Szukaj w serwisie

×
18 marca 2020

Bogumiła Nowak: Strach ma wielkie oczy

Bogumiła Nowak

Bogumiła Nowak

Mój tata mawiał, że jestem strachajło i że strach ma wielkie oczy. Zwykł mawiać: – Do cholery weź się w garść i przestań histeryzować. Zwykle miał rację. Wiedział, co mówi. A dziś, kiedy wszyscy wpadają w panikę i boją się koronawirusa przypominam sobie tatę, jego twardy, żołnierski charakter i bezpardonowy język.

 

Mój tata mawiał, że jestem strachajło i że strach ma wielkie oczy. Zwykł mawiać: – Do cholery weź się w garść i przestań histeryzować. Zwykle miał rację. Wiedział, co mówi.

Tata, Antek, gdy wybuchła II wojna światowa miał 11 lat. Jego młodszy brat Dzidek – 8, a siostra Maryśka – 4.

Dziadek Jan był ułanem w Kampanii Wrześniowej. Potem, po przegranej, jednej z bitew pod Warszawą dostał się do niewoli. Nie wrócił do domu i całą wojnę spędził w oflagu w Niemczech.

Babcia Józefa była niezaradna zawodowo. Nic innego nie umiała jak tylko zajmować się domem i dziećmi. Prać, gotować, sprzątać. Nigdy nie pracowała zawodowo, bo dziadek utrzymywał cały dom. Mieszkali małym dworku, który dziadek były legionista dostał od rządu. Dziadek prowadził duże gospodarstwo rolne. Babcia poza zajmowaniem się przychówkiem musiała też opiekować się chorowitym bratem Wackiem, jego żoną Antośką, unieruchomioną w łóżku od lat, no i swoją, już wtedy mocno leciwą matką, mającą chyba z 80 lat.

Tata musiał, więc szybko wydorośleć. Był jedynym, jak się wtedy mawiało, żywicielem rodziny i mężczyzną, odpowiadającym za tę rodzinę. Musiał dbać o aprowizację i pracować u bauera – często po 10 - 15 godzin dziennie za woreczek mąki lub kaszy. Poznał życie od najgorszej strony. Poznał też strach o siebie i swych bliskich.
I po latach, kiedy mi mówił, że strach ma wielkie oczy, mówił to z własnego doświadczenia.

Tata był dla mnie wzorem. Chciałam zawsze być taka jak on – oficer LWP (innej armii wtedy nie było). Dziadek wrócił z niewoli dopiero w 1949 roku. Tata, więc musiał sam zdecydować o sobie i swej życiowej drodze. Poszedł do wojska, bo tam miał utrzymanie i jeszcze szybko mógł pomóc finansowo swej rodzinie. Został saperem po szkole podchorążych we Wrocławiu. Szybko awansował. Budował drewniane mosty swojej konstrukcji w mniejszych miejscowościach, usuwał niewybuchy, miny i inne powojenne dziadostwo ukryte w ziemi.

Wielokrotnie bał się i wiedział, że ten strach będzie towarzyszył w akcjach rozminowywania wsi, miast, miasteczek, pól oraz lasów. Kiedy jego podkomendni nie wiedzieli jak dany niewypał unieszkodliwić to tata brał to na klatę. Musiał ryzykować, by ratować innych.

– Bałem się – mówił, bo saper myli się tylko raz. Drugiej szansy już nie ma. Jeśli by się pomylił zginąłby zostawiając mnie i mamę same. To wtedy tata mówił, że strach ma wielkie oczy i że można go pokonać siłą i wolą życia.

Potem kiedy zbuntował się i nie chciał jechać bez nas na studia do Moskwy, też się bał. Bał się o nas, czy kontra w stosunku do władzy nie spowoduje represji. Czy nie trafi do więzienia. Musiał tylko odejść z wojska jako młody, choć dobrze zapowiadający się porucznik. Był chyba najmłodszym emerytem wojskowym – w wieku 38 lat. Musiał zacząć życie jako cywil. Bał się, ale dał radę…. I do końca życia udowadniał, że umie walczyć.

Chciałam tak, jak on być saperem i oficerem. Cóż, jednak za moich młodych lat kobiety mogły jedynie być w służbach medycznych lub łączności. A to niestety nie moja bajka.

Na krótko miałam pomysł, by trafić do Libijskich Sił Zbrojnych. Byłam oczarowana wtedy pułkownikiem Kadhafii. Podobały mi się jego oficerki z karabinami i złotymi pagonami. Rodzina jednak postawiła tamę tym pomysłom i wybiła mi go z głowy. A nawet oficer w Ambasadzie Libijskiej w Warszawie stwierdził, że po pierwsze nie przyjmują cudzoziemek do libijskiej armii, a po drugie jestem chrześcijanką, co to mnie już na starcie wyklucza.

Nie przeżyłam tego zbyt boleśnie, bo nagle pojawiła się okazja na kurs spadochroniarski i zaczęłam z zapałem ćwiczyć się na skoczka.

Bałam się jak jasna cholera. Tym więcej, że od dziecka mam lęk wysokości. Nie umiem go do dziś opanować. I nawet skoki ze spadochronem temu nie zaradziły… Zawsze, kiedy przechodzę przez most i spojrzę w dół paraliżuje mnie milion igiełek w stopach. Nie wejdę też na wieżę, gdy są ażurowe schody. Nie wychylę się przez poręcz ani z okna…

Na komandosa też się nie załapałam. Kiedy kobiety zaczęły trafiać do przyzwoitych jednostek wojskowych, byłam już za stara na pójście do armii. Zazdrościłam więc tym, którym się to udało. A tata z uśmiechem stwierdzał – No cóż, przecież jesteś nieśmiała, delikatna – wojsko to nie dla ciebie. A jak wybuchnie wojna? To, co wtedy? Czy dasz radę zabijać?

Kochał mnie i pamiętam, jak mi powiedział, jak się bał wtedy, kiedy w czasie wojny na Bałkanach trafiłam w sam środek wojny.

Pojechałam jak zwykle do Jugosławii. Jeździłam tam kilka razy w roku. Nic nie zapowiadało, że coś się stanie. O możliwości wojny była mowa wtedy przez ostatnie kilka lat. Nikt nie brał tego na poważnie.
Niestety niespodziewanie dla wszystkich wybuchła i utknęłam w tym bałaganie, w tym wielkim kotle nienawiści, krwi i zbrodni. Nie miałam jak wydostać się stamtąd. Wróciłam tylko dzięki ludziom dobrej woli. Przedzierałam się przez linię frontu z przewodnikiem przez ponad trzy tygodnie.

– Jak się bałem o ciebie – powiedział mi tata, gdy mnie zobaczył i przytulił wraz z zapłakaną mamą. Stracili złudzenia, czy mnie kiedykolwiek jeszcze zobaczą. Media bombardowały świat okropnymi informacjami o wojnie, zabitych, mordowanych. Wróciłam wychudzona, brudna i zastraszona, ale żywa.

I kiedy potem czegoś się bałam, tata mnie sztorcował – Nie histeryzuj, strach ma wielkie oczy. Nie bądź rozmazaną babą. Co do dla ciebie, na wojnie dałaś sobie radę to tym bardziej teraz pokonasz strach i sprostasz wyzwaniom.

Skąd akurat dziś to wspomnienie? Jest jak najbardziej adekwatne do obecnej sytuacji. To dziś mówię sobie często sama, że strach ma wielkie oczy i że dam radę. Tata nie żyje już prawie 20 lat. Czasem mi się przyśni, jak mam jakiś większy problem. I wtedy ten wyśniony omam taty, męski, silny, odważny też mi zmywa łeb i każe wziąć dupę w troki.

A dziś, kiedy wszyscy wpadają w panikę i boją się koronawirusa przypominam sobie tatę, jego twardy, żołnierski charakter i bezpardonowy język.

Dziś powiedziałby mi jak nic – Nie pierdol głupot, weź się do roboty. Przynosisz wstyd tym histeryzowaniem. Przecież nie jesteś babą i sobie poradzisz jak zawsze.

Więc spuszczam głowę, zagryzam zęby, biorę dupę w troki i do ataku. Nie boję się, bo nie przyniosę wstydu memu tacie. Musi być ze mnie dumny gdzieś tam na niebiańskich Polach Elizejskich jako oficer kompanii saperów u Pana Boga.

Bogumiła Nowak

 

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:



 
 

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję