Szukaj w serwisie

×
9 września 2020

Brexit. Impas w negocjacjach. Johnson blefuje, czy broni „niepodległości”?

Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki

UE nie poddaje się presji Londynu, który sygnalizuje nawet gotowość do złamania umowy brexitowej. – Może tracimy Wielką Brytanię, ale nie stracimy brytyjskiej flegmy – ostrzega Charles Michel, szef Rady Europejskiej.

UE nie poddaje się presji Londynu, który sygnalizuje nawet gotowość do złamania umowy brexitowej. – Może tracimy Wielką Brytanię, ale nie stracimy brytyjskiej flegmy – ostrzega Charles Michel, szef Rady Europejskiej.

Dziś zaczyna się już ósma runda rokowań między Unią i Wielką Brytanią w sprawie umowy handlowej, która powinna wejść w życie od początku 2021 r. Brytyjczycy pomimo brexitu na razie funkcjonują w UE jakby nadal byli krajem członkowskim (choć bez prawa głosu i obecności w instytucjach UE). Bez wynegocjowania nowej umowy – obecny okres przejściowy skończy się w styczniu twardym lądowaniem, czyli przejściem na ogólne zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO). Premier Boris Johnson nazywa to „wariantem australijskim”, czyli wzorowanym na stosunkach UE-Australia. Pod taką „australijską” etykietką kryje po prostu brak liberalizacji handlu ponad reguły WTO, czyli cła oraz kwoty eksportowe na Kanale La Manche.

Czy Johnson blefuje?

Rząd Johnsona w tym tygodniu ostrzegł Brukselę, że bez wypracowania umowy handlowej najpóźniej do 15 października odejdzie od stołu negocjacyjnego, by szykować się do twardego zakończenia okresu przejściowego. Już wiosną Johnson ostrzegał, że odejdzie od stołu w lipcu. Takie podkręcanie napięcia to częsty zabieg negocjacyjny. Bruksela od dawna uprzedza, że umowa musi być gotowa do końca października, by przed styczniem zdążył ją zatwierdzić co najmniej Parlament Europejski (bez jego zgody umowy handlowej nie mogą wejść w życie nawet na zasadzie tymczasowej przed pełną ratyfikacją).

Nową „bombą” negocjacyjną Londynu są informacje o projekcie ustaw, które – sprzecznie z prawem międzynarodowym – uchylałby część zapisów brexitowej umowy rozwodowej, gwarantujących brak „twardej granicy” (np. z kontrolami towarów) między unijną Irlandią i brytyjską Irlandią Płn.

Jak wynika z treści korespondencji z Brukseli do stolic 27 krajów Unii, którą opisał dziś „The Guardian”, zespół unijnych negocjatorów Michela Barniera podejrzewa Londyn o próbę dzielenia krajów Unii oraz spychanie rozstrzygających negocjacji na ostatnią chwilę, by potem na szybko wyszarpać od – pragnącej uniknąć scenariusza „no deal” – Unii ustępstwa. Takie triki to nic oryginalnego, do czego zresztą odnosił się twitterowy wpis Charlesa Michela o brytyjskiej flegmatyczności Unii wobec rewelacji z Londynu. Szkopuł w tym, że w Brukseli otwarte pozostaje pytanie, czy Johnson będzie szczerze dążył do umowy handlowej, czy też urządza obecnie polityczny teatr, by przygotować Brytyjczyków na zamierzony brak porozumienia.

Nadal uważam, że Johnson chce dealu, choć nie można zupełnie wykluczyć, że w Londynie nad pragmatyzmem zwycięża ideologia, czyli anachroniczne pojmowanie suwerenności. A zatem niechęć do dealu – mówi nam jeden z unijnych dyplomatów.

Bruksela wyczekuje, co konkretnie rząd Johnsona zaproponuje Izbie Gmin w sprawie Irlandii. Jednak między 27 krajami Unii nie ma różnic co do wymogu twardej obrony specjalnych rozwiązań dla granicy wewnątrz irlandzkiej. – Ufam, że rząd brytyjski wdroży umowę o wyjściu z Unii, co jest jego zobowiązaniem wynikającym z prawa międzynarodowego oraz warunkiem wstępnym naszego przyszłego partnerstwa. Protokół w sprawie Irlandii Północnej ma zasadnicze znaczenie dla ochrony pokoju na wyspie oraz integralności unijnego jednolitego rynku – już ogłosiła Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej.

Złamanie ratyfikowanej umowy brexitowej potężnie uderzyłoby w wiarygodność Londynu i raczej uniemożliwiło umowę handlową z UE. Ponadto, amerykański Kongres już przed wieloma miesiącami ostrzegał, że nie zgodzi się na – upragnioną przez rząd Johnsona – umowę handlową USA - Wielka Brytania, jeśli Londyn nie zagwarantuje braku „twardej granicy” w Irlandii. Czyli tylko blef? – Być może – tłumaczy nasz brukselski rozmówca.

Londyn „broni niepodległości”?

Ustalenia co do pobrexitowego statusu Irlandii Północnej, które chyba dopiero teraz zaczyna rozumieć sporo torysów, uderzają w suwerennościowe sentymenty twardych brexitowców.

Po okresie przejściowym ta część Zjednoczonego Królestwa ma bowiem nadal pozostać podporządkowana wielu regułom unijnego wspólnego rynku dla ratowania zintegrowanej gospodarki całej wyspy irlandzkiej. Chodzi m.in. o unijne reguły – rozwodnieniem tych punktów grozi teraz Londyn – co do udzielania pomocy publicznej (państwowych subsydiów) dla firm w Irlandii Północnej oraz o obowiązek wypełniania deklaracji eksportowych przez północnoirlandzki biznes przy wysyłaniu towarów do reszty Wielkiej Brytanii.

Jeśli skończy się na „wariancie australijskim”, to z tymi deklaracjami mogą się wiązać cła między Irlandią Północną a resztą Wielkiej Brytanii (zapewne refundowane przez Londyn).

Negocjacje umowy handlowej UE-Londyn zawiesiły się również – poza kwestią dostępu do łowisk – głównie na suwerennościowym problemie „równych zasad gry” („level playing field”). Unia uzależnia handel bez ceł i bez kwot eksportowych od zobowiązania Londynu, że nie będzie obniżać kluczowych standardów m.in. w dziedzinie ochrony środowiska, prawa pracy, polityki klimatycznej, rzetelnego opodatkowania oraz – to najtrudniejszy punkt – w kwestii pomocy publicznej dla firm.

Gdyby Brytyjczycy odeszli od „równych zasad”, teoretycznie pozwoliłoby im to na obniżanie kosztów produkcji (np. bez wyśrubowanych standardów ekologicznych), co przy handlu bez ceł i bez kwot eksportowych tworzyłoby – jak przekonuje Bruksela – nierzetelną konkurencję dla firm z UE.

Nie możemy stać się krajem klienckim wobec UE. Bruksela powinna z większym realizmem spojrzeć na nasz status państwa suwerennego – ostrzega główny brytyjski negocjator David Frost, który dąży do maksymalnego osłabienia unijnych postulatów co do „level playing field”.

Unia jako rynek znacznie większy od Wielkiej Brytanii ma – i zamierza do końca twardo wykorzystywać – obiektywną przewagę negocjacyjną nad Londynem. Brytyjskie straty gospodarcze wskutek „no deal” byłby znacznie większe od unijnych. Średnia wysokość ceł w ramach WTO to 2,8 proc., ale nawet 10 proc. na samochody i na części przesyłane w obie strony przez La Manche. Wielkim utrudnieniem dla obu stron, choć znacznie bardziej dla Londynu, byłyby bariery poza celne, czyli m.in. kwotowe ograniczenia eksportu.

Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>

REDAKCJA POLECA

 



Polub nas na Facebooku, obserwuj na Twitterze


Czytaj więcej o:




Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji jest dostępnych na stronie Wszystko o ciasteczkach.

Akceptuję