Boimy się wojny z Rosją. Politycy podsycają strach, a media gonią za odsłonami
Obawa przed wojną z Rosją nie słabnie — przeciwnie, stała się codziennym tłem życia w Polsce. Już na początku roku sondaż United Surveys by IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej” ujawnił, że największym lękiem Polaków jest wciągnięcie kraju w konflikt zbrojny oraz eskalacja działań na wschodzie Europy. Oba te zagrożenia wskazało po 51,6 procent respondentów. Znacznie mniej osób obawiało się kryzysu gospodarczego, problemów w ochronie zdrowia czy dezinformacji w przestrzeni publicznej.
Alarmy, które niczego nie wyjaśniają
Od wielu miesięcy media wielokrotnie informują o poderwaniu dyżurnych myśliwców i ogłoszeniu „najwyższej gotowości” w reakcji na rosyjskie ataki na Ukrainę oraz prowokacje, takie jak naruszanie przestrzeni powietrznej państw NATO, agresywne manewry na Bałtyku czy cyberataki wymierzone w infrastrukturę sojuszu. Takie depesze pojawiają się we wszystkich serwisach informacyjnych, choć w praktyce są to zwykle działania o charakterze rutynowym — element prewencji, a nie zapowiedź realnego ataku. Gdy brakuje tego wyjaśnienia, odbiorcy zostają z samym alarmistycznym nagłówkiem, który rodzi lęk i poczucie zagrożenia. W komentarzach pod artykułami często pojawia się zniecierpliwienie: „Co ja mam zrobić z tym komunikatem?” – pisał jeden z czytelników. Zamiast budować poczucie bezpieczeństwa, kolejne „pilne” newsy podsycają chroniczny stres informacyjny.
Retoryka polityczna i codzienny lęk
Nastroje społeczne dodatkowo wzmacniają wypowiedzi przedstawicieli władz. Wiceminister obrony Cezary Tomczyk w lipcu w Radiu ZET mówił o scenariuszu rosyjskiej agresji na 2027 rok. Premier Donald Tusk w Pabianicach z kolei stwierdził, że według ocen NATO i USA Rosja i Chiny mogą być gotowe do konfrontacji już za dwa lata.
Tego rodzaju deklaracje mają swoją logikę polityczną: to ostrzeżenie i mobilizacja. Jednak w warstwie społecznej wzmacniają obraz nieuchronnego zagrożenia, bez podania praktycznych wskazówek, jak się przygotować. W efekcie obywatele pozostają sami z poczuciem narastającego lęku.
Prawicowa retoryka: ostrzeżenia, które podsycają niepokój
Nie tylko rządzący przyczyniają się do eskalacji lęku. Prawicowa opozycja, skupiona wokół PiS, również aktywnie podkreśla zagrożenie ze strony Rosji — choć czyni to w innym kontekście, łącząc ostrzeżenia z krytyką obecnego rządu.
Były premier Mateusz Morawiecki w artykule z września 2025 pisał o „długim marszu” w obliczu rosyjskiej agresji. „Rosja nie zamierza kończyć wojny. Od pierwszego dnia inwazji Putin nie zrobił ani jednego kroku w stronę pokoju” – ostrzegał, nazywając Federację Rosyjską „państwem terrorystycznym” i apelując o natychmiastowe działania. W innym komentarzu dotyczącym naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony podkreślał, że Polska nie może bagatelizować żadnego sygnału agresji i powinna reagować zdecydowanie.
Strach, który nie zamienia się w działanie
Paradoks polega na tym, że mimo wysokiego poziomu niepokoju, niewiele osób realnie podejmuje działania. Owszem, rośnie zainteresowanie szkoleniami, a państwo inwestuje w programy obronne i cyberbezpieczeństwo, jednak w skali społecznej wciąż brakuje masowej edukacji.
Kursy kwalifikowanej pierwszej pomocy trwają kilkadziesiąt godzin, a ich koszt może wynieść nawet 1200–1700 zł, dlatego pozostają dostępne jedynie dla wąskiej grupy osób. Nawet imponująca liczba 16 tysięcy jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych i ponad 245 tysięcy uprawnionych do działań ratowniczych nie zastąpi systemowego, powszechnego przeszkolenia. W efekcie przeciętny obywatel wciąż nie wie, gdzie szukać rzetelnych informacji ani jak zareagować w sytuacji realnego zagrożenia.
Polska w lustrze badań i analiz
Na tle Europy Polacy należą do społeczeństw najbardziej wyczulonych na zagrożenie ze strony Rosji. Według raportu „Security Radar 2025” aż 82 procent badanych w Polsce wskazało Moskwę jako główne źródło ryzyka dla kontynentu. To najwyższy wynik w całym regionie.
Do tego dochodzą wydarzenia ostatnich tygodni — incydenty z rosyjskimi dronami, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną, czy międzynarodowe ćwiczenia wojskowe w pobliżu granic NATO. Sytuacja ta sprawiła, że w ramach misji „Eastern Sentry” brytyjskie RAF rozpoczęło regularne patrole nad Polską, a temat został podjęty w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.
Informacja kontra dezinformacja
Wszystko to dzieje się w otoczeniu medialnym, które sprzyja eskalacji emocji. Badania nad przekazem informacyjnym wskazują, że w relacjach z konfliktów dominuje narracja wojenna — dramatyzacja i alarmy — kosztem edukacji i poradnictwa. To nie tylko efekt „klikalności”, ale także naturalne podatności odbiorców: szybciej reagujemy na zagrożenie niż na spokojne wyjaśnienia.
Jednocześnie Polska staje się celem dezinformacyjnych operacji hybrydowych. Farmy trolli, które masowo komentują treści wojenne, doprowadziły część redakcji do wyłączenia komentarzy pod newsem o poderwaniu myśliwców. To konieczność techniczna, ale jednocześnie kolejny element wykluczający obywateli z rozmowy.
Państwo i społeczeństwo: wciąż brakująca układanka
Latem rząd przyjął zaktualizowany Krajowy Plan Zarządzania Kryzysowego oraz Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026. To krok we właściwym kierunku, lecz raporty NIK wciąż wskazują poważne braki w łączności służb i koordynacji działań. Równocześnie cyberataki na szpitale i infrastrukturę krytyczną pokazują, że bezpieczeństwo to nie tylko kwestia militarna, ale i codzienna, obejmująca sektor cywilny.
Zamiast alarmów – poczucie sprawczości
Polacy mają prawo do obaw. Historia i geografia nie pozwalają na luksus beztroski. Jednak lęk, który nie prowadzi do działania, staje się paraliżem. Media, politycy i instytucje państwa mogą zmienić ten mechanizm: zamiast kolejnych „pilnych” komunikatów o poderwaniu myśliwców potrzebujemy jasnych wyjaśnień, edukacji i prostych instrukcji.
Dziś strach dominuje nad świadomością, a klikający alarmy wygrywają z informacją praktyczną. Jeśli jednak chcemy budować społeczną odporność, konieczna jest zmiana perspektywy — z narracji strachu na narrację sprawczości. Bo wojny nie da się zatrzymać nagłówkiem, ale można się na nią przygotować wiedzą i odpowiedzialnym komunikatem.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: PAP , media
Potężna laserowa broń antydronowa wchodzi do służby w Izraelu – koniec drogich rakiet?
17 września 2025 roku izraelskie Ministerstwo Obrony ogłosiło historyczny przełom: system Iron Beam – pierwsza na świecie w pełni operacyjna laserowa tarcza powietrzna – został uznany za gotowy do służby. To nie demonstracja, nie test – to realne wdrożenie nowej klasy broni, która może odmienić sposób prowadzenia wojny. I co ważniejsze: radykalnie obniżyć jej koszt.
Rewolucja w obronie powietrznej
Iron Beam to wysokoenergetyczny laser o mocy 100 kilowatów, opracowany przez izraelskie firmy Rafael Advanced Defense Systems i Elbit Systems. System został zaprojektowany do niszczenia rakiet, pocisków moździerzowych i dronów. Przechwytywanie celów za pomocą światła to już nie science fiction, ale rzeczywistość izraelskiej armii.
Prawdziwym przełomem nie jest jednak wyłącznie technologia, lecz ekonomia. Dla porównania, koszt jednego przechwycenia za pomocą Iron Dome – słynnego izraelskiego systemu rakietowej obrony powietrznej krótkiego zasięgu, który od ponad dekady chroni miasta przed rakietami i pociskami moździerzowymi – to nawet 50 tysięcy dolarów. Iron Dome wykorzystuje wystrzeliwane z wyrzutni pociski Tamir, które same w sobie są zaawansowaną i kosztowną technologią. Każdy przechwycony dron czy rakieta oznacza więc poważny wydatek. Wystrzał z Iron Beam? Od 2,5 do 10 dolarów – praktycznie tylko koszt zużytej energii elektrycznej. To fundamentalna zmiana w rachunku zysków i strat współczesnych konfliktów.
Jak działa laserowa tarcza
Sercem systemu jest zaawansowana optyka adaptacyjna, która kompensuje rozpraszanie wiązki laserowej w atmosferze. Energia z setek światłowodowych laserów skupiana jest w jednym punkcie, tworząc impuls zdolny zniszczyć cel oddalony nawet o dziesięć kilometrów. Zniszczenie następuje w ciągu kilku sekund.
W przeciwieństwie do systemów rakietowych, Iron Beam nie korzysta z klasycznej amunicji. Dopóki system jest zasilany, może prowadzić ogień nieprzerwanie, co czyni go szczególnie skutecznym podczas zmasowanych ataków.
Testy i pierwsze sukcesy bojowe
System był testowany w złożonych scenariuszach bojowych na południu Izraela. Skutecznie neutralizował różne typy celów, zarówno pojedyncze drony, jak i symultaniczne zagrożenia. W październiku 2023 roku uproszczona wersja Iron Beam zestrzeliła czterdzieści dronów Hezbollahu. Było to pierwsze w historii bojowe użycie broni laserowej tej klasy.
Według izraelskiego resortu obrony to ostatni kamień milowy przed pełną integracją systemu z istniejącą infrastrukturą: Iron Dome, Proca Dawida i Arrow. Pełne baterie Iron Beam mają zostać wdrożone do końca 2025 roku.
Nowa logika wojny
Współczesne konflikty stają się coraz bardziej asymetryczne. Grupy zbrojne inwestują w tanie drony i improwizowane rakiety, które do tej pory wymagały kosztownych odpowiedzi. Laserowa tarcza eliminuje tę ekonomiczną przewagę. Gdy państwo nie musi liczyć każdej przechwyconej rakiety, zyskuje nie tylko oszczędności, ale i strategiczną pewność działania.
Izraelski minister obrony Israel Katz podkreślił, że Iron Beam to nie tylko technologia, ale nowy sposób myślenia o obronie. W jego słowach: „To stawia Izrael w awangardzie światowych potęg technologicznych”.
Światowy wyścig laserowy
Choć Izrael jest liderem, nie jest osamotniony. Stany Zjednoczone wdrożyły już laserowe systemy HELIOS na swoich okrętach, a armia testuje mobilne platformy DE M-SHORAD na pojazdach Stryker. Chiny zaprezentowały system LY-1 do obrony przed dronami i rakietami. Wcześniej rozwijały mobilny Silent Hunter, wykorzystywany już w działaniach pokazowych. Indie testują system DURGA II o podobnej mocy do Iron Beam oraz lżejsze wersje antydronowe. Wielka Brytania rozwija system DragonFire, który ma wejść do służby w 2027 roku. Niemcy pracują nad rozwiązaniami laserowymi dla swojej marynarki wojennej.
Według prognoz, wartość globalnego rynku broni energetycznej wzrośnie z 7,1 miliarda dolarów w 2025 roku do ponad 15 miliardów w 2034. Chiny posiadają już ponad 23 procent udziału w tym rynku, wyprzedzając Stany Zjednoczone.
Broń jutra w codziennej służbie
Elbit Systems zapowiada kolejne warianty Iron Beam – mobilne wersje dla wojsk lądowych oraz systemy powietrzne. Możliwe jest też skalowanie mocy – zarówno w górę, dla zwalczania celów większego kalibru, jak i w dół, dla precyzyjnych zastosowań lokalnych.
Pozostają jednak pytania: jak system poradzi sobie w warunkach niekorzystnych pogodowo? Czy będzie skuteczny podczas długotrwałych, saturacyjnych ataków? Czy przeciwnicy opracują metody przeciwdziałania – takie jak powłoki refleksyjne, zakłócenia czy fałszywe cele?
Jedno jest pewne: świat właśnie przekroczył granicę, za którą broń laserowa przestaje być futurologią. Staje się codziennym narzędziem walki – szybkim, tanim i precyzyjnym. W czasach, gdy zagrożenia przychodzą z niskiego pułapu i niewielkim kosztem, to może być technologia, która zadecyduje o przewadze.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Reuters, breakingdefense.com
Krzysztof Skiba: Piękne historie z prawicowego zoo

Krzysztof Skiba
Jimmy Kimmel, niezwykle popularny komik prowadzący komediowy show w amerykańskiej stacji ABC, został zawieszony po tym, jak powiedział kilka żartów o ekipie Trumpa. To ciekawe, że ci konserwatyści, którzy tyle ględzą o wolności słowa, nagle tracą poczucie humoru, gdy dochodzą do władzy. Dla fanatyków to jednak musi być szok. Ultranarodowcami kieruje koleś z żydowskim pochodzeniem, słynny, sejmowy pogromca żydowskiego świecznika. Na demonstrację poparcia Roberta Bąkiewicza przyszło trzynaście osób.
NIEBEZPIECZNI KOMICY
Jimmy Kimmel, niezwykle popularny komik prowadzący komediowy show w amerykańskiej stacji ABC, został zawieszony po tym, jak powiedział kilka żartów o ekipie Trumpa.
To nie pierwszy satyryk, któremu zamyka się usta w USA. To ciekawe, że ci konserwatyści, którzy tyle ględzą o wolności słowa, nagle tracą poczucie humoru, gdy dochodzą do władzy.
Komicy od zawsze okazują się dla skrajnej prawicy mocno niebezpieczni. Gdy PiS po raz pierwszy doszedł do władzy w 2006 roku, od razu wyrzucił z TVP satyryczny program Jacka Federowicza.
Przy drugim dojściu do władzy w 2016, Kurski wywalił z TVP już wszystkie kabarety.
Uwaga! Neo-Nówka, Kabaret Skeczów Męczących, Kabaret Ani Mru Mru, K2, czy Kabaret Młodych Panów i wiele innych. Dawajcie teraz mocno czadu, bo za dwa lata, jak wróci PiS, to żarty w mediach będzie opowiadał już tylko Błaszczak, Czarnek i Suski, no i Duduś w Kanale Zero.
PRAWDZIWY POLAK
Monika Braun, siostra Grzesia Gaśnicy, przedstawiła w dzienniku Fakt wyniki badań genetycznych.
Okazało się, że rodzina Braunów ma pochodzenie żydowskie. Dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, bo mam świadomość, że stuprocentowi Polacy występują tylko w legendach i broszurkach ONR-u.
Przez ten kraj przetoczyły się liczne armie napoleońskie, pruskie, szwedzkie, rosyjskie, austriackie, a gościli tu uciekinierzy żydowscy z całej Europy, i nikt nie wie, z kim spały nasze prababki.
A ludy zawsze migrowały (ostatnio potwierdziły się badania, że Słowianie przybyli do Europy z dalekiego Wschodu), więc te wszystkie opowieści o czystych Polakach to jakieś bajki dla przygłupów.
Dla fanatyków to jednak musi być szok. Ultranarodowcami kieruje koleś z żydowskim pochodzeniem, słynny, sejmowy pogromca żydowskiego świecznika.
Coraz bardziej realna wydaje mi się spiskowa teoria mówiąca o tym, że cwani Judejczycy na czele polskich partii narodowych wsadzają swoich ludzi, aby ośmieszyć polski nacjonalizm.
W wypadku Chuligana Brauna, krzykliwego Grzesia Zadymiarza, ta idiotyczna teoria pasuje jak ulał.
SAMOTNY BĄK
Na demonstrację poparcia Roberta Bąkiewicza przyszło trzynaście osób.
Bąkiewicz był już raz skazany na prace społeczne, ale ułaskawił go Raper Duduś, gdy był prezydentem.
To jednak nie koniec kłopotów z prawem obrońcy mostu w Słubicach, którego nikt nie atakował.
Robert ma sprawy sądowe za pobicia kobiety, zniszczenie mienia i kilka innych pięknych czynów godnych narodowca.
Stąd demonstracja poparcia, która okazała się widowiskową klapą.
Może niech następnym razem do takiej demonstracji Kurski załatwi Robertowi statystów i „przypadkowych przechodniów”, których kiedyś masowo zatrudniał w TVP?
Kolesie od dwóch lat są przecież bezrobotni, a wiadomo, że krzyczeć i machać flagami potrafią.
Krzyszto Skiba
Litwa szkoli dzieci z obsługi dronów przy granicy z Rosją
W litewskich Taurogach, zaledwie 20 kilometrów od granicy z rosyjskim Królewcem, ruszył pierwszy program szkoleniowy z obsługi dronów dla dzieci i dorosłych. Projekt ma zwiększyć odporność obywatelską w regionach przygranicznych i jest częścią strategii obronnej Litwy.
Kursy dronowe dla dzieci i dorosłych
Zajęcia odbywają się w klasach szkoły średniej, gdzie, jak relacjonują lokalne media – uczniowie w wieku od 10 lat uczą się latania dronami FPV, składania quadkopterów i programowania modeli o stałym skrzydle. „Chcę się nauczyć kontrolować drona. To trudne, ale fajne” – miała powiedzieć jedna z uczestniczek, 14-letnia Gerda Lukosaityte. W klasie słychać śmiech, gdy drony uderzają o podłogę – opisuje Reuters.
– Nie szkolimy dzieci do wojny. Dajemy im kompetencje i poczucie bezpieczeństwa – mówi nauczyciel Mindaugas Tamošaitis, cytowany przez agencję.
To pierwszy z planowanych dziewięciu ośrodków szkoleniowych, które mają powstać wzdłuż granicy z Rosją i Białorusią. Do 2028 roku Litwa planuje przeszkolić 22 tysiące osób, w tym 7 tysięcy dzieci. Budżet całego przedsięwzięcia wynosi około 3,3 mln euro.
Litwa zwiększa wydatki na obronność
Program wpisuje się w szerszą strategię obronną państwa. W maju 2025 roku rząd zapowiedział inwestycje o wartości 1,1 miliarda euro na wzmocnienie wschodnich granic, obejmujące nowe zapory, systemy wykrywania, miny przeciwczołgowe oraz technologie zakłócające. Jednocześnie Litwa, wraz z Polską, Łotwą i Estonią ogłosiła wycofanie się z Traktatu Ottawskiego, który zakazuje stosowania min przeciwpiechotnych.
– Budujemy nasze zdolności, by być jeżem dla agresora – powiedział wiceminister obrony Tomas Godliauskas w rozmowie z Reuters.
Rosyjskie drony i wezwanie do NATO
W ostatnich miesiącach litewskie władze informowały o przypadkach naruszenia przestrzeni powietrznej przez drony przelatujące z Białorusi. W jednym z potwierdzonych incydentów dwa rosyjskie drony rozbiły się na terytorium Litwy.
Wilno wezwało NATO do wzmocnienia obecności wojskowej w regionie. Litewski rząd zapowiada rozmieszczenie niemieckiej brygady w rejonie przygranicznym, jednak szczegóły nie zostały dotąd oficjalnie potwierdzone. Niemieccy dowódcy deklarują gotowość do działania i wsparcia sojuszników na wschodniej flance.
Krytyka i poparcie dla programu
Projekt szkół dronowych wywołuje dyskusję. Zwolennicy widzą w nim nowoczesną edukację i element wzmacniania odporności społeczeństwa. Krytycy ostrzegają przed ryzykiem militaryzacji sfery cywilnej. Litewskie władze zapewniają, że zajęcia mają charakter edukacyjny, a celem jest budowanie kompetencji technicznych, które mogą okazać się kluczowe w sytuacji zagrożenia.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Reuters, AP New, LRT
Nagranie UFO wstrząsnęło Kongresem USA. Rakieta Hellfire nie zniszczyła obiektu
Nagranie z amerykańskiego drona MQ‑9 Reaper, pokazane podczas posiedzenia Kongresu USA, ma przedstawiać niezidentyfikowany obiekt latający, który przetrwał uderzenie rakiety Hellfire bez żadnych widocznych uszkodzeń. Film został zarejestrowany nad wodami Jemenu pod koniec 2024 roku i po raz pierwszy upubliczniony we wrześniu 2025. Czy faktycznie mamy do czynienia z przełomem w historii UAP (niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych), czy tylko z kolejną niejasną sekwencją wideo?

Fot. Screenshot z filmu „Leaked video of US hellfire missile bouncing off UFO shown to congress”, YouTube/The Independent (@theindependent)
Kongres USA ogląda nagranie z Jemenu
9 września 2025 roku, podczas przesłuchania przed komisją Izby Reprezentantów ds. UAP, kongresmen Eric Burlison zaprezentował materiał wideo, który jak stwierdził otrzymał od sygnalisty. Nagranie, datowane na 30 października 2024 roku, miało zostać zarejestrowane przez drona MQ‑9 Reaper operującego nad Morzem Czerwonym, w rejonie działań zbrojnych z udziałem bojowników Huti.
Wideo pokazuje kulisty, jasny obiekt poruszający się w powietrzu, tak zwany orb (czyli kulisty obiekt latający, najczęściej bez widocznego napędu). W pewnym momencie widać wystrzelenie rakiety Hellfire w kierunku tego obiektu. Zgodnie z interpretacją Burlisona, dochodzi do kontaktu, ale bez eksplozji czy zniszczenia. Rakieta kontynuuje lot, a orb pozostaje nietknięty.
Pentagon milczy, a eksperci dzielą się w opiniach
Nagranie zostało zaprezentowane publicznie, jednak do tej pory nie pojawił się żaden oficjalny komentarz ze strony Departamentu Obrony. Nie udostępniono również danych telemetrycznych z misji ani nie potwierdzono autentyczności materiału. Burlison zaznaczył, że film wymaga niezależnej analizy i nie przesądza o jego ostatecznej interpretacji.
Wśród komentatorów nie brakuje sceptycyzmu. Część ekspertów zwraca uwagę, że nagranie zostało wykonane w trybie termowizyjnym, co znacząco ogranicza możliwość oceny sytuacji. Tor lotu pocisku, perspektywa kamery i brak danych dźwiękowych mogą prowadzić do błędnej interpretacji: rakieta mogła minąć cel, nie aktywować głowicy bojowej albo trafić w atmosferyczną anomalię, a nie w rzeczywisty obiekt.
Lue Elizondo, były urzędnik Pentagonu związany z badaniami nad UAP, powiedział: „Nigdy nie widzieliśmy, by rakieta Hellfire uderzyła w cel i się od niego odbiła. To broń o wysokiej sile rażenia. Jeśli trafia w coś fizycznego, zazwyczaj nie zostaje z tego wiele.”
Czym są orbs i jak wpisują się w badania nad UAP?
Orb to nieformalny termin używany do opisu niewielkich, kulistych, często świecących obiektów, które nie wykazują cech klasycznego napędu i poruszają się w sposób trudny do wyjaśnienia aerodynamiką. W przeciwieństwie do pojęcia UFO, termin orb jest bardziej opisowy i pozbawiony konotacji „pojazdu”.
UAP, czyli Unidentified Anomalous Phenomena to oficjalna, neutralna nazwa przyjęta przez amerykański Departament Obrony. Obejmuje szerokie spektrum zjawisk: od dronów i balonów, przez anomalie atmosferyczne, aż po niezidentyfikowane formy energii lub technologii, których pochodzenie pozostaje niejasne.
750 nowych przypadków UAP i napięcie wokół Disclosure Act
Zgodnie z raportem Biura ds. Rozpoznania Anomalii (AARO), opublikowanym w czerwcu 2024 roku, w ciągu poprzednich dwunastu miesięcy zgłoszono ponad 750 nowych przypadków UAP. Większość z nich pochodziła z systemów wojskowych i nie została jeszcze w pełni wyjaśniona. Tylko niewielki odsetek przypadków został zaklasyfikowany jako „niewytłumaczony mimo dostępnych danych”.
W 2024 roku Kongres USA debatował nad ustawą Disclosure Act, która miała zobowiązać instytucje federalne do ujawnienia wszystkich posiadanych informacji na temat UAP. Kluczowe zapisy ustawy zostały jednak zablokowane. Do dziś nie wiadomo, ile materiałów nadal pozostaje utajnionych i jaki jest ich status analityczny.
Co naprawdę pokazuje nagranie z Jemenu?
Wideo przedstawione przez Burlisona to niewątpliwie materiał, który wzbudza emocje. Ale jak w wielu przypadkach związanych z UAP, brakuje kluczowych danych: danych radarowych, pełnej sekwencji wideo, analiz trajektorii, źródeł obrazu. Bez tego trudno mówić o przełomie.
Możliwości jest wiele: od efektu termicznego i błędnej interpretacji, przez test nowej technologii, aż po rzeczywiste spotkanie z obiektem nieznanego pochodzenia. Ale żadne z tych wyjaśnień ani najbardziej przyziemne, ani najbardziej fantastyczne nie może być dziś uznane za rozstrzygające.
Warto więc nie tylko pytać, co przedstawia nagranie, ale też: dlaczego pokazano je właśnie teraz, komu zależy na podgrzewaniu tematu i jakie interesy towarzyszą dyskusji o „ujawnianiu prawdy” o UFO.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: ABC News, CBS News
Czy Brigitte Macron jest kobietą? Sąd w USA oceni teorię spiskową o płci Pierwszej Damy
„To niesamowicie irytujące” – powiedział prawnik prezydenckiej pary, zapowiadając przedstawienie w amerykańskim sądzie naukowych dowodów na to, że Brigitte Macron jest kobietą. To nie absurdalny performance, ale realna walka o granice wolności słowa w dobie spisków, influencerów i transatlantyckiej dezinformacji.

Brigitte Macron i Emmanuel Macron / Fot. President.gov.ua, CC BY 4.0, https://commons.wikimedia.org/
Emmanuel i Brigitte Macronowie pozywają amerykańską komentatorkę Candace Owens, która od miesięcy publicznie promuje teorię, jakoby Pierwsza Dama Francji urodziła się jako mężczyzna. Sprawa, która zaczęła się na marginesie francuskiego YouTube’a, dziś trafia przed sąd w stanie Delaware. To nie tylko walka o dobre imię, ale także sprawdzian tego, jak współczesne demokracje reagują na szeroko zakrojoną dezinformację.
Teoria spiskowa, która zyskała globalny zasięg
Początek tej historii sięga 2021 roku, gdy francuskie blogerki Amandine Roy i Natacha Rey opublikowały film sugerujący, że Brigitte Macron to w rzeczywistości jej brat Jean-Michel Trogneux po operacji zmiany płci. Choć materiał nie zawierał żadnych dowodów, szybko zyskał popularność w alt-prawicowych kręgach i rozlał się po francuskojęzycznym internecie.
W marcu 2024 roku teorię podchwyciła Candace Owens – amerykańska influencerka i była współpracowniczka portalu The Daily Wire. W serii nagrań i postów pod wspólnym tytułem Becoming Brigitte przedstawiała Macronową jako rzekomy „produkt elit”. Jej narracja sięgnęła poziomu konspiracyjnego absurdu – od powiązań z CIA i programem MK Ultra po numerologię inspirowaną eksperymentem więziennym w Stanford. Jednocześnie wypuściła kolekcję koszulek, a swoje działania określała jako „bitwę o prawdę”.
Francuski wyrok i amerykański proces
W 2024 roku Macronowie wygrali we Francji sprawę o zniesławienie przeciwko Roy i Rey, ale w lipcu 2025 sąd apelacyjny uchylił ten wyrok, powołując się na konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi. To właśnie wtedy para prezydencka zdecydowała się na kolejny krok – pozew przeciwko Owens w USA.
Złożony w sądzie stanowym w Delaware pozew (sygn. N25C-07-194 CLS) domaga się odszkodowania, przeprosin i sądowego zakazu dalszego rozpowszechniania oszczerstw. Owens, jak argumentują prawnicy Macronów, zignorowała dostępne fakty, świadomie podsycała fałszywą narrację i platformowała osoby znane z rozpowszechniania spiskowych teorii.
W sierpniu Emmanuel Macron udzielił wywiadu Paris Match, w którym podkreślił osobisty wymiar sprawy. „To atak skrajnej prawicy. Bronię swojego honoru. To ktoś, kto doskonale wiedział, że miał fałszywe informacje, i zrobił to w celu wyrządzenia szkody w służbie ideologii i przy ustalonych powiązaniach z liderami skrajnej prawicy.”
„To denerwujące, ale konieczne”
Candace Owens nie uznaje zarzutów. Jej prawnicy złożyli 15 września wniosek o oddalenie sprawy, argumentując, że Delaware nie jest właściwą jurysdykcją, a całość stanowi atak na wolność słowa. Owens przedstawia się jako ofiara politycznej nagonki, a na platformie X mobilizuje swoich zwolenników do finansowego wsparcia obrony.
Dwa dni później prawnik Macronów, Tom Clare, ogłosił w rozmowie z BBC, że jego klienci są gotowi przedstawić zarówno naukowe opinie biegłych, jak i fotografie Brigitte Macron w ciąży i z dziećmi. „To denerwujące, że musi przez to przechodzić, ale jest gotowa zrobić wszystko, by oczyścić swoje imię” – podkreślił Clare.
Różne prawa, różne granice
Sprawa toczy się w zupełnie innym kontekście prawnym niż ten, z którym mamy do czynienia we Francji czy w Polsce. Podczas gdy prawo francuskie mocno akcentuje ochronę reputacji i prywatności, amerykańska konstytucja znacznie silniej chroni wolność słowa, nawet jeśli oznacza to dopuszczanie treści kontrowersyjnych czy obraźliwych.
W amerykańskim systemie osoba publiczna, by wygrać sprawę o zniesławienie, musi udowodnić tzw. rzeczywistą złośliwość (actual malice). To wysoki próg – trzeba wykazać, że oskarżenia były publikowane ze świadomością ich fałszywości lub z rażącym lekceważeniem prawdy. To właśnie ten standard będzie decydujący dla losów pozwu Macronów przeciwko Owens.
W tle: echo innych spraw o fake news
Choć pozew Brigitte Macron wydaje się bezprecedensowy ze względu na temat i kontekst osobisty, to nie jest odosobniony w amerykańskim krajobrazie prawnym. W 2023 roku firma Dominion Voting Systems wygrała proces przeciwko Fox News, udowadniając, że stacja celowo rozpowszechniała kłamstwa o sfałszowaniu wyborów. Z kolei Alex Jones, propagator teorii o „sfingowanej” masakrze w szkole w Sandy Hook został skazany na wielomilionowe odszkodowania.
Tego typu sprawy pokazują, że sądy zaczynają reagować na medialne nadużycia, ale pod warunkiem, że istnieją twarde dowody i jasna linia odpowiedzialności. Macronowie liczą, że tym razem będzie podobnie.
Test dla demokracji
Choć wielu może traktować sprawę jako farsę, prezydencka para dowodząca, że Pierwsza Dama to kobieta, jej konsekwencje mogą okazać się bardzo realne. W świecie, w którym zasięgi decydują o tym, co uznajemy za prawdę, a granice między opinią a dezinformacją coraz bardziej się zacierają, sądowy precedens w tej sprawie może wyznaczyć nowe standardy odpowiedzialności.
Jeśli Macronowie wygrają, może to zachęcić innych polityków i osoby publiczne do walki z dezinformacją na drodze prawnej, także poza Stanami Zjednoczonymi. Jeśli Owens zwycięży, dla wielu może to być sygnał, że granice wolności słowa w internecie pozostają praktycznie nieistniejące. To nie tylko proces o zdjęcia z rodzinnego albumu, ale o przyszłość debaty publicznej w erze cyfrowej.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: The Guardian, BBC, Paris Match
Smartfony to przeżytek? Nothing i AI rewolucjonizują technologię
W świecie, gdzie każdy z nas nosi w kieszeni komputer o mocy większej niż ta, która posłała człowieka na Księżyc, trudno uwierzyć, że smartfony mogą stać się przeszłością. A jednak Carl Pei, założyciel Nothing Technologies, przekonuje, że przyszłość należy do urządzeń natywnych dla AI – sprzętów, w których sztuczna inteligencja nie jest dodatkiem, ale rdzeniem działania.
Wizja tej zmiany nie pochodzi z Doliny Krzemowej, lecz z Londynu. Nothing, startup założony przez Carla Peia w 2020 roku, właśnie pozyskał 200 milionów dolarów w rundzie Series C — czyli trzecim etapie finansowania od inwestorów prywatnych, takich jak fundusze venture capital. Tego rodzaju runda jest przeznaczona dla firm, które mają już działający produkt i bazę klientów, a teraz potrzebują dodatkowego kapitału, by zwiększyć skalę działania, wejść na nowe rynki lub rozwinąć nowe technologie. W efekcie wycena Nothing przekroczyła 1,3 miliarda dolarów. Firma znana dotąd głównie z minimalistycznego designu i przezroczystych obudów smartfonów, zapowiada teraz kolejny krok: budowę zupełnie nowej klasy urządzeń AI, które mają wyprzedzić dzisiejsze telefony, zegarki i laptopy. W 2026 roku na rynek mają trafić pierwsze produkty projektowane od podstaw z myślą o sztucznej inteligencji.
Nowy język sprzętu: cicho, kontekstowo, spersonalizowanie
„W przeciwieństwie do dzisiejszych uniwersalnych rozwiązań, powstanie miliard różnych systemów operacyjnych dla miliarda różnych ludzi” – napisał Pei w mediach społecznościowych. To manifest. W jego wizji urządzenia AI-native będą dostosowane do użytkownika w czasie rzeczywistym: będą rozpoznawać kontekst, uczyć się zachowań, przetwarzać dane lokalnie, reagować zanim padnie pytanie. Zamiast „Hej Siri” – subtelna obecność. Zamiast powiadomień – cicha sygnalizacja potrzeby.
Nic dziwnego, że Nothing zaczyna od sprzętu, który zna najlepiej. Firma zdobyła rozpoznawalność dzięki smartfonom z przezroczystą obudową, świetlnym systemem powiadomień (glyph lights) i uproszczonym, szybkim interfejsem pozbawionym bloatware’u. Nothing Phone 1 i Phone 2 miały wielu fanów również w Polsce – wśród tych, którzy szukali estetyki i alternatywy dla nadmiaru funkcji w Androidzie. Ale nowa linia produktów ma wyjść poza estetykę.
W roadmapie firmy są inteligentne zegarki, słuchawki, okulary AR, a nawet roboty i pojazdy elektryczne. Wszystko to ma działać w ramach wspólnego systemu, opartego na AI i maksymalnie spersonalizowanego. Zamiast jednej platformy — miliard wersji dostosowanych do miliarda osób.
Globalna konkurencja: wyścig o następcę smartfona
Pei nie jest jedynym, który widzi kres ery dominacji smartfonów. W wyścigu o nowe urządzenie osobiste udział biorą także giganci. Sam Altman, szef OpenAI, wspólnie z Jonym Ive’em – byłym szefem designu Apple – pracuje nad urządzeniem bez ekranu, które ma stać się fizycznym interfejsem dla modelu GPT. Meta rozwija kolejne wersje okularów Ray-Ban z wbudowanym AI-asystentem, a startup Humane prezentuje projektor zakładany na ubranie, który reaguje na głos i gesty.
Wszystkie te projekty mają wspólny mianownik: sztuczna inteligencja nie jako funkcja, ale fundament. Urządzenie ma być bardziej obecnością niż narzędziem. Technologią, która znika z pola widzenia, ale zostaje w świadomości.
Dla inwestorów to nie tylko intrygujący trend. To potencjalnie największa zmiana w sprzęcie konsumenckim od czasu wynalezienia smartfona. Jeśli Carl Pei i jego zespół mają rację, Nothing może stać się liderem całkiem nowej kategorii produktów.
Czy użytkownicy są gotowi na rewolucję?
W teorii wszystko się zgadza. Urządzenia, które nie krzyczą, nie wymagają dotyku, nie uzależniają powiadomieniami – brzmią jak remedium na cyfrowe przeciążenie. Ale historia technologii pokazuje, że adaptacja nie dzieje się natychmiast.
iPhone pojawił się w 2007 roku. Dopiero po kilku latach dotykowy ekran stał się standardem. Wcześniej też mówiono: „ludzie nigdy nie porzucą fizycznej klawiatury”. Dziś nikt już nie pamięta, jak to było pisać wiadomości na klawiszach Nokii. Czy tym razem będzie podobnie?
Polscy użytkownicy należą do najbardziej wymagających, jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości. Sukces Nothing Phone w Polsce był niszowy, ale wyraźny – szczególnie wśród entuzjastów estetyki i „czystego Androida”. Nowe produkty AI mogą przyciągnąć kolejną falę tych, którzy szukają sprzętu mniej „przeładowanego”, bardziej funkcjonalnego, lepiej zaprojektowanego. Ale na razie to wciąż hipoteza.
Wyzwania: zaufanie, prywatność, kontrola
Największe pytania dotyczą nie technologii, ale zaufania. Jeśli AI ma działać lokalnie, analizować nastroje, dane biometryczne, zachowania w czasie rzeczywistym — to kto będzie to kontrolował? Czy użytkownicy zaakceptują, że ich urządzenie „myśli” o nich częściej niż oni sami?
Drugi problem to infrastruktura. Takie urządzenia wymagają ogromnej mocy obliczeniowej, szybkiej reakcji i baterii, która nie padnie po kilku godzinach. Miniaturyzacja i efektywność energetyczna wciąż są granicami, których nie da się przekroczyć samą narracją.
No i przyzwyczajenia. Użytkownicy mogą uznać „nowe” za zbyt skomplikowane, nieintuicyjne lub… po prostu zbędne. Każda innowacja musi być nie tylko rewolucyjna, ale i wygodna. Historia zna wiele przypadków technologii, które przegrały, bo były „zbyt do przodu”.
Co zostanie, co zniknie?
Wizja przyszłości, w której technologia znika z pola widzenia, ale towarzyszy nam w każdej chwili, wydaje się realna. Może nie będziemy już patrzeć w ekrany, tylko słuchać, mówić, reagować. Może urządzenia nie będą miały „aplikacji”, ale intencje. Może smartfon zostanie zredukowany do terminala, backupu, bramy do sieci — a prawdziwa interakcja przeniesie się do czegoś lżejszego, bardziej zintegrowanego, mniej… widocznego.
Dla Carla Peia Nothing to nie tylko firma, ale idea. Brak, jako przestrzeń do zapełnienia. Może właśnie dlatego jego telefony wyglądają jak przezroczyste szkice, niedopowiedziane formy. Może to nie przypadek, że jego wizja nowego urządzenia to coś, czego jeszcze nie widzieliśmy.
Czy to się uda? Pei raz już udowodnił, że można zbudować markę, która rzuca wyzwanie gigantom. Tym razem gra jest większa: nie o lepszy telefon, ale o nowy język codziennej technologii.
Smartfony nie znikną z dnia na dzień. Wciąż będą potrzebne. Ale mogą już przestać być punktem odniesienia. Jeśli Nothing i jemu podobni mają rację, to za kilka lat patrząc na naszego iPhone’a, możemy zadać sobie pytanie: czy to jeszcze potrzebne?
DF, thefad.pl
Niemiecka prasa o wizycie Nawrockiego: „To Rosja zagraża Polsce” – chłodna odpowiedź Berlina na żądania reparacji

Alexandra Jarecka | Katarzyna Domagała-Pereira
W czasie swojej pierwszej wizyty w Berlinie prezydent Karol Nawrocki usłyszał z niemieckich mediów coś więcej niż tylko uprzejme komentarze. Prasa za Odrą nie zostawiła złudzeń: temat reparacji wojennych, który PiS uczynił filarem swojej polityki historycznej, jest dziś nie tylko nierealny, ale też strategicznie szkodliwy.
Tak niemiecka prasa komentuje pierwszą oficjalną wizytę prezydenta Karola Nawrockiego w Berlinie.
Według Frankfurter Allgemeine Zeitung nie było zaskoczeniem, że podczas swojej pierwszej oficjalnej wizyty w Berlinie prezydent Polski przywiózł ze sobą „stawiane przez Warszawę astronomicznie wysokie żądania reparacji”. „Karol Nawrocki, kandydat nacjonalistycznej partii PiS, która nawet osiem dekad po zakończeniu wojny chętnie mobilizuje swoich wyborców, odwołując się do antyniemieckich resentymentów” – czytamy.
„Jednocześnie Nawrocki i jego polityczni sojusznicy powinni zdawać sobie sprawę, jak iluzoryczne jest – z wielu powodów – domaganie się od Niemiec wypłaty reparacji w wysokości 1,3 biliona euro, osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny” – pisze autor komentarza Berthold Kohler. Podkreśla, że politycy tak silnie skupieni na interesach narodowych jak Nawrocki powinni również rozważyć konsekwencje strategiczne swoich działań.
„Czy rzeczywiście korzystne dla Polski jest ciągłe obciążanie relacji z Niemcami tematem reparacji – z demokratycznymi Niemcami, które z uwagi na wielkie cierpienie zadane Polsce przez napaść Hitlera (i Stalina) zawsze starają się poprawiać stosunki dwustronne i pozostają kluczowym partnerem w UE i NATO, mimo antyniemieckiej retoryki PiS?” – pyta Kohler. I kończy refleksą: „Ostatni atak dronami jasno pokazał: to nie Niemcy, ale Rosja zagraża dziś polskiej suwerenności i integralności terytorialnej. (…) Nawrocki i jego obóz polityczny liczą przede wszystkim na wsparcie Donalda Trumpa. Dlaczego ufają człowiekowi, który okazuje się podatny na wpływy agresora, gotowego ponownie podporządkować sobie także Polskę – pozostaje ich tajemnicą”.
„Niespotykane”
Również dziennik Süddeutsche Zeitung pisze o żądaniach reparacji od Niemiec, które Berlin stanowczo odrzuca. W relacji z wizyty polskiego prezydenta w Berlinie autor, Daniel Brössler, zwraca uwagę, że ani po spotkaniu z prezydentem Steinmeierem, ani z kanclerzem Merzem nie odbyła się konferencja prasowa – „co jest raczej niespotykane”. Zamiast tego Nawrocki udzielił przed podróżą wywiadu dziennikowi Bild, powtarzając, że kwestia reparacji „oczywiście nie jest prawnie rozstrzygnięta”.
Jak czytamy dalej, w przeciwieństwie do Nawrockiego, liberalno-konserwatywny premier Polski Donald Tusk również nie widzi podstaw prawnych dla żądań reparacyjnych, ale w przeszłości apelował o zdecydowany gest ze strony Niemiec. Podczas wizyty w Berlinie w lutym 2024 roku zwrócił uwagę, że „zadośćuczynienie materialne i moralne nigdy nie zostało zrealizowane”.
Ówczesny rząd kanclerza Olafa Scholza rozpoczął negocjacje, które przewidywały trzy elementy: pomnik dla polskich ofiar nazizmu oraz Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie, pomoc finansową dla ocalałych ofiar oraz niemiecki wkład w obronność Polski.
„Dla niemieckiego rządu relacja z Nawrockim to drażliwa sprawa. Po pierwsze – nie krył on do tej pory swojego sceptycyzmu wobec Niemiec i sprzeciwiał się zbyt silnej pozycji Niemiec w UE. Nawrocki postrzega siebie jako politycznego sojusznika prezydenta USA Donalda Trumpa i sprzeciwia się temu, co uważa za zbyt daleko idącą integrację europejską” – zauważa autor.
„Spojrzeć w przyszłość”
Wizytę polskiego prezydenta komentują także mniejsze dzienniki. Regionalny dziennik Neue Osnabrücker Zeitung pisze:
„Po ostatnim wtargnięciu rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną Berlin natychmiast zadeklarował przedłużenie i rozszerzenie uzgodnionej ochrony nieba przez myśliwce Bundeswehry. To, co służy bezpieczeństwu Polski, służy także bezpieczeństwu Niemiec. Zamiast więc spierać się o przeszłość, Warszawa powinna spojrzeć w przyszłość i zrezygnować z roszczeń odszkodowawczych, opartych na pokrętnej logice. Podobne przesłanie – miejmy nadzieję – przekazali gościowi z Warszawy prezydent Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Friedrich Merz. Kto ignoruje realia XXI wieku, traci nie tylko sojuszników, ale także bezpieczeństwo i pole manewru” – czytamy w komentarzu.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Zdrada ciągle żywa

Adam Mazguła
17 września 1939 roku Sowieci napadli na walczącą z Niemcami Polskę. To nie było zaskoczenie – o tym wiedziano. Ten napad był konsekwencją nieudolnej polityki rozpasanego faszystowskiego rządu, który do 1938 roku był sprzymierzeńcem Hitlera. Ówczesny rząd oddał Polaków w niewolę, na wymordowanie, poniewierkę, utratę ziemi i majątków. Żołnierze bohatersko walczyli, krwawili i umierali za ojczyznę. Tymczasem ucieczka całego aparatu państwowego, wodza naczelnego i części wojska do Rumunii nie mieści się nawet w pojęciu zdrady. Zdradą jest nie tylko świadome złamanie przysięgi żołnierskiej, ale przede wszystkim odstępstwo od wartości, których przysięgali bronić. Bo zdrada zaczyna się nie od ucieczki, ale od pychy
17 września 1939 roku Sowieci napadli na walczącą z Niemcami Polskę. To nie było zaskoczenie, o tym wiedziano. Nie dało się ukryć przygotowań do wojny zarówno Wehrmachtu, jak i Armii Czerwonej. Ten napad był konsekwencją nieudolnej polityki rozpasanego faszystowskiego rządu, który do 1938 roku był sprzymierzeńcem Hitlera i nawet wspólnie z nim brał udział w aneksji Czechosłowacji. Prezydent Mościcki, Beck i Rydz-Śmigły, niczym Kaczyński teraz, prowadzili dyplomatyczne wojenki ze wszystkimi, co w konsekwencji doprowadziło do historycznej klęski, która stała się pasmem narodowych tragedii przez następnych 50 lat. Ówczesny rząd oddał Polaków w niewolę, na wymordowanie, poniewierkę, utratę ziemi i majątków.
Tymczasem mało kto wie, ale już w maju 1939 roku rządzący opracowali plan ewakuacji rządu i instytucji centralnych za Wisłę i w kierunku Zaleszczyk. Przygotowali się na ewakuację i czekali, kiedy go wdrożyć. W myśl wskazówek Naczelnego Dowództwa już 4 września rozpoczęła się ewakuacja urzędów centralnych i zakomunikowano, aby młodzi mężczyźni udali się za Wisłę, czym wywołali panikę i brak wiary w skuteczną obronę Kraju.
Naczelny wódz niczym nie dowodził. Udając się do Brześcia już 6 września, zapomniał wziąć z Warszawy konieczne szyfry i kody, tym samym pozbawił się jakiejkolwiek łączności z walczącymi w kraju wojskami. Wódz naczelny nie mógł nawet przyjąć meldunku oficera, który przybył z pola bitwy, ponieważ… rozgrywał właśnie partię brydża… Podobny do PiS-owskiego rząd nierobów, złodziei i puszących się pawi w trakcie wielkiej zdrady i ucieczki podjął jeszcze kompromitującą decyzję, aby „z Sowietami nie walczyć”.
Co to znaczy nie walczyć? Znaczy oddać siły zbrojne i ludność cywilną w niewolę, kiedy oni pojechali brylować na zachodnich salonach jako bohaterowie wojny. Wzbudzali litość jako przedstawiciele napadniętego i zniewolonego narodu, bo nie dodawali, że do tragedii doszło przez ich politykę, oszustwa i brak odpowiedzialności. Na tych zachodnich salonach reprezentowali bohaterskich żołnierzy, których opuścili i zdradzili.
Potem stworzyli „Rząd na uchodźstwie”, aby kompromitacji w poniżaniu polskich żołnierzy nie było końca. Więc Teheran, wywołanie Powstania Warszawskiego, Jałta i rozbrajanie 220 tys. armii na Zachodzie, a nawet niezaproszenie na paradę zwycięstwa. W rzeczywistości oddali bohatersko walczący naród na krwawy odwet wobec jeńców, cywilów, posiadaczy ziemskich, inteligencji i weteranów, za upokorzenie Armii Czerwonej w 1920 roku pod Warszawą.
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, profesor Ignacy Mościcki, tchórzliwie uciekł 17 września 1939 r. i podczas przekraczania granicy oświadczył, że jest Szwajcarem i wylegitymował się paszportem tego państwa. To wymowny przykład zamykający historię II Rzeczypospolitej, za której kontynuatora uważa się obecny PiS.
Żołnierze bohatersko walczyli, krwawili i umierali za ojczyznę. Tymczasem ucieczka całego aparatu państwowego, wodza naczelnego i części wojska do Rumunii nie mieści się nawet w pojęciu zdrady. To haniebna ucieczka w jej najczystszej postaci. To porzucenie narodu, który przez lata płacił podatki i ufał tym ludziom, wierząc w ich bełkotliwą propagandę ukazującą Polskę jako jedno z najsilniejszych państw świata.
Zdradą jest nie tylko świadome złamanie przysięgi żołnierskiej przez elity, czy porzucenie przyjaciół, którym przysięgali wierność, ale także, a może przede wszystkim, odstępstwo od wartości, których przysięgali bronić. Marszałek Rydz-Śmigły, pułkownik Beck, generał dywizji Felicjan Sławoj-Składkowski i wielu, wielu innych złamało przysięgę wojskową w brzmieniu:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu, być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, chorągwi wojskowej nigdy nie odstąpić, stać na straży konstytucji i honoru żołnierza polskiego […] za sprawę Ojczyzny mej walczyć do ostatniego tchu w piersiach i w ogóle tak postępować, abym mógł żyć i umierać jak prawy żołnierz polski”.
Nie postąpili jak prawi żołnierze. Chorągwie porzucili, za sprawę ojczyzny nie walczyli do ostatniego tchu, honor żołnierza polskiego splamili.
We wrześniu 1939 roku Polska straciła ok. 66 000 zabitych żołnierzy, 134 000 rannych, 420 000 oddanych w niewolę. Armia Czerwona mordowała bezkarnie i uwięziła 250 000 żołnierzy, a Słowacja – 1300. Tylko 80 000 zdołało się ewakuować do Rumunii, na Węgry, do Litwy, Łotwy i Estonii.
Skalę tragedii ukazują nieproporcjonalne straty niemieckie, które stanowiły jedynie 17 000 zabitych, 32 000 rannych. Armia Czerwona nie poniosła strat wcale albo były one symboliczne, bo z Sowietami nie walczyliśmy. Za to oni pogrążyli ludność polską, mordując, wywożąc na nieludzką ziemię, nazywając ją narodem zbrodniczym, do wymordowania. Zajęli majątki i całe wschodnie tereny Polski, jako dla siebie reparacje za zniewolenie Polaków.
O cywilnych stratach w 1939 roku niewiele można się dowiedzieć, ale przecież były tylko po stronie polskiej i to liczone w dziesiątkach tysięcy. Na dodatek ich gehenna dopiero się zaczynała. Mordowani, prześladowani, zmuszani do pracy, wywożeni na Syberię, do obozów koncentracyjnych, do służby wojskowej okupantów i tak w każdym zakątku dawnej Polski.
Kiedy wspominam PiS-panujących nad Polską, wręcz ją okupujących, ich propagandę, pychę i skrajną nieuczciwość, połączoną z niekompetencją i religijno-faszystowskim zacięciem, nasuwa mi się analogia do podobnie rozpasanego i nieodpowiedzialnego rządu z 1939 roku. Walki z własnym narodem, wszystkimi, kto ich nie popiera, pogarda dla Konstytucji RP, osamotnienie międzynarodowe, kpina z przysięgi wojskowej i urzędniczej powołującej się na Boga, czyli na nikogo, to tylko niektóre z analogicznych błędów współczesnych czasów.
Rządzenie to przede wszystkim odpowiedzialność w służbie, nie za siebie, ale za naród i każdego obywatela z osobna. To sztuka unikalnych zdolności, która wymaga szerokiej wiedzy, doświadczenia, aktywności i wielu mądrych, zaangażowanych współpracowników.
Jeśli mówimy o bohaterstwie żołnierzy września, to dlatego, że walczyli z liczniejszym, lepiej wyposażonym i dowodzonym wrogiem. Często osamotnieni i porzuceni na polu walki, odpierali ataki zbrojne i przeżywali zdrady sojuszników, ponosząc ofiary życia, zdrowia, niewoli, utraty najbliższych, majątku i celów życiowych, najczęściej w wyniku niekompetencji swoich generałów, posłów, ministrów, … i jak zawsze zdradliwego kleru. Żołnierze walczyli bohatersko i z honorem, a politycy szukali ucieczki, bo wiedzieli, jak oszukali naród.
Dziś młodzi ludzie nie chcą wracać do przeszłości i niechętnie słuchają prawdy. Wolą wierzyć w „jakoś to będzie – dziadku” albo w nieomylność opatrzności. Niewielu interesuje odpowiedzialność rządzących za sytuację w kraju. Nie zdają sobie sprawy, albo cynicznie wiedzą, że to naród, a nie oni, poniosą największe straty w razie wojny, którą łatwo im wywołać swoją niekompetencją i butą. Dziś lądują w Polsce ruskie drony i łatwo rozpoczynać kolejną batalię o jakiś honor kolejnego nieodpowiedzialnego politycznego idioty, którego „ktoś” nam narzucił i „ktoś” nam wybrał.
Tymczasem składam hołd żołnierzom września, mieszkańcom Wielunia, Warszawy, Grodna, … zabitym i okaleczonym na drogach, w palących się wioskach, mordowanym za opór i polskość.
Cześć ich pamięci!
Niech ta pamięć będzie żywa, aby wszyscy byli przekonani, i Nawrocki, i Morawiecki, i Mentzen, a najbardziej stalinowski prezes z Żoliborza, że nie da się żyć szczęśliwie bez pokoju, bez miłości, solidarności, tolerancji i zrozumienia. Nie da się żyć w kłamstwie i upadku moralnym pseudoelit. Nie da się żyć wojną i na to historia dała nam nieskończoną ilość przykładów zbiorowego okrucieństwa.
Nigdy więcej wojny, nawet w narodzie! Zrozumcie to w końcu współcześni faszyści antypolskiej Targowicy.
Adam Mazguła
Czarne dziury bez tajemnic: NASA wyjaśnia kosmiczną zagadkę
Wyobraź sobie, że siedzisz w statku kosmicznym, który przemierza bezkresną pustkę. Wokół panuje absolutna cisza, gwiazdy migoczą w oddali, a przed tobą otwiera się czarna otchłań. Jeden błędny manewr i twoja maszyna zaczyna przyspieszać w stronę miejsca, gdzie nawet światło nie ma szans na ucieczkę. To nie scena z „Interstellara” – to jedno z najpoważniejszych pytań współczesnej astrofizyki. NASA zdradza, co dzieje się w czarnych dziurach, najbardziej ekstremalnych miejscach we Wszechświecie. Gotowy na podróż, która może wywrócić twoje postrzeganie rzeczywistości do góry nogami?
Czarne dziury: gdy grawitacja wygrywa wszystko
Czarne dziury to obszary przestrzeni, gdzie grawitacja jest tak potężna, że pochłania wszystko – światło, materię, a nawet twoje plany na weekend. Powstają, gdy masywne gwiazdy kończą życie i zapadają się, tworząc punkt o niewyobrażalnej gęstości – osobliwość.
Niektóre mają masę od kilku do dziesiątek razy większą od Słońca, ale supermasywne giganty, jak Sagittarius A* w centrum Drogi Mlecznej, to potwory o masie 4 milionów Słońc, upchnięte w przestrzeni mniejszej niż orbita Merkurego. „Czarne dziury to miejsca, gdzie prawa fizyki robią sobie przerwę” – mówi Kip Thorne, noblista i mózg za naukową precyzją „Interstellara”.
Horyzont zdarzeń: punkt bez powrotu
Każda czarna dziura ma horyzont zdarzeń – granicę, za którą nie ma odwrotu. Jeśli ją przekroczysz, żegnaj, świecie! Dla obserwatora z daleka wyglądałbyś, jakbyś zwolnił, zatrzymał się i powoli rozpłynął w kosmosie niczym gasnąca gwiazda. To efekt dylatacji czasu – w silnym polu grawitacyjnym czas płynie wolniej.
Pamiętasz scenę z „Interstellara”, gdzie godzina na planecie równała się dekadom na Ziemi? To nie tylko filmowy trik – to fizyka Einsteina w akcji. „Dla kogoś z zewnątrz zawisasz na krawędzi wieczności. Ale twoja perspektywa? To zupełnie inna bajka” – tłumaczy Neil deGrasse Tyson.
Spaghetyzacja: kiedy grawitacja robi z ciebie makaron
Co byś poczuł, wpadając w czarną dziurę? Czeka cię spaghetyzacja – proces, w którym grawitacja rozciąga cię jak nitkę makaronu, bo twoje stopy (bliżej centrum) są przyciągane mocniej niż głowa.
Andrew Hamilton z University of Colorado nazywa to „najbardziej ekstremalnym rozciąganiem w kosmosie”. W mniejszych czarnych dziurach ten koszmar zaczyna się jeszcze przed horyzontem zdarzeń. W supermasywnych, jak Sagittarius A*, możesz minąć granicę i… nawet tego nie zauważyć. Przynajmniej przez sekundę, zanim grawitacja zrobi z ciebie kosmiczną pastę.
Osobliwość: gdzie fizyka mówi „pa, pa!”
W centrum czarnej dziury kryje się osobliwość – punkt, gdzie materia jest ściśnięta do nieskończenie małej przestrzeni, a gęstość staje się niewyobrażalna. Tu fizyka, jaką znamy, rzuca ręcznik.
Stephen Hawking pisał: „Osobliwość to zagadka, jak pytanie, co było przed Wielkim Wybuchem”. A co, jeśli to brama do innego wszechświata? Michio Kaku spekuluje o tunelach czasoprzestrzennych, ale na razie to bardziej science fiction niż nauka. Jedno jest pewne: to nie miejsce na kosmiczne selfie.
Czarne dziury w kulturze i nauce
Czarne dziury to gwiazdy popkultury. „Interstellar” pokazał je z naukową precyzją dzięki Kipowi Thorne’owi, ale w „Star Treku” czy „Gwiezdnych wojnach” to często kosmiczne skróty fabularne. W grach wideo, jak „Mass Effect”, czarne dziury dodają epickiego klimatu misjom międzygwiezdnym.
A w internecie? Mem „Kiedy życie wciąga cię jak czarna dziura” zna każdy, kto choć raz utknął na TikToku do 3 nad ranem.
Dlaczego badamy czarne dziury?
NASA traktuje czarne dziury jak laboratoria Wszechświata. Stephen Hawking odkrył, że mogą „parować” przez promieniowanie Hawkinga, powoli tracąc masę. To klucz do połączenia teorii Einsteina z mechaniką kwantową – Świętego Graala fizyki.
W 2015 roku LIGO zarejestrowało fale grawitacyjne – zmarszczki czasoprzestrzeni od zderzenia czarnych dziur. A w 2019 roku Teleskop Horyzontu Zdarzeń pokazał światu pierwsze zdjęcie czarnej dziury. Pomyśl: coś, co Einstein przewidział sto lat temu, stało się rzeczywistością!
Fascynująca rzeczywistość
Wpadnięcie do czarnej dziury nie jest przygodą, lecz kosmicznym wyzwaniem dla naszej wyobraźni. Spaghetyzacja, zakrzywienie czasu i osobliwość, gdzie fizyka kapituluje – to nie brzmi jak plan na weekend. Ale te niewidzialne giganty uczą nas o granicach rzeczywistości.
„Czarne dziury przypominają nam, jak mało wiemy” – mówi Kip Thorne. Więc gdy spojrzysz w gwiazdy, pomyśl o tych tajemniczych otchłaniach. I ciesz się, że jesteś na Ziemi, z kawą w ręku, scrollując thefad.pl.





