kluczowe jest jednak odpowiednie planowanie lokalizacji i regularne pomiary porealizacyjne, co podkreśla Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW).

Problemem pozostaje subiektywne odczucie uciążliwości, które może prowadzić do protestów społecznych, zwłaszcza w regionach wiejskich.

Krajobraz i przyroda – rzeczywiste zagrożenia?

Przeciwnicy wiatraków wskazują na ich wpływ na ptaki i nietoperze. Amerykańskie dane szacują, że turbiny powodują śmierć setek tysięcy ptaków rocznie, ale w porównaniu z innymi zagrożeniami, jak ruch drogowy (miliony ofiar) czy koty domowe, skala problemu jest mniejsza.

W Polsce badania ornitologiczne, m.in. przeprowadzone przez Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP), wskazują, że przy odpowiednim planowaniu lokalizacji – z dala od szlaków migracyjnych i lęgowisk – ryzyko kolizji można zminimalizować. Nowoczesne technologie, takie jak czasowe wyłączanie turbin w okresach wzmożonej aktywności nietoperzy, redukują ich śmiertelność nawet o 80%.

Morskie farmy wiatrowe, które rozwijają się na Bałtyku, budzą większe obawy. Budowa fundamentów może zakłócać życie morskich ssaków, ale po zakończeniu inwestycji turbiny tworzą sztuczne rafy, wspierając bioróżnorodność. Kluczowe jest przestrzeganie ocen oddziaływania na środowisko, co w Polsce nadzorują Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska.

Warto wspomnieć o projekcie Baltic Power – pierwszej polskiej morskiej farmie wiatrowej, której uruchomienie planowane jest na 2026 rok. Inwestycja o mocy 1,2 GW może zasilić ponad 1,5 mln gospodarstw domowych. Baltic Power pokazuje potencjał Bałtyku jako źródła czystej energii, ale jednocześnie podkreśla znaczenie rygorystycznych procedur środowiskowych już na etapie planowania.

Emisje CO₂ – wiatraki jako filar transformacji

W kwestii klimatu nauka jest jednoznaczna: energetyka wiatrowa jest jednym z najmniej emisyjnych źródeł energii. Według amerykańskiego National Renewable Energy Laboratory, turbiny w całym cyklu życia generują ok. 12 g CO₂/kWh, w porównaniu do 500 g dla gazu i ponad 1000 g dla węgla.

W Polsce, według danych z czerwca 2025 r., po raz pierwszy odnawialne źródła energii (44,1%) wyprzedziły węgiel (43,7%) w krajowym miksie energetycznym.

Według Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW), każdy dodatkowy gigawat mocy wiatrowej obniża ceny energii o ok. 9 PLN/MWh. Szacunki PSEW wskazują również, że rozwój lądowej energetyki wiatrowej może obniżyć rachunki gospodarstw domowych o kilkadziesiąt złotych rocznie, szczególnie przy wysokich cenach energii na rynku hurtowym. Dla porównania, koszt wytworzenia energii z węgla brunatnego w 2024 r. wynosił średnio 450 zł/MWh, podczas gdy dla farm wiatrowych – poniżej 250 zł/MWh.

Polskie realia – akceptacja społeczna i wyzwania

Weto prezydenta Nawrockiego nie kończy debaty o wiatrakach. Obawy lokalnych społeczności dotyczą nie tylko hałasu, ale także zmian w krajobrazie i potencjalnego spadku wartości nieruchomości.

Z raportu „Energetyka Wiatrowa w Polsce 2025” wynika, że liberalizacja przepisów (np. zniesienie zasady 10H) mogłaby podwoić moc zainstalowaną w wiatrakach do 41 GW do 2040 roku, tworząc 50–70 tys. nowych miejsc pracy. Jednak bez społecznej akceptacji inwestycje mogą napotykać opór.

Przykłady lokalne pokazują, że akceptacja społeczna może zależeć od sposobu prowadzenia inwestycji. Przykładowo, w Darłowie mieszkańcy otrzymują środki z funduszu partycypacyjnego, co zwiększyło poparcie dla farm wiatrowych. Z kolei w gminie Wolin planowana inwestycja spotkała się z protestami – obawy o krajobraz i brak konsultacji doprowadziły do wstrzymania prac.

Kluczowe znaczenie ma także edukacja i informowanie społeczności lokalnych. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW) prowadzi programy dla gmin i szkół, mające na celu wyjaśnianie zasad działania farm wiatrowych, ich wpływu na środowisko i możliwości współuczestnictwa w inwestycjach. Lepsza komunikacja może zmniejszyć opór i pomóc w budowaniu lokalnego konsensusu.

Pomiędzy uciążliwością a koniecznością

Wiatraki mogą być uciążliwe – hałas, migotanie cienia i zmiany w krajobrazie są realnymi wyzwaniami. Jednak badania, zarówno międzynarodowe, jak i polskie, wskazują, że przy odpowiednim planowaniu i przestrzeganiu norm nie stanowią one zagrożenia dla zdrowia.

Dla klimatu i bezpieczeństwa energetycznego są jednym z filarów transformacji – niskoemisyjnym, coraz tańszym i technicznie przewidywalnym źródłem energii.

Kluczowe pytanie brzmi: jak budować wiatraki, gdzie i z kim? Odpowiedź wymaga dialogu między rządem, inwestorami a społecznościami lokalnymi. Czy Polska zdoła znaleźć kompromis, który pozwoli wykorzystać potencjał energetyki wiatrowej, nie ignorując głosu mieszkańców? To wyzwanie, które zdecyduje, czy wiatraki staną się symbolem zielonej przyszłości, czy pozostaną źródłem sporów.

Warto spojrzeć na doświadczenia innych krajów. W Danii ponad 50% energii pochodzi z wiatru, a społeczne spółdzielnie energetyczne są standardem. Niemcy, mimo gęstej zabudowy, rozwijają energetykę wiatrową z udziałem obywateli. W porównaniu do nich Polska dopiero nadrabia zaległości – liberalizacja zasady 10H może być kluczowym krokiem w tym kierunku.

DF, thefad.pl / Źródło: prezydent.pl, WHO, Health Canada, OTOP, PSEW, Baltic Power, Euronews

 


Jesteśmy małżeństwem bez seksu – coraz więcej par mówi to głośno

„Mamy trójkę dzieci, kredyt hipoteczny i 18 lat małżeństwa. Ale od sześciu lat nie uprawiamy seksu. Nawet o tym nie rozmawiamy. Tylko raz na jakiś czas myślę: czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?” – mówi anonimowo 43-letnia kobieta na forum Reddit. Nie jest wyjątkiem. Coraz więcej osób przyznaje się publicznie do życia w tzw. „białych małżeństwach” – bez intymności, bez fizycznego kontaktu, często bez emocjonalnej bliskości. Temat przez lata tabuizowany, dziś przebija się do mainstreamu. Ale czy jesteśmy gotowi o nim rozmawiać?

Jesteśmy parą bez seksu, białe małżeństwo

Fot. DF, thefad.pl / AI

Czym jest „białe małżeństwo”?

Choć termin ten historycznie odnosił się do relacji celibatarnych z przyczyn religijnych, dziś zyskuje nowe znaczenie. To związek formalny lub nieformalny, w którym brak jest aktywności seksualnej przez dłuższy czas – miesiące, a nierzadko lata. Nie chodzi tu o wybór aseksualny czy chwilowe kryzysy, ale o trwałą sytuację, w której seks znika całkowicie z życia pary.

Z raportu „General Social Survey” (USA, 2023) wynika, że nawet 15% małżeństw nie uprawia seksu dłużej niż rok. W Japonii odsetek ten przekracza 30%. W Polsce brakuje aktualnych danych, ale psychoterapeuci potwierdzają: takich przypadków jest coraz więcej.

„To cicha epidemia. W gabinetach pojawiają się pary, które nie dotykały się od pięciu, dziesięciu lat. A mimo to trwają w związku dla dzieci, ze strachu, z wygody” – mówi psycholożka i seksuolożka dr Agata Loewe.

Seks? Temat niewygodny

Wbrew pozorom to nie brak seksu najbardziej boli, ale… milczenie. Większość par w białych związkach nie rozmawia o swojej sytuacji. Temat wywołuje wstyd, lęk przed odrzuceniem, a często – poczucie winy. „Myślałam, że coś jest ze mną nie tak. On nie chciał, ja bałam się zapytać. W końcu przestaliśmy nawet spać w jednym łóżku” – wspomina Marta, 39-letnia specjalistka HR z Warszawy.

Część osób odnajduje się w takim układzie akceptując bliskość bez fizyczności. Dla innych staje się to tykającą bombą. „Kiedy mężczyzna po 40-tce mówi, że nie uprawia seksu od trzech lat, to społeczeństwo zakłada, że coś z nim nie tak. Ale to nie jest jednostkowy przypadek. To plaga” – zauważa publicysta The Atlantic, Joe Pinsker.

Zdrada jako wentyl?

Psychoterapeuci zgodnie twierdzą: w związkach bez seksu częściej pojawia się zdrada. Często nie chodzi o sam akt seksualny, ale o potrzebę bycia pożądanym. „Wielu moich klientów nie chce rozwodu. Chcą tylko znów poczuć się atrakcyjni” – mówi anonimowo terapeuta z Krakowa.

Jednym z głośniejszych przypadków była sprawa niemieckiej pary polityków, którzy po 20 latach małżeństwa ogłosili rozwód. W prywatnych rozmowach, które przeciekły do mediów, padło: „nie dotknął mnie od 7 lat”. Sprawa stała się viralem, bo oboje wcześniej opowiadali w kampaniach o „wartościach rodzinnych”.

Nowa norma?

Czy brak seksu w małżeństwie staje się społeczną normą? W dobie pracy zdalnej, przemęczenia, kryzysu zdrowia psychicznego i kulturowego przebodźcowania seks często spada na dalszy plan. „Jesteśmy przebodźcowani wszystkim: serialami, mailami, oczekiwaniami. Seks wymaga czasu, uważności, ciała. A tego dziś brakuje” – komentuje Loewe.

Na TikToku viral robią nagrania młodych ludzi, którzy przyznają: „Nie potrzebuję seksu. Potrzebuję, żeby ktoś mnie przytulił i nie oceniał”. Czy to chwilowa moda? Czy zmiana pokoleniowa?

I co dalej?

Nie każde małżeństwo bez seksu to dramat. Ale każde zasługuje na rozmowę. Jeśli nie między partnerami – to z samym sobą. Bo życie w milczeniu, niewyrażone potrzeby i tłumione emocje to najkrótsza droga do samotności w duecie.

DF, thefad.pl / Źródło: The Atlantic, Reddit, General Social Survey

 


Błaszczak i Cenckiewicz przed sądem. Plan ‘Warta’ wywołuje polityczną burzę

Warszawa, 22 sierpnia 2025 roku. Do Sądu Okręgowego trafia akt oskarżenia, który może być początkiem jednego z najgłośniejszych procesów ostatnich lat. Na liście prokuratury znaleźli się były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i obecny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomir Cenckiewicz. Razem z nimi odpowiadać mają także Agnieszka Glapiak, dziś przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Piotr Z., były dyrektor Departamentu Strategii i Planowania Obronnego MON.

Odtajnienie planu „Warta” i polityczna burza

Śledztwo dotyczy decyzji Błaszczaka z 2023 roku, kiedy jako szef MON zdjął klauzule „tajne” i „ściśle tajne” z fragmentów planu operacyjnego Sił Zbrojnych RP o kryptonimie „Warta” oraz z Polityczno-Strategicznej Dyrektywy Obronnej z 2015 roku. Te dokumenty określają sposób działania armii w razie potencjalnego konfliktu i do tej pory były objęte najwyższym stopniem ochrony. Ujawnione fragmenty trafiły do kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości, a także do serialu dokumentalnego „Reset”, którego współautorem był Cenckiewicz.

Prokuratura zarzuca byłemu ministrowi przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego. Według śledczych ujawnienie strategicznych dokumentów mogło narazić Polskę na wyjątkowo poważną szkodę, a fragmenty wykorzystane w przestrzeni publicznej zostały wyrwane z kontekstu. W przypadku Cenckiewicza i Piotra Z. akt oskarżenia wskazuje również na osobiste korzyści związane z wykorzystaniem materiałów w produkcji medialnej.

Polityczne oskarżenie czy realne zagrożenie

Mariusz Błaszczak od początku przedstawia sprawę jako rozgrywkę polityczną. „To akt zemsty Donalda Tuska” – napisał w emocjonalnym wpisie na platformie X, dodając, że nie żałuje swojej decyzji. Podkreśla, że gdyby miał wybierać ponownie, znów by odtajnił dokumenty, bo – jak twierdzi – opinia publiczna powinna znać plany obronne poprzednich rządów, zakładające obronę dopiero na linii Wisły.

Podobny ton przyjął Sławomir Cenckiewicz. „Byłem i jestem niewinny! Nigdy prawa nie złamałem!” – napisał, sugerując, że śledztwo to próba uciszenia krytyków i zemsta polityczna. Cenckiewicz podkreśla, że cieszy się z przeniesienia sprawy na salę sądową, gdzie – jak twierdzi – będzie mógł bronić się w warunkach procesowych, a nie medialnych.

Proces, który może zmienić reguły gry

Sprawa „Warty” wykracza daleko poza ramy sądowe. To starcie o granice jawności życia publicznego i odpowiedzialność polityków za decyzje dotyczące bezpieczeństwa państwa. Dla jednych Błaszczak i Cenckiewicz to osoby, które złamały zasady, wystawiając kraj na ryzyko. Dla innych – politycy, którzy ujawnili niewygodną prawdę o strategii obronnej poprzednich rządów.

Akt oskarżenia, liczący 34 strony jawne i 11 stron niejawnych, otwiera długi proces, w którym sąd będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: czy działania byłego szefa MON i jego współpracowników były nadużyciem władzy, czy próbą przejrzystości w imię interesu publicznego.

„Warta” jako polityczny symbol

Sprawa „Warty” to nie tylko kwestia prawna, ale i polityczny gorący kartofel. Czy Mariusz Błaszczak i Sławomir Cenckiewicz przekonają sąd, że działali w interesie publicznym? A może prokuratura udowodni, że ich decyzje naraziły bezpieczeństwo Polski? Jedno jest pewne – ten proces będzie jednym z najgłośniejszych w polskiej polityce w najbliższych miesiącach.

DF, thefad.pl / Źródło: RMF24.pl, Prokuratura Okręgowa w Warszawie, Polsat News, Posty na platformie X 


Świat bez „Tolerancji” – pożegnanie Stanisława Soyki

21 sierpnia 2025 roku zamilkł jeden z najbardziej wyjątkowych głosów polskiej muzyki. Stanisław Soyka – wokalista, pianista, poeta, tłumacz ludzkich nastrojów – odszedł w wieku 66 lat, zostawiając pustkę, której nie wypełni żaden inny głos. Zmarł nagle, tuż przed występem na festiwalu Top of the Top w Sopocie, gdzie miał zaśpiewać „Cud niepamięci” w duecie z Natalią Grosiak.

Fot. Kadr z wywiadu Stanisława Soyki w programie „Imponderabilia” Karola Paciorka (YouTube). Wykorzystano na podstawie prawa cytatu – art. 29 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Nie był celebrytą. Nie zabiegał o pierwsze miejsca na listach przebojów. A mimo to jego muzyka zostawała z nami na długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Nieprzygotowani na ciszę

To miała być noc celebracji. Soyka z charakterystycznym uśmiechem i luzem żartował podczas próby z Natalią Grosiak.

„To był zaszczyt, Panie Stanisławie. Dziękuję za wsparcie i uśmiech”
– napisała później wokalistka, nie przeczuwając, że to ich ostatnie spotkanie.

Kilka godzin przed koncertem artysta zasłabł w hotelu. Mimo błyskawicznej reakcji lekarzy nie udało się go uratować. Gdy prowadzący przekazali tragiczną wiadomość, Opera Leśna zamarła. Festiwal przerwano. A potem, w hołdzie dla mistrza, rozbrzmiał refren „Tolerancji”. Nikt go nie ćwiczył. Każdy śpiewał z pamięci.

Kasia Sienkiewicz, która jeszcze tego dnia śpiewała z Soyką, powiedziała tylko:

„To niewiarygodne, że już Pana nie ma.”

Samotna wyspa na mapie muzyki

Soyka był zjawiskiem – samotną wyspą, której nie da się zaklasyfikować. Jazzman z duszą poety. Artysta, którego głos łamał się w najpiękniejszych momentach.

Zadebiutował w 1981 roku albumem „Blublula”, który uznano za najlepszą jazzową płytę roku. Piosenki takie jak „Tolerancja (Na miły Bóg)”, „Absolutnie nic” czy „Cud niepamięci” stały się hymnami pokoleń. Śpiewał Miłosza, Szekspira, Jana Pawła II. Współpracował z Urbaniakiem, Możdżerem, Mozilem. Łączył pokolenia, języki i wrażliwości.

W „Imponderabiliach” Karola Paciorka powiedział: „Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli, otwarcie?” I właśnie taką przestrzeń: otwartą, prawdziwą, dawała jego muzyka.

Walka z ciałem, łagodność dla świata

Ostatnie lata życia Soyki naznaczone były walką o zdrowie. Cukrzyca typu 2, nadciśnienie i przewlekła obturacyjna choroba płuc – ta ostatnia była efektem czterech dekad intensywnego palenia papierosów. „Dokucza mi POChP, na którą pracowałem przez 40 lat, paląc z dziką pasją” – mówił w wywiadzie. To był moment, w którym zrozumiał, że musi coś zmienić. Schudł trzydzieści kilogramów, rzucił palenie, zmienił dietę i tryb życia. „Chcę się naprawiać” – dodawał z czułością, która była jego znakiem rozpoznawczym.

Nie walczył na pokaz. Robił swoje z pokorą, łagodnością i bez zbędnego patosu.

Dziedzictwo, które nie zamilknie

Śmierć Soyki poruszyła nie tylko fanów, ale całe środowisko artystyczne i polityczne. Radiowa Dwójka zapowiedziała retransmisję jego ostatniego koncertu. TVN przypomniał archiwalny wywiad z Grzegorzem Miecugowem, w którym Soyka mówił: „Nie gram dla fajerwerków. Chcę, by moje pieśni dodawały otuchy.”

Soyka nie był gwiazdą w klasycznym sensie. Raczej cichym przewodnikiem, który przypominał, że życie jest po to, by czuć, rozumieć i być naprawdę obecnym.

Jego głos – ten, który łamał się w najpiękniejszych momentach – nie zamilknie. Tylko trochę się oddalił.

Okrąglutki

Śmierć Stanisława Soyki poruszyła wielu artystów i fanów jego twórczości. Wśród tych, którzy zdecydowali się podzielić osobistym wspomnieniem, znalazł się Krzysztof Skiba. Lider zespołu Big Cyc opowiedział kilka anegdot – pełnych charakterystycznego dla niego humoru, ale i ciepła, które towarzyszyło jego relacji ze zmarłym artystą. Tekst, choć utrzymany w lekkim tonie, wywołał mieszane reakcje wśród części fanów Soyki.

Okrąglutki – Wspomina Krzysztof Skiba

Ze Staszkiem Sojką miałem kilka nieoczywistych przelotów scenicznych.

W latach 90. zapowiadam go w Teatrze Wybrzeże podczas Gali Yach Film Festiwalu. To był kiedyś ważny konkurs teledysków. Transmituje to TVP2. Staszek ma wejść na scenę, by odebrać jakąś nagrodę, a ja mówię:

Oto jeden z niewielu artystów w polskiej branży muzycznej, którego można narysować przy pomocy cyrkla… – Staszek zawsze był bowiem okrąglutki i łysy. Sala w śmiech, ale Staszek zniósł tę próbę dzielnie i uśmiechał się, jakby to był najsłodszy komplement. Sam jestem taki okrąglutki i łysy, chociaż Staszek był bardziej, ale jednak czasem nas mylono.

Wsiadam do taksówki w centrum Warszawy. Pan za kierownicą na mój widok kręci się niespokojnie. Ruszamy. Kierowca zerka niepewnie w lusterko wsteczne kilka razy. Po chwili nie wytrzymuje i mówi:

Ja to znam wszystkie pańskie piosenki.
Dziękuję – mówię. – Miło mi.

Jedziemy przez miasto. Taksówkarz ma potrzebę rozmowy.

Moja żona też pana uwielbia – oświadcza.
– O, super. Proszę pozdrowić ode mnie żonę – odzywam się bez większego entuzjazmu w głosie.

Mijamy autobusy i tramwaje, a pan za kierownicą czuje, że coś jeszcze musi dodać do tej rozmowy.

– Jak tylko pan jest w telewizji, to żona mnie woła i razem pana oglądamy.

Kiwam głową i mruczę coś w stylu „to fantastycznie”. Do tej pory wszystko się zgadza. Mam piosenki w radiu. A w telewizji też często się pojawiam.

Dojeżdżamy na miejsce. Pan nie chce nic za kurs, tylko wyciąga kartkę z długopisem i prosi o autograf, mówiąc:

Czy mógłbym dla żony pana autograf, panie Sojka?

Nie chciałem mu łamać serca i gasić jego autentycznego entuzjazmu. No i kurs był za darmo, co też nie było bez znaczenia, więc podpisałem się zamaszyście, z twarzą pokerzysty, jako „Stanisław Sojka”.

Ale po tym wydarzeniu zacząłem się intensywnie odchudzać. Skoro biorą mnie za Sojkę, to znaczy, że już bardziej się toczę, niż chodzę. Schudłem aż trzydzieści kilo i już nie byłem podobny do Staszka.

A teraz Staszka już nie ma. I tylko ja w branży muzycznej zostałem taki okrąglutki i łysy. Żegnaj, Bracie! My grubawi musimy trzymać się razem. Z kim mnie teraz będą mylić, skoro Ciebie brakuje?

DF, thefad.pl / Źródło: media, Krzysztof Skiba

 


Trump i Putin spotkają się w Anchorage, a my przypominamy, jak Alaska trafiła w ręce USA

15 sierpnia 2025 roku Anchorage, największe miasto Alaski, stanie się sceną globalnej uwagi. Donald Trump i Władimir Putin mają usiąść do rozmów, których tematem przewodnim będzie wojna w Ukrainie — scenariusze jej zakończenia, warunki zawieszenia broni i przyszłość negocjacji. To pierwszy raz od trzydziestu lat, kiedy szczyt USA–Rosja odbędzie się na amerykańskiej ziemi.

Fot. thefad.pl / AI

Dlaczego Alaska? To symboliczny wybór: najbliższy Rosji stan USA, wyposażony w infrastrukturę wojskową i logistyczną, a jednocześnie bezpieczny dla gospodarza. Kreml szybko podchwycił tę narrację, a rosyjskie media ponownie lansują hasło „Аляска наша” („Alaska nasza”), odwołując się do tej samej imperialnej symboliki co „Krym nasz”.

Zanim jednak rozegra się polityczny spektakl nad Pacyfikiem, warto przypomnieć, jak Alaska trafiła do USA – i dlaczego wciąż jest pomostem między historią a przyszłością.

Scena w Sitce, 18 października 1867

Chłodny wiatr nad Pacyfikiem, zapach soczystej sosny i morskiej bryzy. Przed rezydencją gubernatora w Sitce tłum: rosyjscy żołnierze w szarych płaszczach, amerykańscy marynarze, Tlingici w futrzanych strojach, handlarze que szeptają o niepewnej przyszłości. Na maszcie powiewa flaga z dwugłowym orłem Romanowów. Oficer daje znak… lina rusza, ale flaga zacina się w połowie. Dwóch marynarzy wspina się po maszcie, próbując ją odczepić — bez skutku. Dopiero trzeci zrywa chorągiew, która opada na bagnety amerykańskich żołnierzy. Księżna Maria Maksutowa mdleje. Armaty grzmią, a na maszcie wciąga się gwiaździsty sztandar — flaga Stanów Zjednoczonych, symbol nowego porządku na tej ziemi. Rosja żegna się z Ameryką Północną.

„Wielka ziemia” — z Syberii na wybrzeża Pacyfiku

W 1741 roku ekspedycja Vitusa Beringa i Aleksieja Czirikowa po raz pierwszy opisała wybrzeża Alaski. Wkrótce potem na te zimne, dzikie ziemie ruszyli promyszlennicy – rosyjscy łowcy i kupcy futer. Skóry wydr morskich, cenione w Chinach i Europie niczym złoto, stały się walutą, która napędzała kolonialne ambicje Imperium Rosyjskiego. W 1784 powstała osada na Kodiaku, a w 1799 car Paweł I założył Kompanię Rosyjsko‑Amerykańską — instytucję, która zarządzała handlem i kolonizacją. Głównym portem stała się Sitka — drewniane miasto z cerkwiami, fortami i magazynami futer.

Rosyjska obecność była jednak krucha i ograniczona. Nieliczni osadnicy żyli w otoczeniu licznych rdzennych społeczności. Epidemie przywleczone z Europy doprowadziły do katastrofy demograficznej wśród Aleutów i Tlingitów, a przełowienie niemal wytępiło wydry morskie. W ten sposób systematycznie słabły podstawy rosyjskiej władzy na Alasce.

Sprzedaż za grosze — dlaczego Rosja oddała Alaskę

Po wojnie krymskiej skarbiec Imperium Rosyjskiego świecił pustkami, a daleka kolonia przestała przynosić zyski. Wielki Książę Konstanty ostrzegał cara: „Amerykanie i tak zabiorą Alaskę siłą. Lepiej ją sprzedać, niż stracić”. Negocjacje z Waszyngtonem nabrały tempa. W nocy z 29 na 30 marca 1867 roku, po wielogodzinnych rozmowach, sekretarz stanu USA William H. Seward i rosyjski dyplomata Eduard de Stöckl ustalili cenę 7,2 miliona dolarów w złocie, co w dzisiejszych realiach odpowiada mniej więcej 129 milionom dolarów. Oznaczało to, że Stany Zjednoczone kupiły Alaskę za około dwa centy za akr – terytorium ponad dwukrotnie większe od Teksasu.

Choć część prasy nazywała tę transakcję „lodówką Sewarda”, wielu komentatorów dostrzegało jej strategiczny sens.

Gorączka złota, ropa i strategiczna wartość Alaski

W 1896 roku w dalekiej dolinie Klondike wybuchła gorączka złota. Przez skute lodem przełęcze ciągnęły karawany poszukiwaczy – jedni z kilofem i łopatą, inni z nadzieją na szybkie wzbogacenie się, większość z bagażem, który po drodze zamieniał się w przekleństwo. Alaska, dotąd postrzegana jako mroźny skrawek mapy, stała się synonimem przygody i fortuny. Kilkadziesiąt lat później, w 1959 roku, Alaska stała się 49. stanem Stanów Zjednoczonych. A gdy w 1968 roku na północnym wybrzeżu odkryto gigantyczne złoża ropy naftowej, „lodowa ziemia” nagle stała się jednym z filarów energetycznej potęgi USA.

Lodowa kurtyna: najbliższy amerykański sąsiad Rosji

Amerykańską wyspę Little Diomede i rosyjską wyspę Ratmanowa dzieli zaledwie 3,8 kilometra. W pogodny dzień z jednej można dostrzec skaliste wybrzeże i zarysy zabudowań drugiej. Między nimi, pośrodku Cieśniny Beringa, biegnie międzynarodowa linia zmiany daty: stojąc na Little Diomede, patrzy się dosłownie na miejsce, w którym panuje już następny dzień. W tej arktycznej ciszy Stany Zjednoczone i Rosja niemal stykają się ze sobą, a Alaska nabiera wyjątkowego, symbolicznego znaczenia w światowej polityce.

Spotkanie w Anchorage przez pryzmat mediów i polityki

Według Reutersa i HuffPost Donald Trump podczas szczytu ma przede wszystkim słuchać – analizować styl rozmowy Władimira Putina i oceniać jego propozycje dotyczące Ukrainy. Jak podaje „Wall Street Journal”, europejscy przywódcy naciskają na utrzymanie „czerwonych linii”, czyli niedopuszczenie do jakichkolwiek ustępstw terytorialnych bez wyraźnej zgody Kijowa. Emmanuel Macron publicznie podkreśla, że takie ustępstwa byłyby nie do zaakceptowania, a Trump zapowiada „surowe konsekwencje” w przypadku, gdyby Moskwa odmówiła zakończenia działań wojennych.

Pojawiają się także obawy, że Trump i jego doradcy rozważają koncepcję tzw. „zastępczego zarządzania” częścią terytoriów Ukrainy – czyli oddania ich pod tymczasową administrację międzynarodową lub neutralną, przy jednoczesnym wycofaniu się wojsk rosyjskich. Zwolennicy przedstawiają to jako sposób na zamrożenie konfliktu, krytycy zaś ostrzegają, że przypominałoby to model znany z Zachodniego Brzegu Jordanu, gdzie status spornych terenów od lat blokuje trwałe rozwiązanie polityczne. Włoskie i brytyjskie media przestrzegają: takie spotkanie bez udziału Ukrainy może przypominać konferencję monachijską — symbol zdrady aliantów.

Kluczowy przekaz pozostaje jasny: nie można mówić o Ukrainie bez Ukrainy.

Symbol i gra historii

Dla Moskwy Alaska jest wygodnym pretekstem, by odświeżyć narrację o imperialnej przeszłości — mimo że jej sprzedaż w 1867 roku była przede wszystkim pragmatyczną decyzją, podyktowaną względami ekonomicznymi i politycznymi. Dla Stanów Zjednoczonych to z kolei czytelny sygnał: kontrolujemy terytorium, które niegdyś należało do innego imperium. Historia Alaski — od handlu futrami, przez gorączkę złota, po budowę rurociągów naftowych — wciąż wywiera realny wpływ na współczesną geopolitykę.

Anchorage będzie miejscem, gdzie rozmowy o przyszłości Ukrainy toczyć się będą w cieniu wyjątkowej historii tego regionu. Od ich wyniku zależy, czy Alaska stanie się świadkiem realnych ustaleń, czy jedynie deklaracji bez pokrycia.

DF, thefad.pl: Źródło: Reuters, AP, The Wall Street Journal, The Guardian, U.S. Department of State (Alaska Purchase), NPS Sitka

 


3I/ATLAS: Kosmiczny obiekt sprzed 7 miliardów lat. Naukowcy spierają się, czy to na pewno tylko kometa

Latem 2025 roku w Układzie Słonecznym pojawił się obiekt starszy niż Słońce. Kometa 3I/ATLAS, odkryta 1 lipca przez teleskop ATLAS w Chile, to dopiero trzeci w historii potwierdzony przybysz z przestrzeni międzygwiezdnej. Według szacunków mogła powstać ponad 7 miliardów lat temu w odległym zakątku Drogi Mlecznej, a teraz – po miliardach lat podróży – przelatuje przez nasz kosmiczny „dom”, zostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Fot. Źródło: NASA, ESA, David Jewitt (UCLA); przetworzenie obrazu: Joseph DePasquale (STScI)

Gość z miejsca, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy

Analizy zespołu z Uniwersytetu Oksfordzkiego wykazały, że 3I/ATLAS pochodzi z tzw. grubego dysku Drogi Mlecznej – regionu pełnego starych gwiazd, powstałych miliardy lat przed Układem Słonecznym. To obszar, którego nigdy wcześniej nie badaliśmy z tak bliska.

Jej orbita ma kształt hiperboli, co oznacza, że nie jest związana grawitacyjnie ze Słońcem. Po krótkim pobycie opuści nasz układ na zawsze, pędząc dalej przez kosmiczną pustkę z zawrotną prędkością 210 000 km/h – szybciej niż jakikolwiek inny znany obiekt, który odwiedził nasz system planetarny.

„To obiekt z części Galaktyki, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy z bliska. Jest bardzo prawdopodobne, że jest starszy niż Układ Słoneczny” – podkreśla dr Chris Lintott z Oksfordu.

Najostrzejszy portret w historii – Hubble w akcji

21 lipca 2025 roku Teleskop Kosmiczny Hubble’a wykonał najbardziej szczegółowy obraz 3I/ATLAS. Widać na nim jasną, łzowatą chmurę pyłu otaczającą jądro oraz smukły, delikatny ogon odrywający się w stronę przeciwną do Słońca. Na tle czerni kosmosu przypomina czerwonawą smugę przecinającą gwiezdny krajobraz – niczym kadr z filmu science fiction.

Kometa 3I/ATLAS na zdjęciu wykonanym przez teleskop Gemini North

Kometa międzygwiezdna 3I/ATLAS sfotografowana przez teleskop Gemini North. Credit: International Gemini Observatory/NOIRLab/NSF/AURA/K. Meech (IfA/U. Hawaii). Image Processing: Jen Miller & Mahdi Zamani (NSF/NOIRLab)

Według danych Hubble’a jądro może mieć średnicę do 5,6 km, ale równie dobrze może być kilkanaście razy mniejsze – nawet 320 m. Cały czas pozostaje ukryte w kokonach pyłu i lodu, przez co wciąż nie widzieliśmy go bezpośrednio.

Kiedy i jak ją zobaczyć?

3I/ATLAS można obserwować obecnie przy pomocy średniej klasy teleskopów, najlepiej z półkuli południowej, w rejonie gwiazdozbioru Strzelca. Najlepsze warunki panowały w lipcu i sierpniu, ale obiekt pozostanie widoczny do września 2025.

Potem zniknie w blasku Słońca, by pojawić się ponownie w grudniu – wtedy ma być najjaśniejsza. Gołym okiem jej nie dostrzeżemy, ale zdjęcia z teleskopów z pewnością obiegną światowe media.

Dlaczego to spotkanie jest wyjątkowe?

Takie wizyty są ekstremalnie rzadkie. Wcześniej widzieliśmy tylko dwa podobne obiekty: ʻOumuamua w 2017 roku i 2I/Borisov w 2019 roku. Szansa na kolejne takie spotkanie w najbliższych dekadach jest minimalna.

Co więcej, 3I/ATLAS może być nawet dziesięciokrotnie większa od komety Borisov, co wymusza na naukowcach korektę modeli dotyczących liczby i rozmiarów obiektów międzygwiezdnych.

Kontrowersje i spekulacje

Nie wszyscy są zgodni co do tego, że mamy do czynienia z „zwykłą” kometą. Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda – znany z hipotez o sztucznym pochodzeniu ʻOumuamua – zauważa, że nietypowa prędkość, rozmiar i trajektoria 3I/ATLAS w teorii mogłyby pasować do obiektu stworzonego przez zaawansowaną cywilizację. NASA stanowczo podkreśla jednak, że to naturalny obiekt lodowo-pyłowy.

Spekulacje o „statku obcych” zostały oficjalnie zdementowane, ale dla części opinii publicznej sam fakt, że taki gość pojawia się raz na wiele tysięcy lat, wystarcza, by wyobraźnia ruszyła pełną parą.

Podróż przez miliardy lat

Modele sugerują, że 3I/ATLAS została wyrzucona ze swojego macierzystego układu planetarnego miliardy lat temu – być może po bliskim spotkaniu z masywną planetą lub gwiazdą. Od tamtej pory wędruje samotnie, mijając kolejne systemy gwiezdne, aż w końcu trafiła do naszego.

Dla niej to tylko krótki przystanek. Dla nas – naukowa sensacja i unikalna szansa na zbadanie materii sprzed epoki powstania Słońca. Jak mówi Matthew Hopkins z Oksfordu: „To być może najstarsza kometa, jaką kiedykolwiek zobaczyliśmy. Badamy fragment historii galaktyki, który do tej pory pozostawał poza naszym zasięgiem”.

DF, thefad.pl: / Źródła: NASA, NOIRLab – Gemini Observatory images of 3I/ATLAS, Oxford University, Wypowiedzi: dr Chris Lintott, Matthew Hopkins, Avi Loeb

 


Matcha: Sekret Witalności czy Stylowy Rytuał? Historia i Właściwości Japońskiej Zielonej Herbaty

W cichej świątyni w Kioto mnich w szacie zsuwa bambusową miotełkę chasen po ceramicznej misce. Zielony proszek matchy rozpuszcza się w wodzie, tworząc aksamitną pianę. Ten rytuał, zwany chanoyu, to nie tylko parzenie herbaty – to medytacja, sposób na odnalezienie spokoju w chaosie. Tysiąc lat temu matcha była napojem samurajów i mnichów zen, a dziś? Znajdziemy ją w latte, ciastkach i maseczkach na twarz. Jak to się stało, że zielony proszek z Japonii stał się globalnym fenomenem?

Matcha to nie jest zwykła zielona herbata

Matcha to nie jest zwykła zielona herbata. Fot. thefad.pl / AI

Od klasztorów zen do kultury kawiarni

Historia matchy zaczyna się w XII wieku, gdy japońscy mnisi zen przywieźli z Chin technikę mielenia liści zielonej herbaty. W Japonii nabrała ona wyjątkowego znaczenia – stała się sercem ceremonii chanoyu, w której każdy ruch jest przemyślany. Mnisi pili matchę, aby utrzymać koncentrację podczas wielogodzinnej medytacji. Samuraje sięgali po nią przed bitwą, wierząc, że napój daje jasność umysłu, spokój i czujność.

Sekret w cieniu – jak powstaje matcha

Produkcja matchy to precyzyjne rzemiosło. Krzewy Camellia sinensis są zacieniane na kilka tygodni przed zbiorem, co zwiększa zawartość chlorofilu i nadaje liściom intensywną zieleń. Następnie liście są ręcznie zbierane, parowane, suszone i mielone na kamiennych żarnach w proszek tak drobny, że jeden gram wymaga godzin pracy. Efektem jest „zielone złoto” – matcha ceremonialna z regionu Uji, uznawana za najlepszą na świecie.

Proces jest czasochłonny i kosztowny, dlatego prawdziwa matcha pozostaje luksusem. Rynek zalewają jednak tanie podróbki – zmielone liście zwykłej zielonej herbaty, pozbawione charakterystycznego smaku i właściwości. Oryginalna matcha ma świeży, szmaragdowy kolor i aksamitny smak z nutą umami, bez ostrej goryczy.

Właściwości matchy – zdrowie w czarce

Matcha to nie jest zwykła zielona herbata. W przeciwieństwie do klasycznego naparu, spożywamy w niej całą roślinę, co oznacza większą ilość składników odżywczych. Badania pokazują, że zawiera nawet 137 razy więcej antyoksydantu EGCG niż tradycyjna zielona herbata. EGCG może wspierać odporność, metabolizm i spowalniać procesy starzenia.

Kofeina w matchy działa inaczej niż w kawie – łagodnie i dłużej, bez gwałtownych skoków energii. Towarzyszy jej L-teanina, która wycisza, ale nie odbiera zdolności koncentracji. Warto jednak pamiętać, że filiżanka matchy może zawierać tyle kofeiny co espresso – osoby wrażliwe powinny pić ją z umiarem.

Matcha w popkulturze i codziennych rytuałach

Od cichych ogrodów zen matcha trafiła do kawiarni Nowego Jorku, Londynu czy Warszawy. Jest serwowana w pastelowych kubkach jako matcha latte, trafia do lodów, ciast i smoothie bowls. Choć jej zastosowania są coraz szersze, sedno pozostaje to samo – jest to napój, który może być codziennym rytuałem uważności.


Przepis na domowe matcha latte (wersja ceremonialna)

  • 1 łyżeczka matchy (najlepiej ceremonialnej)
  • 50 ml gorącej wody (80°C)
  • 150 ml spienionego mleka (może być roślinne, np. owsiane)
  • Opcjonalnie: odrobina miodu lub syropu klonowego

Przesiej matchę do miseczki, zalej wodą i mieszaj bambusową miotełką (lub łyżeczką) do uzyskania piany. Dodaj spienione mleko i ewentualnie słodzik. Pij powoli, delektując się smakiem.


Ciemniejsza strona zielonej rewolucji

Popularność matchy ma też skutki uboczne. Globalny popyt sprawia, że na rynek trafiają tańsze, niskiej jakości proszki z dodatkami, a w niektórych regionach intensywna produkcja budzi pytania o zrównoważony rozwój. Tradycyjna matcha wymaga czasu i ręcznej pracy – masowe skracanie procesu obniża jakość i odbiera napojowi jego wyjątkowy charakter.

Chwila dla siebie

Prawdziwa magia matchy to nie tylko smak i zdrowotne właściwości, ale doświadczenie jej przygotowania. To moment, w którym świat na chwilę zwalnia. A Ty – wolisz matchę w tradycyjnej czarce, czy w latte z mlekiem roślinnym?

DF, thefad.pl

 


Hipnoza: nauka, magia czy groźne narzędzie manipulacji?

Hipnoza od wieków budzi emocje i kontrowersje. Jedni widzą w niej klucz do leczenia traum i skuteczną metodę terapii, drudzy – groźne narzędzie manipulacji rodem z filmów o szalonych naukowcach. To zjawisko balansuje na granicy nauki i mitu, medycyny i scenicznej iluzji. Ale czy hipnoza naprawdę działa tak, jak pokazują to sceny w telewizji i kinie, czy może jest jedynie efektem sugestii i oczekiwań?

Fot. thefad.pl / AI

Od świętego snu do gabinetu terapeuty

Pierwsze opisy stanów przypominających hipnozę pochodzą ze starożytnego Egiptu i Grecji. W świątyniach boga Asklepiosa chorzy poddawali się rytuałowi „świętego snu”, wierząc, że boska moc uleczy ciało i duszę. W XVIII wieku Franz Mesmer ogłosił teorię „magnetyzmu zwierzęcego” – niewidzialnego fluidu mającego uzdrawiać pacjentów. Choć później uznano ją za pseudonaukę, jego praktyki stały się punktem wyjścia do badań nad naturą transu. W XIX wieku szkocki lekarz James Braid odarł zjawisko z mistycyzmu, opisując je jako szczególny stan koncentracji i podatności na sugestię, w którym człowiek zachowuje świadomość i wolną wolę.

W Polsce hipnoza zaczęła zyskiwać popularność pod koniec XIX wieku, a w ostatnich latach jej obecność w mediach wzmocnili tacy praktycy jak Artur Makieła – znany z występów w telewizji, pokazów scenicznych i warsztatów z samorozwoju. Choć jego prezentacje często mają formę rozrywki, to popularyzują temat i wywołują dyskusje o granicach wpływu na ludzki umysł.

Czym naprawdę jest hipnoza

Hipnoza to nie sen ani utrata świadomości, ale stan głębokiego skupienia, w którym umysł koncentruje się na jednym bodźcu, stając się bardziej otwarty na sugestie. Badania Uniwersytetu Stanforda z wykorzystaniem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) wykazały, że w trakcie hipnozy zmienia się aktywność mózgu, szczególnie w obszarach odpowiedzialnych za uwagę i emocje. Osoba zahipnotyzowana pozostaje czujna, może przerwać sesję i nie wykona polecenia sprzecznego ze swoim systemem wartości. To mit, że hipnoza działa tylko na osoby o „słabej psychice” – kluczowa jest umiejętność koncentracji i gotowość do współpracy.

spirala hipnotyczna

Fot. thefad.pl / AI

Hipnoza w terapii i medycynie

Współczesna hipnoterapia znajduje zastosowanie w leczeniu lęków, fobii, przewlekłego bólu czy uzależnień. W terapii PTSD pomaga pacjentom odzyskać kontrolę nad wspomnieniami, w anestezjologii bywa alternatywą dla farmakologicznego znieczulenia, a w walce z nałogami – skutecznym wsparciem przy rzucaniu palenia. W Polsce coraz częściej mówi się o hipnozie w kontekście pracy z traumą i redukcji stresu, choć wciąż istnieje duża grupa sceptyków kwestionujących jej skuteczność.

Manipulacja, marketing i popkultura

Historia zna przypadki prób wykorzystania hipnozy do celów pozamedycznych. W latach 50. i 60. amerykańska CIA w ramach programu MK-Ultra badała, czy można użyć hipnozy do kontroli umysłu. Wyniki pokazały, że choć trans zwiększa podatność na sugestię, nie zmusza do działań sprzecznych z moralnością danej osoby. Współcześnie podobne techniki – czasem powiązane z neurolingwistycznym programowaniem (NLP) – pojawiają się w marketingu, negocjacjach czy nawet w polityce, by subtelnie wpływać na decyzje odbiorców.

Popkultura kreuje obraz hipnozy jako spektakularnego narzędzia władzy nad umysłem. W serialu „Mentalista” Patrick Jane używa jej, by rozwiązywać zagadki kryminalne, a w polskim programie „Hipnoza” na TVN widzowie mogli zobaczyć uczestników tańczących jak kury czy zapominających własne imiona. Takie sceny, choć widowiskowe, często mieszają elementy prawdziwego transu z telewizyjną reżyserią. Popularne pokazy, jak te prowadzone przez Derrena Browna, balansują między psychologią, iluzją a sugestią, tworząc wrażenie niemal magicznej mocy.

Gdzie przebiega granica

Hipnoza to narzędzie o wielu obliczach. W rękach doświadczonego terapeuty może wspierać leczenie i poprawiać jakość życia. W rękach manipulatora staje się środkiem perswazji, którego efekty trudno kontrolować. Pytanie, czy hipnoza jest nauką, magią czy groźnym narzędziem manipulacji, prowadzi do jednego wniosku: to człowiek decyduje, w którą stronę przechyli się wahadło – w kierunku terapii czy w stronę wpływu, który budzi niepokój.

DF, thefad.pl

 


Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję